Gorzko, ale OPTYMISTYCZNIE

optymizm

W dzisiejszych czasach należy być optymistą,
by otworzyć z rana oczy.
Carl Sandburg

Optymizm bywa ośmieszany jako łudzenie się, naiwna postawa życiowa, coś co niweczy czujność. Możnaby napisać obszerną rozprawę o optymizmie (są o tym książki), o jego wersjach i roli, ale nie o to mi tutaj chodzi.  Odnosę to do pewnych kontekstów, które się zmieniają zarówno globalnie jak osobiście.
Nad optymizmem można panować i wykorzystywać go dla siebie i innych.

Z natury jestem optymistą, ale ta postawa jest wystawiana na próby.
Był czas różnych idealistycznych postaw i wiele z tego, co sugeruje psychologia o roli optymizmu i doświadczenie wielu ludzi. Odkopuję próbkę dedykowanej stroniczki z 2008 r.  Spełnij marzenia, którą ledwie naszkicowałem i potem szybko porzuciłem (prymitywny szablon), ale oddawała ówczesną wiarę w rolę optymizmu, wiary w siebie. Były też konkretne akcje by taką postawę krzewić, np. jak pisałem w 2010 – w Dzień dobry.
Z czasem coraz bardziej dostrzegałem dwa bieguny tego zagadnienia – obserwując jak świat się pogrąża w antykulturze, barbarii i dystopii oraz odczuwając fizycznie w sobie atrybuty wieku, a więc i zdrowia, i powiązane z tym społeczne ograniczenia.
Nie będę tego wywlekał, bo temat przewijał się wielokrotnie nawet tutaj w różnych aspektach.  Podobnie jak wiele razy pisałem tutaj o optymizmie.

Wpis będzie bardzo osobisty, także o tym, czego ludzie raczej nie pokazują.
W życiu zdarzają się chwile gorzkie psychologicznie, szczególnie przy rozczarowaniu, ale i fizycznie – np.  przez ból. Żyłem często w bólu.
I tak – mimo zaangażowania w sprawy zdrowia, właściwego podejścia do stylu życia, żywienia, profilaktyki –  borykałem się większość życia ze swoją cielesnością. Nie podłamałem się mimo to, nie stało się to także gdy w 2023 wykryto u mnie rozległego złośliwego raka. Miałem 3 operacje, obecnie przechodzę uciążliwą długotrwałą immunoterapię i kontrole. Wygląda na to, że będzie dobrze, takie są rokowania, ale myślę, że pomaga mi właśnie optymizm, wiara że przede mną jeszcze dużo dobrych doświadczeń.
Hipotetyczny „Zły” jakby czuwał by mnie wybić z tego nurtu, bym czuł się pechowcem.
Oto najnowszy przykład. Pozimowy sezon na działce w lesie rozpoczęliśmy w długi weekend majowy. W standardowej procedurze uruchomienia domu jest podłączenie termy (wywozimy ją do Warszawy by chronić przed mrozem i ew. złodziejami), a potem otwarcie zaworów dolotowych wody. Nagłe bum – struga wody zalewająca piwnicę z powodu uszkodzenia zaworu. Nigdy nie było takiej sytuacji przez ponad 25 lat.
Jak tu egzystować bez wody? Jest 1 Maja, potem praktycznie 4 dni wolne.
To był raczej cud, że po dziesiątkach telefonów, poszukiwań hydraulika, udało się znaleźć jednego, który następnego dnia przyjechał i to naprawił.
Tymczasem okazało się że gazu w butli jest na jedno krótkie odpalenie (jakaś nieszczelność?). Dawniej mogłem ją nabić po prostu na stacji paliw, ale według nowych przepisów trzeba jechać do specjalnego punktu – w okolicy był tylko jeden, z odbiorem butli następnego dnia.  Dla żony-gospodyni, to kolejny problem. A jej następny – komórka tajemniczo nie chciała się włączyć (ale tu pół biedy, dało się naprawić po powrocie, ale nastrój „niefartu” się pogłębiał).
Wiejska droga do nas jest bardzo wyboista a samochód ma niskie zawieszenie. Tego dnia urwał się tłumik. Nie byłem w stanie go zamocować bez podnośnika lub kanału. Dalsze peregrynacje lokalne do sklepów i usługodawców to obawa czy nie wypalę sobie błotnika w jego plastikowej części. A był powód by parę spraw załatwić. Otóż, wieczorem chcemy obejrzeć coś w telewizji, ale z kolei posłuszeństwa odmówił dekoder. Wszystkie podłączenia OK, a on milczy.
Następnego dnia kupiłem w miasteczku nowy – telewizor odpalił na większej ilości kanałów, co się nie udawało poprzednio. Czyli dobrze się stało, stary dekoder  był wadliwy.  Nie cieszyliśmy się długo, bo następnego dnia telewizor … się zapalił. Dobrze, że zareagowaliśmy szybko – mógł być pożar. Cóż, był stary.
Da się żyć bez niego. Natomiast nie za bardzo przy niesamowitym wysypie meszek i komarów (tych mniej), już po dniu byliśmy mocno pogryzieni, a ja mam na to uczulenie. Ostanie dwa lata tak nie było. Wytrwaliśmy parę dni, decyzja o powrocie. Załadowaliśmy się sporą ilości zapasów przygotowanych na dłuższy pobyt i jedziemy. Wieczór. Po paru kilometrach silnik stanął. Nie widać żadnej znanej mi przyczyny. Chyba nie spędzimy nocy na wiejskiej drodze…
Udało się znaleźć telefonicznie lokalną lawetę, która dowiozła nas do Warszawy (ponad 80 km). Samochód zostawiłem pod już zamkniętym warsztatem. Taksówką z bagażami do domu, następnego dnia dostarczenie kluczyka, zlecenie naprawy, zarówno silnika jak i tłumika. Okazało się, że do wymiany jest sterownik silnika, świece i parę innych mniejszych spraw oraz konieczny nowy tłumik. Wszystkie koszty wystarczyłyby na dwuosobową umiarkowaną wycieczkę zagraniczną.
Czy to wszystkie awarie majowe? O nie, były i pomniejsze jak bluetooth w laptopie i nie działające funkcje medyczno-sportowe w smartwatchu (z tych droższych)… Jakaś niewidzialna ręka uwzięła się na na mnie? Nawet mogę się domyślać jaka.
Suma stresów i wydatków jak na parę dni nie stymuluje optymizmu, ale na pewno go nie złamała lecz dodała mu hartującej goryczy.
Bardziej mnie podłamała, ale na krótki czas, utrata ok. 800 wpisów, w tym artykułów jakie publikowałem na stronie Our Life Force od ponad 2 lat. To było przynajmniej dwa tysiące godzin włożonej pracy. Straciłem też kilkaset wpisów na tamtejszym profilu. A wszystko przez awarię platformy, przez jakąś niefrasobliwość admina, który nie zadbał dostatecznie o zabezpieczenie materiałów użytkowników. Będę powoli odtwarzał przynajmniej skromne zręby tego zasobu, bo uważałem tę pracę za dość unikalną w sieci i poczytywałem sobie ją za ważną misję, mówiąc górnolotnie.
Teraz nie miałbym czasu, możliwości i siły by to przewrócić w całości. Nawet jeśli mam kopie niektórych materiałów,  to to. co poszło szerzej w świat straciło odnośniki, które teraz kierują do 404.
Pozytywna nauczka – nie pracować samodzielnie aż tyle jeśli nie jesteś osamotniony w przekazywaniu takich informacji. Bo już nie jestem outsiderem – informacje się roznoszą coraz szerzej dzięki innym osobom oraz zasięgom samej Kimberly Goguen.
A te właśnie informacje są bardzo pozytywne, budzą nadzieję. Odsyłam to Wprowadzenia na wspomnianej stronie oraz do dalszych wpisów. Było o tym i na tym blogu, a ostatnio tutaj – CARE i ja – krótka historia.
Dawniej pewne nadzieje mogły być przedwczesne, ale okazało się, że „gady” tego świata miały całe pokłady ukrytych, rezerwowych środków, by nas inwigilować, sterować, mamić, uszkadzać i wyzyskiwać.  Opóźniało to pozytywny rozwój, ale te pokłady pułapek są kolejno demaskowane i likwidowane.
Przykładem jest ujawniona strategia, liczona na pokolenia, jak zniewolić ludzkość, między innymi planem pandemii. Optymistycznie wskazywałem, że to kłamstwo kiedyś padnie. I faktycznie – maski, lockdowny, absurdalne przepisy dotyczące spotkań lub przemieszczania się itp. – padły. Upadną i inne reżimy – to optymistyczne chociaż będą temu towarzyszyć i gorzkie doświadczenia. Także to, że tzw. traktat pandemiczny WHO został odroczony protestem wielu ważnych głosów specjalistów i polityków.
Głośno teraz o tym, że przyjęta strategia medyczna była błędna, że Astra Zeneca przyznała się do nieskuteczności i szkodliwości swoich szczepionek i wycofała je z rynku, wyszły na jaw procesy wytaczane Pfizerowi za fałszowanie statystyk oraz ukrywanie szkodliwości leków itd. Zakładane są pozwy, wypłacane odszkodowania za skutki złego leczenia. Nie będę się nad tym po raz kolejny rozwodził.
Pozytywne jest to, że ludzkość prawdopodobnie nie da się ponownie oszukać, chociaż knowania macherów i straszenie kolejnymi zagrożeniami trwają.
Przenosi się to na obłęd klimatyzmu, próby stworzenia społeczeństwa bezmyślnego i podatnego na ideowe szaleństwa, wynaturzenia i ślepe posłuszeństwo. Mam nadzieję, że dzięki gorzkiej lekcji  nie powtórzymy błędów.
Kolejnym przykładem wśród wielu jest ostatnia Eurowizja, podczas której ukazano pogłębiający się kryzys kultury. Obejrzałem kilkanaście minut otwarcia i miałem już obraz i …dość. Promocja golizny, ludyczności, nawet satanizmu,  słabej jakości sztuki. Festiwal migotliwego hałasu a nie piosenki. W największym skrócie pokazuje to klip https://x.com/i/status/1789849906242289748.
Także kto wygrywa te i podobne konkursy. Wg mnie występuje często selekcja negatywna pod założenia ideologiczne oraz działania lobbystów.  Czy ta wygrana nie była ustawką, skoro na długo wcześniej przesądzano o zwyciętwie chłopaka w spódniczce?
Ale to dzieje się i literaturze i w teatrze, kinie, w telewizji, w ogóle.

Czytam Obronę świata – obszerny książkowy zbiór felietonów Witolda Gadowskiego, głównie z lat 2019-2021. Chociaż publikowane były w tygodniku Niedziela, którego nie czytam i który nie pasuje do moich zainteresowań, to warto poznać idee i przemyślenia Autora. Oprócz pierwszej, dość „kościółkowej” części (nie umniejszam), książka zawiera mnóstwo celnych diagnoz i rozważania o przyszłości ubrane w dużą ilość bon-motów.
Część książki dotyczy koncepcji lokalizmu (nie mylić z lokajstwem!) jako antidotum na trend globalistyczny. Wtedy było to dopiero zarysowanie zasad i planu w stosunku do obecnej formy i praktyki lokalizmu. Wspomniałem o tym krótko wcześniej we wpisie Metoda, gdzie znajdziesz też inne przyczynki do mojego optymizmu. Podobnie jak ja, Gadowski wyraża się sarkastycznie o obecnej demokracji i podobnie od początku ujawniał przekręt kowidowy. Podziwiam aktywność pana Witolda, który nieustannie podróżuje po Polsce i organizuje lokalne kluby Ruchu Obrony Polski. Nie zakłada partii, nie narzuca regulaminów itp.  – chodzi o bezpośrednie kontakty ludzi podobnie myślących.
Udziela się w wywiadach i na konferencjach, jak ta ostatnia na której byłem.
O ile Wojciech Sumliński (też w tym ruchu) podnosi w swoich książkach (zwłaszcza w Koniec Polski. Ile czasu nam zostało? ) gorzką sprawę w jak beznadziejną sytuację geopolityczną Polska się wplątała, to Gadowski próbuje podnieść nas na duchu, a na ww. konferencji rozważania polityków i analityków przeciął nie używaną przez nich alternatywą: a jeśli UE padnie i to tak niespodziewanie jak padło ZSRR?
To jest zgodne z moim przewidywaniem: stary układ globalny wkrótce padnie i wtedy wiele naszych problemów się rozwiąże „samo”. Trzeba wziąć pod uwagę i to rozwiązanie i dążyć do niego, a nie popadać w im-posybilizm.
Na razie jestem za wprowadzeniem na stolik unijny zupełnie nowego projektu UE, ponieważ łatanie tego, co jest, nic nie da i będzie praktycznie niemożliwe. Taką inicjatywę europejską, już w znaczny stopniu uzgodnioną co do wspólnej pracy w gronie europejskich stronnictw i think tanków prawicowych, przedstawił dr Jerzy Kwaśniewski – szef OrdoIuris.
Te inicjatywy podbudowują mój optymizm. Tym bardziej, że Polska na tle innych krajów Zachodu jest jeszcze względnie normalna i ma duży potencjał.  I rodzi się coraz więcej ruchów oddolnych, które rozumieją, że stary nieefektywny układ partyjny powinien odejść.
Nie wolno milczeć wobec zła oraz poddawać się w walce o wolność.
„Ludzi dobrej woli jest więcej!”.
A „tupnięcie naraz tysięcy nóg może zawalić każdą budowlę” (W. Gadowski)

Metoda

M.E.T.O.D.A.
Mądrość, Empatia, Ty, Odwaga, Dyskusja, Aktywność. 

W swojej minipublicystyce społecznościowej kładę nacisk na parę aktualnych zagadnień, a przy tym na pewną metodę widzenia rzeczy i działania.

Zagadnienie zagrożeń dla ludzi i cywilizacji nabrzmiewa, stąd potrzeba odkrywania ich natury, zakresu i przyczyn.
Owa natura zagrożeń jest pochodną przyczyn, często niewidocznych. Zatem metoda analizy polega na szukaniu tych pierwotnych i najbardziej istotnych. To spojrzenie zarówno historyczne jak i „z lotu ptaka”, szersze.
Wtedy widzi się więcej przyczynków, możliwych elementów. Czasem wystarczy połączyć kropki, kiedy indziej widać, że jest pewna przyczyna zasadnicza, która rzutuje na przebieg wydarzeń, kształt wiedzy i na działania. Wtedy schodzimy z ogólnego poziomu na niższe, gdzie rzeczy dzieją się jakby nieuchronny skutek, a ludzie, nawet badacze, nie są świadomi tego łańcucha zależności i tworzą wiele domysłów, nawet teorii. Okazują się one nieraz sprzeczne, co wprowadza chaos w działaniach, konflikty i zagubienie. Szeregowi ludzie, na dole tego mechanizmu wynikających skutków, mają rzeczywiście powód do popadania do zwątpienia w sens istnienia, swego życia, są wystraszeni, a niektórzy zbuntowani i atakujący na oślep.
Stąd kolejne podstawowe zagadnienie i zadanie – wlanie w ludzi nadziei, pokazanie drogi wyjścia z rzekomej niemożności naprawy świata. Temu był poświęcony poprzedni wpis Droga spełniającej się nadziei, przy czym tutaj chciałbym bardzie zaakcentować nasz wkład w realizację tej nadziei oraz potrzebę zrozumienia zagrożeń.

Tu warto zastosować metodę „od góry do dołu” i zasadę „jak na górze, tak i na dole”.

Dominuje pogląd globalistów, że odgórnie rozwiążą takie problemy przez pełną centralizację i kontrolę. Podobnie myślą Amerykanie, sądząc że cały świat powinien przyjąć ich „najlepszy” model życia i że są hegemonami pod każdym względem. „Co dzieje się w USA, to skutkuje w całym świecie”. W świecie polityki tak faktyczne było przez długi czas. Jednocześnie powinniśmy być świadomi wpływu geopolityki na wydarzenia w skali krajów i regionów.
Odwrotny pogląd to lokalizm (termin chętnie używany i rozwijany przez Witolda Gadowskiego, ale nie nowy, pisał o tym np. Roger Scruton, temat wart szerszego omówienia w przyszłości).
Oba poglądy zawierają elementy słuszne i niesłuszne, ale trzeba rozpoznawać które są które.

Przeżywamy kolejną rewolucję technologiczną za sprawą sztucznej inteligencji (AI). Może bardzo pomóc w wielu dziedzinach, jednak też może stać się niebezpieczna zarówno sama z siebie (pisałem o tym w 2018 r. w AI -Rubikon przekroczony), ale i w rękach nieodpowiedzialnych ludzi (globalistów, technokratów, tyranów, psychopatów itp.).
Z tych dziedzin pozytywnego zastosowania wymienię optymalne zarządzanie procesami produkcyjnymi i dystrybucją oraz ogólnie zaawansowaną optymalizację, wyszukiwanie informacji i podejmowanie decyzji na podstawie olbrzymich zbiorów (baz) danych.
Tu jednak pojawia się zagrożenie skażenia tych danych złą jakością, w sensie wybiórczości i stronniczości narzuconej postawami i celami pewnych ludzi.
Są też sprawy, w których konsensus ilościowy wcale nie oznacza znalezienia prawdy czy pełnomocnictwa wobec odbiorców decyzji.
Gdy AI staje się bogiem nieomylności, to możemy zagubić Boga prawdziwego, czy jakkolwiek nazwalibyśmy Podmiot, który faktycznie wie i może kontrolować wszystko, bo to On wszystko stworzył i rozumie.
Zatem w naszej metodzie musimy brać pod uwagę coś, co nazywamy ogólnie niezbywalnymi prawami człowieka, prawem naturalnym, zasadami boskimi itp., co nawet jeszcze trudno nam jednoznacznie opisać. Zatem wciąż w metodzie obowiązuje nas zasada pokory, która coraz mniej przejawia się w myśleniu globalistów, a jest obca dla AI.
Powtarzam też starą praktyczną regułę osądzania rzeczy – „po owocach poznacie ich”.

Gdy przyjmiemy w naszym świecie starą zasadę że „człowiek jest miarą rzeczy” i zobaczymy jednocześnie jak bardzo (jeszcze?) różnią się różne kultury na Ziemi, to w opozycji do globalizmu tym bardziej widzimy potrzebę lokalizmu. Zapewnia on uznanie woli i potrzeb tych zróżnicowanych kulturowo i regionalnie społeczności. Znają one swoje uwarunkowania, mogą lepiej podejmować decyzje o sobie niż władze odgórne. Wspomniana optymalizacja decyzji powinna uwzględniać, w miarę konieczności pogodzenia z potrzebami ogólniejszymi, metody wielopoziomowe i wielokryterialne, co jest w nauce już dość dawno opracowane.

Optymistycznie wierzę, że przyszły świat będzie miejscem obfitości, bo poczucie braków i limitów jest nam narzucone przez oligarchie ze skłonnościami globalistycznymi – dla realizacji swojej władzy i maksymalizacji zysków kosztem innych. Do takiej wizji niedostatku dołożyło się wielkie marnotrawstwo, blokowanie technologii o olbrzymich możliwościach, ale szkodzących monopolom, niesprawiedliwa dystrybucja, błędne ideologie. Gdy te przeszkody zostaną zniwelowane, wtedy i znikną w znacznym stopniu sprzeczności interesów, zarzewia wyniszczających konfliktów a zwłaszcza wojen, nawet potrzeba centralnego sterowania.

Lokalizm, dziś pojmowany może jako partykularyzm, podniesie jednostki do rangi suwerenów i przez to (?) obudzi świadomość jedności wszystkich ludzi w ich naturze, celu na miarę kosmiczną, wznoszenia w rozwoju.

Tutaj należy włączyć wyobraźnię sięgającą poza obecne schematy i ramy czasowe. Przywołam (nie pierwszy raz) dygresję – wypowiedź Kimberly Goguen, która z powodzeniem realizuje wielki projekt CARE (Center of Amity and Restoration of Earth), z audycji unitednetwork.tv z 6 grudnia 23, wyjętą z jej odpowiedzi na pytanie słuchacza (fragment):
„…ostatecznie, kiedy ludzie będą w stanie powrócić do swojego normalnego ja, [chociaż jeszcze] wszyscy będziemy mieli sporo edukacji i drogi do przebycia, ale ostatecznie będziemy w stanie zamanifestować rzeczy, których potrzebujemy, cokolwiek to jest. Ostatecznie zrozumiemy wartość współpracy i pracy zespołowej, co oznacza, że żywność jest uprawiana, jeśli potrzebujemy żywności, … jeśli istnieje transport, który wymaga pilota lub czegoś podobnego, ostatecznie, ta osoba może być tam na tej pozycji przez kilka godzin dziennie, ale nie dlatego, że chce zdobyć pieniądze lub nie może zdobyć rzeczy, których potrzebuje dla swojej rodziny, ale rozumie, że jest częścią większego systemu. Są częścią większej zbiorowej świadomości, która wykonuje swoją część w społeczeństwie jako osobistą odpowiedź, suwerenną odpowiedzialność. Czy więc zawsze potrzebujemy Repozytorium [Globalnego, chodzi o system finansowy dla świata]? Nie, chodzi mi o to, że prawdopodobnie przez jakiś czas będziemy monitorować systemy, aby upewnić się, że nie mamy żadnych braków w poszczególnych obszarach, gdy dojdziemy do punktu, w którym nie będziemy już tego potrzebować. … Prawdopodobnie będziemy to mieć, dopóki nie będziemy już potrzebować pieniędzy. …  Ostatecznie, jako odskocznia, będziesz w stanie uzyskać taki dostęp do rzeczy samodzielnie. Nie będziesz potrzebował mnie do dystrybucji pieniądza [z Repozytorium, które Kim nadzoruje].
I będzie to miało swojego własnego gubernatora, że tak powiem, tak, że nikt nie będzie mógł wziąć za dużo lub za mało lub cokolwiek to jest w pewnym momencie. …”

—-

Zatem metoda, którą staram się widzieć i stosować, włącza i takie śmiałe perspektywy, niezależnie od tego czy zrealizują się dokładnie jak wyżej pokazano, oraz podstawowy atrybut i prymat duchowości człowieka, poczucie jego wartości, co jest tak obce i globalizmowi i AI.

PS. Tytuł jest tylko pretekstem; oczywiście istnieją tysiące metod w różnych dziedzinach nauki, działania, pracy itd.

 

Działkowcy

Pamiętajmy o ogrodach…

Mam na myśli ludzi prowadzących ogródki działkowe, na ogół gdzieś na obrzeżach miast. Natomiast pisałem tutaj parokrotnie o działkach rekreacyjnych poza miastami, z domem całorocznym lub sezonowym, jak ta na której spędzam większość lata.
Uważam, że te miejskie (często nazywane pracowniczymi lub rodzinnymi – ROD) są błogosławieństwem, zwłaszcza da osób starszych. To podtrzymuje ich przy życiu – zarówno ze względu na dawkę ruchu, czystszego powietrza i słońca, jak w ogóle przez kontakt z naturą. Ponadto uprawiają tam warzywa i owoce, a te płody nie są poddane procedurom upraw przemysłowych i długiego przechowywania, co czyni je zdrowszymi. Pozwala to w jakimś zakresie także zmniejszyć wydatki na warzywa i owoce.
Dla wielu to realizowanie pasji dbania o rośliny,  forma upiększania swego otoczenia, umiłowanie piękna w przyrodzie.
I miejsce spotkań rodzinnych i sąsiedzkich.
Starsze osoby często mieszkają w ciasnych mieszkaniach, a domki działkowe, chociaż też niewielkie (chociaż czasem większe od mieszkań), dają wyzwalające uczucie wyjścia z betonowego pudełka. A poza sezonem bywają lamusem na rzeczy, które te małe mieszkania zagracają albo miejscem drugiego życia dla przedmiotów i mebli wymienionych na nowe.
Niektóre tereny ogródków są otwarte dla publiczności, co specyficznie poszerza obszary parkowe.

Poruszę jeszcze aspekt małej społeczności, która ma parę pozytywnych cech. Można to nazwać lokalizmem – tworzenie swoich ojczyzn i wspólnot. To swoista forma samorządności z odpowiedzialnością zarówno za powierzony teren, ale i interesy lokalne. Każda taka aktywność zasługuje na uznanie. Wobec zakusów by ograniczać wolność jednostek, poddawać handel i produkcję monopolom i wszelkim globalistycznym tendencjom, samowystarczalność wspiera zdrowe tendencje przeciwne.
Wiem, że nie zawsze jest tak jak to tutaj opisuję. Zwłaszcza w przypadku większych organizacji, gdzie jakiś prezes poczuje siłę i biznes i zaczyna się rządzić bez wsłuchiwania się w głos społeczności. Wkrada się polityka – skąd my to znamy…
Obecnie w Polsce działkowcy są poddani naciskom deweloperów a także zarządców niektórych miast, by ogródki likwidować. Czasami ma to sens gdy ogródki są w centrum i/lub zaniedbane. Rozumiem rozgoryczenie tych, którzy zainwestowali w swoje ogrody sporą część swego życia, pracy, serca a także pieniędzy. Siłowe wywłaszczenie boli.
Postulowałbym w przypadkach „wyższej konieczności” (np. plany infrastruktury) by nie likwidować całkowicie tamtejszej zieleni, ale wplatać ją w jakiś sposób w nowe projekty mieszkaniowe.
Osiedla w zieleni, bardziej kameralne – to wizja w skali człowieka, a nie bezdusznej metropolii.
Taka jest moja krótka refleksja, może niezbyt kompetentna, bo nie mam takiego ogródka.
Co o tym sądzisz?