
Parę myśli do poniższego reblogowanego dobrego wpisu (zobacz!)
Nie trzeba podejmować, przynajmniej od razu, aż takiego wyzwania namiotowego z pełnym odcięciem od świata.
Już sam kontakt z naturą, lasem, morzem, jeziorami, nawet górami może nam pomóc psychicznie i fizycznie.
Gdy byłem młodszy robiłem wiele wypadów z namiotem, czasem karkołomnych, ale cel był bardziej przygodowy niż czysto rekreacyjny.
Nie narzekałem/narzekaliśmy na niewygody.
Gdy jest się emerytem, to chce się więcej wygody i mniej ryzyka.
Jesteśmy z żoną o tyle szczęśliwcami, że mamy domek w lesie. Warunki są dość spartańskie przy gorszej pogodzie, bo nie ma ocieplenia ani kominka, ale jest woda i prąd (jeśli nie ma wyłączenia), więc to jest znacznie wygodniejsze niż egzystowanie w namiocie. Chociaż bez telewizji, a radio odbiera tylko PR1 ze starego nieprzestrojonego odbiornika.
Za to jest więcej czasu na czytanie i pisanie.
Bywamy tam, czasem i miesiąc za jednym zamachem, głównie dla przyrody. Opisywałem to tutaj wielokrotnie, więc dodam tylko co nas szczególnie ujmuje, czego nie mamy w mieście:
– wielka cisza oprócz naturalnych odgłosów przyrody
– głęboka ciemność nocy i/lub obserwacja nieba gdy nie ma zachmurzenia – fascynujące
– wilgoć (gdy w innych miejscach ludzie narzekają na suszę)
– praktycznie nieograniczone, piękne i rozmaicone tereny dla dalekich spacerów
– bogactwo roślin, których poznawanie też jest fascynujące (odkrywamy wciąż coś nowego)
– spotkania ze zwierzętami (od najmniejszych do dużych)
– owo oderwanie od miejskiego wielorakiego zgiełku
– bliski kontakt z żywiołami – deszcze, burze, spiekota, wiatry
…
A nawiązując do nadanego tytułu – to nas leczy, przynajmniej czujemy się lepiej.
Polecam wpis Kasi.