O ograniczeniach – z perspektywy

Ostatecznie jesteśmy tym, co myślimy.
Nasze emocje są niewolnikami naszych myśli,
a my jesteśmy niewolnikami naszych emocji.
Elizabeth Gilbert

Oplątanie

Gdy poruszam swój ulubiony temat perspektywy (Na kłopoty – perspektywa, Perspektywa, to także synteza, …), to wychodzi przy okazji zagadnienie ograniczeń. Zawężona perspektywa hamuje rozwój i czyni nas podatnymi na manipulacje.

Podobnie  działają ograniczenia zewnętrzne i wewnętrzne. Na co dzień jesteśmy mocno ograniczani z zewnątrz – przez przepisy, władze, brak pieniędzy, …
Szczególnie politycy i finansjera próbują nas zniewolić przez podatki, kredyty, niejasne prawo dające możliwość stosowania „haków”, „poprawność polityczną”,  itp. mechanizmy.

W tym kontekście tęsknimy za większą wolnością. I popadamy tutaj często w sprzeczność.
Dokładamy sobie sami dodatkowe ograniczenia. Mogą to być uprzedzenia, przekonania o różnych brakach, o własnej niższości, że jestem czegoś niegodny, biedny, nieuleczalnie chory, naznaczony losem, itp.

Czy nie jest to głupie, że oprócz narzucanych ograniczeń z zewnątrz pogłębiamy je sami?
Ciśnie się epitet jakim jest nazwanie kogoś ograniczonym (nomen-omen), mając na myśli defekt umysłowy.

Oczywiście, bywa że np. bezrobotna matka odmawia sobie wielu rzeczy by zapewnić podstawowy byt dziecku, albo ktoś poświęca swoje życie w jakiejś sprawie. Chociaż i tu może kryć się złe zrozumienie problemu lub niedostrzeganie alternatywnych możliwości, to nie o takim ograniczeniu mówię.
Nie mówię też o rozsądnej samodyscyplinie, która pobudza do działania i je porządkuje.

Ograniczanie się może być racjonalne i pożyteczne, gdy rozpatrujemy postawy np. nowobogackich, którzy trwonią swoje pieniądze na blichtr, rozpasanie i imponowanie, a przecież osobiste materialne potrzeby ludzkie nie wymagają aż tak wiele. Przychodzą na myśl chwalebne zwyczaje dawnych fundatorów społecznych i dobroczyńców. Ale też nie o tym – chodzi mi tutaj o postawy, które nas dołują bez potrzeby lub stwarzają sztucznie odczucie bezsilności.
Czasem to ograniczenie zewnętrzne splata się z wewnętrznym.
By dać przykład z podwórka, którym się interesuję, weźmy kondycję współczesnej oficjalnej medycyny.
Wystarczy, że jakiś ‚autorytet’ napisze w podręczniku dla studentów, że choroba X jest nieuleczalna i odtąd tak ustawiony mentalnie student a potem lekarz będzie leczył pacjentów tylko objawowo lub nawet rozsiewał wśród nich strach, że dany przypadek jest już wyrokiem. I nawet nie będzie już twórczo dociekał czy próbował czegoś nowego. Stagnacja, rutyna, wygoda, poddanie się…
Tymczasem inni, zwłaszcza spoza oficjalnego (=skostniałego, indoktrynowanego) nurtu, leczą takie przypadki przyczynowo i SKUTECZNIE.
Wtedy odzywa się korporacyjny głos środowiska lekarzy: „to niemożliwe”. Jeśli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów 🙂

Zresztą tak bywało i bywa i na innych polach. Sporo wynalazków powstało właśnie dlatego, że ich autorzy nie narzucali sobie ograniczeń lub zanegowali te narzucone.
Jak się mówi: „nie wiedział, że to ‚niemożliwe’ i dlatego wynalazł/odkrył”.

Podobnie jak w pewnym aforyzmie: „Ludzie, którzy twierdzą, że czegoś nie da się zrobić, nie powinni przeszkadzać tym, którzy właśnie to robią„.

Zatem, więcej otwartej głowy, mniej tabu, więcej wolności a nawet przekory. Świat jeszcze w wielu dziedzinach raczkuje, a zwłaszcza w zakresie możliwości człowieka.

Na chandrę

Lekarstwem na smutek jest ruch. Receptą na siłę – działanie.
Elbert Hubbard

Bywa, że czuję się zdołowany, bo ktoś mnie zawiódł, bo coś się nie udało, bo źle się czuję itd., itd.
To może być stres a nawet chandra.
Sporo napisano na temat jak sobie z tym radzić (np. dobre krótkie rady na http://lepszezdrowie.info/12sposobow.htm), więc nie będę pisał elaboratu.

Dodam tylko 2 obserwacje.

Nastroje są zmienne. Tak jak ból (oprócz ciężkich chorób, ale i te można zwalczać likwidując stres) nie trwa wiecznie, tak i nastrój może nagle się zmienić, zwłaszcza jeśli temu pomożemy. Czasem jednak nawet nie wiem jak się to dzieje – nic nie robiąc, po paru godzinach odkrywam, że smutek lub zmartwienie mijają same.

Wykorzystuję więc psychologiczną „kotwicę” – „to minie, jak już bywało”.

Po drugie i niejako strategicznie: pozytywne/optymistyczne myślenie i postawa.
Chociażbyś oceniał to jako naiwny slogan. Oczywiście, to nie załatwia wszystkiego, ale pomaga.
Bo martwienie się w niczym nie pomaga i drenuje nasze siły. Mówiąc językiem duchowym (wg J. i E. Hicks) – bezsilność i depresja mają najniższą wibrację ze wszystkich emocji.

Czasami wystarczy spojrzeć na daną sprawę „z góry”, nabrać dystansu, wyluzować…

Bo martwienie się w niczym nie pomaga i drenuje nasze siły. Mówiąc językiem duchowym (wg J. i E. Hicks) – bezsilność i depresja mają najniższą wibrację ze wszystkich emocji.