Grecja – pierwsze spotkania

Grecja uczy, że piękno tkwi w prostocie.
Nie dziw się wspominaniu piękna.

W cyklu wspomnień z podróży, które zapisuję głównie dla własnej pamięci i jako przyczynki do pamiętnika (na tym blogu było ich dotąd co najmniej sześć) – powracam do Grecji.  O tym, jak do niej faktycznie wracałem pisałem krótko w Pożegnanie lata (po pobycie z żoną i synem na Krecie*)
Tym razem o dwóch wczesnych podróżach – jednej razem z żoną, a przedtem samotnej (po rozwodzie z poprzednią).
Zacznę od tej wcześniejszej – z 1985 roku.
Byłem po dość długim burzliwym okresie – uczuciowym, materialnym i rodzinnym. Potrzebowałem odreagowania, oderwania się i odpoczynku.
Znalazłem ofertę wczasów w Grecji na Chalkidiki w okolicy małej miejscowości Nea Vrasna nad zatoką Morza Trackiego, które to wczasy chciałem poszerzyć potem o indywidualną wycieczkę na południe Grecji.

13 września 1985 z samego rana wsiadam na samolot do Sofii, gdzie mam się przesiąść na pociąg do Salonik. W wyniku kłopotów z biletami odjeżdżam dopiero po 20-tej. Przedtem małe zwiedzanie miasta z przygodną dziewczyną, która ma podobny problem, zimno.

W Salonikach jesteśmy dopiero rano, przed południem łapię autobus prawie do celu i na obiad jestem na miejscu.
Mam w hoteliku własny pokój z kuchnią i zapasem jedzenia na tydzień, w tym sporo kotletów schabowych, warzyw itp. w lodówce – będę sobie gotował obiady. W dalszym ciągu niespodziewanie chłodno. Długi spacer rozpoznawczy, ładne piaszczyste plaże – nie takie, jakie przeważają na południu Grecji. W hotelu towarzystwo międzynarodowe, zaprzyjaźniam się głównie z Polakami. W następne dnie dłuższe spacery brzegiem, np. do Stavros (uwaga: nie mylić z miejscowością na południu Grecji; szereg nazw powtarza się w innych miejscach), Vrasna, Asprovalta, Saraiki Akti i inne, których nazw już nie pamiętam, po drodze kąpiele w morzu.
Ładne miejsca (prawdopodobnie wtedy dużo skromniejsze niż obecnie, gdzie wszędzie buduje się hotele), poczucie wolności. Wieczory z kolegami przy piwie lub winie, jedni odjeżdżają inni dochodzą. Pominę opis kolejnych dni, ale zatrzymam się krótko na przygodzie z pewną Austriaczką o imieniu Marketa, która pojawiała się na naszej plaży. Atrakcyjna, więc paru facetów od nas krążyło koło niej. Coś musiało zaiskrzyć, może chodziło o moją odwagę, że zaprzyjaźniliśmy się. Wspólne długie spacery i kąpiele. Aż pewnego dnia zaprosiła mnie do siebie w Stavros, gdzie miała wynajęty pokoik. Na godz. 18. Było to dość daleko, a dzień już dość krótki, więc raczej nie na powrót po ciemku plażą… Coś przeczuwałem…
Kolacja w miłym lokaliku i … wspólna noc. Następnego dnia Marketa u mnie na obiedzie. Dowiaduję się, że wieczorem odjeżdża bodajże do Wiednia, więc krótka przygoda kończy się pożegnaniem. Chyba to wszystko było przez nią zaplanowane…
Cóż, mój pobyt w hotelu też się kończył i to na dzień przed terminem, bo przyjechała do mnie trzema samochodami ferajna znajomych z Libii, z którymi wcześniej byliśmy luźno umówieni na ewentualność takiego spotkania. Proponują, że zabiorą mnie na część swojej rajzy po Grecji. Szybko pakuję się i 28 września – wyjeżdżamy. Przyznam, że dokładna trasa zatarła mi się w pamięci, więc w przybliżeniu było to jak niżej.
Część grupy musiała niedługo wracać do Polski przez Saloniki, więc najpierw pojechaliśmy na zachód, gdzie się pożegnaliśmy w Pronii, a ja dalej na południe ze starymi przyjaciółmi Maćkiem i Danką R. ich Fordem

Pierwsze większe wyzwanie – Mytikas pod Olimpem. Podjechaliśmy pod górę na ile się dało, a potem długie i niełatwe wejście na szczyt (2918,8 m npm).

Pod Olimpem z Danką R.
Olimp zdobyty

Te moje z Danką robił Maciej. Szkoda, że nie ma go na zdjęciach (jest jedno w tutejszych wspomnieniach z Libii). I szkoda, że już dość dawno nie żyje, więc nie jest możliwe skonfrontowanie jego wspomnienia z moimi.

Potem do Wolos, piękna trasa nad morzem, także za Wolos, Termopile, dalej przełomy i widoki na trasie w kierunku Amfisy i Delfów. Samych tych historycznych miejsc i zabytków nie opisuję, bo to sprawy znane.

Biwakowanie po drodze

Dalej trasa przez Archowa, Osios, Lukas, Livadia do Teb i okolic Marathonu. Teby to miejsce szczególnie budzące we mnie tajemnice i legendy antycznego świata, jakby z innego wcielenia…
Wreszcie Ateny – zwiedzanie i smakowanie. Zachowało się trochę zdjęć – tutaj wybór

 

Pod Akropolem

Akropol z Danką R.

W Atenach rozstaliśmy się i dalsze moje peregrynacje odbyłem samotnie polegając na autostopie i czasem na lokalnej komunikacji. Dziś sam siebie podziwiam w ilu miejscach jeszcze byłem i jak sobie radziłem. Noclegi jak dotąd mieliśmy częściowo w hotelikach, na kempingach pod namiotem albo i na dziko. Natomiast mnie trafiały się także w stodole, w opuszczonej szopie, a nawet w cmentarnej kapliczce (miałem „zaprawę” z moich wieloletnich autostopów).

Dalsza droga – Peloponez. Byłem np. w Marmara, w Sarti.
Chciało się więcej, ale musiałem się liczyć z czasem, jaki mi pozostał i funduszami, więc pilnie zawróciłem w kierunku Chalkidiki (całkowicie autostopem), tym bardziej, że miałem apetyt jeszcze na tamtejsze słynne półwyspy „trójzęba” – Kassandra, Sithonia i Athos. Częściowo się udało – z Ormos Panagias na Sitonii kupiłem „rejs” krótkiej wycieczki na Athos. A z Porto Karras przerzuciłem się promem do Kalithea na Kassandrze. Tam miałem niezapomniane pożegnanie z cudownym morzem na plaży.

Promem na Kassandrę

Trzeba było wracać. Częściowo autobusem dotarłem do Salonik. Zatrzymałem się na dwie noce w jakimś hotelu – musiałem się doprowadzić do porządku po tych wszystkich szalonych epizodach – brudny, pomięty, zmęczony. W dzień zwiedzanie, zwłaszcza północnych Salonik, portu, bazary. W nocy jakaś impreza klubowa…
Powrót do Polski pociągiem via Bukareszt (tam trzy i pół godziny na małe zwiedzanie). Potem Przemyśl i mglista Warszawa wieczorem 7 października.

Miałem tu opisać kolejną wyprawę do „kontynentalnej” Grecji z 1987 roku, ale zrobię to później, raczej osobno, bo to wymaga następnego pogrzebania w pamięci i odkopania ew. pamiątek.

Jeśli masz słabość do Grecji, zobacz jeszcze Ach, Grecjo!


* Być może opiszę ten pobyt na Krecie osobno (bo to też było ciekawe doświadczenie), a na dziś tylko wierszyk temu poświęcony:

GRECJA RAZ JESZCZE

W pieczarach Matali
na plażach Krety
w lazurowych głębinach
nurkowanie z synem
samochodem po górach
rausz wina.

Nad zabytkami Fajstos zaduma
Minotaura tajemnice
w wąwozie Imbros kozice
a Agia Galini to święty spokój.

Mogę długo wspominać…
O czasy błogie!

Tęsknota za Toskanią

Życie to podróż.
A podróże to doświadczanie życia.
LK

Powracam do wspomnień z dalszych podróży. Było ich sporo i już parę takich relacji tutaj umieściłem, przykładowo: Amerykańska przygoda, Chińszczyzna, Casus libijski, Ach Grecjo, Pożegnanie lata (Kreta) … Były też krótkie wzmianki o tych i innych podróżach w https://lapidaria.home.blog/2023/03/05/kawowe-curriculum-vitae/ (zaskakująco?).
O podróżach ogólnie dywagowałem tym wpisie Turystyka – co o niej myśleć / cz. 2 ,  a kiedyś zaznaczałem swoje peregrynacje na mapce 
http://pl.tripadvisor.com/TravelMap-bodymind_13
Podaję z nadzieją, że odzyskam dostęp do tego miejsca, co dziwnie mi się nie udaje.
Teraz zapisuję to w formie krótkich relacji dla rodziny, po trosze dla własnej pamięci (może jako przyczynek do większego pamiętnika?). W tych wspomnieniach mam przyjemność.

Tym razem o Włoszech.

Rok 1986 – samochodowa podróż z żoną do toskańskiego Capalbio z szeregiem miejsc po drodze i w samych Włoszech. Po tylu latach nie pamiętam już niektórych szczegółów, tym bardziej, że na te wspomnienia nałożyły się inne późniejsze – podobnymi szlakami. Jednak szczęśliwie zachował się notatnik, w którym zaplanowałem całą wyprawę, a potem częściowo odnotowywałem realizację etapów. Dzięki temu mogę podać trasę i odtwarzać z pamięci pewne wydarzenia.
Był koniec lata, mieliśmy trzy tygodnie wolnego, byliśmy pełni energii i zakochani. To były jeszcze czasy wielu braków w Polsce i względnego ubóstwa większości polskich turystów. Miałem jednak oszczędności po kontrakcie libijskim (wspomniałem tamtą przygodę na wstępie), więc nie musieliśmy aż tak biedować, chociaż byliśmy parą na dorobku i nie szastaliśmy pieniędzmi. Polegaliśmy na namiocie i często na własnym żywieniu. Nie była nam straszna podróż w nieznane, zdanie się na możliwe improwizacje i niespodzianki.
Skoda 135 L nie sprawiła nam kłopotów i dowiozła nas do celu. Ale zanim to się stało warto wspomnieć chociaż krótko ciekawą drogę.
Nocowaliśmy przygodnie śpiąc często w samochodzie lub na parkingach pod namiotem.

Wyjechaliśmy 9 września, pierwszy etap do Zakopanego (lubimy), nocleg w Domu Turysty i szus do Budapesztu przez Bańską Bystrzycę. Tam tylko nocleg, bo to miasto było celem innej, poślubnej podróży z odpowiednimi atrakcjami i innym standardem.
Dalej wzdłuż Balatonu, a potem przejechaliśmy do pięknej Słowenii (szczególnie góry). Nie mogliśmy pominąć niesamowitych krasowych pieczar w Postojnej, było już jednak za późno na zwiedzanie, więc nocleg w samochodzie, a rano zwiedzaliśmy obiekt dość gruntownie. Pod kątem opisu odsyłam do źródeł z profesjonalnymi zdjęciami np. w sieci.

Z tym miejscem wiąże się pewna przygoda.  Jak w podróżach tamtych czasów mieliśmy parę drobnych rzeczy na ew. sprzedaż by mieć trochę miejscowej gotówki. Nie musieliśmy się narzucać, bo parę miejscowych kobiet zaczepiło nas rano właśnie w takiej sprawie. Kupiły małe przenośne radio. Podaliśmy jakąś cenę z głowy, na którą się zgodziły i zaczęły nam wypłacać należność w miejscowych banknotach. Było ich dużo, ale ponieważ zupełnie nie znaliśmy się na miejscowej walucie, uznaliśmy że wszystko jest OK. Po końcu zwiedzania, na parkingu zostaliśmy namierzeni i otoczni przez te kobiety z awanturą, że mamy zwrócić większą część otrzymanych pieniędzy. Otóż pomyliły się przy wypłacie bodajże dziesięciokrotnie. W tym momencie zrozumieliśmy, zgodnie z pierwotnym przeczuciem, że jednak coś było nie tak, ale z drugiej strony to one liczyły swoje pieniądze i wszystkie razem, zatem podejrzewaliśmy, że może to było po jakieś tamtejszej denominacji? Tłumaczyły się emocjami, jakimś zaćmieniem umysłu. Rozumiejąc tę stratę oddaliśmy bez kłótni prawie wszystko oprócz realnego kosztu radyjka.
Dalej jechaliśmy z myślami: gdyby nas nie znalazły, to okazałoby się że mamy znaczący zastrzyk gotówki, który posłużyłby np. na noclegi w hotelach lub bilety do muzeów. Z drugiej strony gryzłoby nas sumienie, że ktoś stracił przez nas, a te kobiety nie wyglądały na zamożne. Ale gdyby to one nas nie znalazły na parkingu, nie mielibyśmy pojęcia jak je odnaleźć.
Z czystym sumieniem podążaliśmy dalej dość nudną drogą niziną za Triestem, na które to miasto nie mieliśmy czasu, minęliśmy Wenecję, którą zastawiliśmy na drogę powrotną, i skierowaliśmy się autostradą na południe. I pierwsza obserwacja włoska, która potem wielokrotnie się potwierdzała – dużo śmieci przy drogach, coś czego wcześniej w innych miejscach nie widzieliśmy. Śmiecie widzieliśmy i w innych miejscach, np. przy kempingach. Nowością, która jeszcze wtedy nie dotarła do Polski, były też duże plastikowe butelki. Druga obserwacja – wzdłuż szos non-stop tereny prywatne lub zabudowane, więc nasz polski zwyczaj „panowie na lewo, panie na prawo” w jakimś lasku w razie potrzeby, we Włoszech było to bardzo utrudnione. Dojechaliśmy autostradą do Rawenny na wschodnim wybrzeżu, która powitała nas ścianą mocnej ulewy. Mało co było widać, bo zapadał też zmrok, i mieliśmy wielką trudność by odnaleźć upatrzony hotelik. Pomógł nam uprzejmy mężczyzna, który pilotował nas do celu. Rano w dalszą drogę przez Forli i przeprawa przez Apeniny na zachód. W wielu miejscach rajskie widoki. Kolejna obserwacja – przy górskich drogach odrutowane skaliste strome zbocza i napisy ostrzeżenia Caduta massi czyli spadające kamienie/skały.

Dojechaliśmy do wspaniałej Florencji, która powitała nas wielkim upałem ok. 38 stopni. Było ciężko, ale poświeciliśmy zwiedzaniu prawie dwa dni.

Wspomnę tutaj, że z całej podróż niestety prawie nie mamy zdjęć przez dziwną serię wpadek – prześwietliliśmy dwie rolki, a kilka rolek zgubiliśmy przy powrocie do Polski. Uratowaliśmy tylko parę klatek, które dalej pokażę. Co za pech!

Po noclegu w samochodzie, następnego dnia ciąg dalszy zwiedzania z Galerią Ufizzi włącznie.
Dalej Siena, która też zrobiła na nas duże wrażenie – z perspektywy i podczas spaceru uliczkami. Upał był nadal męczący, więc z utęsknieniem myśleliśmy o dotarciu do wybrzeża morza, i tak tego dnia wieczorem, przez Grosseto dojechaliśmy do naszej docelowej bazy, kempingu w Capalbio, tej małej miejscowości nad morzem, niedaleko od miasteczka o tej samej nazwie. Urocze miejsca z plażą i zabytkami. Nie będę opisywał, bo prawdopodobnie w dobie silnego trendu stawiania hoteli i struktury turystycznej, dziś, po ok. 40 latach wygląda to inaczej – polecam sięgnąć do aktualnych przewodników i np. google.com/maps .
Nie mamy stamtąd zdjęć, więc wstawiam jakąś fotkę z Internetu, która pasuje mi ogólnie do tamtejszych wspomnień, zwłaszcza wieczornych, kiedy można było odetchnąć i np. pójść na kieliszek wina do jakiejś knajpki.

Natomiast to, co pamiętamy najlepiej, to właśnie plaże, kąpiele nawet w nocy, wieczorne romantyczne spacery i wycieczki po bliższej i dalszej okolicy. Capalbio to była nasza baza wypadowa. I tak np. w pierwszych dniach wizyta w Santo Stefano z tamtejszymi termami rzymskimi. A potem wypad do Rzymu, a po powrocie dalsze okoliczne miejscowości.
Na Rzym poświęciliśmy dwa dni. Klasycznie – najważniejsze obiekty: Forum, Koloseum, pomniki, fontanna di Trevi …
Poniżej wyblakłe zdjęcie na którym w tle widać Bazylikę Santa Maria Maggiore. To Piazza Venezia z pomnikiem Wiktora Emanuela II na pierwszym planie oraz … żona 🙂 
(Przepraszam za jakość zdjęcia z powodów już wymienionych)

Wciąż było upalnie i męcząco – wspomnę odpoczynek w jakimś większym parku i przykrą przygodę. Po powrocie do samochodu zaparkowanego na nieodległej uliczce zobaczyliśmy wyrwaną klapę bagażnika i brak paru rzeczy. Złodziej nie obłowił się, bo bagaż mieśmy na kempingu, ale szkoda była i złość, która popsuła ten dzień. Na domiar, po zjedzeniu lodów w ten gorący dzień, w nocy dostałem gorączki i nasze zwiedzanie stanęło pod znakiem zapytania. Cudownie, za sprawą modlitwy?, rano poczułem się już lepiej i kontynuowaliśmy rzymską przygodę, której głównym punktem był Watykan. Zwiedziliśmy bazylikę i mieliśmy spotkanie z papieżem na placu św. Piotra. Oto kolejne z paru zachowanych fotografii, słabe zarówno ze starości jak i nieudanego wywołania.

Po Rzymie wróciliśmy do naszej bazy słynną trasą dawnej Via Aurelia. Jeszcze zaliczyliśmy promem Elbę – rozczarowanie, nic specjalnego.
21 września opuściliśmy Capalbio udając się na północ. Przez Piombino dotarliśmy do Porto Ferraio najpierw promem, a potem jeszcze autobusem do Marina di Campo. Piękne widoki.
Dalsza trasa to Pisa, oczywiście z krzywą wieżą (szkoda, że zaginęło zdjęcie na którym podtrzymuję ją by nie upadła). Stamtąd już pośpieszniej przez Lucca, Bolonię i Padwę dotarliśmy 23 września do Wenecji. Niesamowite, jedyne w swoim rodzaju miasto. Do samej zabytkowej części dotarliśmy lokalnym pociągiem przez rodzaj grobli. Oprócz wielu zabytków, naszą uwagę zwróciły liczne sklepy i sklepiki z pamiątkami i wyrobami ze złota.
Poniżej bodajże dwa ostatnie zdjęcia, które jeszcze jako tako można pokazać (próbowałem ulepszyć pewnym programem AI – z małym skutkiem) – żona nad kanałem, którego nazwy już nie pamiętamy i przy innym niekreślonym zabytku.

Na tym w zasadzie zakończyliśmy nasz pobyt we Włoszech. Droga powrotna, też nie bez wrażeń i ciekawych miejsc, prowadziła przez Opatię, Rijekę, Zagrzeb, na Węgry. Nocleg nad Balatonem i znów Budapeszt – tym razem nieco dłużej z małym zwiedzaniem i zakupami upominków dla rodziny. Dalej ponownie przez Bańską Bystrzycę do Zakopanego. Tam wycieczka w Dolinie Strążyskiej i szybko przez Kraków (zwiedzaliśmy razem wcześniej i później), a po drodze do Warszawy jeszcze zwiedzanie Jaskini Raj. W sumie przejechanych 5200 kilometrów.
Powrót do domu 23 września, a już 30.09 podróż samolotem do Moskwy (kolejna z paru delegacji służbowych z Instytutu Lotnictwa tamże, ale także z programem zwiedzania). Ale to na inną opowieść…

Przez sentyment do Toskanii (za którą – nomen-omen tęsknimy, chociaż inne podróże zdobyły potem priorytet, bo odkrywały nowe miejsca) mamy parę książek o tej krainie, jakie się ukazały w Polsce (nie licząc przewodników). Wymienię:
Ferenc Máté – Winnica w Toskanii
Ferenc Máté – Mądrość Toskanii
Ferenc Máté – Wzgórza Toskanii
Mayes Frances – Pod słońcem Toskanii (może pamiętacie film na jej podstawie?)
Małgorzata Matyjaszczyk – Mój pierwszy rok w Toskanii – zapiski spełnionych marzeń. To książka napisana kiedyś na podstawie jej bloga. 
Okazało się, że ten blog wciąż częściowo istnieje i jest przebogaty w treści. I nie tylko o Toskanii, bo i szerzej o Włoszech, tamtejszej kulturze, sztuce, kulinariach, ludziach… Polecam.
https://toskania.matyjaszczyk.com/ 





Moje miejsca na Ziemi

Navigare necesse est

ostoja550

Ten patetyczny tytuł jest nieco na wyrost, bo będę mówił tylko o wybranych miejscach, gdzie stosunkowo często bywam.
Takich ulubionych krain mam więcej
(+ te,  i jeszcze liczne nie upublicznione), nie licząc zagranicznych.

Mazowsze uważa się za niezbyt ciekawy turystycznie rejon – płaski, piaszczysty, bez jezior…
Pokażę, że można znaleźć tu jednak wiele atrakcji i pięknych miejsc – na przykładzie z ograniczonego obszaru.
(zdjęcia własne, pomniejszone by stronę szybciej ładować i edytować)

W poprzednim wpisie z migawkami z miejsca mojego wakacyjnego pobytu obiecałem opis wycieczek nieco dalej – w rejonie nadbużańskim. Mam na myśli obszar w okolicach Wyszkowa w promieniu ok. 20 km.
Nawet taki stosunkowo niewielki rewir jest trudny do ogarnięcia, a tym bardziej do opisania w jednym blogowym wpisie. Będzie więc bardzo krótko.
(zdjęcia własne, zmniejszone by stronę łatwiej było załadować i edytować).

Sam Wyszków przyrodniczo nie zachwyca, może oprócz swego parku nad Bugiem, z ładnym widokiem na rzekę.

wyszk1450 

Jest jednak ważnym ośrodkiem okolicznego życia, z większością tego, co może być potrzebne mieszkańcom. Droga ekspresowa z Warszawy i kolej łatwo wiąże ich ze stolicą.

Natomiast niedaleko na południowy zachód znajduje się klimatyczna miejscowość a można powiedzieć willowa dzielnica Wyszkowa –  Rybienko Leśne, w której są jeszcze stare drewniane domy jakie w rejonie Otwocka nazywamy świdermajerami.
Zadbane ulice i dużo nowych stylowych willi, co przypomina po trosze Podkowę Leśną a za sprawą wypasionych nowych ‚pałaców’ – Konstancin.
Po tygodniach w dziczy leśnej lubię tam wpaść by zobaczyć życie na drugim biegunie –  miejscami światowe, miejscami kabotyńskie, jeśli oceniać napuszoną nowobogacką (?) architekturę „dworów”.
Polecam Leśny Dworek – hotelik i restaurację, o której w opiniach piszą, że jedna z najlepszych w tej części Mazowsza.

Z miejscowości bardziej na turystycznym luzie – Urle, z przedwojenną jeszcze letniskową tradycją, z ambicjami uzdrowiskowymi. Podobnie jak Rybienko ma swoją stacyjkę kolejową. I podobnie stare domy letniskowe przemieszane z nowymi, ale już bez pałaców. Cała okolica obfituje w wiele letnisk, głównie dla Warszawiaków. Oprócz sosnowych lasów przyciąga rzeka Liwiec.

Łochów – miasteczko bez charakteru, prawdopodobnie za sprawą setek (tysięcy?) działek letniskowych w pobliżu, stał się sporym ośrodkiem zaopatrzenia i usług. Niczego tu nie brakuje, kwitną lokalne biznesy. Mam wrażenie, że jest tu większa koncentracja tych usług niż w Wyszkowie. Jest też kolej i linia autobusowa Darbus obsługująca okolice w połączeniach do Warszawy. Odnowiony elegancki dworzec kolejowy i stacja dają przykład innym stacjom.

dworzec1450


Przyrodniczo warto wspomnieć o lokalnym lesie i parku, z którego parę zdjęć jak niżej już tu publikowałem. Tak ocalono przed wycięciem  połamane wichurą dęby – za sprawą pomysłowych rzeźbiarzy.

rz2450

Ale perełką jest tamtejszy zabytkowy odrestaurowany pałac z pięknym otoczeniem i elegancką restauracją ‚w stylu’, którą czasami odwiedzamy.
Oto parę ujęć – w tym także rzeźby znad tamtejszych stawów.

 

lochow1450

zamoy1450

folwark6450

Obok powstał nowoczesny kompleks hotelowo-konferencyjny nazwany Folwark.

folwark5450

folwark2450

Parę kilometrów dalej znajduje się jeszcze okazalszy pałac Radziwiłłów w Starej Wsi.  Niestety nie można go zwiedzać ot tak turystycznie –  jest zamkniętym ośrodkiem szkoleniowym bankowców.

St.Wies2450

Ale wróćmy nad sam Bug.

Kamieńczyk to niewielka urokliwa miejscowość (dawniej miasto zdegradowane przez carat) z oryginalnymi drewnianymi domami, ładnym kościołem i jeszcze ładniejszym domem parafialnym. Przy rynku jest małe muzeum regionalne. To miejsce ma klimat.

Parę kilometrów w kierunku od Bugu wśród lasu znajduje się Loretto – sanktuarium maryjne i miejsce zakonu Loretanek, który prowadzi dom opieki. Stary kościółek, zwłaszcza wobec pielgrzymek do tego miejsca, nie wystarcza, więc powstaje piękny kościół w stylu romańskim.

loretto2450


Park schodzi w kierunku Liwca, a po drugiej stronie szosy wiodącej do Kamieńczyka, również w lesie, znajduje się cmentarz zakonny, do którego prowadzi leśna ścieżka drogi krzyżowej.

Nad samym Bugiem zadziwia mnie niewielka, ale wieś Brańszczyk. Pomimo niewielkiej ilości mieszkańców – ok. 1200 i położeniu jakby na końcu świata, jest samowystarczalna. W tym sensie, że jest tam: Gminny Dom Kultury, biblioteka, przychodnia, bank, 2 apteki, sklepy, szkoła podstawowa, Zespół Szkół Specjalnych,  gimnazjum, Szkoła Przysposabiająca do Pracy, dwa domy opieki –  Centrum Księdza Orione w Brańszczyku oraz duży ‚świecki’  Dom Pomocy Społecznej, przedszkole samorządowe, policja, co najmniej 6 miejsc noclegowych w tym agroturystyka i dwa hotele… Taka wieś! Jest tam też wydawana lokalna gazetka Wieści gminne. W miejscowości znajduje się kościół Wniebowzięcia NMP zbudowany w 1833, który jest siedzibą parafii św. Jana Chrzciciela.

Nad Bugiem nieopodal znajduje się przeprawa promowa Brańszczyk Nakieł do wspomnianego Kamieńczyka.

Zwiedzaliśmy tam też ciekawy skansen, oto jedna z jego chat

skans1450 

Brok to już większa miejscowość turystyczna (miasto)  na wysokim, prawym brzegu Bugu.
Oprócz krótszych wypadów, spędzaliśmy tam kiedyś wczasy, z których upamiętniły się wędrówki po Puszczy Białej  z obfitymi zbiorami jagód i grzybów. Tu znów sporo letnisk, ładna plaża nad Bugiem oraz ciekawy skansen i ośrodek agroturystyki Binduga z udogodnieniami hotelowo-gastronomiczno-konferencyjnymi.

binduga5450 

binduga2450 

 Ale najbardziej lubię letniska nie nad samym Bugiem, ale nad jego starorzeczami.

Szumin nad Bugiem to dawna wieś całkowicie przekształcona w miejsce letniskowe. Cisza, ciekawe domy adaptowane z chat ale też i nowe, raj dla wędkarzy, jest też proste kąpielisko. Sklepik, kaplica, mała stadnina.

W pobliżu nadbużańskie łąki i tajemniczy rezerwat Jegiel. Koryto starorzecza wije się i ma piękne widokowe miejsca na wysokiej skarpie. W wiosce działa grupa mieszkańców, która obecnie mobilizuje się wokół sprawy zachowania okolicznego lasu, na który leśnicy mają zakusy. W ogóle lasu systematycznie ubywa – zobacz to na tej dynamicznej mapie.  

sciana450 

wyrąb lasu na dużą skalę

polana450 

polana biwakowa w Szuminie

Bug2450

widok na rzekę w Szuminie

Bliźniaczą wioską, podobną ale nieco mniejszą, po drugiej stronie rezerwatu Jegiel jest Wywłóka – też nad starorzeczem i o takich samych walorach.

starorzecze500

starzorzecze Bugu w Wywłóce

kapielisko1450 

kąpielisko z plażą w Wywłóce

W pobliżu wsi Jerzyska (siedziba leśnictwa,  kościół i osiedle letniskowe) znajduje się pomnik poświęcony partyzantom, gdzie co roku odbywają się uroczystości patriotyczne oraz piknik. Wokół urocze zalesione górki wydmowe – świetne na spacery i różne ‚crossy’.

jerzyki450

piknik1450 

piknik w Jerzyskach na święto WP

gorki500

górki wydmowe w okolicach Jerzysk

Jest też szereg innych miejscowości letniskowych nad Liwcem, z których wymienię Świniotop, Nadkole, Łazy…, gdzie oferowane są usługi agroturystyczne.

W sumie – nie można się nudzić – wszędzie lasy, szlaki piesze, rowerowe, konne, atrakcje turystyczne i przyrodnicze.
Kiedyś opowiem więcej o drugiej stronie Bugu ….

Warszawskie, i nie tylko, kamienice

Wasze ulice, nasze kamienice…

Głośno jest o nieuprawnionych reprywatyzacjach. i związanych z tym przekrętach. 

Pisałem już o tym tutaj w sierpniu 2017 – pewne wątki powtórzę poniżej, ale doszły i nowe okoliczności.
Np. kamienica przy ul Mokotowskiej 8 w Warszawie. Wiadomości TVP, program Alarm itp. media miały kolejną pożywkę, bo okazało się że w tej pięknie zrewaloryzowanej kamienicy wykupili mieszkania celebryci i prominentne osoby związane z TVN.

Może to i była medialna okazja by dopiec konkurencyjnej stacji i zapleczu PO, ale sprawa, tak czy inaczej, wymaga wyjaśnienia.

Zacznę jednak od refleksji ogólniejszej. Warszawa przed wojnę słynęła z pięknego śródmieścia, zachowało się wiele starych stylowych domów – można powiedzieć pomników historii i kultury materialnej. Wojna okrutnie obeszła się z tą spuścizną. Okaleczona przez Niemców, potem padła jeszcze ofiarą polityki urbanistycznej sprzyjającej stalinowskim koncepcjom. Przykładowo – wyburzono wzdłuż ul. Marszałkowskiej wszystko to, co jeszcze się ostało (a tym wiele obiektów godnych zachowania a jednocześnie mogących pomieścić ludzi tak dramatycznie szukających dachu nad głową) – na rzecz alei dla wojskowych i partyjnych defilad. Podobnie postąpiono z okolicami obecnego PKiN.  Brzydota tych miejsc do dziś szokuje.
Później trzeci cios był rozłożony w czasie – zabytkowe domy przeznaczone pod „kwaterunek” nie miały ani konserwacji ani poważania u władz – stopniowo niszczały popadając w ruinę. Np. ileż to dziesiecioleci widzieliśmy to w samym sercu Warszawy – pomiędzy ulicą Foksal a Smolną.

Wszystkie cywilizowane stolice dbają o swoją wartościową substancję, mają dzielnice reprezentacyjne, miejsca gdzie mieszkają ludzie zamożniejsi – gwarantujący utrzymanie tej substancji na odpowiednim poziomie. W takiej sytuacji skłaniam się do uznania, że lepsze od tej dewastacji jest przejmowanie zgodnie z prawem nieruchomości przez osoby, które chociaż nie są historycznie właścicielami, to gwarantują właśnie ich rewaloryzację i utrzymanie w dobrym stanie. W ten sposób – prywatnym sumptem – już wiele domów, kamienic i zabytków ocalało i obecnie jest ozdobą miast i wsi zamiast ostatecznie popaść w ruinę lub być nieustannym kosztem i kłopotem gminy.

Powiem zatem coś, co nie będzie może popularne. Trzeba oddzielić od siebie przynajmniej cztery aspekty sprawy:
1. Nieuczciwe przejęcia, tak głośne za sprawą odkryć Komisji Weryfikacyjnej (kamienica za 50 zł, 120-letni ‚właściciele’, fałszowane dokumenty itp.)

2. Nieludzkie postępowanie z lokatorami, dręczenie i szykanowanie ich, odcinanie mediów, sprzedaż wraz z domami itp.

3. Sama rewaloryzacja budynków – działania, które je ratują. W samej Warszawie odnotowuję kilkanaście pięknie odnowionych kamienic. Powinniśmy takie mieć. Nie wnikam w  możliwe przekręty, bo ani nie jestem pewien czy zawsze były ani że tylko tak daje się to załatwić.

4. Kupowanie luksusowych mieszkań przez osoby, które na to stać. Nie wnikam  – czy to celebryci (mają pieniądze) czy z TVN  czy z biznesu czy inaczej. 
Sprawa może (ale nie musi) być wiązana, gdy przyszły właściciel od początku jest w układzie z deweloperem, który buduje nieuczciwie.
Podobnie gdy łańcuszek polega na przekazywaniu lokali osobom uprzywilejowanym politycznie poza rynkiem i z bonifikatami będącymi łapówką lub z pieniędzy publicznych. To powinno być wyjaśnione, ale obowiązuje domniemanie, że nabywca kupuje takie mieszkanie na rynku  w dobrej wierze i nie zna ew. zaszłości. Dopiero prokuratura i sąd (uczciwy) ma to rozstrzygnąć. Nie ma dużego wyboru w stosownych prestiżowych lokalizacjach, więc można trafić także pechowo. Jednak nagonka z góry na wszystkich takich nabywców to populistyczna zagrywka.

Faktem jest, że dużo ludzi zostało pokrzywdzonych i słusznie należy im się zadośćuczynienie. Deweloper, który dba o swoją markę i nie stosuje kruczków prawnych, zadbałby o zapewnienie dotychczasowym lokatorom takiego zadość-uczynienia w pieniądzu lub w naturze. I tak by mu się opłaciło biorąc pod uwagę zamożność przyszłych nabywców, którzy dadzą wysoką cenę.
Na fali tych słusznych sytuacji widzę też jak do poszkodowanych doczepiają się ludzie, którzy pozyskali nieruchomości za PRL 
prawem Kaduka. Bywały częste przypadki, że prawowity właściciel był rugowany z mieszkania  przez władze na rzecz kogoś, kto tej władzy sprzyjał. Niektórzy z nich są bardzo głośni. Jakaś pani: „Ja po wojnie tu sama wstawałam okna!” itp. I co z tego? Wiele tak uwłaszczonych domów, a nawet zabytkowych dworów czy mieszkań kwaterunkowych  to obecnie ruina – „właściciele” z nadania lub zasiedzenia nie dbali o nie. 

Gdy pisałem w sierpniu, miały miejsce obchody rocznicy Powstania Warszawskiego. Ktoś na twitterze tak skwitował wystąpienie HGW:

Złodziejka która przyczyniła się do wyrzucenia z mieszkań 40 tys. mieszkańców Warszawy wzywa do „obrony wartości”.
Oczywiście nie o takie metody i wartości chodzi… W danym przypadku uderzała też konfrontacja słów HGW podczas 
wiecu z obecnością prawowitego spadkobiercy kamienicy na ul. Noakowskiego, który tego słuchał. 
Co prawda, nie wiem czy rzeczywiście 40 000 i czy dosłownie wyrzuciła (widział ktoś ludzi na bruku?), ale wszyscy ci ludzie – mimo, że nie są/byli właścicielami (są różne przypadki prawne), powinni także mieć zadośćuczynienie – czy to od władz czy od nowych nabywców lokali.
Oczekuję, że przekręty z nieruchomościami w Warszawie i innych miastach będą gruntownie wyjaśnione a winni osądzeni. Nie jestem jednak za tym by luksusowe, odnowione lokale wróciły do tych starych mieszkańców, którzy znów – z braku środków doprowadzą je do stanu slamsów. Rolą władz jest rozwiązanie i tej sprawy sprawiedliwie i z myślą o obliczu miasta. 


To jest uzupełnienie wcześniejszych refleksji na podobny temat.

Pożegnanie lata

… Kiedyś ockniesz się nagle: życie minęło,
a szczęście … bywało tak blisko.
L. Korolkiewicz

Matala
Jaskinie Matali

Powrót z Matali na Krecie zbiegł się z kalendarzowym końcem lata i z faktyczną zmianą klimatu po wylądowaniu w Warszawie.

Było pięknie. Uciekłem z miasta na podobieństwo tego, który „ściskając w ręku kamień zielony wsiadał do pociągu byle jakiego”…

Nie był to byle jaki pociąg ale cel wybrany podwójnie znacząco. Sentymentalnie jako wspomnienie beztroskiej podróży do Stanów na początku lat 70., gdy z hippisowskimi włosami, w cut-offs przemierzałem ówczesną krainę marzeń.  Cat Stevens śpiewał wtedy o Matala Bay,  gdzie ściągali hippie ze świata. Te ich jaskinie trwają nadal, jak tysiące lat przedtem, a chociaż są wieczorami sprawdzane, czy ktoś tam nie koczuje, to widziałem w górach „tajne” ziemianki i jaskinie w których ktoś mieszka nadal. Zaglądam do jednej – akurat pusta, ale widać dość przyzwoite wyposażenie, książki, radio, kociołki – nadal ktoś szuka tutaj wolności…

Sporo lat później był trzyletni epizod afrykański, gdy swą wolność czułem penetrując głębiny ciepłych wód. Jakże później tęskniłem za tym odczuciem…
Co się stało z moim życiem, że przez tyle lat tam mnie nie było? Może przez to, że parokrotny pobyt w Grecji kontynentalnej w latach osiemdziesiątych zraził żonę gorącem i surowością wypalonej ziemi?
Owszem, szukałem namiastki, owszem zdarzało mi się  znaleźć szczęście i nad Bałtykiem, który też kocham. Pisałem kiedyś o tym w innej refleksji http://www.lepszezdrowie.info/wakacyjna_transcendencja.htm.

I oto jestem w miejscach, które prawdziwie odświeżają moje piękne wspomnienia i mają magiczną moc odmłodzenia.
Znów pogrążam się w toń, znów ten  dreszczyk emocji przeplatany odczuciem spokoju i ciszy. Niedaleko piękna miejscowość Agia Galini, czyli święty spokój. Tak, tego było mi potrzeba.
Wybieram ustronne dzikie plaże, chociaż dostać się tam nie jest łatwo. Totalne oderwanie od trosk, jakie trapiły mnie jeszcze tydzień temu.

Leżę na gorącej plaży. Ściskam w ręku kamień – niekoniecznie zielony…

Kamień gładki, gładki kamień

głaszczę,

jakże gładki kamień,

piękny kamień plaży,

kamień piękny w ręku,

milion lat w ręku, miliard może,

nad morzem z kamieniem spotkanie…

Czysty, ręką ludzką nie dotknięty,

mój od zarania,

cały, nie pęknięty,

mój, mój, piękny

kamień.

Wokół mnie błękity, jakie błękity!

Przypomina się piosenka Andrzeja Sikorowskiego

Jest taki kraj na południu, gdzie wyspy toną w błękitach
Gdzie Bóg zapomniał o grudniu
I zawsze dźwięczy muzyka…

Połowa września, a piasek tak parzy stopy, że często uciekam do wody. Wracam i pogrążam się w nirwanie. Ma dłoń ściska garść piasku z której sączy się strużka ziarenek – jak w klepsydrze. Zaciskam pięść jeszcze bardziej – czas stanął.

Widziałem w mym hotelu ludzi, którym czas pobytu tutaj się dłuży.

Mój inny wierszyk sprzed lat:

Mieszkasz gdzieś lata, a ulic nie znasz sąsiednich,

śpisz i w karty grasz,

gdyś przyjechał nad Adriatyk

– przedziwny życia lunatyk.

Zawstydź się i przebudź

– choć ci wolno wszystko.

Kiedyś ockniesz się nagle: życie minęło,

a szczęście … bywało tak blisko.

 

Kreta to nie tylko plaże, to urok wiosek, egzotyczna roślinność, świetne jedzenie, serdeczni ludzie, dumna historia, zabytki, uczucie wolności…

Żona przekonała się (tym razem) do Grecji. Może tu kiedyś osiądziemy?