Dziewczyna i uśmiercanie kultury?

Subkultura bez kultury…
LK

zasępiony

Ostatnie incydenty związane z teatrami, zwłaszcza tym we Wrocławiu i sztuką „Śmierć i dziewczyna”, znowu sprowokowały dyskusje o kulturze.  Słusznie, bo to ważne.
Tytuł artykułu, przyznaję, ma przyciągnąć uwagę, ale oprócz skojarzenia z nazwą sztuki, nie zapowiada tematu  dziewczyny…

Mam w głowie bardzo obszerny materiał, ale w tym wpisie poruszę tylko kilka związanych z tym wątków – więcej nie zmieszczę ani nie byłoby to ‘strawne’.
Pisałem o kulturze tutaj na blogu wielokrotnie, więc odwołam się dalej do paru takich miejsc, ale zacznę od już ‘słynnej’ potyczki profesora Piotra Glińskiego z Karoliną Lewicką w trakcie wywiadu w TVP.
Chociaż to mały fragment zagadnienia, to zatrzymam się nad nim na chwilę.

Emocje podniosły się nie tylko w czasie audycji, ale zwłaszcza potem w różnych mediach.
Od razu powiem,  że o ile na ogół u mnie jest odwrotnie, to tu bardziej kibicuję ministrowi niż dziennikarce – mimo że minister nie ustrzegł się niepotrzebnych emocji.
W moim rozumieniu – może staroświeckim – gość ma zawsze szczególne prawa, zwłaszcza jeśli się go zaprasza by mógł się wypowiedzieć. Z przykrością zauważam, że większość dyskusji telewizyjnych, abstrahując od częstej marnej jakości merytorycznej, to wzajemne przekrzykiwanie się. Bywa i tak, że jakiś gość prawie w ogóle nie jest dopuszczony do głosu. To po co go zapraszać? Takie audycje są dla widzów, a nie na potrzeby dziennikarza albo stacji. Tak być powinno przynajmniej w telewizji publicznej. Ciekawie jest słuchać dyskusji a nie przesłuchań po linii z góry przyjętej tezy. Niestety nasze dziennikarstwo zeszło na psy – w sensie sztuki dyskusji, rozróżniania faktów od opinii, a także coraz bardziej służąc propagandzie (na FB istnieje grupa o wymownej nazwie – Kłamstwa i manipulacje – degrengolada polskich mediów).
Co do propagandy, to sytuacja jest asymetryczna: dziennikarz – mimo że ma poglądy – zawodowo nie powinien jej stosować, natomiast gość nie jest dziennikarzem, reprezentuje jakąś opcję polityczną lub światopoglądową i wolno mu ją przedstawić.

W danym przypadku profesor P. Gliński chciał przede wszystkim sprostować to, co przekłamywały media manipulujące wycinkami wypowiedzi. To było merytoryczne. Jako minister,  Gliński miał nie tylko prawo ale i obowiązek zaniepokoić się owym spektaklem – chodzi zarówno o kulturę jak o wydatkowanie środków publicznych.
Jednak jestem przeciwko ręcznemu sterowaniu kulturą, zwłaszcza na takim ‘poziomie szczegółowości’. Minister powinien co najwyżej polecić zbadanie sprawy na miejscu wojewodzie lub innej odpowiedniej władzy; myślę, że przesadził polecając bodajże zablokowanie spektaklu. O tym jeszcze za chwilę.
Dziennikarka, ciągle przerywając, zachowywała się niegrzecznie a nawet napastliwie. Gliński, sprowokowany, też niepotrzebnie podniósł głos, ale to może raczej sprawa charakteru – w odróżnieniu od  totalnie wrogiego od początku  nastawienia dziennikarki – bez uprzedniej prowokacji ze strony gościa.

Co do prowokacji – spektakl „Śmierć i dziewczyna” został prawdopodobnie wykorzystany właśnie w tym celu.
Pisarz Antoni Libera na antenie Telewizji Republika powiedział, że cała sytuacja wokół spektaklu we wrocławskim Teatrze Polskim to „akcja, która była przygotowywana bardzo długo”.

Cytuję jeszcze dalej wypowiedź prasową na ten temat:

„Scenariusz był bardzo jasny. Chodziło o to, by powiedzieć, że w spektaklu będą sceny pornograficzne. Ja przewidziałem, że tych scen nie będzie. Miało to zrobić szum i aferę, co podbiło zyski artystyczne – wyjaśniał Libera.

Sztuka zaczęła być komentowana, w momencie kiedy premier Gliński mówił, że nie będzie wydawał pieniędzy na coś, co mieści się w granicach artykułu karnego – zauważył Marek Markiewicz. Zdaniem byłego szefa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji minister Gliński „powiedział to, co każdy dysponent pieniędzy publicznych powiedzieć powinien”.

– Przedmiotem naszej rozmowy mogłaby być odpowiedź dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu, który jest zarazem stroną walki politycznej – dopowiedział Antoni Libera. Zdaniem pisarza chodziło o wywołanie skandalu, a przesadne reakcje są wykorzystywane jako element walki politycznej. – Tu się używa przesady jako środka walki politycznej – zauważył.”
Przykładem takiej przesady jest wypowiedź  Piotra Rudzkiego, kierownika literackiego Teatru Polskiego dla  brytyjskiej gazety „Guardian”: „To ciemne dni dla Polski, przypominające nazistowski i sowiecki ucisk” (sic!).
Skoro było jasno powiedziane, że w sztuce wystąpią „aktorzy” porno, którzy będą uprawiać seks na oczach widowni, to dlaczego dyrektor teatru czuje się zbulwersowany protestami? Odkąd porno zalicza się do wysokiej sztuki, godnej wystawiania w teatrze noszącym nazwę „Polski”?
I odkąd to dyrektor teatru uważa siebie za tak ważną personę, że w chwili różnicy zdań może rzucać wyzwanie ministrowi i domagać się (bardzo stanowczo) jego dymisji?

Za prowokacją przemawia i to, że akt seksualny był tylko na próbie, a podobno w samym spektaklu już nie (lub ukryty). Prawdę powiedziawszy, dziwię się, że ta prowokacja lub chwyt marketingowy spowodował aż taki run na bilety – pornografia jest u nas łatwo dostępna na wiele różnych sposobów.
A co do dyskusji ogólnie, to mamy – Polacy indywidualnie – jakieś wyjątkowe skłonności by mieć rację, nawet „po trupach”, aby tylko „moje było na wierzchu”.

Ludzie często nie mogą pojąć, że prawda może być po trosze po obu stronach barykady i że trzeba się wznieść wyżej, ponad swoje uprzedzenia by to dostrzec i dojść do jakiejś syntezy.
To też kultura.

Ale przejdźmy do meritum – w szerszym ujęciu.

Kultura ma większą wartość niż na co dzień się wydaje. Tak jak piękno, duchowość, zadowolenie, ekspresja. Powinna nas podnosić, budzić, zastanawiać, uczyć. Czyni nas istotami ponad stan zwierzęcy.
Reakcja ministra – sądzę – wychodziła z tej pobudki.
Sztuka może bulwersować lub wzbudzać gniew – też ku nauce lub otrzeźwieniu.
Bo jest  wiele tematów wołających o nasze otrzeźwienie lub refleksję (polityka, niesprawiedliwość, przemoc, niektóre obyczaje, mody, rynek, zanik duchowości, dogmaty i stereotypy, …)
Natomiast sztuka powinna (moim zdaniem) kształtować „dobry smak”, a nie schlebiać nihilizmowi, niskim instynktom lub brzydocie.

Od wielu lat obserwujemy bowiem jak wszystko w kulturze jest psute.
Skracając – odwołam się do fragmentów mego wpisu Brigitte Bardot Bardzo

„…czasem odwiedzam Muzeum Sztuki Współczesnej w Warszawie i prawie zawsze wychodzę mocno zdegustowany.

Jakieś obsceniczne instalacje, trywialność, wulgarność, bazgroły, bylejakość rzemieślnicza, nieudolność, epatowanie brzydotą, sadzenie się na oryginalność która nie służy żadnemu uczuciu oprócz żachnięcia się lub obojętności…”.
To dzieje się właśnie w placówkach dotowanych z podatków.
Olbrzymia sala, pośrodku jakaś jedna pseudorzeźba lub coś rozsypanego na podłodze, kilka pilnujących strażniczek muzealnych (ze zdziwieniem w oczach, że ludzie przychodzą to oglądać) – czy to dobrze zagospodarowane środki na kulturę?

Płacić bilet za takie zniesmaczenie? Odtąd korzystam raczej z darmowych czwartkowych wstępów. Podobnie do Zachęty, która też coraz mniej … zachęca.

Zauważam, że tam gdzie odwołujemy się do przeszłości, do autentycznych wartości, gdy sztuka wymagała jeszcze kunsztu i staranności,  udaje się połączyć piękno z nowoczesnością.  Np. Muzeum Chopina, muzea zamkowe,  czy np. ostatnio odwiedzone Muzeum Historii Żydów Polskich. Chodzi mi nie tylko o sztukę, ale o kulturę materialną, w której przekaz edukacyjny ma swoją ważną rolę.

Dużo lepsze wrażenia odbieram także w prywatnych galeriach i sklepach ze sztuką. Pomijając kicze (są i takie miejsca), prawdopodobnie właściciele dobrze wyczuwają i kalkulują, że nikt by takich partackich lub pseudoawangardowych dzieł nie kupił.
Zatem różne artystyczne miernoty muszą podpierać się państwowym hojnym sponsoringiem.

Jeszcze parę urywków ze wspomnianego postu poświęconego książce Bardot.

„Bardot rozprawia się z wieloma takimi patologiami, zwłaszcza w bliskiej sobie domenie sztuki wizualnej, z tymi wszystkimi idiotele

Karmią nas przemocą, pornografią, szmirą i reklamą piorącą mózgi. Nie będę powtarzał mocnych słów autorki. Tak jak i ją, boli mnie że w imię ‘nowoczesności’ promuje się szkodników zachwalających zwykłą brzydotę, różnych beznadziejnych konformistów, a usuwa się w cień i krytykuje artystów, którzy w swe dzieła wkładają serce, pracę, często iskrę boskiego geniuszu.”

Tak, mnie też bulwersuje między innymi epatowanie brutalnością poprzez codzienne telewizyjne ‘strzelanki’ – filmy lub kroniki kryminalne i to już w godzinach gdy oglądać może to młodzież a nawet dzieci. A potem dziwimy się, że mamy przemoc i przestępstwa w rodzinach, na ulicy i w praktyce politycznej.

Podobnie jak ogłupiające seriale, promowanie sensacji i strachu w tabloidach, coraz większą ekspansję nie dających nic wartościowego magazynów i serwisów plotkarskich.

… „W tej książce Brigitte Bardot szeroko i wielotematycznie piętnuje społeczeństwo, jego tchórzostwo oraz nikczemność, obojętność wobec bezprawia, upadek tradycji i wartości dawnej Francji. Ostro, ‘z jajami’, wyraża bunt przeciwko ograniczaniu wolności, uważa, że wolność dzisiaj została zamknięta w klatce, niczym wolność zwierząt, których obronie poświęca z pasją cały swój czas. …. jest niezwykłym orędziem zdrowego rozsądku o wolność wypowiedzi i konieczność powrotu podstawowych wartości człowieka: zaufania, nadziei, współczucia, szacunku, harmonii życia i miłości.”

… „Obecnie coraz bardziej nabrzmiewa problem islamizacji Europy i napływu imigrantów.
Bardot już kilkanaście lat temu celnie wskazywała zagrożenia. Zanim my przystąpiliśmy do UE, obnażała (nie po raz pierwszy) fatalne skutki brukselskiej politycznej poprawności i tamtejszego biurokratycznego dyktatu. Ten coraz bardziej drobiazgowy, totalitarny dyktat  który ‘przedstawia sobą obraz nienawiści, który zwalczają wytrwale, tej nietolerancji, którą piętnują’.
A Francja stała się zakładnikiem ślepego (i niekorygowanego do wymogów czasu) swego trwania przy hasłach egalitaryzmu i braterstwa. Teraz zbiera owoce zbytniego liberalizmu. Było by dobrze gdybyśmy umieli wyciągnąć z tego wnioski – póki jeszcze czas.”

… „I jakbym czytał Waldemara Łysiaka – podobne obrzydzenie do tak pojmowanej sztuki, poprawności politycznej prowadzącej do zidiocenia i absurdów, niesuwerennej polityki podporządkowanej mondialistom i mafiosom rządzących światem.”

Mój osąd jest faktycznie nieco ukierunkowany właśnie przez wpływ takich autorów jak W. Łysiak, który zarówno z wykształcenia jak i z powodu różnorodnej bogatej twórczości o kulturze, może być uważany za autorytet, ale taki nieortodoksyjny i niezależny. Jest znany z ciętego i punktującego języka, zwłaszcza w krytyce poprawności politycznej, której fatalne obecne skutki przewidział już bardzo dawno.

Tak jak on muszę dotknąć trochę i spraw politycznych, bo kultura jest jednym z narzędzi wpływania na masy.

Wiadomo o sile mediów. Ostatnio były zawładnięte przez jedną opcję polityczną. Przez strukturę właścicielską media w Polsce są zawoalowaną tubą niemiecką i unijną – oba te zaplecza nie są przyjazne Polsce.

Zarówno wątki patriotyczne jak i negatywne wobec Zachodu opinie podlegają tłumieniu w imię poprawności politycznej oraz (auto)cenzurze.
Krytyczne poczucie humoru w mainstramie jest na cenzurowanym. Nawet swego czasu   Szymon Majewski, który dowalał głównie PIS-owi, gdy wychylił się parę razy przeciw tuskolandowi, stracił swą audycję w TVN.  I wielu innych, jak Jan Pietrzak, który od dłuższego czasu nie ma miejsca w telewizji.
Jeśli chodzi o kabarety, to ich poziom jest coraz słabszy – niewybredne plebejskie żarty, unikanie polityki i czegokolwiek ambitniejszego, nawet brak znośnego wyrazu artystycznego.
Media znane są też z eskalowania mowy nienawiści, co rozkręciło reakcje oburzonych oponentów. W sumie – znów upośledzenie kultury.

Szczególnie atakowane są niezależne wydawnictwa i kanały, które bronią wartości, a które trudno oddzielić od polskiej tradycji i Kościoła – patriotyzm, rodzina, moralność.

Nie jestem klerykałem ani dewotem, więc mogę zrozumieć uprzedzenia zarówno ateistów, lewicy jak i innych środowisk liberalnych, ale poziom wielu ataków jest wykładnią poziomu ich autorów. I ich naiwności jeśli chodzi o intencje mocodawców.

Kłania się też polityka historyczna. Ma teraz szansę na swoje miejsce, na przywrócenie naszej dobrze pojętej pozycji i dumy. Wyrugowanie nauczania historii ze szkół to duży błąd. Można się spierać o zakres programowy, ale nie można oderwać kultury od historii. Warto skończyć z ‘pedagogiką wstydu’ i kompleksów. Inna sprawa, że kultura powinna być ‘przemodelowana’ jeśli nasza cywilizacja (globalnie) ma pójść do przodu – w tym sensie, że zbyt wiele w niej dogmatów i niekorzystnych mitologii, które hamują rozwój. Może to być bolesne, ale prawdopodobnie konieczne w świetle nowych wyzwań.

Tutaj może zaskoczę poniektórych salonowych chwalców Gombrowicza i ‘lemingowych euroentuzjastów’.
Oto co pisarz sądził o naszym miejscu i roli w Europie:

Nie będziemy narodem prawdziwie europejskim, póki nie wyodrębnimy się z Europy – gdyż europejskość nie polega na zlaniu się z Europą, lecz na tym, aby być jej częścią składową – specyficzną i nie dającą się niczym zastąpić, […] tylko przeciwstawienie się Europie, która nas stworzyła, może sprawić, że staniemy się w końcu kimś… o własnym życiu”.

„… Uderzcie raczej w sztukę europejską, bądźcie tymi, którzy demaskują, zamiast podciągać się do cudzej dojrzałości, spróbujcie raczej ujawnić niedojrzałość Europy. Postarajcie się zorganizować wasze prawdziwe odczuwanie, aby uzyskało byt obiektywny w świecie, znajdźcie teorię zgodną z waszą praktyką, stwórzcie krytykę sztuki z waszego punktu widzenia, stwórzcie obraz świata, człowieka kultury, który by był zgodny z wami.”

Każda sprawa powinna być naświetlana nie tylko z jednego (np. POprawnego) punktu widzenia i chwała za to, że jest ktoś, kto rzuca to inne światło. Tym bardziej, że często to inne spojrzenie nacechowane jest autentyczną troską o polskie dobro, o nasze bezpieczeństwo i suwerenność. Pożyteczny pluralizm.

Obecnie jeszcze bardziej widać, że toczy się wojna kulturowa –  jeśli tak dalej pójdzie, to cywilizacja europejska upadnie. Są siły geostrategiczne, bardzo partykularne, którym na tym zależy i które tę naszą słabość prokurują i rozgrywają.

Tu na chwilę wrócę do pornografii. Oprócz swej natury poniżającej człowieka i niechlubnej komercji,  zaprzęgana jest w politykę, tę od podszewki, która włącza się w inne metody osłabiania narodów w imię partykularnych korzyści.

Wiadomo z historii, że upadek każdej cywilizacji poprzedzony był upadkiem moralności i gorszącym rozpuszczeniem seksualnym.  Już mistrz Sun Tsu (ten od „Sztuki Wojny”) wiedział, że aby podbić jakiś kraj należy jego naród zdemoralizować seksualnie.
Z drugiej strony – nikt pornografii nie zabroni dorosłym ludziom, którzy ją wybierają jako doznanie. Dzieją się rzeczy gorsze i to za przyzwoleniem władz, w tym nawet od kultury i edukacji.
Przykładowo – seksualizacja dzieci od przedszkola, przedstawianie miłości tylko/głównie jako techniki, pedofilia, przemoc wobec dzieci i kobiet itp.

U nas demoralizacja w szerokim sensie szła od góry – w różnych wymiarach – korupcyjnym, moralnym, materialistycznym (nakraść się, marnotrawstwo, zaprzedanie majątku narodowego), w tłumieniu opozycji i pobłażaniu układom mafijnym.

Pokazali ją ostatnio politycy PO ze swoją kamarylą. Abstrahując od merytorycznych skandali, poraża ujawniony w znanych podsłuchach język. I nie chodzi tylko o wulgaryzmy ale o ogólny poziom tych ludzi.

Wiele się ostatnio mówi po obu stronach podziałów politycznych
o patriotyzmie.  Patriotyzm, wśród wielu atrybutów, to też dbałość o język ojczysty.
Oprócz ww. kazusów ze strony „elit” (tfu!) reaguję też na blogi i fora, zaprenumerowane biuletyny i … często „ręce mi opadają”. Niechlujność, byki, literówki, nowomowa, zdania bez sensu, często wulgaryzmy. Oczywiście mikroblog (np. twitter) lub forum internetowe to formy bardzo skrótowe, spontaniczne, coś w rodzaju luźnej rozmowy – można wybaczyć pewną ilość omyłek.
Gdy jednak coś pisze się publicznie, wydaje biuletyn dla subskrybentów, redaguje stronę www, to powinno się okazać więcej dbałości i szacunku dla swoich czytelników. I dla siebie – coś, co umieszczamy w Internecie – staje się w dużej mierze „nieśmiertelne”.
Spotykam sporo wypowiedzi i artykułów krytycznych; myślę że zwłaszcza tam i tym bardziej należało by uważać – by samemu nie narazić się na krytykę. 🙂

Obecnie „pisać każdy może” – stąd zarówno korzystna możliwość wypowiedzenia się przez masy (np. blogi), jak i zalew na ogół marnych a nawet grafomańskich powieści, autobiografii, poradników i książek kucharskich, które zaistniały raczej tylko z tej racji, że autor to jakiś celebryta. Nadzieja w tym, że może w tej masówce kilka procent ‘dzieł’, może faktycznie coś wniesie w kulturę – chociażby z samej statystyki zjawiska.
Podobnie poruszają mnie błędy w mowie, zwłaszcza polityków i innych osób publicznych. Zwłaszcza gdy znany aktor mówi ‘wziąść’, ‘proszę panią’ (gdy jest to zwrot grzecznościowy a nie prośba), nie rozróżnia przypadków (tą, tę), jeśli nie tylko politycy z selekcji negatywnej ale nawet dziennikarze z czołówek mówią ‘ludzią’ zamiast ludziom, ‘niosom’, ‘robiom’ itp.

Chociaż nie jestem orędownikiem PiSu – nie widzę tam (w wystąpieniach publicznych, do jakich mam dostęp) takiego języka i niskiej wartości narracji.

Tu mógłbym spiąć klamrą ten wpis nawiązując do pozytywnej oceny nowego ministra kultury jak na wstępie, ale … dając mu kredyt zaufania nie mówię jeszcze ‘hop’.
Druga klamra to skojarzenie dziewczyny (pani Karolina) ze śmiercią – kultury dziennikarskiej…

Jednak chciałbym jeszcze tylko krótko zwrócić uwagę na szereg innych zagadnień – zwłaszcza dotyczących tzw. kultury masowej.

Np. dbanie o swoje otoczenie. Wspomniałem o tym np. tutaj – Śmierdząca sprawa.

Podobnie można wytknąć śmiecenie w lasach, zalepianie chodników gumami do żucia, graficiarstwo na (czystych) ścianach itd.

Albo kierowanie uwagi społecznej na sprawy błahe – vide zawartość serwisów informacyjnych omijających to, co istotnie ważne, a także rozładowywanie napięć metodą „chleba i igrzysk”. Teraz pewnie podpadnę wielkiej ilości facetów. Chociaż kibice piłkarscy wykazują trzeźwe postawy i krytyczny osąd polityków, to kiedyś (może przesadnie i sarkastycznie) kulturę stadionową i Euro 2102 skomentowałem tak: Skopana piłka.
Podobnie jak to ujął kiedyś D. Passent:
„… Chamstwo na boiskach jest już powszechnie akceptowane.
Dla mnie dzisiejsza piłka nożna (nie tylko w Polsce, nie mówię też o sporcie amatorskim) ociera się o jakiś obłęd, to nie tylko szkoła niskich instynktów, ale zjawisko głęboko zanurzone w brudną politykę. Futbol to sprawa wagi państwowej, a nawet – państwo w państwie, ponadpaństwowa organizacja o symptomach mafijnych.
A politycy przypochlebiają się via futbol masom…”.

Może starczy, więc na koniec

Ktoś powie: wymądrza się, kim jest autor tego wpisu na niwie kultury? Czy w ogóle  zna się na tym?

Cóż, chociaż nie jestem w niej osadzony profesjonalnie, to uważam, że oddolny głos też coś znaczy – bo to my – obywatele, jesteśmy właśnie ‘odbiorcami kultury’ dla jej twórców i promotorów.
Przyznam też, że na sztuce teatralnej znam się najmniej, podobnie jak na muzyce. chociaż ja uwielbiam. Myślę, że nie trzeba się znać profesjonalnie na wszystkich zakamarkach i tajnikach sztuki, by umieć ją odczuwać i mieć swoje zdanie.

Pochodzę z ‘rodziny artystycznej’ – Mama i 3 ciotki były malarkami po akademii, a w domu zawsze wśród mnogości książek było miejsce na albumy dotyczące malarstwa i sztuki w ogóle. Reszta rodziny to humaniści – zwłaszcza po studiach historycznych i polonistycznych.

Oczywiście, z racji Ich i mojego wieku, były to zainteresowania bardziej kulturą wyższą niż obecną popkulturą.

W takim środowisku wyrastałem i przebywam.

Dużo czytaliśmy i czytamy. Żona konkuruje ze ś. p. Mamą co do ilości przeczytanych książek i czasopism – średnia to przynajmniej jedna książka na dwa dni J.
Jesteśmy nimi stale obłożeni, przy czym ja coraz więcej informacji zdobywam z Internetu, ale też dobierając je wg swych zainteresowań i wagi. Całe życie coś pisałem – opowiadania, felietony, pamiętniki, wiersze, przy czym większość tej aktywności przypadło na okres przedcyfrowy i uległo albo zniszczeniu albo czeka na ew. redakcję, chociaż nie wiem czy do tego dojdzie, bo są ważniejsze sprawy bieżące.

Wspomnę tylko,  że z nastaniem ‘ery cyfrowej’ poczyniłem wówczas jeszcze nieudolną technicznie próbę pokazania światu jednego z moich mistrzów – Stefana Garczyńskiego poprzez stronę http://www.StefanGarczynski.pl oraz digitalizację i opracowanie czterech jego książek. Obecnie już sprawniej i częściej wypowiadam się w Internecie na tematy społeczne, w tym dotyczące szeroko pojętej kultury.
To środowisko, aktywność i przyzwyczajenia czynią nas nie tylko odbiorcami ale i podmiotami kultury.
Zatem – sądzę,

Leszek Korolkiewicz

Źródła kryzysu z szerszej perspektywy (cz. 2)

Pierwszy krok do rozwiązania problemu polega na tym,
aby komuś o tym opowiedzieć.
John Peter Flynn

za horyzont

Cz. 2

W tym miejscu posłużę się fragmentem spekulacji Roberta Brzozy z jego portalu http://www.Szokwiedzy.pl :

„…Przewożeni są do Włoch, Grecji i Turcji. Z Włoch transportowani są szlakiem bałkańskim na Węgry. Nie jest to przypadkowe posunięcie. Węgry zostały wybrane do zniszczenia przez „onych” za bycie niezależnym.

Głównie chodzi o walkę Orbana z bankierami i korporacjami.

Tylko na kredytach frankowych bankierzy stracili miliardy dolarów. Orban kilka razy walczył z finansjerą i doprowadził do znacznych zmniejszeń rat kredytowych tysięcy rodzin. Na Węgrzech było dużo więcej frankowiczów, niż jest w Polsce.

Jednak główne centrum przerzutu islamistów do Europy znajduje się w Turcji.

To w tym kraju wybudowano bazy wypadowe ISIS, kiedy jeszcze nie przejęli terenów Iraku i Syrii. Całkiem możliwe jest, że uciekinierów szkoli się w tureckich bazach ISIS i przerzuca do Europy.

Proszę zauważyć jaki to jest proces logistyczny. Tu nie ma mowy o przypadku.

Akcja uderzenia Islamu na Europę zorganizowana jest za zgodą lub udziałem USA.

Przecież, Turcja to poddany sojusznik Stanów Zjednoczonych.

Nic tam nie dzieje się bez zgody USA. Aby przetransportować setki tysięcy, czy wręcz miliony ludzi potrzeba i sprzętu i pieniędzy i masę ludzi organizujących ten przemyt. Wszystko dzieje się w sposób na tyle świetnie zorganizowany, aby uznać uderzenie na Europę za przypadek.

Grupy podzielone są na 100-200 osób. Każda z nich posiada lidera. Wyraźnie widać zorganizowaną akcję w trakcie niechęci przyjmowania pożywienia. Kolejny przykład to zamknięcie granicy Węgier. Tłumy dokładnie wiedziały co robić w takiej sytuacji.

Na filmikach widać, jak szybko i zorganizowanie przemieszczają się z miejsca na miejsce. Bez paniki o niepewną przyszłość.

Warto odpowiedzieć sobie na pytanie: w jaki sposób islamiści komunikują się ze sobą?

Być może zauważyłeś/zauważałaś czym posługują się uchodźcy?

Wielu z nich ma komórki… W jaki sposób stać ich na opłacenie abonamentu i roamingu? Przecież są uchodźcami, nie mającymi dachu nad głową.

To jest ważny punkt naszych rozważań. Ponieważ komórki dzisiaj to mapy, sms-y, czyli wskazówki i rozkazy płynące z bazy.

Kto ich sponsoruje?

Wszystkie drogi prowadzą do George Sorosa. Węgierskiego żyda, który reprezentuje międzynarodową finansjerę. Plan jest następujący: osłabić i zdetronizować Europę.

Podzielone niejednolite społeczeństwo jest słabe.

Nie będzie walczyć z nowym systemem: NWO.”

Całkiem możliwy scenariusz…

Jest też i taki, który zakładał konflikt krymski jako fazę przygotowawczą do ewentualnego zasiedlenia tamtych terenów przez Żydów w przypadku gdyby Izrael był zdławiony w wyniku konfliktu na Bliskim Wschodzie. Na razie wkładam to między bajki.

Wracając do szerszego kontekstu.
Stany Zjednoczone prowadzą skrytą wojnę i z Europą – o dominację. Narzucenie dolara jako waluty światowej tutaj coraz mniej działa. Traktat ITTP ma nas znacznie ograniczyć ekonomicznie, o czym pisałem tutaj + do wysłuchania to

Z kolei mocarstwa wykorzystują do swych celów żądne zysku korporacje, którym ułatwiają działanie, którym składają zamówienia. Koneksje są obustronne.

Rozwój ekonomiczny mógłby już dawno pójść milowymi krokami naprzód gdyby nie skrywanie tych rewolucyjnych wynalazków (i niszczenie ich autorów), które zagrażają monopolom przemysłowym.

Depopulacji służą nie tylko wojny, ale i owe zniewolenie ekonomiczne, strefy głodu i nędzy, gdzie pomoc humanitarna jest tylko fasadowa. Te strefy generują także wewnętrzne konflikty.

Idea depopulacji jest stara – tak jak sztuczna teza o tym, że Ziemia nie wyżywi ludzkości, jak eugenika i rasizm,  które w znacznym stopniu były powodem wojen i eksterminacji.

Szczególnie perfidne jest wykorzystywanie w celach depopulacji … niektórych ekologów.

Doszło do tego, że powstają ugrupowania głoszące, że gatunek ludzki jest wrzodem Ziemi, że należy ludzi eliminować, bo zagrażają środowisku. Wykorzystuje się też ekologów do lansowania i wspierania wydumanych teorii o tym,  że człowiek ociepla klimat, a zatem jest to kolejny powód do depopulacji.

Kolejnym narzędziem jest niszczenie zdrowia ludzi przez zatruwanie środowiska, żywności, przez choroby jatrogenne, przez kreowanie wciąż  nowych jednostek chorobowych a nawet wirusów, aby obejmować ‘leczeniem’ coraz to nowe masowe ilości ludzi. Leczenie ujęte w cudzysłów oznacza politykę stałego leczenia z intencją nie wyleczenia, ale dożywotniej aplikacji leków i nieskutecznych terapii. Leki te mają wykluczyć metody naturalne i środki, których BigPharma nie może opatentować. Dotyczy to także nasion i upraw GMO. Szczególnie wredne są działania na polu szczepionek  – patrz art.  O szczepionkach  (będą i dalsze artykuły w serwisie LZ > wyszukaj lokalnie).

Obecny wzorzec medycyny w ogóle nie widzi człowieka jako całości, przez co leczenie-nawet przy dobrych intencjach, jest nieefektywne i kosztowne.
Wszystko to degeneruje i drenuje społeczeństwa, natomiast generuje astronomiczne zyski farmacji i uzależnionej medycynie, przez co zostały one ‘kupione’ przez siły NWO.

Podejrzewam, że BigPharma ostatnio znalazła kolejny sposób by pomnożyć radykalnie swe zyski. O ile Afryka jest poligonem doświadczalnym do testowania depopulacyjnych szczepionek i leków, to biedny kontynent nie zapewni ich sprzedaży. Celem staje się Europa – bogata i wyuczona w ‘dbaniu’ o zdrowie wg medycyny alopatycznej tj. przez lekomanię.

Potrzeba w Europie więcej chorób!
Podobny efekt osiąga się przez wszechobecny alkohol, narkotyki, ‘dopalacze’ itp. środki uzależnienia. Walka z nimi jest tylko fasadowa, co widać po coraz większej reklamie i sprzedaży.

Trochę dalej omawiam geoinżynierię, która wywołuje sztuczne huragany, susze i powodzie jako  kolejne narzędzie depopulacyjne, ale także środek nacisku gospodarczego i politycznego. Przykładem jest to, co oprócz wojny,  spowodowało wielką migrację z Afryki i Bliskiego Wschodu – susze i nieurodzaj.
Wbrew poprawności politycznej, ta migracja stwarza realne zagrożenie epidemiami w Europie. Zarówno przez wprowadzenie na nasz teren obcych mikroorganizmów  jak i przez prosty fakt, że długa wędrówka i warunki obozowe  bardzo zaniżają higienę. A przybysze niechętnie współpracują z opieką lekarską, jaką im się oferuje.

Truciu społeczeństw służy wiele metod. Wszechogarniający smog  elektroniczny wpływa na komórki organizmu, które ewolucyjnie nie są przystosowane do sztucznego promieniowania, degeneruje mózg, wywołuje choroby. Szeroko o tym piszę tutaj.

Jesteśmy zatruwani z powietrza przez chemtrails – opryski chemiczne. Szeroko o tym czytaj tutaj . To dobitny przykład na to, jak większość ludzi nie dostrzega rzeczywistości lub swe obserwacje wypiera ze świadomości.

Chemtrails oficjalnie wpisywane są do grupy działań geoinżynieryjnych, a te wywołują także zmiany klimatu, lub przynajmniej wpływają na lokalne zmiany pogody – jak wcześniej wspomniałem. Być może przygotowuje się Europę, przez lokalne ocieplenia klimatu, właśnie do imigracji i mnożenia tu chorób. Pojawia się nieznane nam szkodniki, znikną pewne uprawy. A islamizacja, chaos i konflikty,  mają ostatecznie Europę pogrążyć.

W ramach geoinżynierii rozwijane są także tajne projekty broni elektromagnetycznej a wraz z technologiami za parawanem wi-fi, telefonii, środków masowego przekazu – również mind control. Obok prymitywnej kultury masowej, przykuwaniu ludzi do telewizorów i podawaniu nieustannej propagandzie, wszystko to razem służy ogłupianiu ludzi.

Przyczynia się do tego także  – przez czynienie ludzi zastraszonymi i biernymi, coraz bardziej widoczna opresyjność systemu władzy  –  mnożenie regulacji, zakazów, limity, koncesje, rozszerzająca się inwigilacja, szpiegowanie, cenzura, fiskalizm (mnożenie i podwyższanie podatków), brutalność policji…

Szczytne pierwotne założenia Unii Europejskiej zostały wkrótce podminowane lewackimi ideami, zapędami unifikacyjnymi i biurokratycznymi w każdej dziedzinie, co uprawniło późniejszą ironiczną nazwę Związek Socjalistycznych Republik Europejskich. Multikulti, gender, laicyzacja – to nowsze środki do osłabienia rodziny i tradycji narodów kontynentu.

Doszło do tego, że pozbawienie członków UE pełnej suwerenności pozwala urzędnikom z Brukseli wymuszać na Polsce ilość emigrantów, których musimy przyjąć – nawet wbrew naszej opinii publicznej i interesom państwa.

Omawiana polityka i wzorce kulturowe zrywają więzy międzyludzkie.

Komunikujemy się przez komórki i Internet, a nie w bezpośrednich rozmowach, żyjemy w coraz bardziej wirtualnym świecie, gdzie jeszcze łatwiej nami manipulować, zwiększa się rozwarstwienie majątkowe. Mieszanie takich kultur, które mają zupełnie inne paradygmaty,  jest tworzeniem nie tylko współczesnych wież Babel, ale zarzewiem otwartych konfliktów.

W tej strategii widać od dawna sterowanie religiami, podsycanie fundamentalizmu, co powoduje znów wojny religijne.

Chrześcijaństwo jest represjonowane na całym świecie, ale głównie w Europie, gdzie jego siłą jest rodzina, próbuje się tę rodzinę ośmieszać i rozkładać.
Jak widać, Europę osłabia się wieloma metodami, które się uzupełniają.

To wszystko potęguje poczucie ludzi, że wkrótce oprzemy się o mur, że nastał tak wielki ucisk i terror, że potrzeba jakiegoś radykalnego rozwiązania, nawet jakiegoś dyktatora.

I o to w tym całym planie chodzi – wprowadzić tyranię w sposób, który wyda się czymś znośniejszym niż to, co się dzieje.
To klasyczny schemat od wieków: stworzyć problem – wywołać wrzenie społeczne – rozwiązać problem który się stworzyło ku uldze mas, które są nieświadome owej manipulacji. Cały proces nakierowany jest na coraz większą kontrolę nad ‚wdzięcznym’ i otumanionym społeczeństwem.

Zamykając ten wątek – czy nasi ‘przywódcy’ zdają sobie z tego wszystkiego sprawę?
Czy i jak będą działać, by te zagrożenia eliminować?
Podejmować decyzje z uwzględnieniem szerszego obrazu sytuacji?

W zakresie uchodźców powinna być prowadzona jasna i jawna polityka imigracyjna, uwzględniająca przede wszystkim naszych rodaków za granicą, poszkodowanych Słowian i chrześcijan, z zachowaniem dobrowolności i wykorzystaniem naszej gościnności na szczeblu lokalnym, nawet rodzin, które zdeklarują chęć pomocy. Serca nie da się dekretować.

Wobec zagrożeń terrorystycznych – zwiększona czujność zamiast naiwnego liberalizmu  i podjęte odpowiednie fachowe środki bezpieczeństwa.

Rozpatrując temat konfliktów w ujęciu globalnym, trzeba będzie się kiedyś zmierzyć z pytaniem: czy spirala eskalacji przemocy doprowadzi do rozwiązania? Czy ludzkość ma egzystować na zasadzie wzajemnego zastraszenia? Kiedyś napisałem o innej koncepcji, która objaśnia jeszcze głębsze możliwe przyczyny i jednocześnie rozwiązanie istniejącego impasu.

Tymczasem, ponieważ szczególnie bliskie są mi sprawy zdrowia, to dorzucam naszym politykom  jeszcze te pytania wyborcze.

Mimo, że ten wpis może wydać się przydługi, to jest tylko szkicem tego, co można by powiedzieć w omawianym zakresie.

Jeśli jednak ta zarysowana wiedza i czujność weszłaby do strategii działania, zwłaszcza nowych władz w Polsce, to może spełniłaby się Jej Wielka przyszłość – zgodnie z pewnymi przepowiedniami, a przynajmniej faktyczna realizacja hasła „Teraz Polska”.
Nasz piękny kraj ma wielkie bogactwa mineralne, zdolnych, wykształconych ludzi, jeszcze nie zdewastowaną przyrodę, bogactwa kultury, pokłady duchowości – tak potrzebne w zmaterializowanym piekle, dumę i zdolność do zrywów. Wielka szansa na rozwój, przywództwo regionalne, wyzwalający wzorzec dla świata.

To brzmi równie ‘odlotowo’?  Nie tak bardzo, ale to już inny temat…

Do cz. 1 

Zdumiewający Kosmos

Nie sposób nie oniemieć z zachwytu,
gdy kontempluje się tajemnice wieczności, życia,
czy też wspaniałej struktury rzeczywistości. … 
Nigdy nie wolno utracić tej świętej ciekawości.
Albert Einstein

Kosmos jest zdumiewający. Zwłaszcza jeśli przyłoży się do niego znaną nam fizykę, co zapewne jest dużym ograniczeniem.
Abstrahuję tutaj od osobnego tematu jakim jest definiowanie kosmosu i wszechświata – są różne na to poglądy (np. że Kosmos to wszystko co przejawione i nieprzejawione i że zawiera w sobie wszechświat(y) jako przejawienia, a nawet przenikające się wszechświaty równoległe itp.).

Przede wszystkim poraża swym ogromem. Kiedyś komentowałem na FB zdjęcia NASA galaktyki Andromedy, np. to

(koniecznie zobacz).
Te miliardy gwiazd… A takich galaktyk są … miliardy – wg szacunków tego, co widzimy.
Ale czy widzimy wszystko? No, nie – nasze narzędzia obserwacyjne nie są na tyle doskonałe. Są i inne ograniczenia, o których często nie pamiętamy.

Mówi się, że widzialny/odkryty wszechświat (nasz wszechświat) ma kilkanaście miliardów lat (w hipotezie z pierwotnym ‚wielkim wybuchem’). Przy dość powszechnie przyjętym i obowiązującym fizyków założeniu, że nie ma prędkości większej od prędkości światła (c), to, co widzimy z najdalszych otchłani przestrzeni, odbyło się np. 14 miliardów lat temu – wyobrażając sobie czas też „fizycznie” i licząc go liniowo. Ale są i inne hipotezy dotyczące czasu i owej liniowości/nieliniowości (np. wpływ mas, efekty relatywistyczne, że czas nie istnieje, jest subiektywny, dyskretny, zapętlony, …).

Ale ciągnę wątek klasyczny.
Załóżmy, że ludzkość istnieje rozumnie 80 000 lat – mam na myśli ten okres gdy człowiek nie tylko obserwował niebo, ale i miał w związku z tym jakieś wyobrażenie wszechświata.
Jakże to mało do owych miliardów lat.
Z faktu, że niebo badamy naukowo, rejestrujemy gwiazdy, robimy zdjęcia itp. stosunkowo niedawno (pomijając starożytnych a nawet Kopernika), wynika, że nasza wiedza o tym, co się dzieje we wszechświecie sięga obiektów, którym daleko nawet do przeciwnej strony galaktyki, podobnie jej centrum (odpowiednio średnica ok. 100 00 lat świetlnych i 28 000 lat). Znajdujemy się bowiem na uboczu galaktyki, w jednym z jej ramion. „Się dzieje” to określenie nawiązujące do tych wypowiedzi, które pretendują do tego, by opisać wszechświat jaki JEST.
Faktycznie nasza wiedza o tym „co JEST” zależy od odległości obiektów od nas – pobliże śledzimy „względnie” na bieżąco, dla dalszych to tylko sięganie daleko wstecz czasu.
Wynika z tego, że tak naprawdę nie wiemy jak wygląda nawet całkiem bliski nam rejon galaktyki – czy pewne gwiazdy, ich skupiska … w ogóle jeszcze istnieją w postaci jakie je dziś widzimy z Ziemi. Tym bardziej nie wiemy czy jeszcze istnieją i gdzie ew. znajdują się dalekie galaktyki. Dodajmy do tego jeszcze fakt, że wszystko jest w ruchu (wirowania gwiazd wokół centrum galaktyk, wirowanie galaktyk w ich gromadach itd). A gwiazdy ewoluują. Wg nie do końca pewnej teorii wszechświat rozszerza się. To wszystko powoduje że jeszcze bardziej nie jesteśmy pewni tego co ‚widzimy’.

Zatem wnioskowanie o budowie i rozwoju wszechświata bazuje raczej na ekstrapolacjach i uogólnieniach z obserwacji jego historii. Powstają przez to dość arbitralne teorie wszechświata stacjonarnego, Wielkiego Wybuchu, kosmosu elektrycznego itp.

Czy to przykład na niepoznawalność rzeczywistości?
Prawdopodobnie czeka nas zmiana paradygmatu naukowego, uwolnienie od modeli mechanistycznych i limitu prędkości c na rzecz takich, które uwzględnią wszechświat kwantowy, z tzw. oddziaływaniami splątanymi, fraktalnością lub/i holograficzną naturą i dopuszczeniem nawet nieograniczonych podróży w czasie i przestrzeni, nie koniecznie fizycznie, ale z udziałem świadomości.
Bajki? Niezupełnie – tak myśli już spora ilość fizyków, którzy czują, że ich domena naukowa ‚oparła się o ścianę’. Wtedy jeszcze bardziej określimy kosmos jako ZDUMIEWAJĄCY.

To doświadczenie uczy nas perspektywy także w mniejszych rzeczach…

L.K. (pierwotnie opublikowane na facebooku)

BBB czyli Brigitte Bardot – Bardzo…

Często powodem błądzenia jest przewaga uczuć nad rozsądkiem.
Ale czy to zawsze jest złe?
Stefan Garczyński


… polubiłem za to, czym mnie zaskoczyła.

W danym przypadku cytat z Garczyńskiego pokazuje nawet, że emocja podkreśliła racje a nie błądzenie i nadała wypowiedzi aktorki siły oddziaływania.

Świat ‘schodzi na psy’. Akurat to polskie powiedzenie nie jest trafione i nie podobałoby się BB, bo ludzie bywają często dużo gorsi w swych zachowaniach niż zwierzęta. Od dawna i coraz bardziej. Wielokrotnie tutaj i gdzie indziej podawałem przykłady, odnoszące się głównie do naszej polskiej rzeczywistości. Ale to zjawisko niemal globalne.

Oto książka Brigitte Bardot „Krzyk w ciszy” z 2003 r (wyd. Assimil Polska), którą napisała w swej nadmorskiej rezydencji La Madrague, jedynie w otoczeniu zwierząt, pragnąc wyrazić aktualny stan swojej duszy, bunt przeciw zagrożeniom świata i stracone złudzenia.

Chyba dobrze, że przeczytałem ją dopiero teraz i teraz komentuję, bo w 2003 r. może bym jej nie dowierzał, może pomyślałbym że to jakaś wybiórcza nadwrażliwość aktorki…
Ale przez te lata sam się wiele nauczyłem.
A krzyk zwierząt – jeden z głównych wątków książki – jest stale aktualny i coraz bardziej przerażający w dobie postępującej, niehumanitarnej mechanizacji naszego świata i gonienia za zyskiem.

U nas Bardotka z okresu pofilmowego znana jest głównie z zaangażowania w obronie zwierząt. Ale to bardzo zawężony obraz. W tej książce Brigitte Bardot szeroko i wielotematycznie piętnuje społeczeństwo, jego tchórzostwo oraz nikczemność, obojętność wobec bezprawia, upadek tradycji i wartości dawnej Francji. Ostro, ‘z jajami’, wyraża bunt przeciwko ograniczaniu wolności, uważa, że wolność dzisiaj została zamknięta w klatce, niczym wolność zwierząt, których obronie poświęca z pasją cały swój czas. Aktorka, wolna i pogodna, z nostalgią wspomina czasy, kiedy zdecydowała, że oprócz odniesionego sukcesu, zaangażuje się również w trudną i samotną walkę o ochronę zwierząt. Krzyk w ciszy – jak ‘wołanie na pustyni’  – jest niezwykłym orędziem zdrowego rozsądku o wolność wypowiedzi i konieczność powrotu podstawowych wartości człowieka: zaufania, nadziei, współczucia, szacunku, harmonii życia i miłości. (zacytowałem częściowo z notki wydawcy, z którą się zgadzam).

W tej bezkompromisowej książce jest więcej w mądrości niż w wielu uczonych artykułach. Pomijam pewną egzaltację zarówno kobiecą, uczuciową w stosunku do zwierząt, jak i wegetariańską, ale sedno mówi samo za siebie.
Dotknę tylko paru wątków.
Obecnie coraz bardziej nabrzmiewa problem islamizacji Europy i napływu imigrantów.
Bardot już kilkanaście lat temu celnie wskazywała zagrożenia. Zanim my przystąpiliśmy do UE, obnażała (nie po raz pierwszy) fatalne skutki brukselskiej politycznej poprawności i tamtejszego biurokratycznego dyktatu. Ten coraz bardziej drobiazgowy, totalitarny dyktat  który ‘przedstawia sobą obraz nienawiści, który zwalczają wytrwale, tej nietolerancji, którą piętnują’.
A Francja stała się zakładnikiem ślepego (i niekorygowanego do wymogów czasu) swego trwania przy hasłach egalitaryzmu i braterstwa. Teraz zbiera owoce zbytniego liberalizmu. Było by dobrze gdybyśmy umieli wyciągnąć z tego wnioski – póki jeszcze czas.

Przy okazji widzimy jak nie tylko u nas klasa polityczna w swej większości jest wykwitem selekcji negatywnej, oportunizmu i degrengolady zasad. Ach, ta ukochana przez Bardot i przeze mnie w czasach młodości Francja…

Jest i bliski mi wątek ‘służby zdrowia’ oraz medycyny. Jak wysiłek idzie w gwizdek a nie na rzecz realnych potrzeb, jak z pogardą traktuje się ludzi starych i biednych, a bogatych drenuje. O tym jak – mimo wzniosłych haseł –  programy socjalne obróciły się w swoje przeciwieństwo.

Nie wchodzę w szczegóły – to pokrywa się często z tym, co przedstawiam na http://www.LepszeZdrowie.info .  (Tyle, że oni przerabiali to już wiele lat temu, a ja zacząłem sprawy nagłaśniać dopiero 2 2007 r.)

Bardzo przemawia do mnie rozdział 21. o kulturze.

Zanim o nim, wspomnę któryś z moich wpisów (na efemerycznym  Facebooku?), o tym jak czasem odwiedzam Muzeum Sztuki Współczesnej w Warszawie i zawsze wychodzę mocno zdegustowany. Płacić bilet za takie zniesmaczenie? Odtąd korzystam z darmowych czwartkowych wstępów. Podobnie do Zachęty, która też coraz mniej … zachęca.

Jakieś obsceniczne instalacje, trywialność, wulgarność, bazgroły, bylejakość rzemieślnicza, nieudolność, epatowanie brzydotą, sadzenie się na oryginalność która nie służy żadnemu uczuciu oprócz żachnięcia się lub obojętności…
Z mniej kontrowersyjnych, ale równie bezsensownych działań, ostatnio wspominałem o owej kilkunastometrowej bezładnej pryzmie ziemi rzuconej na jeden z trawników przy ścianie Pałacu Ujazdowskiego (obecnie porośniętej miejscami już chwastami) z dumną mosiężną tabliczką tytułującą to wielkie dzieło artystyczne. Żartowałem, że szkoda, że sam nie wpadłem na ten pomysł, gdybym chciał się uwiecznić w annałach kultury jako artysta. Jakże łatwo.
Trzeba było, co prawda, pracy koparek, paru ciężarówek, paliwa i smrodu, nadzoru i biurokracji – za to wszystko łożymy pośrednio do budżetu kultury – by powstało to dzieło, które leży tam od miesięcy i nie wiadomo kiedy zostanie wywiezione (znów za nasze pieniądze).

Bardot rozprawia się z wieloma takimi patologiami, zwłaszcza w bliskiej sobie domenie sztuki wizualnej, z tymi wszystkimi idiotele…
Karmią nas przemocą, pornografią, szmirą i reklamą piorącą mózgi. Nie będę powtarzał mocnych słów autorki. Tak jak i ją, boli mnie że w imię ‘nowoczesności’ promuje się szkodników uchwalających zwykłą brzydotę, różnych beznadziejnych konformistów, a usuwa się w cień i krytykuje artystów, którzy w swe dzieła wkładają serce, pracę, często iskrę boskiego geniuszu.

Jest i wiele innych tematów wołających o nasze otrzeźwienie lub refleksję (polityka, sprawiedliwość, obyczaje, mody, rynek, duchowość, …) –  pozostawiam je potencjalnemu czytelnikowi książki.

Czy musimy się na tym wszystkim wzorować – małpując bezkrytycznie Zachód?

Ten głos Bardotki nie jest odosobniony, współgra z tymi, z którymi mieliśmy do czynienia we wspomnianych przez nią pracach jak Zabójczy postęp Eugena Drewermanna, Zachować nadzieję Konrada Lorenza, Czas, wielki rzeźbiarz  Marguueritte Yourcenar, i późniejszych.

I jakbym czytał Waldemara Łysiaka – podobne obrzydzenie do tak pojmowanej sztuki, poprawności politycznej prowadzącej do zidiocenia i absurdów, niesuwerennej polityki podporządkowanej mondialistom i mafiosom rządzących światem.

Dziękuję Brigitte za tę książkę. Jak piszesz na końcu:

„Wszystko co dajesz, należy do ciebie na zawsze
Wszystko, co zostawiasz sobie, jest na zawsze stracone”

(autor nieznany, może ostatnie zdanie przesadzone, ale tu pasuje).

Wierzę, że jest jakaś granica, jakieś dno, od którego się odbijemy.

Spełnieni

Nie żałuj, że nie spełniły się twoje marzenia;
pożałowania godnym jest tylko ten, kto nigdy nie marzył.
Marie von Ebner-Eschenbach

Lubię bywać na spotkaniach networkowych, zwłaszcza tych pod egidą Grzegorza Turniaka (szef  http://www.bnipolska.pl ), czy to na typowych meetingach BNI, śniadaniach biznesowych czy w ramach Akademii Rekomendacji.

Dlaczego? Oprócz kontaktów biznesowych, co jest hasłowym celem tych spotkań, jest to także miejsce gdzie poznaję ludzi … spełnionych. To budujące, wręcz magiczne doświadczenie.
Można wiele się nauczyć, cieszyć energią i charyzmą tych ludzi, wejść z nimi w kontakt osobisty. Czyli – jest to i życie towarzyskie. Ostatnio Grzegorz zacytował żarcik twórcy Kabaretu Dudek, Edwarda Dziewońskiego: „Jedyne życie jakie ma sens, to życie towarzyskie„.

Czym są rekomendacje? Czymś znacznie więcej niż wymianą wizytówek, czy ‚swatkowanie’ biznesów. To sztuka promowania i edyfikacji innych. To cała wiedza o relacjach, której uczą kursy BNI. To poznawanie siebie przez innych oraz przez oferowane testy osobowości. To, jak mawia Turniak – aktualizacja swojej mapy rzeczywistości.Poniedziałkowa (8.12.14)  X Akademia Rekomendacji miała hasło „Ekonomia Wdzięczności„.

Nie będę streszczał o co chodzi, pojęcie wzajemności w biznesie i nie tylko – mam nadzieję – jest intuicyjne i znane (książka o tym tytule autora: Gary Vaynerchuk).
Grzegorz zachęcał do wykorzystywania w większym stopniu mediów społecznościowych, ponieważ nie wszyscy ludzie biznesu to jeszcze doceniają, nie wszyscy zauważyli, że dziś sukces buduje się coraz bardziej na jakości relacji z klientem i mediami.

Niezależnie od tego przesłania – tak, jestem wdzięczny, że tam znów byłem.

Spotkałem też starych znajomych, poznałem nowych.

Wykład na ten temat wygłosił Grzegorz Turniak.

Jak zwykle uzyskaliśmy cenną wiedzę biznesową, było doborowe towarzystwo i wspaniała atmosfera.
Wykłady mieli dwaj goście:

* Marek Skała – właściciel firmy szkoleniowej MEGALIT – Instytut Szkoleń, dziennikarz, publicysta miesięcznika „Nasz Rynek Kapitałowy”, autor kilkuset tekstów z zakresu biznesu. Autor książki „Psychologii Zmiany” (ponad 25 000 sprzedanych egzemplarzy). Marek – jak dla mnie – to spektakularny przykład ciekawego, spełnionego życia, pełnego świetnych ludzi. Przykład jak rekomendacje ‚nakręcają’ same kolejne kontakty i bogactwo w różnym rozumieniu tego słowa.

* Sławek Muturi – inwestor w nieruchomości w wąskiej niszy kawalerek na wynajem. Rentier zwiedzający świat. Osiągnął wolność finansową w wieku bodajże 43 lat. Większość roku spędza w ciepłych krajach, odwiedził już wszystkie niepodległe państwa na kuli ziemskiej. Autor książek. (mam: Życie postkorporacyjne i Mieszkania na wynajem – moja droga do wolności finansowej).

Prezentację biznesową (zwyczaj spotkań) miał mój stary znajomy  – Tomek Wiśniewski – mówił o energetyce odnawialnej w kontekście projektów elektrowni wiatrowych.

Już cieszę się na następną Akademię Rekomendacji w styczniu, gdzie wystąpi między innymi Ewa Foley, (Inspiration Seminars International) – cudowna kobieta, którą podziwiam bodajże od dziesięcioleci.
Znane są fiszki motywacyjne Ewy – oto jedna z nich – bardzo a propos naszego spotkania:
Niektórzy ludzie zamiast mostów budują tamy i stają się samotni. Ty jesteś budowniczym mostów” .
Tymczasem wybieram się na coroczne otwarte spotkanie wigilijne u Ewy 13 grudnia 🙂

Od lewej: Tomek Wiśniewski, Sławek Muturi i Grzegorz Turniak
Grzegorz Turniak w czasie swego wystąpienia.

Kłamstwo

Przeciwieństwem głębokiej prawdy jest jeszcze głębsza prawda.

Upraszczając, kłamstwo to zaprzeczenie prawdy.
Jednak sprawa jest bardziej złożona. W szerszym spojrzeniu widzimy, że ze względu na ograniczoność naszych zmysłów i wiedzy – żyjemy w dużym stopniu  w świecie ułudy.

Ale nie zamierzam tutaj rozpatrywać prawdy aż tak szeroko. Chodzi mi o kłamstwo intencjonalne – bo by skłamać należy znać prawdę. Gdy nie znamy prawdy, lepiej powstrzymać się od pospiesznych osądów, a udawanie kompetencji dla manipulowania innymi to już poważne nadużycie.

Już parokrotnie dotykałem kwestii kłamstwa w swych blogach.

To widząc je w polityce, to w historii, to w systemie finansowym np. http://www.facebook.com/notes/tajemnice-złota/niełatwe-życie-doradców-finansowych-i-nowe-możliwości/231506770308503

a to w medycynie – ostatnio rozpisałem się o tym tutaj: http://lepszezdrowie.info/nieuleczalne.htm , http://lepszezdrowie.info/ukryte_terapie__recenzja.htm ,
w obyczajach a nawet tradycjach (kiedyś wrzuciłem taką refleksję: http://lepszezdrowie.info/tradycja__druga_strona_medalu.htm

w metodach mediów itd.

Kłamstwem pokrywa się spiski.

Zatajenie prawdy, która mogłaby przynieść wiele dobrego ludziom, rzadko nazywane jest kłamstwem, ale takie postępowanie jest też jego rodzajem.

Czasem kłamstwo jest na tyle bezczelne, że nikt nie wierzy że to kłamstwo, czasem łagodnie wynika z niesprawdzonej i powielonej plotki. Tak tworzą się różne mity. Lubię je tropić, jako że warto być świadomym prawdy, a przynajmniej się do niej zbliżać. Samo zagadnienie prawdy jest głęboko filozoficzne i nie będę go tutaj roztrząsał. To odwieczne pytanie: Czym jest prawda? Czasem ludzie fakt nazywają prawdą. Ale wyodrębniony fakt jest jedynie częścią prawdy.

Jest sporo książek na te tematy. Filozoficznie i kompleksowo podchodzi do tego Wojciech Chudy w swych opracowaniach jak monografia „Filozofia kłamstwa. Kłamstwo jako fenomen zła w świecie osób i społeczeństw”  (Oficyna Wydawnicza Volumen 2003, ss. 564) lub „Kłamstwo Jako Metoda – esej o społeczeństwie”.

Już z samego tytułu tych pozycji wyłania się powiązanie kłamstwa z głębokim złem.
Dostrzegały to religie (szatan – ‘ojciec kłamstwa’, „nie mów fałszywego świadectwa”, …), dostrzega psychologia i socjologia –  w szczególności wiadomo, że kłamstwo zabija przyjaźń.  Doprowadza do największego grzechu (jakby powiedział Dante) – do zdrady – nie tylko w relacjach dwóch osób, ale zwłaszcza w relacji: człowiek zaufania jak polityk, nauczyciel, lekarz, szef, rodzic … – ofiara oszustwa.

Ale przejdę teraz do węższych obszarów, które mnie interesują – do książek poświęconych zwłaszcza (w dużej mierze) zdrowiu.
W sposób popularny i ukierunkowany praktycznie pisze o kłamstwach np. Zbigniew Wojtasiński w „101 Mitów o zdrowiu” (2009), „Mity, kłamstwa i zwykła głupota”  – John Stossel (Laurum, 2010) lub Anahad O’Connor w „Fakty i mity o naszym zdrowiu i świecie” (Bookmarket, 2008).

Nasuwa się tu wszakże refleksja. Stossel jest dziennikarzem pracującym dla dużej stacji telewizyjnej (ABC), która raczej nie pozwoli sobie na zadzieranie z dużymi korporacjami, które są albo mogą być klientem reklamowym.

Zatem autor lawiruje w ten sposób by się zbytnio nie narazić. Część jego opinii oceniam jako nieobiektywnych. Jedną ze stosowanych metod jest branie jakiegoś aspektu danego zagadnienia i uogólnianie na jego całość. Czasem skutkuje to zbyt pochopnym zanegowaniem jakiegoś zjawiska lub poglądu  i na tej podstawie zaliczenie go do mitów. Chcąc niby dobrze wylewa dziecko z kąpielą, nie zauważając (może tendencyjnie), że dany pogląd, metoda, opinia, … jest w wielu przypadkach słuszna lub pożyteczna.

Już nie mówię o tak rażących przypadkach ignorancji jak poglądy o homeopatii, liczenie kalorii jako sposób na otyłość, rzekomy brak znaczenia pór jedzenia, …

Powszechne jest powielanie mitów i niesprawdzonych teorii w popularnej, zwłaszcza tabloidowej prasie oraz w serwisach internetowych reklamujących różne produkty – gdy nie liczy się rzetelna informacja a sprzedaż.
Podobnie O’Connor też jest etatowym współpracownikiem dużej redakcji (NewYork Times) i podlega tym samym ograniczeniom ‘poprawności’ (‘politycznej’ korporacyjnej).

Domykając sprawy związane z kłamstwami związanymi ze zdrowiem wspomnę artykuły:

11 największych kłamstw wg oficjalnego stanowiska
Z głowy na nogi
Na zdrowie

Ogólnie media mainstreamowe muszą być nie tylko ‘poprawne’ ale przez to spłycają wiele zagadnień – pod masowego odbiorcę.

Warto tutaj przypomnieć, że jeśli czegoś nie rozumiemy (a zwłaszcza jeśli jeden człowiek czegoś nie rozumie), to wcale nie znaczy że spotkał się z kłamstwem lub bzdurą.

Podobnie, prawda nie jest przedmiotem demokratycznej oceny.
Kłamstwo nie staje się prawdą tylko dlatego, że wierzy w nie więcej osób (Oscar Wilde).

Prawda nie zawsze leży pośrodku. Prawda leży tam, gdzie leży.

Faktem jest, że czasem trudno jej dociec, bo nikt nie ma pełnej wiedzy ani monopolu na prawdę. Ale uczciwe podejście nakazuje zrobić odpowiedni wysiłek.
Nie ulegać konformizmowi, wybieraniu niższej wartości, wygody, korzyści z lenistwa w dociekaniu prawdy.

Gdy obserwuję polityczne ‘gadające głowy’ uderza (skądinąd zrozumiałe ze względu na klasę klasy politycznej) ograniczenie horyzontu do własnych doktryn a nawet niemerytoryczna przepychanka. Obiektywności dyskusji sprzyjałaby zwykła empatia dla interlokutora. Wygrywa manipulacja.

Gdy mówimy o polityce – kłamstwo społeczne przybiera nieraz postać głębokiej hipokryzji. Tym charakteryzował się realny komunizm, a obecnie to np. tolerowanie i nawet podsycanie i drenowanie przez władze pijaństwa, mimo oficjalnej walki z tym zjawiskiem. Walczy się z paleniem, ale pijaństwo przynosi społecznie DUŻO  większe straty i dramaty.

Mówię o zjawiskach społecznych, ale ich źródło znajduje się często nie tylko w braku wiedzy, ale z zadufanego samozakłamania, to rys charakteru. Wtedy widzimy, że kłamstwo to zamach na wewnętrzną integralność człowieka, na jego pozostawanie w zgodzie z własnym sumieniem, jedność myśli, słów i czynów. Samooszukiwanie się to najgłębsza niespójność, jaka dokonuje się w człowieku, to kłamstwo, w którym człowiek żyje niezgodnie ze swoją naturą.

Jak bronić się przed manipulacjami? Włączyć samodzielne myślenie. Czytać prasę niezależną i media spoza głównego ścieku. Sięgać po przeciwstawne poglądy i osądzać je, zwłaszcza wg reguły „po owocach poznacie ich„. Znać przynajmniej podstawy NLP oraz erystyki. Znać propedeutykę logiki. Bardziej zaawansowany oręż to znajomość metod naukowych. Wychowałem się na starych podręcznikach jak akademickich, ale zapewne są odpowiedniki współczesne. Z tych znam popularne podejście w postaci książki „Kłamstwa, przeklęte kłamstwa i nauka” autorstwa Sherry Seethaler (chociaż i tu niektóre przykłady są kontrowersyjne).

Jednak otwartość umysłu nakazuje nie przywiązywać się do dogmatów, także naukowych. Zwróć uwagę na motto artykułu. Jakże wiele utrwalonych poglądów okazało się fikcją lub bardzo grubym przybliżeniem. Proponuję myślenie lateralne wg Edwarda de Bono (http://l-earn.net/index.php?id=610 > https://www.biblionetka.pl/art.aspx?id=40851 ),
operacje prowokacyjne (http://l-earn.net/index.php?id=257 > https://www.biblionetka.pl/art.aspx?id=41350 )…

Nie ufać politykom nastawionym na krótkoterminowy poklask a w ogóle nie szukać wśród nich autorytetów. Bo zwłaszcza świat polityki jest pełen propagandy, przy czym zaprzęga się tu najlepszych specjalistów, monopolizuje środki przekazu.  Chyba tylko ‘lemingi’ nie dostrzegają politycznego PR czyli mamienia ludzi obiecankami i kłamstwami dla korzyści wyborczych lub wyciągnięcia pieniędzy.

Ale,  „Nie ma gorszego zła od pięknych słów, które kłamią” (Ajschylos).

Podsumowując: nie dajmy się okłamywać!

Ten artykuł piszę nie tylko dlatego że kłamstwo boli mnie od dawna, ale sprowokowany narastającą aktualnie propagandą, zwłaszcza polityczną i to z pozycji siły i dezinformacji.

Żywię jednak nadzieję, że kłamcy wpadną we własne sidła. Jedno kłamstwo rodzi następne.

Kłamca, aby nie zostać zdemaskowanym musi kłamać coraz bardziej – i to się właśnie dzieje. Próbuje uwiarygodnić w ten sposób swe słowa, rozszerza stworzony przez siebie świat, przysłaniając jednocześnie rzeczywistość, która mogłaby go zdemaskować. Jednak, gdy ilość kłamstwa przekroczy pewien krytyczny próg, następuje lawinowa katastrofa takiego sztucznego świata.
Jak powiedział Abraham Lincoln: „Można oszukiwać wielu ludzi jakiś czas, a niektórych ludzi cały czas, ale nie można oszukiwać całego narodu cały czas”.

Ateizm?

Wiara i ro­zum są jak dwa skrzydła,
na których duch ludzki uno­si się ku kon­tem­plac­ji prawdy.
Jan Paweł II

Pewien znajomy na FB powołał artykuł o tytule „Religious people are less intelligent than atheists, according to analysis of scores of scientific studies stretching back over decades” z Independent.co.uk , co wywołało małą dyskusję, jak zwykle przy tematach światopoglądowych.
Zacytuję moje trzy grosze, ponieważ irytuje mnie jak manipuluje się ludźmi poprzez tytuły prasowe.

…Tutaj chodzi o prowokacyjny tytuł artykułu „Religious people…” i jego intro. Jeśli skupić się na nich, to widać wyraźną manipulację (i może o to chodzi w tego rodzaju doniesieniach, bo mało kto sięga głębiej, czyta opracowania naukowe i statystyki). Tytuł sugeruje że, że istnieje czysta dychotomia:
ateizm-religijność.
Ateizm to negacja bóstw(a) lub siły wyższej, a przecież religijność jest li tylko pewną formą (często wykoślawioną) uznawania i/lub celebrowania bóstwa/siły wyższej. Implikuje to wrażenie, że każdy kto jest nie jest ateistą jest religijny. Lub, że każda religijność jest wypaczona, głupia.
Taka sztuczna opozycja ateizmu nie obejmuje też różnych form duchowości bez praktyk religijnych, filozofii uznających pozamaterialny składnik rzeczywistości lub formacji typu buddzym, gdzie nie ma osobowego bóstwa.
Zatem taki podział oraz przypisywanie braku inteligencji postawom, w których próbuje się postrzegać rzeczywistość z wyższej perspektywy, są same w sobie brakiem rzetelności a może i … inteligencji (znajdziesz miliony osób na niezłym poziomie intelektualnym, które wręcz powiedzą: brak uznania siły wyższej jest dowodem braku inteligencji).
Warto też wspomnieć o całkiem naukowych poglądach współczesnej fizyki, zwłaszcza kwantowej, która coraz bardziej widzi w rzeczywistości źródło, które – może nieudolnie w naszym aparacie pojęć – możemy nazwać duchem.

A co do merytorycznej strony, to jest multum głosów, z których w dyskusji pojawił się taki:

Przez 50 lat brytyjski filozof Antony Flew należał do czołowych ateistów. Jego rozprawa „Teologia a falsyfikacja”, zaprezentowana w roku 1950, „okazała się najczęściej przedrukowywaną publikacją filozoficzną [XX] (…) wieku”. W roku 1986 Flew został nazwany „jednym z największych współczesnych krytyków teizmu” (wiary w istnienie Boga).
Jakże więc zaszokował opinię publiczną, gdy w roku 2004 ogłosił, że zrewidował swój światopogląd! Co skłoniło tego uczonego do zmiany zdania?
Krótko mówiąc, nauka. Flew nabrał przekonania, że wszechświat, prawa natury oraz samo życie nie mogły powstać przez zwykły przypadek. Czy taki wniosek jest rozsądny?
Więcej na http://www.twojewiadomosci.com.pl/content/czy-nauka-rozprawił-sie-z-bogiem.

W uzupełnieniu przywołam jeszcze książkę „Bóg nie jest urojeniem – złudzenie Dawkinsa”  autorstwa Alistera i Joanny McGrath, w której  wykazują jak bardzo myli(ł) się i manipulował w swych pracach guru ateistów – Richard Dawkins.

Zdrowie i fitness – prosto czy łatwo

Wszys­tko po­win­no być tak pros­te, jak to tyl­ko możli­we, ale nie pros­tsze.

Albert Einstein

przykład prostej metody

W podtytule bloga http://befirst.co/fitness figuruje  „prostsze niż myślisz”.

Podobnie – złożyłem deklarację, że będę mówił o metodach dla każdego.

Odruchowo można pomyśleć – aha, czyli te metody będą łatwe…

Ten artykuł i zrozumienie motta jest bardzo ważne.

 

Przede wszystkim jaka jest relacja pojęć: łatwe < > proste?

Jak dla mnie, proste jest to, co potrafi zrozumieć każdy, a nawet dziecko.

Coś, co nie wymaga jakiegoś formalnego wykształcenia, co nie jest skomplikowane ani bardzo złożone.

Uzupełniając złotą myśl Einsteina, ktoś powiedział, że to co proste bywa na ogół piękne, albo że piękno jest w prostocie.

Chociaż poniższe dywagacje mają zastosowanie do wielu dziedzin życia, skupmy się na temacie zdrowia.

Oto parę przykładów, które omawiałem na http://www.lepszezdrowie.info.

Profilaktyka

jest prostsza od leczenia tego, co już się stało, zwłaszcza zaawansowanych stadiów choroby.

Profilaktyka często sprowadza się do przestrzegania prostych zasad.

Jedną z podstawowych przyczyn chorób jest … złe przeżuwanie pokarmu.

Oczywiście stoi za tym cały łańcuch przyczynowo-skutkowy (małe wykorzystanie wartości odżywczych, obciążenie żołądka, gnicie pokarmu w jelitach itd.)

Czy przeżuwanie jest czymś skomplikowanym, trudnym? Każdy to potrafi – to naturalna wrodzona umiejętność.

Ruch to zdrowie. Proste. Każdy (kto nie jest ułomny) to potrafi.

Zasada nie łączenia grup pokarmowych. Ma duże znaczenie dla trawienia (a większość chorób ma źródło z układu trawiennego, z jelit).  Nie mieszać węglowodanów z białkiem.

Proste – wystarczy odróżniać, co jest co.

Podobnie – proste metody zapobieganiu zakwaszeniu organizmu  

– kolejnej podstawowej przyczynie chorób (np. unikanie wód gazowanych, picie dużej ilości czystej wody, więcej warzyw i owoców, itd.  Nie miejsce tutaj na wykład).

Przyznasz, że picie wody to proste zalecenie.

Cukier tuczy a nawet zabija. Chyba każdy już zna tę prostą zasadę.

Metoda samoleczenia B.S.M.  (jako przykład) – działa nawet bez wiary w jej skuteczność, można stosować „mechanicznie”, równolegle np. z oglądaniem telewizji, czytaniem itp. Proste przykładanie rąk do głowy -wg prostych schematów.

Rekomendowana tutaj metoda ćwiczeń 7 minut  

– ćwiczenia na odchudzanie prostsze niż skomplikowane diety czy długie treningi na siłowni – tym bardziej, że wg precyzyjnych instrukcji wideo.

Myślę, że te parę przykładów wyjaśniło o co chodzi.

Trzeba sobie jednak zdać sprawę, że „prosto” ma wielkiego konkurenta w postaci pojęcia „łatwo”.

Otóż, chociaż proste mogłoby być ze swej natury łatwe, to na ogół wybieramy ŁATWIZNĘ.

Dla ilustracji – przejdźmy przez ww. przykłady.

Profilaktyka? Nic mi nie jest, co się będę przejmował na zapas?

Ale gdy już coś nas dopadnie, to jesteśmy zmuszeni do działania.

Najlepiej, gdy lekarz da coś na szybką poprawę. Przeziębienie – jakiś antybiotyk, aby tylko za parę dni być sprawnym.

Ból głowy – jakiś mocny proszek, mniejsza o przyczyny i skutki.

Oddajemy się biernie lekarzowi – niech z tym coś zrobi za nas.

Zresztą, ta postawa to powszechne nastawienie typu: niech państwo da, niech się tym zajmą politycy… A to specjaliści od komplikowania…

Nawet wolimy zapłacić niż sami poszukać skutecznej, prostej metody.

Dobre przeżuwanie, wartościowe odżywianie. Nie, nam się spieszy. Najłatwiej skoczyć do fastfoodu, kupić jakiś produkt gotowy w sklepie do szybkiego spożycia lub szybkiego odgrzania w mikrofalówce. A że to bezwartościowe, a nawet trujące – o tym wolimy nie wiedzieć lub nie pamiętać

Picie czystej wody? Przyjemniej colę (z dużą! ilością cukru) lub piwo.

Podobnie ze słodyczami – szybkie kalorie, szybkie łatwe zadowolenie, mniejsza o skutki.

Ćwiczenie samodzielne, w domu, o dowolnej porze? Proste, ale wolimy, gdy ktoś nas poprowadzi za rękę, zmusi – nawet jeśli to dużo więcej kosztuje.

Itd. Itd.

Wychodzi na to, że najtrudniejsze jest samodzielne myślenie, branie spraw w swoje ręce, samodyscyplina. Łatwe  zaś wygodnictwo, zrzucanie odpowiedzialności poza siebie, doraźny efekt…

Okazuje się, że przez naszą naturę – nie wszystko co proste jest łatwe.

Brzmi to wszystko mentorsko, ale może czas się nieco przemóc, zrozumieć że wiele można odmienić przez PROSTY akt woli?

Trzeba się wydostać ze strefy własnego komfortu, wykonać jakiś wysiłek. To sprawdza się wszędzie tam, gdzie chcemy dokonać zmiany, osiągnąć sukces.

Na tej stronie zamierzam umieszczać materiały, które pomogą i mnie i tobie dokonywać takich zmian. Potrzebna jest stosunkowo prosta wiedza, motywacja i konsekwencja. To kwestia naszego rozwoju. Wtedy to, co proste stanie się także łatwe!

Przez regularne zaglądanie tutaj będziesz miał(a) wszystkie te elementy prawie „na widelcu”, znajdź tylko trochę czasu i dobrej woli.

To się, po prostu 🙂 opłaci.

————

Komunikuję, że w uzupełnieniu dotychczasowych wpisów z początku roku dot. fitnessu (system 7 minut) ostatnio uruchomiłem bloga http://befirst.co/fitness
oraz odpowiadającą mu stronę na facebooku
https://www.facebook.com/Zdrowie.i.Fitness

Jest też prosta stroniczka z informacjami o systemie 7 minut:
http://fitness.i-dlaCiebie.pl [ex post: podane tam linki już mogą nie działać, bo strony źródłowe uległy likwidacji]

Tytuł wpisu nawiązuje do ważnej notatki, którą tam zamieściłem i którą tu cytuję.

Marnotrawstwo

Świat zamienia się w śmietnik, co jest pochodną śmietnika w głowie.
L. Korolkiewicz

marnotrawstwo żywności

Tytułowy temat zasługuje na sporą książkę, ale tutaj lapidarnie (podobnie jak kiedyś o marnowaniu pieniędzy) i wywoławczo poruszę czubek góry lodowej…

Poruszyła mnie wiadomość w TV że w Polsce rocznie na śmietnik trafia 9 milionów ton żywności. Ma to dla nie nie tylko wydźwięk gospodarczy ale moralny i humanitarny – mówi się przecież o szerokich strefach niedożywienia – nie w przysłowiowej Afryce, ale … w Polsce.
Czyżbyśmy byli tak bogaci aby tyle wyrzucać? Na pewno nie. W Europie jako całości wyrzuca się 90 milionów ton, mamy w tym 9 mil. a pozostałe to prawdopodobnie „osiągnięcie”  krajów najbogatszych, które na to być może stać … gospodarczo.

Dotykamy przy okazji sprawy ekologii i recyklingu. Recykling sprzyja zamożności narodów, pokazuje racjonalną gospodarkę, świadomość społeczną.
Wg  http://www.administrator24.info/artykul/id2904,500-kg-odpadow-komunalnych-na-mieszkanca-w-ue-315-kg-w-polsce
(tam sporo statystyk), Polska  co prawda produkuje mniej odpadów komunalnych (zapewne dzikie wysypiska nie są tu uwzględniane) niż średnia europejska, ale także w przetwarzaniu odpadów komunalnych plasuje się znacznie poniżej unijnej średniej – ze wskaźnikami odpowiednio 315 kg i 263 kg na osobę. Aż 73% przetworzonych odpadów trafiło na składowiska, tylko 1% do spalarni, 18% do recyklingu, a 8% wykorzystano na kompost.
Na statystycznego mieszkańca Unii Europejskiej przypadło w 2010 roku 502 kg wytworzonych odpadów komunalnych. – podał Eurostat (unijny urząd statystyczny). Z tego do przetworzenia trafiło 486 kg:  Na składowiska wywieziono 38%, do spalarni 22%, do recyklingu 25%, a do kompostowni – 15%.

Zatem u nas 73% śmieci po prostu wyrzucono wobec 38% w Unii.
Warto zaznaczyć, że Unia E. nie jest jakimś wzorcem do naśladowania – dużo lepszym byłaby Japonia…
Z innych źródeł wynika, że przy wywózce śmieci robi się kokosy pobierając od nas parokrotnie więcej niż wynosi koszt składowania, ale to inny temat – co prawda charakterystyczny dla naszej szemranej gospodarki.
Mało się  utylizuje  substancje szkodliwe, np. zawarte w bateriach, świetlówkach, itp.
Wrócę do tego kiedyś w ramach artykułów o ekologii.

Jeszcze parę słów o myśleniu lateralnym

Logika zaprowadzi Cię z punku A do punktu B.
Wyobraźnia zaprowadzi Cię wszędzie.
Albert Einstein

Nie trudno zauważyć, że wiele znaczących odkryć naukowych lub po prostu praktycznych dokonano nie dzięki środkom swoistym dla danej dziedziny lecz spoza nich.

Stanowi to przykład siły oryginalnego spojrzenia albo – jak nazywa to Edward de Bonomyślenia lateralnego (obocznego, poprzecznego – patrz archiwum artykułów http://l-earn.net/index.php?id=134, http://l-earn.net/index.php?id=184).
[będą kiedyś odtworzone, a tymczasem zobacz moją recenzję Urok myślenia lateralnego].

Dość często takie myślenie lub odkrycie było dziełem przypadku, także w tym sensie, że nastąpiło w zupełnie innej dziedzinie a dopiero później – przez skojarzenie – zastosowane na polu w którym się przyjęło.
Ów przypadek miewał też miejsce gdy jakiś amator, nie wiedząc, że czegoś „nie można zrobić” (ze stanowiska istniejącej nauki lub praktyki) – daną rzecz zrobił.
Wspomniane przypadki dają nadzieję na rozwiązanie problemów, które dziś (jeszcze wczoraj) wydawały się niemożliwe do ruszenia.

Zacznijmy od królowej nauk – matematyki. Jest ona tak obszernym obszarem wiedzy, że różne jej gałęzie można potraktować niemal jak osobne dziedziny naukowe. Okazuje się zbawienne dla ruszenia z miejsca z jakimś problemem, gdy np. ktoś specjalizujący się w analizie matematycznej zajrzy do teorii liczb albo statystyk zagłębi się w teorię automatów, itp.
Ponieważ piszę nie dla specjalistów, podam przykłady szkolne.

Algebra klasyczna nie dała by sobie rady nawet z dość prostymi równaniami gdyby nie wynaleziono liczb urojonych. Abstrakcja pierwiastka z minus jeden okazała się bardzo praktyczna.
Podobnie, wprowadzenie innych dziedzin liczbowych lub funkcyjnych pozwoliło rozwiązywać złożone zagadnienia w dziedzinie podstawowej zagadnienia pierwotnego.
Szkolnym przykładem jest zastosowanie podstawień trygonometrycznych do zadań algebraicznych, a trochę bardziej złożonym – zastosowanie rachunku operatorowego (np. transformacja Laplace’a). Jeszcze bardziej zaawansowane są metody dowodzenia twierdzeń przy zastosowaniu właściwości abstrakcyjnych przestrzeni matematycznych.
Dowód wielkiego (a prostego z punktu widzenia zapisu) twierdzenia Fermata czekał około 350 lat na rozwiązanie, które zapisano w postaci złożonych przekształceń zajmujących ponad 100 stron. Bywa, że jakaś dziedzina analizy funkcjonalnej rozwijana jest przez teoretyków „sobie a muzom” a dopiero po dziesięcioleciach znajduje zastosowanie w jakiejś nieprzewidzianej dziedzinie. Tak było np. z algebrą Boola w zastosowaniu do maszyn liczących.
Podobnie skomplikowanym jest zadanie rozkładu dużych liczb na czynniki pierwsze (najprostsze mnożniki). Tutaj też znaleziono błyskotliwe rozwiązanie przez zastosowanie równoważności (swoiste podstawienie) z problemem prostszym.
Dokonał tego w 1994 r. Peter Shor posługując się tzw. falami liczbowymi i transformacją Fouriera. Chociaż nadal złożoność obliczeniowa może być duża, ale znacznie mniejsza niż problemu oryginalnego.
W matematyce mówi się o problemach, których rozwiązanie numeryczne cechuje się niezwykłą złożonością rosnącą wykładniczo lub superwykładniczo w stosunku do ilości elementów które trzeba rozpatrzyć (zagadnienia NP-zupełne).
Typowym przykładem jest zagadnienie komiwojażera. Dla dużej ilości punktów rozwiązanie wymagałoby czasu większego od historii wszechświata nawet przy zastosowaniu najpotężniejszych istniejących komputerów.
Przełom jaki tu następuje pięknie obrazuje tezę tego artykułu. Rozwiązanie przyniosła mechanika kwantowa czyli dziedzina fizyki. Chodzi o komputery kwantowe, których proste modele już są wykonywane i tylko kwestią (niedługiego?) czasu będzie skonstruowanie takiego, który „nierozwiązywalne” dotąd zagadnienia (chociaż nie wszystkie!) uczyni czasowo banalnymi.
Implikuje to inne znaczące zmiany – np. stosowane powszechnie metody kryptograficzne okażą się niewystarczające – algorytmy szybko złamią klucz szyfrowania.
Ale oczywiście są przede wszystkim implikacje pozytywne – możliwość budowania niezawodnych programów komputerowych (przez efektywne algorytmy sprawdzające), pełne badania interakcji chemicznych (np. w zastosowaniu do leków), implementacja algorytmu P. Shora, szereg zagadnień inżynierskich, logistycznych i symulacyjnych.
Matematyka i inżynieria wkroczyły mocno do biologii, zwłaszcza przy dekodowaniu DNA oraz przy syntezie nanostruktur używanych w terapii i diagnostyce.
Także lingwistyka, analiza zdjęć lotniczych do znajdowania i badania zasobów, rozpoznawanie obrazów i dźwięków (mowy), i setki innych zastosowań coraz bardziej polegają na zastosowaniach matematyki.
Są też wynalazki jak np. z dziedziny mechaniki użytkowej Lucjana Łągiewki (http://pl.wikipedia.org/wiki/Lucjan_%C5%81%C4%85giewka ), które – chociaż działają, to ani matematyka ani teoretyczna fizyka (głównego nurtu) nie potrafi ich objaśnić.
Prawdopodobnie należy wrócić do pojęcia myślenia lateralnego wg zamysłu de Bono, ponieważ wielokrotnie pokazało ono swą siłę zwłaszcza interdyscyplinarnie.

Ponoć 21.12.12 weszliśmy w nową erę nowych paradygmatów, więc pozwolę sobie na pojechanie po bandzie i podam parę przykładów bardziej kontrowersyjnych. Metoda de Bono wykorzystuje kontrowersje i tzw. czynność prowokacyjną by wyjść poza schemat i dzięki temu znaleźć rozwiązanie.

Biolog Wiktor Grebiennikow wpadł na rozwiązanie techniczne umożliwiające pokonywanie grawitacji badając … plastry wytwarzane przez owady (http://www.paranormalium.pl/niezwykly-wynalazek-wiktora-grebiennikowa,724,1,artykul.html  ) .
Chociaż ten trop został chyba zaprzepaszczony, to ma kontynuację w obecnych badaniach nad własnościami nonowarstw a nawet … „promieniowania kształtów” i „świętej geometrii”.
Antygrawitacja, chociaż w oficjalnej nauce jest tematem prawie tabu, ma jednak długą historię, którą przed laty komentowałem w artykuliku http://bezsamochodu.pl.tl/Antygrawitacja.htm , a od tamtego czasu było jeszcze sporo doniesień.

Pięknym przykładem interdyscyplinarności są odkrycia (jeszcze nie uznane za pełne) w zakresie teorii liczb jakich dokonał Peter Plichta (książka „Tajemnicza formuła Boga. Kod liczb pierwszych kluczem do rozwiązania zagadki wszechświata„), których początkiem były rozważania nad zagadnieniami … chemicznymi.
Odkrycie dotyczące liczb wg Plichty niesie ważne konsekwencje w rozumieniu wielowymiarowości świata, struktury przestrzeni a nawet filozoficzne.
Ważny wkład w rozumienie świata w sensie filozoficznym wnieśli i wnoszą fizycy kwantowi, którzy pokazują aspekty rzeczywistości ocierające się o ezoterykę, integrują fizykę z dociekaniami o świadomości. Widać jak stare dążenie do integracji nauk, do stworzenia „teorii wszystkiego”, a przynajmniej jednolitej teorii pola, urzeczywistnia się przez syntezę odkryć z wielu dziedzin.

Nie chcę tutaj za dużo powiedzieć, ponieważ proces ten spowoduje też, że będziemy musieli się rozstać z pewnymi wyobrażeniami a nawet paradygmatami, a nie jestem pewien z którymi. Dotyczy to pojmowania czasu a nawet może zmienić zupełnie fizykę.
Przyczynkiem (bo jeszcze czekamy na potwierdzenia) do takiej tezy są odkrycia irańskiego profesora Mehrana Keshe (http://www.keshefoundation.org/en/ ), który redefiniuje podstawowe założenia dotyczące budowy materii i pól fizycznych.
Można by takie rewelacje zbagatelizować, jak wiele innych, które były objawiane przez różnych amatorów-zapaleńców, ale mamy tutaj do czynienia nie tylko z utytułowanym naukowcem i innymi autorytetami, które potwierdzają jego tok myślenia, ale z technicznymi rozwiązaniami, które owe zasady realizują. Są to generatory energii, napędy i inne urządzenia, które zrewolucjonizują świat – jeśli … spełnią oczekiwania (trwają poufne próby) i jeśli nie zostaną skutecznie zablokowane przez naukowo-przemysłowe lobby.
Ponieważ od paru miesięcy panuje na ten temat względna cisza, to albo blokada zadziałała, albo sprawa jest polityczną wydmuszką – muszę zrobić takie zastrzeżenie, co nie zmienia faktu że wiele odkryć zostało w przeszłości zablokowanych w imię interesów istniejących monopolistów.

Inicjatywa Keshe jest przykładem jak oderwanie się od paradygmatów i uproszczenie spraw może umożliwić wyjście ze ślepych zaułków.
Myślę, że upraszczanie ma zbawienne zastosowanie i w naszym życiu, a przykładem jest otwarcie umysłu i serca, spojrzenie na siebie oczami innych, spojrzenie na ich potrzeby, uproszczenie jakie daje empatia.

Co niech będzie przesłaniem na nowy rok 2013.