Dziewczyna i uśmiercanie kultury?

Subkultura bez kultury…
LK

zasępiony

Ostatnie incydenty związane z teatrami, zwłaszcza tym we Wrocławiu i sztuką „Śmierć i dziewczyna”, znowu sprowokowały dyskusje o kulturze.  Słusznie, bo to ważne.
Tytuł artykułu, przyznaję, ma przyciągnąć uwagę, ale oprócz skojarzenia z nazwą sztuki, nie zapowiada tematu  dziewczyny…

Mam w głowie bardzo obszerny materiał, ale w tym wpisie poruszę tylko kilka związanych z tym wątków – więcej nie zmieszczę ani nie byłoby to ‘strawne’.
Pisałem o kulturze tutaj na blogu wielokrotnie, więc odwołam się dalej do paru takich miejsc, ale zacznę od już ‘słynnej’ potyczki profesora Piotra Glińskiego z Karoliną Lewicką w trakcie wywiadu w TVP.
Chociaż to mały fragment zagadnienia, to zatrzymam się nad nim na chwilę.

Emocje podniosły się nie tylko w czasie audycji, ale zwłaszcza potem w różnych mediach.
Od razu powiem,  że o ile na ogół u mnie jest odwrotnie, to tu bardziej kibicuję ministrowi niż dziennikarce – mimo że minister nie ustrzegł się niepotrzebnych emocji.
W moim rozumieniu – może staroświeckim – gość ma zawsze szczególne prawa, zwłaszcza jeśli się go zaprasza by mógł się wypowiedzieć. Z przykrością zauważam, że większość dyskusji telewizyjnych, abstrahując od częstej marnej jakości merytorycznej, to wzajemne przekrzykiwanie się. Bywa i tak, że jakiś gość prawie w ogóle nie jest dopuszczony do głosu. To po co go zapraszać? Takie audycje są dla widzów, a nie na potrzeby dziennikarza albo stacji. Tak być powinno przynajmniej w telewizji publicznej. Ciekawie jest słuchać dyskusji a nie przesłuchań po linii z góry przyjętej tezy. Niestety nasze dziennikarstwo zeszło na psy – w sensie sztuki dyskusji, rozróżniania faktów od opinii, a także coraz bardziej służąc propagandzie (na FB istnieje grupa o wymownej nazwie – Kłamstwa i manipulacje – degrengolada polskich mediów).
Co do propagandy, to sytuacja jest asymetryczna: dziennikarz – mimo że ma poglądy – zawodowo nie powinien jej stosować, natomiast gość nie jest dziennikarzem, reprezentuje jakąś opcję polityczną lub światopoglądową i wolno mu ją przedstawić.

W danym przypadku profesor P. Gliński chciał przede wszystkim sprostować to, co przekłamywały media manipulujące wycinkami wypowiedzi. To było merytoryczne. Jako minister,  Gliński miał nie tylko prawo ale i obowiązek zaniepokoić się owym spektaklem – chodzi zarówno o kulturę jak o wydatkowanie środków publicznych.
Jednak jestem przeciwko ręcznemu sterowaniu kulturą, zwłaszcza na takim ‘poziomie szczegółowości’. Minister powinien co najwyżej polecić zbadanie sprawy na miejscu wojewodzie lub innej odpowiedniej władzy; myślę, że przesadził polecając bodajże zablokowanie spektaklu. O tym jeszcze za chwilę.
Dziennikarka, ciągle przerywając, zachowywała się niegrzecznie a nawet napastliwie. Gliński, sprowokowany, też niepotrzebnie podniósł głos, ale to może raczej sprawa charakteru – w odróżnieniu od  totalnie wrogiego od początku  nastawienia dziennikarki – bez uprzedniej prowokacji ze strony gościa.

Co do prowokacji – spektakl „Śmierć i dziewczyna” został prawdopodobnie wykorzystany właśnie w tym celu.
Pisarz Antoni Libera na antenie Telewizji Republika powiedział, że cała sytuacja wokół spektaklu we wrocławskim Teatrze Polskim to „akcja, która była przygotowywana bardzo długo”.

Cytuję jeszcze dalej wypowiedź prasową na ten temat:

„Scenariusz był bardzo jasny. Chodziło o to, by powiedzieć, że w spektaklu będą sceny pornograficzne. Ja przewidziałem, że tych scen nie będzie. Miało to zrobić szum i aferę, co podbiło zyski artystyczne – wyjaśniał Libera.

Sztuka zaczęła być komentowana, w momencie kiedy premier Gliński mówił, że nie będzie wydawał pieniędzy na coś, co mieści się w granicach artykułu karnego – zauważył Marek Markiewicz. Zdaniem byłego szefa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji minister Gliński „powiedział to, co każdy dysponent pieniędzy publicznych powiedzieć powinien”.

– Przedmiotem naszej rozmowy mogłaby być odpowiedź dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu, który jest zarazem stroną walki politycznej – dopowiedział Antoni Libera. Zdaniem pisarza chodziło o wywołanie skandalu, a przesadne reakcje są wykorzystywane jako element walki politycznej. – Tu się używa przesady jako środka walki politycznej – zauważył.”
Przykładem takiej przesady jest wypowiedź  Piotra Rudzkiego, kierownika literackiego Teatru Polskiego dla  brytyjskiej gazety „Guardian”: „To ciemne dni dla Polski, przypominające nazistowski i sowiecki ucisk” (sic!).
Skoro było jasno powiedziane, że w sztuce wystąpią „aktorzy” porno, którzy będą uprawiać seks na oczach widowni, to dlaczego dyrektor teatru czuje się zbulwersowany protestami? Odkąd porno zalicza się do wysokiej sztuki, godnej wystawiania w teatrze noszącym nazwę „Polski”?
I odkąd to dyrektor teatru uważa siebie za tak ważną personę, że w chwili różnicy zdań może rzucać wyzwanie ministrowi i domagać się (bardzo stanowczo) jego dymisji?

Za prowokacją przemawia i to, że akt seksualny był tylko na próbie, a podobno w samym spektaklu już nie (lub ukryty). Prawdę powiedziawszy, dziwię się, że ta prowokacja lub chwyt marketingowy spowodował aż taki run na bilety – pornografia jest u nas łatwo dostępna na wiele różnych sposobów.
A co do dyskusji ogólnie, to mamy – Polacy indywidualnie – jakieś wyjątkowe skłonności by mieć rację, nawet „po trupach”, aby tylko „moje było na wierzchu”.

Ludzie często nie mogą pojąć, że prawda może być po trosze po obu stronach barykady i że trzeba się wznieść wyżej, ponad swoje uprzedzenia by to dostrzec i dojść do jakiejś syntezy.
To też kultura.

Ale przejdźmy do meritum – w szerszym ujęciu.

Kultura ma większą wartość niż na co dzień się wydaje. Tak jak piękno, duchowość, zadowolenie, ekspresja. Powinna nas podnosić, budzić, zastanawiać, uczyć. Czyni nas istotami ponad stan zwierzęcy.
Reakcja ministra – sądzę – wychodziła z tej pobudki.
Sztuka może bulwersować lub wzbudzać gniew – też ku nauce lub otrzeźwieniu.
Bo jest  wiele tematów wołających o nasze otrzeźwienie lub refleksję (polityka, niesprawiedliwość, przemoc, niektóre obyczaje, mody, rynek, zanik duchowości, dogmaty i stereotypy, …)
Natomiast sztuka powinna (moim zdaniem) kształtować „dobry smak”, a nie schlebiać nihilizmowi, niskim instynktom lub brzydocie.

Od wielu lat obserwujemy bowiem jak wszystko w kulturze jest psute.
Skracając – odwołam się do fragmentów mego wpisu Brigitte Bardot Bardzo

„…czasem odwiedzam Muzeum Sztuki Współczesnej w Warszawie i prawie zawsze wychodzę mocno zdegustowany.

Jakieś obsceniczne instalacje, trywialność, wulgarność, bazgroły, bylejakość rzemieślnicza, nieudolność, epatowanie brzydotą, sadzenie się na oryginalność która nie służy żadnemu uczuciu oprócz żachnięcia się lub obojętności…”.
To dzieje się właśnie w placówkach dotowanych z podatków.
Olbrzymia sala, pośrodku jakaś jedna pseudorzeźba lub coś rozsypanego na podłodze, kilka pilnujących strażniczek muzealnych (ze zdziwieniem w oczach, że ludzie przychodzą to oglądać) – czy to dobrze zagospodarowane środki na kulturę?

Płacić bilet za takie zniesmaczenie? Odtąd korzystam raczej z darmowych czwartkowych wstępów. Podobnie do Zachęty, która też coraz mniej … zachęca.

Zauważam, że tam gdzie odwołujemy się do przeszłości, do autentycznych wartości, gdy sztuka wymagała jeszcze kunsztu i staranności,  udaje się połączyć piękno z nowoczesnością.  Np. Muzeum Chopina, muzea zamkowe,  czy np. ostatnio odwiedzone Muzeum Historii Żydów Polskich. Chodzi mi nie tylko o sztukę, ale o kulturę materialną, w której przekaz edukacyjny ma swoją ważną rolę.

Dużo lepsze wrażenia odbieram także w prywatnych galeriach i sklepach ze sztuką. Pomijając kicze (są i takie miejsca), prawdopodobnie właściciele dobrze wyczuwają i kalkulują, że nikt by takich partackich lub pseudoawangardowych dzieł nie kupił.
Zatem różne artystyczne miernoty muszą podpierać się państwowym hojnym sponsoringiem.

Jeszcze parę urywków ze wspomnianego postu poświęconego książce Bardot.

„Bardot rozprawia się z wieloma takimi patologiami, zwłaszcza w bliskiej sobie domenie sztuki wizualnej, z tymi wszystkimi idiotele

Karmią nas przemocą, pornografią, szmirą i reklamą piorącą mózgi. Nie będę powtarzał mocnych słów autorki. Tak jak i ją, boli mnie że w imię ‘nowoczesności’ promuje się szkodników zachwalających zwykłą brzydotę, różnych beznadziejnych konformistów, a usuwa się w cień i krytykuje artystów, którzy w swe dzieła wkładają serce, pracę, często iskrę boskiego geniuszu.”

Tak, mnie też bulwersuje między innymi epatowanie brutalnością poprzez codzienne telewizyjne ‘strzelanki’ – filmy lub kroniki kryminalne i to już w godzinach gdy oglądać może to młodzież a nawet dzieci. A potem dziwimy się, że mamy przemoc i przestępstwa w rodzinach, na ulicy i w praktyce politycznej.

Podobnie jak ogłupiające seriale, promowanie sensacji i strachu w tabloidach, coraz większą ekspansję nie dających nic wartościowego magazynów i serwisów plotkarskich.

… „W tej książce Brigitte Bardot szeroko i wielotematycznie piętnuje społeczeństwo, jego tchórzostwo oraz nikczemność, obojętność wobec bezprawia, upadek tradycji i wartości dawnej Francji. Ostro, ‘z jajami’, wyraża bunt przeciwko ograniczaniu wolności, uważa, że wolność dzisiaj została zamknięta w klatce, niczym wolność zwierząt, których obronie poświęca z pasją cały swój czas. …. jest niezwykłym orędziem zdrowego rozsądku o wolność wypowiedzi i konieczność powrotu podstawowych wartości człowieka: zaufania, nadziei, współczucia, szacunku, harmonii życia i miłości.”

… „Obecnie coraz bardziej nabrzmiewa problem islamizacji Europy i napływu imigrantów.
Bardot już kilkanaście lat temu celnie wskazywała zagrożenia. Zanim my przystąpiliśmy do UE, obnażała (nie po raz pierwszy) fatalne skutki brukselskiej politycznej poprawności i tamtejszego biurokratycznego dyktatu. Ten coraz bardziej drobiazgowy, totalitarny dyktat  który ‘przedstawia sobą obraz nienawiści, który zwalczają wytrwale, tej nietolerancji, którą piętnują’.
A Francja stała się zakładnikiem ślepego (i niekorygowanego do wymogów czasu) swego trwania przy hasłach egalitaryzmu i braterstwa. Teraz zbiera owoce zbytniego liberalizmu. Było by dobrze gdybyśmy umieli wyciągnąć z tego wnioski – póki jeszcze czas.”

… „I jakbym czytał Waldemara Łysiaka – podobne obrzydzenie do tak pojmowanej sztuki, poprawności politycznej prowadzącej do zidiocenia i absurdów, niesuwerennej polityki podporządkowanej mondialistom i mafiosom rządzących światem.”

Mój osąd jest faktycznie nieco ukierunkowany właśnie przez wpływ takich autorów jak W. Łysiak, który zarówno z wykształcenia jak i z powodu różnorodnej bogatej twórczości o kulturze, może być uważany za autorytet, ale taki nieortodoksyjny i niezależny. Jest znany z ciętego i punktującego języka, zwłaszcza w krytyce poprawności politycznej, której fatalne obecne skutki przewidział już bardzo dawno.

Tak jak on muszę dotknąć trochę i spraw politycznych, bo kultura jest jednym z narzędzi wpływania na masy.

Wiadomo o sile mediów. Ostatnio były zawładnięte przez jedną opcję polityczną. Przez strukturę właścicielską media w Polsce są zawoalowaną tubą niemiecką i unijną – oba te zaplecza nie są przyjazne Polsce.

Zarówno wątki patriotyczne jak i negatywne wobec Zachodu opinie podlegają tłumieniu w imię poprawności politycznej oraz (auto)cenzurze.
Krytyczne poczucie humoru w mainstramie jest na cenzurowanym. Nawet swego czasu   Szymon Majewski, który dowalał głównie PIS-owi, gdy wychylił się parę razy przeciw tuskolandowi, stracił swą audycję w TVN.  I wielu innych, jak Jan Pietrzak, który od dłuższego czasu nie ma miejsca w telewizji.
Jeśli chodzi o kabarety, to ich poziom jest coraz słabszy – niewybredne plebejskie żarty, unikanie polityki i czegokolwiek ambitniejszego, nawet brak znośnego wyrazu artystycznego.
Media znane są też z eskalowania mowy nienawiści, co rozkręciło reakcje oburzonych oponentów. W sumie – znów upośledzenie kultury.

Szczególnie atakowane są niezależne wydawnictwa i kanały, które bronią wartości, a które trudno oddzielić od polskiej tradycji i Kościoła – patriotyzm, rodzina, moralność.

Nie jestem klerykałem ani dewotem, więc mogę zrozumieć uprzedzenia zarówno ateistów, lewicy jak i innych środowisk liberalnych, ale poziom wielu ataków jest wykładnią poziomu ich autorów. I ich naiwności jeśli chodzi o intencje mocodawców.

Kłania się też polityka historyczna. Ma teraz szansę na swoje miejsce, na przywrócenie naszej dobrze pojętej pozycji i dumy. Wyrugowanie nauczania historii ze szkół to duży błąd. Można się spierać o zakres programowy, ale nie można oderwać kultury od historii. Warto skończyć z ‘pedagogiką wstydu’ i kompleksów. Inna sprawa, że kultura powinna być ‘przemodelowana’ jeśli nasza cywilizacja (globalnie) ma pójść do przodu – w tym sensie, że zbyt wiele w niej dogmatów i niekorzystnych mitologii, które hamują rozwój. Może to być bolesne, ale prawdopodobnie konieczne w świetle nowych wyzwań.

Tutaj może zaskoczę poniektórych salonowych chwalców Gombrowicza i ‘lemingowych euroentuzjastów’.
Oto co pisarz sądził o naszym miejscu i roli w Europie:

Nie będziemy narodem prawdziwie europejskim, póki nie wyodrębnimy się z Europy – gdyż europejskość nie polega na zlaniu się z Europą, lecz na tym, aby być jej częścią składową – specyficzną i nie dającą się niczym zastąpić, […] tylko przeciwstawienie się Europie, która nas stworzyła, może sprawić, że staniemy się w końcu kimś… o własnym życiu”.

„… Uderzcie raczej w sztukę europejską, bądźcie tymi, którzy demaskują, zamiast podciągać się do cudzej dojrzałości, spróbujcie raczej ujawnić niedojrzałość Europy. Postarajcie się zorganizować wasze prawdziwe odczuwanie, aby uzyskało byt obiektywny w świecie, znajdźcie teorię zgodną z waszą praktyką, stwórzcie krytykę sztuki z waszego punktu widzenia, stwórzcie obraz świata, człowieka kultury, który by był zgodny z wami.”

Każda sprawa powinna być naświetlana nie tylko z jednego (np. POprawnego) punktu widzenia i chwała za to, że jest ktoś, kto rzuca to inne światło. Tym bardziej, że często to inne spojrzenie nacechowane jest autentyczną troską o polskie dobro, o nasze bezpieczeństwo i suwerenność. Pożyteczny pluralizm.

Obecnie jeszcze bardziej widać, że toczy się wojna kulturowa –  jeśli tak dalej pójdzie, to cywilizacja europejska upadnie. Są siły geostrategiczne, bardzo partykularne, którym na tym zależy i które tę naszą słabość prokurują i rozgrywają.

Tu na chwilę wrócę do pornografii. Oprócz swej natury poniżającej człowieka i niechlubnej komercji,  zaprzęgana jest w politykę, tę od podszewki, która włącza się w inne metody osłabiania narodów w imię partykularnych korzyści.

Wiadomo z historii, że upadek każdej cywilizacji poprzedzony był upadkiem moralności i gorszącym rozpuszczeniem seksualnym.  Już mistrz Sun Tsu (ten od „Sztuki Wojny”) wiedział, że aby podbić jakiś kraj należy jego naród zdemoralizować seksualnie.
Z drugiej strony – nikt pornografii nie zabroni dorosłym ludziom, którzy ją wybierają jako doznanie. Dzieją się rzeczy gorsze i to za przyzwoleniem władz, w tym nawet od kultury i edukacji.
Przykładowo – seksualizacja dzieci od przedszkola, przedstawianie miłości tylko/głównie jako techniki, pedofilia, przemoc wobec dzieci i kobiet itp.

U nas demoralizacja w szerokim sensie szła od góry – w różnych wymiarach – korupcyjnym, moralnym, materialistycznym (nakraść się, marnotrawstwo, zaprzedanie majątku narodowego), w tłumieniu opozycji i pobłażaniu układom mafijnym.

Pokazali ją ostatnio politycy PO ze swoją kamarylą. Abstrahując od merytorycznych skandali, poraża ujawniony w znanych podsłuchach język. I nie chodzi tylko o wulgaryzmy ale o ogólny poziom tych ludzi.

Wiele się ostatnio mówi po obu stronach podziałów politycznych
o patriotyzmie.  Patriotyzm, wśród wielu atrybutów, to też dbałość o język ojczysty.
Oprócz ww. kazusów ze strony „elit” (tfu!) reaguję też na blogi i fora, zaprenumerowane biuletyny i … często „ręce mi opadają”. Niechlujność, byki, literówki, nowomowa, zdania bez sensu, często wulgaryzmy. Oczywiście mikroblog (np. twitter) lub forum internetowe to formy bardzo skrótowe, spontaniczne, coś w rodzaju luźnej rozmowy – można wybaczyć pewną ilość omyłek.
Gdy jednak coś pisze się publicznie, wydaje biuletyn dla subskrybentów, redaguje stronę www, to powinno się okazać więcej dbałości i szacunku dla swoich czytelników. I dla siebie – coś, co umieszczamy w Internecie – staje się w dużej mierze „nieśmiertelne”.
Spotykam sporo wypowiedzi i artykułów krytycznych; myślę że zwłaszcza tam i tym bardziej należało by uważać – by samemu nie narazić się na krytykę. 🙂

Obecnie „pisać każdy może” – stąd zarówno korzystna możliwość wypowiedzenia się przez masy (np. blogi), jak i zalew na ogół marnych a nawet grafomańskich powieści, autobiografii, poradników i książek kucharskich, które zaistniały raczej tylko z tej racji, że autor to jakiś celebryta. Nadzieja w tym, że może w tej masówce kilka procent ‘dzieł’, może faktycznie coś wniesie w kulturę – chociażby z samej statystyki zjawiska.
Podobnie poruszają mnie błędy w mowie, zwłaszcza polityków i innych osób publicznych. Zwłaszcza gdy znany aktor mówi ‘wziąść’, ‘proszę panią’ (gdy jest to zwrot grzecznościowy a nie prośba), nie rozróżnia przypadków (tą, tę), jeśli nie tylko politycy z selekcji negatywnej ale nawet dziennikarze z czołówek mówią ‘ludzią’ zamiast ludziom, ‘niosom’, ‘robiom’ itp.

Chociaż nie jestem orędownikiem PiSu – nie widzę tam (w wystąpieniach publicznych, do jakich mam dostęp) takiego języka i niskiej wartości narracji.

Tu mógłbym spiąć klamrą ten wpis nawiązując do pozytywnej oceny nowego ministra kultury jak na wstępie, ale … dając mu kredyt zaufania nie mówię jeszcze ‘hop’.
Druga klamra to skojarzenie dziewczyny (pani Karolina) ze śmiercią – kultury dziennikarskiej…

Jednak chciałbym jeszcze tylko krótko zwrócić uwagę na szereg innych zagadnień – zwłaszcza dotyczących tzw. kultury masowej.

Np. dbanie o swoje otoczenie. Wspomniałem o tym np. tutaj – Śmierdząca sprawa.

Podobnie można wytknąć śmiecenie w lasach, zalepianie chodników gumami do żucia, graficiarstwo na (czystych) ścianach itd.

Albo kierowanie uwagi społecznej na sprawy błahe – vide zawartość serwisów informacyjnych omijających to, co istotnie ważne, a także rozładowywanie napięć metodą „chleba i igrzysk”. Teraz pewnie podpadnę wielkiej ilości facetów. Chociaż kibice piłkarscy wykazują trzeźwe postawy i krytyczny osąd polityków, to kiedyś (może przesadnie i sarkastycznie) kulturę stadionową i Euro 2102 skomentowałem tak: Skopana piłka.
Podobnie jak to ujął kiedyś D. Passent:
„… Chamstwo na boiskach jest już powszechnie akceptowane.
Dla mnie dzisiejsza piłka nożna (nie tylko w Polsce, nie mówię też o sporcie amatorskim) ociera się o jakiś obłęd, to nie tylko szkoła niskich instynktów, ale zjawisko głęboko zanurzone w brudną politykę. Futbol to sprawa wagi państwowej, a nawet – państwo w państwie, ponadpaństwowa organizacja o symptomach mafijnych.
A politycy przypochlebiają się via futbol masom…”.

Może starczy, więc na koniec

Ktoś powie: wymądrza się, kim jest autor tego wpisu na niwie kultury? Czy w ogóle  zna się na tym?

Cóż, chociaż nie jestem w niej osadzony profesjonalnie, to uważam, że oddolny głos też coś znaczy – bo to my – obywatele, jesteśmy właśnie ‘odbiorcami kultury’ dla jej twórców i promotorów.
Przyznam też, że na sztuce teatralnej znam się najmniej, podobnie jak na muzyce. chociaż ja uwielbiam. Myślę, że nie trzeba się znać profesjonalnie na wszystkich zakamarkach i tajnikach sztuki, by umieć ją odczuwać i mieć swoje zdanie.

Pochodzę z ‘rodziny artystycznej’ – Mama i 3 ciotki były malarkami po akademii, a w domu zawsze wśród mnogości książek było miejsce na albumy dotyczące malarstwa i sztuki w ogóle. Reszta rodziny to humaniści – zwłaszcza po studiach historycznych i polonistycznych.

Oczywiście, z racji Ich i mojego wieku, były to zainteresowania bardziej kulturą wyższą niż obecną popkulturą.

W takim środowisku wyrastałem i przebywam.

Dużo czytaliśmy i czytamy. Żona konkuruje ze ś. p. Mamą co do ilości przeczytanych książek i czasopism – średnia to przynajmniej jedna książka na dwa dni J.
Jesteśmy nimi stale obłożeni, przy czym ja coraz więcej informacji zdobywam z Internetu, ale też dobierając je wg swych zainteresowań i wagi. Całe życie coś pisałem – opowiadania, felietony, pamiętniki, wiersze, przy czym większość tej aktywności przypadło na okres przedcyfrowy i uległo albo zniszczeniu albo czeka na ew. redakcję, chociaż nie wiem czy do tego dojdzie, bo są ważniejsze sprawy bieżące.

Wspomnę tylko,  że z nastaniem ‘ery cyfrowej’ poczyniłem wówczas jeszcze nieudolną technicznie próbę pokazania światu jednego z moich mistrzów – Stefana Garczyńskiego poprzez stronę http://www.StefanGarczynski.pl oraz digitalizację i opracowanie czterech jego książek. Obecnie już sprawniej i częściej wypowiadam się w Internecie na tematy społeczne, w tym dotyczące szeroko pojętej kultury.
To środowisko, aktywność i przyzwyczajenia czynią nas nie tylko odbiorcami ale i podmiotami kultury.
Zatem – sądzę,

Leszek Korolkiewicz

Resume po roku

Nie myśl tyle o biznesie. Twoim głównym biznesem jest twoje życie.
Parafraza z Michaela Gerbera

Jak zapewne widać z mych wpisów, sporo czasu poświęcałem działalności w sieci, głównie w aspekcie e-biznesu.
To działka w której występuje spora zmienność, pewne projekty zyskują na wadze, inne słabną lub w ogóle wypadają.
By uprościć – posłużę się podsumowaniem sprzed roku, które umieściłem tutaj:
http://oromind.empowernetwork.com/blog/business-to-nie-tylko-biznes-o-moich-zajeciach

Empower Network jest przykładem programu w którym byłem dość krótko, ale parę wpisów jakie umieściłem na tamtejszym blogu zachowało się (może coś cię zainteresuje?).
Już nie polecam tego serwisu (ani nic z niego nie mam) – nie z powodu że jest zły, ale łapałem zbyt wiele srok za ogon, ponadto krajowe wsparcie tego projektu (z BIM Polska) praktycznie zanikło. Potraktowałem go głównie edukacyjnie.

Co do mego dawnego ‚flagowego’ projektu http://www.L-earn.net, to też został zawieszony w tym sensie, że nie ma już dostępu do artykułów, chociaż znalazłem pomysł na jego kontynuację w postaci bloga (adres ten sam), ale dopiero zacząłem przekładać i aktualizować treści. To potrwa … długo, bo nie mam innego sposobu jak ręczne operacje owego przenoszenia, ze żmudnym przepisywaniem słów kluczowych, tagów, opisów itp.

Podobnie zwolniłem z promocją 7MT (7-minutowy trening) – kontuzje spowodowały że nie mogę teraz ćwiczyć, a sam projekt czekał dość długo na odświeżenie i zaangażowanie promotora po odejściu jednego z założycieli. Przypatruję się co będzie dalej.

Bardziej poświęciłem się abonamentowej opiece medycznej (zobacz

http://SuperOpiekaMedyczna.i-dlaCiebie.pl/ ) oraz w Klubie Noricum (złoto). Kiedyś zacząłem ten temat także w serwisie tumblr – http://oromind.tumblr.com/, ale bardziej dla eksperymentu…

Z nowszych możliwości  promocyjnych (na razie testowanych) zapraszam na

Pinterest.
Są jeszcze programy zagraniczne (angielskojęzyczne), ale o tym nie mówię na tym polskim blogu.

A w ogóle … mam już wakacje i wszystko spowalniam 🙂

 

 

Co cię interesuje?

Ludzie z celami odnoszą sukcesy ponieważ wiedzą dokąd zmierzają…
To jest aż tak proste.
Earl Nightingale

Powyższe pytanie zawężam (?) tutaj do tego, co interesuje bodajże wszystkich: wolność z fundamentem w „wolności finansowej”.

Zanim przejdę dalej, warto poznać  pogląd na wolność finansową (czym jest), jaką prezentuje Sławek Muturi, np. tutaj:
http://fridomia.pl/o-ksiazce/spis-tresci/rozdzial-1/  (zobacz fragmenty rozdz. 1)

Osobiście nie mam już czasu (ze względu na wiek i możliwości) by pójść drogą długodystansowca wg Sławka (mieszkania na wynajem), zatem jakiś czas temu poszedłem ścieżką dużo mniej ambitną i dla mnie zarówno prostszą i wystarczajacą na ‚dorobienie’ – programy partnerskie.
Może i ty jesteś w takiej sytuacji, zatem  zobacz dla ew. inspiracji co aktualnie wybrałem: http://www.BeFirst.co  [z czasem ta strona została zlikwidowana]

Myślę, że  z niektórych tamtejszych ‚biznesów’ docelowo zrezygnuję (mimo, że są komplementarne) i zostanę przy jednym lub dwóch.
Aktualnie chcę się skupić na S7 – abonamentowa prywatna opieka medyczna.

Wymaga to ode mnie sporej aktywności, wybacz więc, że może zbyt często  widzisz ten temat w moich wpisach.
Niezależnie jednak od tego czym się zajmujesz w kwestii swej wolności finansowej, to zobaczenie tego http://www.bit.ly/marketerzy   http://bit.ly/TwojaOchrona da ci sporo wiedzy o projekcie a ta strona http://bit.ly/NP_S7 jak działać efektywnie jako partner  i jak do tego można zaprzęgnąć systemy niemal automatyczne….

Spełnieni

Nie żałuj, że nie spełniły się twoje marzenia;
pożałowania godnym jest tylko ten, kto nigdy nie marzył.
Marie von Ebner-Eschenbach

Lubię bywać na spotkaniach networkowych, zwłaszcza tych pod egidą Grzegorza Turniaka (szef  http://www.bnipolska.pl ), czy to na typowych meetingach BNI, śniadaniach biznesowych czy w ramach Akademii Rekomendacji.

Dlaczego? Oprócz kontaktów biznesowych, co jest hasłowym celem tych spotkań, jest to także miejsce gdzie poznaję ludzi … spełnionych. To budujące, wręcz magiczne doświadczenie.
Można wiele się nauczyć, cieszyć energią i charyzmą tych ludzi, wejść z nimi w kontakt osobisty. Czyli – jest to i życie towarzyskie. Ostatnio Grzegorz zacytował żarcik twórcy Kabaretu Dudek, Edwarda Dziewońskiego: „Jedyne życie jakie ma sens, to życie towarzyskie„.

Czym są rekomendacje? Czymś znacznie więcej niż wymianą wizytówek, czy ‚swatkowanie’ biznesów. To sztuka promowania i edyfikacji innych. To cała wiedza o relacjach, której uczą kursy BNI. To poznawanie siebie przez innych oraz przez oferowane testy osobowości. To, jak mawia Turniak – aktualizacja swojej mapy rzeczywistości.Poniedziałkowa (8.12.14)  X Akademia Rekomendacji miała hasło „Ekonomia Wdzięczności„.

Nie będę streszczał o co chodzi, pojęcie wzajemności w biznesie i nie tylko – mam nadzieję – jest intuicyjne i znane (książka o tym tytule autora: Gary Vaynerchuk).
Grzegorz zachęcał do wykorzystywania w większym stopniu mediów społecznościowych, ponieważ nie wszyscy ludzie biznesu to jeszcze doceniają, nie wszyscy zauważyli, że dziś sukces buduje się coraz bardziej na jakości relacji z klientem i mediami.

Niezależnie od tego przesłania – tak, jestem wdzięczny, że tam znów byłem.

Spotkałem też starych znajomych, poznałem nowych.

Wykład na ten temat wygłosił Grzegorz Turniak.

Jak zwykle uzyskaliśmy cenną wiedzę biznesową, było doborowe towarzystwo i wspaniała atmosfera.
Wykłady mieli dwaj goście:

* Marek Skała – właściciel firmy szkoleniowej MEGALIT – Instytut Szkoleń, dziennikarz, publicysta miesięcznika „Nasz Rynek Kapitałowy”, autor kilkuset tekstów z zakresu biznesu. Autor książki „Psychologii Zmiany” (ponad 25 000 sprzedanych egzemplarzy). Marek – jak dla mnie – to spektakularny przykład ciekawego, spełnionego życia, pełnego świetnych ludzi. Przykład jak rekomendacje ‚nakręcają’ same kolejne kontakty i bogactwo w różnym rozumieniu tego słowa.

* Sławek Muturi – inwestor w nieruchomości w wąskiej niszy kawalerek na wynajem. Rentier zwiedzający świat. Osiągnął wolność finansową w wieku bodajże 43 lat. Większość roku spędza w ciepłych krajach, odwiedził już wszystkie niepodległe państwa na kuli ziemskiej. Autor książek. (mam: Życie postkorporacyjne i Mieszkania na wynajem – moja droga do wolności finansowej).

Prezentację biznesową (zwyczaj spotkań) miał mój stary znajomy  – Tomek Wiśniewski – mówił o energetyce odnawialnej w kontekście projektów elektrowni wiatrowych.

Już cieszę się na następną Akademię Rekomendacji w styczniu, gdzie wystąpi między innymi Ewa Foley, (Inspiration Seminars International) – cudowna kobieta, którą podziwiam bodajże od dziesięcioleci.
Znane są fiszki motywacyjne Ewy – oto jedna z nich – bardzo a propos naszego spotkania:
Niektórzy ludzie zamiast mostów budują tamy i stają się samotni. Ty jesteś budowniczym mostów” .
Tymczasem wybieram się na coroczne otwarte spotkanie wigilijne u Ewy 13 grudnia 🙂

Od lewej: Tomek Wiśniewski, Sławek Muturi i Grzegorz Turniak
Grzegorz Turniak w czasie swego wystąpienia.

Trudno … nie reklamować

Zdrowie to nie wszystko,
ale bez zdrowia wszystko jest niczym.

… tego, co rozwiązuje problemy prawie wszystkich Polaków. Zdrowie i pieniądze.

Zacznijmy od zdrowia 

Co byś powiedział na stałe prywatne usługi medyczne szybko, tanio a nawet za darmo? Jest to  możliwe dzięki nowemu DUŻEMU przedsięwzięciu związanemu z branżą zdrowia.
Po zapisaniu się na dalsze informacje tutaj  http://i-dlaciebie.pl/2index

dowiesz się jak możesz zadbać o zdrowie swoje i swojej rodziny, jak nie być na łasce NFZ w kwestii skierowań do specjalistów, kolejek, ‚spychotechiki’ i taśmowego traktowania.

Aspekt finansowy

Możesz nawet mieć wcześniejszą emeryturę/rentierstwo – zarabiając na … lekarzach.
Nasza propozycja dotyczy: współpracy z S7 | Opieka Medyczna  [potem S7Health] – działającej w branży medycznej wartej 150 mld zł/rok (!):

– w zakresie dystrybucji abonamentowych pakietów (karnetów) medycznych  – samodzielnie lub z zespołem/siecią sprzedaży

– gdzie za każdego klienta opieki medycznej S7 wypłaca prowizje co miesiąc do końca trwania min. rocznej umowy

– aż do 55% + premie od 10 000 do 100 000 zl oraz + program samochodowy (samochody od MINI, przez BMW 3-5-7, po PORSCHE)

– z możliwością zastania udziałowcem/akcjonariuszem firmy

– w czym oczywiście Ci pomożemy.

Niezagospodarowany olbrzymi rynek klientów indywidualnych i małych firm.

Czyli także biznes… Ale jak go robić?

By mieć więcej czasu i pieniędzy  warto jest mieć/zbudować zespół ludzi, którzy będą wykonywać część pracy za ciebie. Jeśli zatrudnisz pracowników, wykonają za ciebie trochę pracy. Jeśli zatrudnisz najlepszych, będziesz ich tylko nadzorować – większość pracy wykonają oni.

A co powiesz na zatrudnienie całego zespołu najlepszych marketerów, którzy ZA DARMO będą pracować na Twój sukces i wykonają za Ciebie 90% pracy?

[Mam na myśli jedyny taki ZESPÓŁ. Pracują non stop.  Pozyskują dla ciebie klientów. Robią follow-up. Szkolą marketingowo. Zapraszają na spotkania na żywo (przyjadą do Twojego miasta) i do swoich grup wsparcia, poznasz fajnych ludzi. Dlaczego to robią i bezpłatnie? Nie ma w tym tajemnicy – tylko zechciej poznać bliżej to, co robimy
ta opcja – po rozrośnięciu się struktury została wyciszona i ograniczona do okresowych sympozjów].

Długo by wymieniać udogodnienia i korzyści z ‚produktu’ i samego biznesu.
Na początek zachęcam do sprawdzenia tutaj, a potem poprowadzę cię tą ścieżką możliwości…

 

Kłamstwo

Przeciwieństwem głębokiej prawdy jest jeszcze głębsza prawda.

Upraszczając, kłamstwo to zaprzeczenie prawdy.
Jednak sprawa jest bardziej złożona. W szerszym spojrzeniu widzimy, że ze względu na ograniczoność naszych zmysłów i wiedzy – żyjemy w dużym stopniu  w świecie ułudy.

Ale nie zamierzam tutaj rozpatrywać prawdy aż tak szeroko. Chodzi mi o kłamstwo intencjonalne – bo by skłamać należy znać prawdę. Gdy nie znamy prawdy, lepiej powstrzymać się od pospiesznych osądów, a udawanie kompetencji dla manipulowania innymi to już poważne nadużycie.

Już parokrotnie dotykałem kwestii kłamstwa w swych blogach.

To widząc je w polityce, to w historii, to w systemie finansowym np. http://www.facebook.com/notes/tajemnice-złota/niełatwe-życie-doradców-finansowych-i-nowe-możliwości/231506770308503

a to w medycynie – ostatnio rozpisałem się o tym tutaj: http://lepszezdrowie.info/nieuleczalne.htm , http://lepszezdrowie.info/ukryte_terapie__recenzja.htm ,
w obyczajach a nawet tradycjach (kiedyś wrzuciłem taką refleksję: http://lepszezdrowie.info/tradycja__druga_strona_medalu.htm

w metodach mediów itd.

Kłamstwem pokrywa się spiski.

Zatajenie prawdy, która mogłaby przynieść wiele dobrego ludziom, rzadko nazywane jest kłamstwem, ale takie postępowanie jest też jego rodzajem.

Czasem kłamstwo jest na tyle bezczelne, że nikt nie wierzy że to kłamstwo, czasem łagodnie wynika z niesprawdzonej i powielonej plotki. Tak tworzą się różne mity. Lubię je tropić, jako że warto być świadomym prawdy, a przynajmniej się do niej zbliżać. Samo zagadnienie prawdy jest głęboko filozoficzne i nie będę go tutaj roztrząsał. To odwieczne pytanie: Czym jest prawda? Czasem ludzie fakt nazywają prawdą. Ale wyodrębniony fakt jest jedynie częścią prawdy.

Jest sporo książek na te tematy. Filozoficznie i kompleksowo podchodzi do tego Wojciech Chudy w swych opracowaniach jak monografia „Filozofia kłamstwa. Kłamstwo jako fenomen zła w świecie osób i społeczeństw”  (Oficyna Wydawnicza Volumen 2003, ss. 564) lub „Kłamstwo Jako Metoda – esej o społeczeństwie”.

Już z samego tytułu tych pozycji wyłania się powiązanie kłamstwa z głębokim złem.
Dostrzegały to religie (szatan – ‘ojciec kłamstwa’, „nie mów fałszywego świadectwa”, …), dostrzega psychologia i socjologia –  w szczególności wiadomo, że kłamstwo zabija przyjaźń.  Doprowadza do największego grzechu (jakby powiedział Dante) – do zdrady – nie tylko w relacjach dwóch osób, ale zwłaszcza w relacji: człowiek zaufania jak polityk, nauczyciel, lekarz, szef, rodzic … – ofiara oszustwa.

Ale przejdę teraz do węższych obszarów, które mnie interesują – do książek poświęconych zwłaszcza (w dużej mierze) zdrowiu.
W sposób popularny i ukierunkowany praktycznie pisze o kłamstwach np. Zbigniew Wojtasiński w „101 Mitów o zdrowiu” (2009), „Mity, kłamstwa i zwykła głupota”  – John Stossel (Laurum, 2010) lub Anahad O’Connor w „Fakty i mity o naszym zdrowiu i świecie” (Bookmarket, 2008).

Nasuwa się tu wszakże refleksja. Stossel jest dziennikarzem pracującym dla dużej stacji telewizyjnej (ABC), która raczej nie pozwoli sobie na zadzieranie z dużymi korporacjami, które są albo mogą być klientem reklamowym.

Zatem autor lawiruje w ten sposób by się zbytnio nie narazić. Część jego opinii oceniam jako nieobiektywnych. Jedną ze stosowanych metod jest branie jakiegoś aspektu danego zagadnienia i uogólnianie na jego całość. Czasem skutkuje to zbyt pochopnym zanegowaniem jakiegoś zjawiska lub poglądu  i na tej podstawie zaliczenie go do mitów. Chcąc niby dobrze wylewa dziecko z kąpielą, nie zauważając (może tendencyjnie), że dany pogląd, metoda, opinia, … jest w wielu przypadkach słuszna lub pożyteczna.

Już nie mówię o tak rażących przypadkach ignorancji jak poglądy o homeopatii, liczenie kalorii jako sposób na otyłość, rzekomy brak znaczenia pór jedzenia, …

Powszechne jest powielanie mitów i niesprawdzonych teorii w popularnej, zwłaszcza tabloidowej prasie oraz w serwisach internetowych reklamujących różne produkty – gdy nie liczy się rzetelna informacja a sprzedaż.
Podobnie O’Connor też jest etatowym współpracownikiem dużej redakcji (NewYork Times) i podlega tym samym ograniczeniom ‘poprawności’ (‘politycznej’ korporacyjnej).

Domykając sprawy związane z kłamstwami związanymi ze zdrowiem wspomnę artykuły:

11 największych kłamstw wg oficjalnego stanowiska
Z głowy na nogi
Na zdrowie

Ogólnie media mainstreamowe muszą być nie tylko ‘poprawne’ ale przez to spłycają wiele zagadnień – pod masowego odbiorcę.

Warto tutaj przypomnieć, że jeśli czegoś nie rozumiemy (a zwłaszcza jeśli jeden człowiek czegoś nie rozumie), to wcale nie znaczy że spotkał się z kłamstwem lub bzdurą.

Podobnie, prawda nie jest przedmiotem demokratycznej oceny.
Kłamstwo nie staje się prawdą tylko dlatego, że wierzy w nie więcej osób (Oscar Wilde).

Prawda nie zawsze leży pośrodku. Prawda leży tam, gdzie leży.

Faktem jest, że czasem trudno jej dociec, bo nikt nie ma pełnej wiedzy ani monopolu na prawdę. Ale uczciwe podejście nakazuje zrobić odpowiedni wysiłek.
Nie ulegać konformizmowi, wybieraniu niższej wartości, wygody, korzyści z lenistwa w dociekaniu prawdy.

Gdy obserwuję polityczne ‘gadające głowy’ uderza (skądinąd zrozumiałe ze względu na klasę klasy politycznej) ograniczenie horyzontu do własnych doktryn a nawet niemerytoryczna przepychanka. Obiektywności dyskusji sprzyjałaby zwykła empatia dla interlokutora. Wygrywa manipulacja.

Gdy mówimy o polityce – kłamstwo społeczne przybiera nieraz postać głębokiej hipokryzji. Tym charakteryzował się realny komunizm, a obecnie to np. tolerowanie i nawet podsycanie i drenowanie przez władze pijaństwa, mimo oficjalnej walki z tym zjawiskiem. Walczy się z paleniem, ale pijaństwo przynosi społecznie DUŻO  większe straty i dramaty.

Mówię o zjawiskach społecznych, ale ich źródło znajduje się często nie tylko w braku wiedzy, ale z zadufanego samozakłamania, to rys charakteru. Wtedy widzimy, że kłamstwo to zamach na wewnętrzną integralność człowieka, na jego pozostawanie w zgodzie z własnym sumieniem, jedność myśli, słów i czynów. Samooszukiwanie się to najgłębsza niespójność, jaka dokonuje się w człowieku, to kłamstwo, w którym człowiek żyje niezgodnie ze swoją naturą.

Jak bronić się przed manipulacjami? Włączyć samodzielne myślenie. Czytać prasę niezależną i media spoza głównego ścieku. Sięgać po przeciwstawne poglądy i osądzać je, zwłaszcza wg reguły „po owocach poznacie ich„. Znać przynajmniej podstawy NLP oraz erystyki. Znać propedeutykę logiki. Bardziej zaawansowany oręż to znajomość metod naukowych. Wychowałem się na starych podręcznikach jak akademickich, ale zapewne są odpowiedniki współczesne. Z tych znam popularne podejście w postaci książki „Kłamstwa, przeklęte kłamstwa i nauka” autorstwa Sherry Seethaler (chociaż i tu niektóre przykłady są kontrowersyjne).

Jednak otwartość umysłu nakazuje nie przywiązywać się do dogmatów, także naukowych. Zwróć uwagę na motto artykułu. Jakże wiele utrwalonych poglądów okazało się fikcją lub bardzo grubym przybliżeniem. Proponuję myślenie lateralne wg Edwarda de Bono (http://l-earn.net/index.php?id=610 > https://www.biblionetka.pl/art.aspx?id=40851 ),
operacje prowokacyjne (http://l-earn.net/index.php?id=257 > https://www.biblionetka.pl/art.aspx?id=41350 )…

Nie ufać politykom nastawionym na krótkoterminowy poklask a w ogóle nie szukać wśród nich autorytetów. Bo zwłaszcza świat polityki jest pełen propagandy, przy czym zaprzęga się tu najlepszych specjalistów, monopolizuje środki przekazu.  Chyba tylko ‘lemingi’ nie dostrzegają politycznego PR czyli mamienia ludzi obiecankami i kłamstwami dla korzyści wyborczych lub wyciągnięcia pieniędzy.

Ale,  „Nie ma gorszego zła od pięknych słów, które kłamią” (Ajschylos).

Podsumowując: nie dajmy się okłamywać!

Ten artykuł piszę nie tylko dlatego że kłamstwo boli mnie od dawna, ale sprowokowany narastającą aktualnie propagandą, zwłaszcza polityczną i to z pozycji siły i dezinformacji.

Żywię jednak nadzieję, że kłamcy wpadną we własne sidła. Jedno kłamstwo rodzi następne.

Kłamca, aby nie zostać zdemaskowanym musi kłamać coraz bardziej – i to się właśnie dzieje. Próbuje uwiarygodnić w ten sposób swe słowa, rozszerza stworzony przez siebie świat, przysłaniając jednocześnie rzeczywistość, która mogłaby go zdemaskować. Jednak, gdy ilość kłamstwa przekroczy pewien krytyczny próg, następuje lawinowa katastrofa takiego sztucznego świata.
Jak powiedział Abraham Lincoln: „Można oszukiwać wielu ludzi jakiś czas, a niektórych ludzi cały czas, ale nie można oszukiwać całego narodu cały czas”.

Facebook jako … blog

Perspektywa i przestrzeń możliwości …

Nagłówek mojego profilu FB

Niestety coraz rzadziej tu bywam, ponieważ nieco zniechęciłem się do tego miejsca (blox) – mam tutaj znikomą interakcję z czytelnikami.
Ponadto prowadzę jeszcze parę innych blogów – np. „zawodowe” na www.befirst.co.
[po latach zaniechany]

Dlatego daję pierwszeństwo Facebookowi (FB). Techniczna zaletą FB jest to , że mogę z nim spinać inne blogi – np. ten  wpis ukaże się na FB (chociaż ze sporym opóźnieniem – nie wiem dlaczego).

Jak widzę Facebooka?
To szeroki temat, ale przede wszystkim to platforma społecznościowa. W grupach i na stronach tematycznych możemy się integrować wg zainteresowań i wymieniać materiałami, poglądami.

Ostatnio przyświeca mi idea dawania jako postawa niemal filozoficzna. FB to umożliwia, chociaż warto zadbać by dawać coś wartościowego.

Mam na myśli wiedzę, inspiracje, motywacje, manifestacje piękna (poprzez zdjęcia, wiersze, filmy, impresje…), komunikowanie o wydarzeniach.

Gdzie jest dawanie, tam i odbiorca – sam sporo korzystam na tym, co dają inni.

Przez to wytwarza się i więź pomiędzy ludźmi – często zaczyn  autentycznych znajomości i przyjaźni.  FB jest miejscem dialogu, czasem ostrych dyskusji, które, jeśli nie strywializowane, potrafią dać lepszy ogląd spraw. Jest przecież tyle nabrzmiałych spraw społecznych.

O ile globalizacja ekonomiczna budzi zastrzeżenia, to globalizacja wymiany myśli otworzyła zupełnie nowe możliwości. Można powiedzieć – zmienia świat. Szybka wymiana myśli i faktów pozwala (jeszcze?) na wyzwolenie spod dominacji monopoli informacyjnych i władzy.
Rośnie świadomość ludzi co do spraw, które były dotąd ukrywane. Oczywiście, to jest cecha Internetu w ogóle, ale na FB (i na podobnych platformach) mamy bodajże największą interaktywność i zasięg.

Zatem możemy się integrować nie tylko w dyskusjach ale i w działaniu.

FB coraz bardziej wykorzystywany jest też w biznesie jako dobre medium marketingowe a nawet sprzedażowe.

Nawet jeśli nie wszystkich to dotyczy, to strony firm i osób zaangażowanych w biznes dają specjalistyczna wiedzę, często wartościowe szkolenia. Obecnie FB służy już nie tylko jako medium, które o tym informuje, ale i udostępnia w swych ramach filmy, webinary, kursy w odcinkach.

Nie negując roli innych kanałów w Internecie, zachęcam do FB i zapraszam do siebie

– https://www.facebook.com/leszek.korolkiewicz

Zakładam tam strony (fanpages) i grupy – informacje w zagłębionym profilu.
[ dopisek ex post – zobacz tutejsza stroniczkę Moje blogi ]

Reklama dla Ciebie

Win-win…

winnner - reklamy i ogłoszenia

KOMUNIKAT

25.11.2012 zadebiutowała nowa strona ogłoszeniowa na FB:„Reklama i Ogłoszenia” (RiO) pod hasłem WINNER.

https://www.facebook.com/ReklamaANDogloszenia

Jest to publiczna platforma darmowych ogłoszeń dostępna dla każdego.

Wielu użytkowników Facebooka (FB) poszukuje możliwości publikowania swoich ogłoszeń, powiadomień i linków do stron – głównie umieszczają je w różnych grupach. Jednak widać, że zaśmiecają czasem w ten sposób także tablice profili innych osób lub grup zupełnie nie związanych z tematem ogłoszenia.

Lepszym rozwiązaniem jest publikowanie na dedykowanych STRONACH ogłoszeniowych na FB, ponieważ tylko one są indeksowane przez wyszukiwarki (grupy nie). Jednak często są to strony firm ogłoszeniowych, które nie dopuszczają osób trzecich do publikowania postów na swych tablicach wprost z FB. Zatem nowa strona ułatwi użytkownikom lepszą ekspozycję ogłoszeń zarówno na FB jak i w ogóle w sieci.

>>>>>>>>>> Polecam i zapraszam do wpisów! <<<<<<<<<<<

Myślę, że ta inicjatywa jest godna rozpropagowania a strona polubienia. Rozpoczyna się mała kampania promocji strony – będą wysyłane zaproszenia do Grup oraz indywidualne do osób.
Dziękuję z góry za akceptację zaproszenia i włączenie się w promocję.

TWOJA REKLAMA BĘDZIE WIDOCZNA GDY STRONĘ POZNA WIELU LUDZI.

Doradca finansowy?

Pieniądz jest dobry, ale w przemyśle, w portfelu, w banku, w handlu, w ruchu,
nie w środku mózgu i serca.
Janusz St. Pasierb

Przykładowy wgląd w historię finansjery

Śledząc od około roku oferty rynku finansowego dla przeciętnego obywatela dojrzałem do wypowiedzenia i upublicznienia paru cierpkich zdań.

Nie będę nikogo wskazywał konkretnie.
Nie będę udawał też wielkiego specjalisty – większość tego co powiem, to fakty znane (czasem zacytuję wprost wypowiedź finansisty) – tyle że stosunkowo nielicznym i na tym polega hipokryzja banków i wielu doradców na ich usługach.

Można by powiedzieć dużo więcej rozszerzając o tło naszych finansów państwowych, wzrastający dług i deficyt budżetowy, spychanie problemów na “kiedyś”, fiskalizm, brnięcie w niekorzystne rozwiązania itd.

Finansjera ma się dobrze. Zyski banków w Polsce rosną – z różnych tytułów.

Przykładowo Europejski Bank Centralny oferuje 1 000 000 000 000 euro trzyletniej pożyczki oprocentowanej na 1% – przeznaczonej tylko dla banków. Na taki kredyt nie mogłyby liczyć przedsiębiorstwa produkcyjne, zaś banki dostają gratis pięć procent różnicy między absurdalnie wysokim oprocentowaniem obligacji włoskich i jednym procentem EBC. Czym zasłużyła się finansjera, by uzyskać tak dobre traktowanie?

Gdyby to jeszcze były banki polskie… ale takich w Polsce już bodajże nie ma.
Zagraniczne banki mają tutaj raj, bo politycy są „spolegliwi”, a inteligencja finansowa Polaków jest jeszcze niska, można nam wcisnąć cokolwiek np. przez agresywną reklamę. Im gorszy produkt tym większa reklama.

System edukacji finansowej w Polsce prawie nie istnieje, więc zadanie jest łatwiejsze.
Są co prawda liczni „doradcy”, ale o tym za chwilę…

Miliony ludzi trzyma oszczędności na RORach z tak nikłym oprocentowaniem, że jest on ledwie ponad inflację albo nawet przynosi stratę.

Nie zawsze pokazuje się ludziom prawdę, że fundusze, polisy inwestycyjne to długoletnie zamrożenie aktywów a składki 2 pierwszych lat (przeważnie) to duży koszt nie do odebrania. Na ile realna jest obietnica, że fundusz za 10 lat da konkretny zysk?

Można powiedzieć, że ci klienci zostali sprzedani w niewolę banku razem z polisą. Biorą, bo nie oferuje się im innej możliwości.

Jeszcze gorsza sytuacja jest z kredytami. Jedna nieprzemyślana decyzja o kredycie np. na 30 lat może delikwenta zniewolić albo i zniszczyć na całe życie. Stąd też takie wielkie zadłużenie Polaków.
Mało kto z klientów wie, że udzielenie kredytu daje bankowi (i systemowi bankowemu) placet na wygenerowanie kolejnego pustego pieniądza co najmniej w skali 10 do 1. Gdyby ludzie powszechnie o tym wiedzieli, to pewnie takie rozruchy uliczne jakie mają miejsce na Wall Street pojawiłyby się i u nas. Dodać do tego informacje o bajońskich zarobkach i premiach dla dyrektorów banków plus informację o tym że te 4-6% na lokacie, to ledwie jedna czwarta tego co bank zarabia na naszych depozytach i mamy gotowe wrzenie.
Jasne, że banki tego nie chcą.

Czy bank oraz agent ma interes by dobrze poinformować klienta o wszystkich uwarunkowaniach produktu? Liczy się złapany klient oraz prowizja.
Oczywiście występuje spory ogólny brak wiedzy czym jest i jak działa polisa inwestycyjna. Jednak wielu klientów polis nie wie jaki produkt naprawdę posiada, co pokazuje także i winę sprzedawcy.

Wykorzystuje on także podejście życzeniowe klientów – wiele osób chce uwierzyć, że wystarczy wpłacać w polisę pieniądze i ktoś w magiczny sposób będzie nimi poprawnie zarządzał. Tak niestety nie jest…
Np. producenci produktów polisowych – umieszczając w tabeli opłat pozycję pod nazwą”opłata za zarządzanie” nie każdemu klientowi tłumaczą, że jest to opłata za możliwość samodzielnego zarządzania w celu wykorzystania braku podatku Belki przy konwersjach (co pozwala np. na zysk większy niż kupowania tych samych funduszy poza polisą).
Wiele produktów jest jednak obciążonych podatkiem od zysków kapitałowych i klient kupując taki produkt od razu podpisuje cyrograf na 19% lub większy podatek, chociaż odroczony (np. IKZE).

Sztuczka z lokatami jednodniowymi została już ukrócona, bo wszystko co omija fiskusa (polisy też są szyte „grubymi nićmi”) jest zagrożone prędzej czy później.

Wykorzystują też wiarę w „mity inwestowania”: giełda w długim okresie zarabia, uśrednianie, dywersyfikacja. Kowalski na ogól się na tym nie zna i wierzy w realne zyski 12%-18% w funduszach – nic nie robiąc.

Istnieje już niezliczona ilość doradców finansowych (od dużych firm do małych d.g.).

Niektórzy mienią się brokerami, ale biorą prowizje od konkretnych banków.
Powstaje też (nie tanie) różne szkoły inwestowania, kursy giełdowe itp.

Klient jest epatowany skomplikowanymi terminami, strategiami algorytmicznymi, analizami technicznymi …

Może to było i dobre przy względnie stabilnym rynku, ale wszyscy ci guru finansowi raczej ukrywają, że ich strategie nie uwzględniają faktu, że już niedługo grozi nam totalny kolaps wszystkich instrumentów opartych na pieniądzu fiducjarnym. Wkrótce okaże się, że król jest nagi – w USA drukuje się ostatnimi laty tak astronomiczne ilości dolarów bez żadnego pokrycia, że to nie może prowadzić do rozsądnego rozwiązania. Efekt domina będzie globalny. Podobnie euro też nie ma jasnej przyszłości.

Tylko statystyki są pompowanych wirtualną „wartością” wirtualnych instrumentów finansowych…
Wiara w papier, w certyfikaty – puste obietnice przybrała formę jakieś religii.
Nawet wiele obligacji państwowych (klasyczny przykład bezpieczeństwa) nazywa się już śmieciowymi.

Nie wiem, czy to oportunizm czy niedouczenie czy po prostu głupota – wierzyć bezgranicznie w papiery bez pokrycia i wciskać tę wiarę innym w imię doraźnych zysków (zwłaszcza spekulacyjnych) lub dla obrony polityki finansowej.

Czy zatem nie ma innych rozwiązań?

Idea oszczędzania i inwestowania jest jak najbardziej słuszna, ale nie na takich warunkach.

W przypadku krachu pieniądza, który de facto nie jest pieniądzem, a – jak się to oficjalnie pisze na banknotach – jedynie środkiem płatniczym, wartość zachowują tylko dobra materialne jak ziemia, budynki, rezerwy żywności a zwłaszcza surowce.

Większość (wszystkie?) wojen toczy się o surowce.

Zastanówmy się, w co inwestują banki i niektóre rządy. Same siebie raczej nie oszukują.

Głównie w metale szlachetne, prym wiedzie złoto i srebro.
Nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który jest symbolem „pieniądza” jest trzecim co do wielkości na świecie depozytariuszem złota.

Złoto zawsze, przez wieki, było ostoją wartości – jej odnośnikiem i ratunkiem dla tych, którzy przewidywali kolejne kryzysy.
Bo historia kołem się toczy – opisuje to dokładnie Michael Maloney w swej książce „Jak inwestować w złoto i srebro – zabezpiecz swoją finansowa przyszłość”. Ale nie tylko on – wypowiadał się na ten temat nie raz Robert Kiyosaki, Donald Trump, Mike Dillard i inni inwestorzy oraz wpływowi finansiści.

Prawdziwa edukacja finansowa i tzw. inteligencja finansowa powinna uwzględniać to zjawisko cykli kryzysów i ratunkową rolę prawdziwego pieniądza jakim są metale szlachetne. I nie chodzi o certyfikaty na złoto, ale o złoto fizyczne (certyfikat zresztą łatwiej podrobić – w szerokim sensie – niż złotą monetę).

Mimo że nie jestem doradcą finansowym – widzę to jasno i … doradzam inwestowanie w złoto – póki nie jest jeszcze za późno (przed wielką inflacją).

Złoto jest najlepszą inwestycją długoterminową o małych wahaniach, i czymś namacalnym a nie jakimś „papierkiem” na udziały w firmie X. Jego cena stale rośnie i to ostro (chociaż słuszniej byłoby powiedzieć, że to środki płatnicze tracą na wartości względem probierca złota).

Nawet nie chodzi o inwestowanie, które kojarzy się z posiadaniem dużych zasobów, chodzi w pierwszym rzędzie o zabezpieczenie tego, co się już ma na kontach oszczędnościowych i lokatach.

Powstają programy systematycznego oszczędzania nawet niedużych kwot – zamiast na lokatach pieniężnych – w gramy złota inwestycyjnego (czystego: sztabki, monety bulionowe).
Dodatkowym plusem jest brak podatku od zysków kapitałowych (Belki, dotyczy w Polsce tylko złota).

To łatwiejsze i bezpieczniejsze niż inwestycje w nieruchomości (kogo stać powinien pomyśleć i o tym).

Kto będzie w ten sposób przezorny – ma szansę za złoto kupić w przyszłości wszystko (i wszędzie) a nawet znacznie się wzbogacić, gdy inni by przeżyć będą pozbywać się za bezcen tego, co mają.
Mówi się nawet o największym transferze majątku w historii jaki nastąpi między uświadomionymi i nieświadomymi tych zmian.

Ciekaw jestem ilu doradców finansowych o tym wie, a jeśli wie, to jak szczerzy są ze swymi klientami…

Zajrzyj jeszcze na https://www.facebook.com/TajemniceZlota/ – będą różne aktualizacje i ciekawostki.

Skopana piłka

Na pytanie po zakończeniu meczu piłki nożnej:
– tato, jaki jest wynik?
– 0:0
– to po co grali…?

il. za http://www.polskapilkakobiet.pl/

Nie jestem fanem ani znawcą piłki nożnej (więcej: nie lubię futbolu), więc może nie powinienem się o niej wypowiadać.

Ale widzę, że podobna sytuacja nie powstrzymuje innych od krytycznych ocen, do których chcę się przyłączyć – z trochę ogólniejszej perspektywy.

Sprowokowały mnie ostatnie zadymy stadionowe oraz skandal jaki się szykuje w związku z Euro 2012.

To co zdarzyło się np. kiedyś na meczu w Wilnie, a potem w całej serii burd stadionowych tylko potwierdza n-ty raz, to, co myślę o piłce nożnej. Może nie ogólnie, ale o naszej, może nie w 100%, ale w większości aspektów.

Skandale we władzach polskiej piłki, korupcje sędziowskie, ustawianie meczy – to wizytówka środowiska.

Nie wiem czy to przekłada się na poziom kibiców, ale wieloletnia pobłażliwość władz klubowych i wyższego szczebla względem chuliganów, na pewno nie poprawia sytuacji.

Pseudokibic piłkarski jawi mi się więc przede wszystkim jako półgłówek, który nie rozumie, że rozróbami podcina gałąź na której siedzi”, tj. sport który (podobno) lubi. Chyba że nie o to chodzi…

Jeśli nawet rzeczywiście lubi ten sport, to półgłówek daje się podniecić myślą, że jego klub jest najlepszy (choćby ewidentnie był słaby) do tego stopnia, że zabiłby kibica innego klubu.

Oczywiście nie ma to nic wspólnego z autentycznym sportem, w którym zdarza się przegrywać i trzeba umieć przegrywać. Szowinizm klubowy, nawet narodowy, ostracyzm i inne plagi typowe dla Polaków (sorry, kibic tego nie zrozumie, zapędziłem się…) – tu dochodzą do absurdu wyzwalając przy okazji najniższe instynkty.

Mój absmak podziela np. Daniel Passent. Zacytuję (za zgodą autora) fragmenty z jego felietonu „Na złość kibicom” (w książce „Pod napięciem”, a pierwotne w tygodniku Polityka 27/2006).

„… Chamstwo na boiskach jest już powszechnie akceptowane. Sprawozdawcy i komentatorzy telewizyjni, wśród nich zawodnicy i trenerzy zaproszeni do studia, mówią o „faulu taktycznym”, to jest popełnionym nie w wirze walki, ale z zimną krwią, celowo, żeby powstrzymać przeciwnika. Doradzają nawet, żeby takie faule popełniać zaraz po przechwyceniu piłki przez drużynę przeciwną, na jej połowie boiska, bo wówczas ewentualne konsekwencje w postaci rzutu wolnego będą mniej dotkliwe. „O, tak trzeba grać!” – mówią z uznaniem na widok piłkarza, który podstawił nogę rywalowi odpowiednio wcześnie. Sprawozdawcy telewizyjni mają nawet czasami za złe sędziom nadmierną, ich zdaniem, surowość: „No, ja bym nie powiedział, że to był faul na żółtą kartkę. Wystarczyłby rzut wolny”. Oczywiście, obowiązuje etyka Kalego: jeżeli pokrzywdzony jest nasz, to faul był brutalny, jeżeli faulował jeden z naszych, to nic nie było – gramy dalej. Jeżeli to nasz piłkarz kopał w kostkę, to mówimy, że sędzia „dopatrzył się przewinienia”, zamiast „pozwolić grać”. Jeżeli natomiast kopnięto naszego, to sędzia „zezwala na zbyt wiele”, już dawno powinien był sięgnąć po kartkę. ….

Piłka nożna łączy narody bardziej niż ONZ – dzięki niej dowiadujemy się o istnieniu Ghany czy Ekwadoru. Ale zarazem jaka to szkoła szowinizmu! Kibice gwiżdżą na boiskach, biją się, a nawet zabijają na ulicach, media piszą o „upokorzeniu przeciwników”, komentatorzy mówią o „hańbie” przegranych. Kiedy grają nasi – śpiewamy hymn (spełnia się postulat wicepremiera Romana Giertycha – więcej hymnu!). Kiedy grają przeciwnicy – nasi gwiżdżą, chociaż podobno futbol wychowuje i jest szkołą fair play. Kiedy nasi bombardują – to my krzewimy demokrację. Kiedy nas bombardują, to uprawiają terroryzm. Więc może to nie piłka nożna jest winna? Może winni są ludzie, którzy na stadionie pokazują swoją inną twarz? W tłumie tysięcy kibiców gwiżdżą i czują się równie bezkarni i anonimowi jak bezimienni internauci, którzy mogą napisać, co chcą i na kogo chcą, tak jak na ścianie kloaki. Może to i mniejszość, ale znacząca i mająca swój udział w psuciu obyczajów.


(więcej w źródle).

Wracając do Euro 2012. Ta wielka impreza rozpaliła wyobraźnię prawie jak hasło „druga Japonia” – „skok cywilizacyjny”, wielka promocja Polski itd.

Ale zanosi się na antypromocję. Bo Polska w ogóle nie spełnia wymagań tak wielkiej imprezy, z tak wielką ilością przyjezdnych kibiców. Zacytuję czyjś sarkastyczny wpis w Internecie:
„Teraz dopiero Europa zobaczy Polskę ze swoimi obskurnymi dworcami, tunelami, brakiem toalet, albo z zaszcz….i toaletami, niegrzecznymi kasjerkami, nie znającymi języka obcego policjantami, wąskimi drogami, korkami w miastach, brakiem obwodnic itd itd. To będzie niestety pokaz prawdziwej Polski”.

Może nie będzie tak źle, ale … ciemno widzę taki stan jako „promocję Polski” z okazji Euro 2012.

Wysiłek budowy stadionów, to nie wszystko.

Autostrady? Dla pijanych chuliganów? Zresztą zaczną się sypać, bo zabierzemy się za nie na hura…

Ale miało być o piłce. Cóż, powiedzenie o wychowawczej roli sportu wydaje się dziś kpiną, może ma zastosowanie do szkółek piłkarskich dla sześciolatków, ale nie dużo dalej.

Sami piłkarze przecież nie tyle uprawiają sport, co zawodowstwo piłkarskie. Gdzie nie popatrzeć, wszystko zostało zepsute przez komercję. To psuje i samych piłkarzy – woda sodowa potrafi uderzyć do głowy, gdy się ma świadomość swej ceny idącej w miliony dolarów.

Podsumowując to wszystko zwięźle – to żałosny przykład do tezy o upadku szeroko pojętej kultury, przejawiający się nie tylko w „kultowym” pluciu piłkarzy na murawę. A to są przecież idole, milionerzy, wzory osobowe dla milionów chłopców…

Stadiony? Dla kogo – dla band wyrostków, którzy wszystko mają za nic?
Czyżbyśmy nie mieli większych potrzeb? Euro przeminie, a ponieważ u nas bardzo mało dba się o kulturę fizyczną (ładne słowo tu się utarło: k u l t u r ę…) , to później te stadiony będą świeciły pustkami, lub/i zostaną zdewastowane a nawet może trzeba będzie je zburzyć, bo nie będzie środków na ich utrzymanie. Chyba że wróci tam „Jarmark Europa”…

Warszawie dużo bardziej potrzebne są inne, podstawowe inwestycje, np. w drogi, bo brak obwodnicy, nie ma dojścia ani jednej autostrady, obiecanej linii metra, ale także miejska woda nie nadaje się do picia, …

Po Euro tak duży stadion piłkarski faktycznie nie będzie potrzebny skoro na mecz ligowy przychodzi jakieś ok. 8 tys. widzów, a niedawno ukończono całkiem przyzwoicie stadion Legii. Czy stać nas na taką rozrzutność?

Stadion narodowy w Warszawie powinien być maksymalnie wielofunkcyjny (lekkoatletyka, żużel, koncerty,…) a wokół powinien być zapowiadany cały kompleks obiektów sportowych (Narodowe Centrum Sportu) z m.in. halą sportową. Okazuje się, że nie przewidziano bieżni lekkoatletycznej i że nie cały oczyszczony z targowisk teren na północ od stadionu będzie zagospodarowany a nawet estetycznie uporządkowany.

Wszystko to ma barwy afer.

Jak ujawnił niedawno architekt Michał Borowski, były szef spółki Narodowe Centrum Sportu, odpowiedzialnej za budowę Stadionu Narodowego, fakt groźnego błędu w konstrukcji schodów stadionowych był znany od kilkunastu miesięcy, ale sprawę zamiatano pod dywan. A teraz grozi nam wielomiesięczne opóźnienie w oddaniu stadionu i znaczne koszty dodatkowe.

Winni są decydenci (na ogół umocowani politycznie), ale i nasze przepisy – mamy najbardziej restrykcyjny w Europie system zamówień publicznych, a z drugiej strony absurdalny obowiązek wyboru najtańszej (czytaj: często najgorszej) oferty przetargowej i sztywnego trzymania się jej ustaleń, nawet gdyby zmieniły się ceny lub pojawiły lepsze rozwiązania.

Nie wspomnę o aferach z innym stadionami w Polsce – tego nie śledziłem, ale dało się słyszeć…

Ale nie tylko o Stadion Narodowy i stadiony chodzi.

D. Tusk chciał zdobyć polityczny poklask budową „orlików” i tym się chlubi.

Ale, po bulwersujących informacjach dotyczących budowy boisk w ramach programu „Orlik 2012”, które ujawnili dziennikarze programu „Superwizjer”, okazało się że korupcja w piłce zdarza się nie tylko na boisku.

Według informacji ze śledztwa dziennikarskiego zamówiony przez Ministerstwo Sportu projekt miał w założeniu preferować wybrane firmy dostarczające materiały do budowy boisk.

Dziennikarze „Superwizjera” wykazali ponadto, że przy zamawianiu projektu architektonicznego przez Ministerstwo Sportu mogło dojść do złamania ustawy o zamówieniach publicznych – urzędnicy resortu tak podzielili zamówienie, że wykonanie jego części mogło odbyć się z pominięciem przetargu, czyli z tzw. „wolnej ręki”. „Takie działanie jest sprzeczne z ustawą” – podkreślił Mariusz Błaszczak – przewodniczący Klubu PiS, który zgłosił sprawę do  prokuratury. „Skala inwestycji w programie „Orlik 2012” to około 2,5 mld złotych, dlatego nie wolno lekceważyć sygnałów wskazujących na nieprawidłowe wydawanie tych funduszy bądź sprzyjanie wybranym oferentom” – podsumował Błaszczak.
A czy orliki spełniają oczekiwania i standardy techniczne? I ekologiczne – plastikowa „murawa” pyląca i śmierdząca.

Skoro o polityce i PO, to należy wspomnieć o kolejnej aferze – ostatniej nagonce na kibiców.

Oczywiście należy zwalczać łamanie prawa, burdy stadionowe, natomiast robienie z pseudokibiców jednego z głównych problemów kraju przez rząd Tuska i część mediów wygląda na celową taktykę, aby przykryć nieudolność rządu PO-PSL.

Tak wyolbrzymiony problem będzie stosunkowo łatwo rozwiązać (przy współczesnej technice), co zostanie okrzyczane ogromnym sukcesem rządu.

W dodatku kibice są jednym z niewielu licznych zorganizowanych środowisk krytycznych wobec rządu. Mogą oddziaływać na społeczeństwo chociażby poprzez wywieszanie niewygodnych dla rządzących transparentów – co prawda telewizje starannie cenzurują antyrządowe napisy (czy tak są szkoleni operatorzy kamer i realizatorzy transmisji, czy to ci sami, którzy pracowali w telewizji za komunistycznej PRL?), ale dziesiątki tysięcy ludzi na stadionie są w stanie przekazać informację o tym setkom tysięcy, a nawet milionom obywateli.
Ktoś zgrabnie to wszystko podsumował (z transparentów stadionowych):

STADIONY – PRZEPŁACONE

AUTOSTRADY – NIE BĘDZIE

DWORCE – PRZYPUDROWANE

LOTNISKA – PROWINCJONALNE

ZAWODNICY – SŁABI

TEMAT ZASTĘPCZY KIBICE!

RZĄD – ZADOWOLONY!

Niespełnione rządu obietnice – temat zastępczy kibice.

Jak pisał Ryszard Czarnecki (http://ryszardczarnecki.salon24.pl/303871,kibol-tusk-z-bejsbolem )

„Za co Donald Tusk nienawidzi kibiców piłkarskich? Przecież jest jednym z nich. Był szefem szalikowców Lechii Gdańsk, brał udział w zadymach po meczach wyjazdowych tego klubu w Bydgoszczy i Olsztynie. Przed niemal 4 laty jesienią 2007 roku była o tym mowa najpierw w audycji radia „TOK FM”, a następnie w programie „Teraz my” Sekielskiego i Morozowskiego w „TVN 24”.  W „TOK FM” niezastąpiony Tomasz Wołek wychwalał odwagę kibola- Tuska za to, że dzielnie poczynał sobie w starciu z kibicami Zawiszy Bydgoszcz używając w tym celu… jakiegoś węża ogrodowego! W audycji tej skomentował to prof. Wiesław Władyka, mówiąc o Tusku „żulja” (miało być śmiesznie) zaś Jacek Żakowski, jak zwykle bardzo dowcipnie, krzyczał wtedy „Donald, bierz bejsbola i do roboty!”. Na koniec złotousty Wołek chwaląc odwagę kibola Tuska powiedział, że takie sytuacje miały miejsce nie tylko w Bydgoszczy… Jak widać, jak mówi stare polskie przysłowie: zapomniał wół, że cielęciem był.

Ale dziś Tusk nienawidzi tak naprawdę kibiców za transparenty, które wywieszają na meczach…

I to jest właśnie powód, dla którego premier Tusk udaje teraz szeryfa, tupie nogą i surowo marszczy brwi. Udaje, że zapomniał, że to jego własny klub parlamentarny (PO) był za odrzuceniem w pierwszym czytaniu (!) projektu ustawy zgłoszonego przez PiS (sprawozdawca poseł Arkadiusz Mularczyk), który dotyczył zakazu wnoszenia niebezpiecznych przedmiotów (np. maczet) na stadion. Sam Tusk i jego rząd nic w tej sprawie nie zrobili, a dziś urządzają szopkę odwracając uwagę Polaków od swoich porażek w polityce gospodarczej, drożyzny i budżetowej dziury Tuska.”

Dla mnie dzisiejsza piłka nożna (nie tylko w Polsce, nie mówię też o sporcie amatorskim) ociera się o jakiś obłęd, to nie tylko szkoła niskich instynktów, ale zjawisko głęboko zanurzone w brudną politykę. Futbol to sprawa wagi państwowej, a nawet – państwo w państwie, ponadpaństwowa organizacja o symptomach mafijnych.

A politycy przypochlebiają się via futbol masom, jak w powiedzeniu „chleba i igrzysk”, ale w wielu krajach igrzyska przebijają troskę o chleb – istotne potrzeby ludzi.
Bo to świat wielkich interesów, reszta to narzędzia….