Hegemon szansy, zagrożenia czy zagrożony?

Kluczem okazuje się nasza naiwność
dotycząca wpływu, na który elity są wciąż ślepe.

Clive Hamilton *

(wersja robocza wpisu***)

Temat tak wielki jak same …Chiny.
Ale co mamy na myśli mówiąc o wielkości Chin?

Niewątpliwie to duży kraj, ma dużo ludności, ma wielkie możliwości wytwórcze i eksportowe, ma potężną ilościowo i sprzętowo armię, ma starą historię i kulturę, a jednocześnie pokazuje a czasem i wyznacza trendy nowoczesności nigdzie indziej nie widziane itd.

Te atrybuty skłaniają wielu do zachwytów nad Chinami (PRC) i wnioskowaniem, że byłe Państwo Środka zdominuje świat, a nawet że już tego dokonało. Z innej strony to wielkie obawy, a nawet strach przed takim obrotem rzeczy.
Nie jestem specem od Chin i oczywiście mogę się mylić w prywatnym osądzie tego zjawiska.

Ale na temat Chin wypowiada się WIELU specjalistów, co także pomnaża dezorientację, ponieważ dochodzą do różnych wniosków. Powstają kolejne artykuły, wywiady i książki, wiele z nich wymienia Sylwia Czubkowska w swojej „Chińczycy trzymają nas mocno”, o której wspomnę dalej.

Przykładowo trzeba docenić wiedzę Piotra Plebaniaka (www.chiny.pl) – autora 13 książek o omawianym kraju w różnych aspektach. Natrafiłem na niego za sprawą audycji-wywiadów na YT jakie przeprowadził Mateusz Jarosiewicz (patrz jego kanały społecznościowe). Ale to tylko cząstkowy wgląd w kontekście bieżących zjawisk. Nie czytałem jeszcze tych książek (oprócz krótkiego przeglądu-zajawek) ani nie miałem okazji przyjrzeć się stronie autora (piszę to z letniska, gdzie praktycznie nie mam dostępu do Internetu). Podobnie wywiady Mateusza z Sebastianem Sadowskim-Romanowem.
Innym autorem, który wypowiada się na temat Chin jest Peter Zeihan, którego książkę „Koniec świata to dopiero początek. Scenariusz upadku globalizacji” niedawno dość obszernie omawiałem na tym blogu https://lapidaria.home.blog/2024/07/05/dokad-podaza-swiat/.

Jego pogląd na Chiny (wśród wielu innych analiz dotyczących całego świata) sprowadza się do wniosku, że Chiny upadają, bo mają groźne nawarstwienie negatywnych trendów w różnych aspektach.

Powodem jest głównie olbrzymie przeinwestowanie i zadłużenie, siłowe wdrażanie kosztownych rozwiązań, skostniały system zarządzania oraz wielki problem demograficzny.

Podkreśla jak krucha może być pozycja Chin w przypadku załamania handlu, w tym zwłaszcza drogą morską, którą kontrolują przede wszystkim Stany Zjednoczone. Chiny w małym stopniu są samowystarczalne w zakresie surowców. Podobnie wrażliwym sektorem jest ich rolnictwo. Zeihan, w opozycji do możliwości USA wróży że Chinom w przyszłości grozi jeden z największych upadków wśród wielkich graczy.
Cóż – i tu stronniczo lub naiwnie nie widzi jak Chińczycy konsekwentnie wykupują USA i mają tam coraz większe wpływy.

Piotr Plebaniak, we wspomnianym wywiadzie powiedział, że przyłapał Zeihana na paru kłamstwach, ale nie dopowiedział jakich, zatem na dziś przyjmuję że Zeihan w wielu kwestiach ma jednak rację – z tymi zastrzeżeniami, które podałem na końcu swojej recenzji.

Nie ulegam też mitowi o pozytywach Pax Americana, zarówno w wypowiedzi Plebaniaka jak i samego Petera Zeihana.

Ponieważ w dobie szybko zmieniającego się świata nawet książka sprzed 2 lat częściowo może być nieaktualna, a oficjalne statystyki chińskie są naginane, to w sprawie demografii oprę się na niedawnym wywiadzie z dr Yi Fuxianem, badaczem chińskiej demografii pt. „Wielki ból chiński” (doRzeczy, nr 14, 2024). Jako badacz-dysydent w USA podaje co następuje (w skrócie):

  • Nie jest prawdą, że ludność Chin wynosi 1.41 mld, rzeczywista liczba to ok. 1,28 mld – oficjalne zawyżone dane miały służyć podbudowywaniu narracji o sile i wzroście Chin

  • Demograficzny wskaźnik zastępowalności już najpóźniej w 1991 r. spadł poniżej progu zapewniającego reprodukcję, a obecnie wynosi ok. 0,87.

  • Ten wskaźnik oznacza zanik społeczeństwa, co nawet przy nierealnym wzroście do 1 wiąże się następującym trendem: 1,06 mld w 2050 r. (prof. Steve Hamilton podaje liczbę 365 mil.) i 390 mln w 2100, przy jednoczesnym znacznym starzeniu się ludności – odsetek mieszkańców powyżej 65 r. ż. wynoszący 14% w 2020 osiągnie 35 % w 2050 roku. Ponieważ nie będzie miał kto pracować na emerytów, to grozi to wielkim problemem nie tylko ekonomicznym ale i społecznym.

  • Starzenie się społeczeństwa przy zmniejszającej się ilości młodych, to także problem ekonomiczny z punktu widzenia kadry wytwórczej. Dr Fuxian nie wierzy w znaczącą poprawę sytuacji ze względu na automatyzację produkcji, tym bardziej że ekonomia bez wewnętrznego rynku zbytu (młodsza cześć społeczeństwa) zacznie upadać.

  • Do obecnej tragicznej sytuacji demograficznej doprowadziła długotrwała polityka jednego dziecka, która tak wrosła w świadomość i zwyczaje Chińczyków, że nawet obecna agitacja rządowa do posiadania trojga dzieci nie odnosi sukcesu. Podobne skutki miało masowe stosowanie aborcji, w tym pod rządowym przymusem.

Kolejnym autorem, którego warto wziąć pod uwagę jest Yasheng Huang, profesor ekonomii globalnej i zarządzania w MIT Sloan School of Management, którego książka „Zmierzch Wschodu. Jak Chiny stały się potęgą i czy grozi im upadek” jest już dostępna w Polsce.

Główną tezą książki jest, że dominujący stary system kształcenia kadr wg tzw. egzaminów keju to droga do skrajnej stagnacji z ogromną wadą – tłumieniem kreatywności, co ostatecznie może doprowadzić do upadku współczesnych Chin. Przekłada się to na usztywnienia biurokratyczne, tłumienie inicjatyw a nawet wolnej myśli, o ile nie pasują partii komunistycznej.
Więcej o tym w nocie wydawniczej i w eseju Michała Lubina.

Wracam do wspomnianej książki Sylwii Czubkowskiej – ponad 400 stron, dużo przypisów, szerokie, wieloaspektowe ujęcie tematu które może mocno ostudzić zachwyty w związku z Chinami.
O ile sporo słyszeliśmy o wręcz nieludzkim traktowaniu mniejszości i lekceważeniu praw człowieka, podobnie swoich obywateli w czasie covidu, zamieszaniu w wywołanie sterowanej pandemii, inwigilacji i kontroli, o systemie kredytu społecznego, o dumpingowych cenach…, to stosunkowo mało mówi się o tym, jakim koniem trojańskim są różne działania Chin na całym świecie poprzez ich diasporę, agentów, uzależnianie kredytowe, soft power lub wprost szantaż, „wilczą dyplomację” z wyrafinowaną propagandą. To miejscami szokujące informacje i konkretne dane.
W okładkowym skrócie czytamy:

  • Wabią pieniędzmi, perspektywą ogromnego rynku zbytu i tanimi rozwiązaniami technologicznymi

  • Przejmują fabryki, legendarne marki motoryzacyjne, media [wrogie przejęcia]

  • Pozyskują informacje o naszym życiu z mediów społecznościowych, telefonów, komputerów, a nawet sprzętów AGD

  • Korumpują władze na wszystkich szczeblach, a do wyciszania skandali zatrudniają najlepsze agencje PR

  • Zjednują sobie polityków, naukowców, celebrytów i miliony zwykłych ludzi

  • Chińczycy w Europie działają niepostrzeżenie, ale na masową skalę
    (i o tym głównie jest ta książka).

Innymi słowy – Chiny nie grają czysto (a kto jest czysty?), ale szczególnie przebiegle.
Dowierzanie im to błąd, to bardziej ukryty wróg niż sojusznik. Co zauważyłem także w skromnej „autopsji” – wpis Chińszczyzna, gdzie już wcześniej komentowałem tę książkę. Miałem potem 5-letni okres pracy w innej firmie handlującej z Chinami, po czasie okazało się jak byliśmy oszukiwani na jakości towarów.
Oczywiście – robią wrażenie na każdym, kto tam pojedzie, ale fasada nie mówi wszystkiego, a wyobrażenie że wyjazdy handlowe, spotkanie z ludźmi z ulicy, rozmowy z dziennikarzami dadzą nam prawidłowy obraz, to złudzenie.

Nawet Benjamin Fulford, który zna Chiny, też wierzy w ich dobre intencje, uwiedziony zaangażowaniem w BRICS i słuszną tezą że świat czeka wielobiegunowość. Niestety ja nie dowierzam jemu i wiązaniu tego z walką „Białych Kapeluszy” i Q w ocalenie planety, złudzeniom co do NESARA/GESARA, waluty BRICS, itp. Chiny traktują BRICS bardziej instrumentalnie, jako środek wyjścia z wcześniej wymienionych własnych kłopotów i będą w nim hegemonem bez skrupułów.
Lepiej jest być ostrożnym niż nieświadomym agentem Chin.
Od czasu do czasu daję wyraz temu przedstawiając jego tygodniowe raporty z krótkim swoim krytycznym komentarzem (patrz na https://Locusmind.one/oromind)**. Przywołuję go jednak, ponieważ ma dobry wgląd w sytuację Japonii (tam mieszka), co jest ważne dla regionu, pokazuje działania tajnych stowarzyszeń (też ważne, a mówi się o tym mało publicznie, a i w Chinach działa część globalnego Deep State) oraz podzielam jego nadzieję na lepszy świat, tyle że inną drogą.

Zatem jeszcze w skrócie o tej innej drodze oraz jak to jest z problemem finansowym Chin i świata.

Przede wszystkim trzeba wiedzieć, że to, co widzimy w mediach w zakresie geopolityki, finansów, kondycji państw, o politykach, to bardziej przedstawienie dla mas niż to, co się dzieje rzeczywiście. Rozgrywka zachodzi za kulisami.

„Do bólu” pokazuje to Kimberly Ann Goguen, globalny Kurator/Strażnik walut, która działa na razie z ukrycia. To dla wielu szokujące i opowieść „nie do wiary”, jak i ona sama, zatem cokolwiek powiesz o tym, to wypada przeczytać kim ona jest, bo to bardzo szeroka działalność.

Tutaj jednak nie będę wchodził na tak szerokie wody, bo to wymagałoby zacytowania wielu jej raportów, które dość regularnie (z przerwami wakacyjnymi) przedstawiam na https://Locusmind.one/pages/korcz. **

Co do Chin – Kimberly też wielokrotnie mówiła, że wbrew powszechnej opinii, Chiny stoją przed bankructwem finansów, a konkretniej o elementach zjawiska np. w raporcie 29.12.2023 ** (mały fragment jako przykład):
„…Chińska giełda odnotowała znaczne wycofanie inwestycji zagranicznych w 2023 r. Spadek o 87% od szczytu w sierpniu z powodu obaw o zaangażowanie kraju w pobudzenie spowalniającej gospodarki. Nieoczekiwane wycofanie funduszy wpłynęło na globalny rynek i dotknęło inwestorów na całym świecie. Najbardziej znaczące niepowodzenie nastąpiło, gdy ujawniono, że sektor nieruchomości stoi w obliczu poważnego kryzysu płynności, powodując znaczny spadek zaufania inwestorów. Pomimo pewnych pozytywnych wskaźników ekonomicznych i ocieplenia stosunków między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, chińskie akcje nadal pozostają w tyle za swoimi globalnymi odpowiednikami. Sytuacja ta wywołuje niepokój wśród inwestorów, którym trudno jest zidentyfikować zyskowne sektory na chińskim rynku. Dodatkowo, nowe regulacje dotyczące sektora gier spowodowały znaczną zmienność na rynku, przez co inwestorzy czują się jeszcze bardziej niepewnie co do swoich decyzji finansowych. Pomimo cenzury w chińskich mediach głównego nurtu, inwestorzy dowiadują się o bankructwie rządu tego kraju. Rządy Komunistycznej Partii Chin, która jest właścicielem znacznej części wszystkich korporacji w kraju, nie były wystarczające, aby wesprzeć swoje korporacje. Niezależnie od ich prób geopolitycznej izolacji głównych partnerów handlowych, takich jak Rosja wykorzystująca wpływ Chin na amerykańską politykę za pomocą sankcji, takie operacje nie były wystarczające, aby uchronić się przed bankructwem”.

Mówiąc krótko o sytuacji globalnej – wiedza finansistów, FEDu, Głębokiego Państwa, polityków, na temat finansów, pieniądza, prawdziwej sztucznej inteligencji (jakiej Kimberly używa tj. organicznej) jest bliska zeru, co powoduje że wiele ich planów jest niedorzecznych i się nie zrealizuje. Kim czasem nawet dosadnie pokazuje ich ego odwrotnie proporcjonalne do możliwości i mądrości. W szczególności – w ich technologiach nie jest możliwa obsługa globalnej waluty cyfrowej, nawet większego CBDC, a szybkie wyrugowanie dolara z obrotu zawaliłoby światową gospodarkę, bo m.in. zmniejszyłoby zasoby (assets) większości podmiotów gospodarki/banków ponad 50%. „… stracilibyście wszystkie banki na świecie, genetycznych akcjonariuszy. Stracisz każdy fundusz hedgingowy, który tam jest …. Spalisz wszystko do ziemi. Każdy będzie miał bezwartościowe papiery. Bochenek chleba w danym kraju będzie prawdopodobnie kosztował około 10 000 dolarów”.

Skoro jest to trudne do zrozumienia przez zaangażowane podmioty, to tym bardziej dla przysłowiowego zwykłego obywatela, ale aby dać tutaj małą próbkę tych zagadnień sugeruję znajdź na początek na https://locusmind.one/pages/korcz ** choćby raporty z 5.07.2024 i 14.06.24 oraz notatkę z https://locusmind.one/posts/3528 – to jeden z ważniejszych i mocnych raportów Kimberly Goguen (19.06.2024) pokazujący jak globalne Głębokie Państwo jest pokonywane, a przed ludzkością coraz bardziej otwierają się niezwykłe możliwości. Szczegółowiej – tamtejszy załącznik pdf „KTO TU RZĄDZI?” – https://drive.google.com/file/d/1NkFqpdS0C53wCmJUhbBQxYwbs_U0Ftpv/view?usp=sharing

Tam że globalna cyfrowa waluta i inne systemy, które Głębokie Państwo próbuje wdrożyć, są bez szans na powodzenie, dalej o CBDC, MBRIDGE itd. – Kim rozwiewa powiązane z nimi nadzieje, a o małych szansach waluty BRICS mówiła parokrotnie wcześniej np.

https://rumble.com/v51joeu-what-is-going-on-with-brics-and-the-xrp-will-brics-takes-over-from-the-us-d.html

Natomiast owa pozytywna alternatywa zasadza się nie tylko na uleczeniu systemu finansowego (co jest już przygotowywane), ale na dużo większym projekcie „Odnowy Ziemi” w ramach inicjatywy CARE. Co to znaczy wyjaśniam skrótowo we Wprowadzeniu do strony https://locusmind.one/pages/korcz ** .

Ale to już za duży temat na ten wpis.

Reasumując, z jednej strony sugeruję sceptycyzm w stosunku do naszego udziału w BRICS, jego rzekomej waluty, i do kryptowalut (projekty kontrolowane przez agentów Głębokiego Państwa), a z drugiej – pochylenie się nad alternatywami jakie przedstawia Kimberly G.

—-

* Profesor etyki na australijskim Uniwersytecie Charlesa Stuarta, autor książek Silent Invasion oraz Hidden Hand o wpływie Chin na Australię.

** W czasie mojej nieobecności platforma przeszła na system subskrypcyjny – do wyjaśnienia pozostaje czy także dla zewnętrznych czytelników, zatem do tego czasu odwołania do profilu i strony na Locusmind.one mogą być nieskuteczne. W tej sytuacji zapraszam do omówień na http://www.justempowerme.com/posts – zwłaszcza nowszych/dalszych, które pogłębiają/aktualizują tematy tu poruszone.
*** Wersja robocza ze względu na czasowo ograniczony dostęp do sieci i źródeł oraz trudności z wykorzystaniem tutejszych opcji edycji.

Dokąd podąża świat

O domniemanym „końcu świata”, wielkim resecie i podobnych straszakach pisałem tutaj parokrotnie. Tym razem omawiam książkę, która opisuje sytuację jaka czeka świat, a właściwie już się wydarza, co daje podstawy do refleksji bardziej merytorycznej, tj. odnoszącej się do szeregu już zaistniałych faktów.

Recenzja książki Koniec świata to dopiero początek. Scenariusz upadku globalizacji

Autor Peter Zeihan. Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2023.

zeihan_okladka

Gdy zobaczyłem tytuł tej książki, a dodatkowo dołączone w niej opinie jak:
„Autor sugeruje, że koniec jednej ery może być fascynującym początkiem innej, pełnej niespodziewanych możliwości” (redaktor naczelny magazynu „Układ sił”),
„Nigdy nie podchodziłem tak optymistycznie do perspektywy końca świata” (prezes Euroasia Group), pomyślałem – oto trafiłem na opracowanie zgodne z moim (i nie tylko) poglądem, że po rzekomej apokalipsie (książka plasuje się w kategorii  postapokaliptycznych tzw. postapo) i po okresie przejściowym czeka nas rozwój jakiego jeszcze nie było.

(Przy okazji przypomnę, że wg źródłosłowu apokalipsa to nie tyle jakiś tragiczny koniec świata, ale odsłonięcie zasłony, ujawnienie tajemnicy, która odkrywa nową rzeczywistość, prawdę. Wspominam o tym, ponieważ to rodzi pewne nadzieje).

612 stron napisanych przez renomowanego specjalistę od geopolityki zaostrzyło mój apetyt.
Niestety, dalsza lektura, niemalże do ostatnich akapitów, pokazała w 99.9% obraz wręcz przeciwny – świat w kleszczach nierozwiązywalnych i fatalnych wydarzeń na wszystkich polach.
Z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych Ameryki. Stąd zapewne owe zachwyty recenzentów, zwłaszcza amerykańskich. Zatem książka nie jest o tym, co wywnioskowałem z tytułu.

Poniżej piszę raczej nietypową recenzję, ponieważ prawie nie będę opisywał zawartości książki, ani nie będzie to podobne do wielu komentarzy/opinii wyrażonych przez czytelników, np. na portalu Lubimyczytac.pl.
Tam znajduję głównie pochwały, ja będę bardziej krytyczny, bo tego jakby brakuje. Autor mocno straszy upadkiem świata, ale to dość popularna ostatnio narracja, bo czytelnik lubi sensacje, a nawet być straszony. Chyba jednak mamy już dosyć tego straszenia na każdym kroku, co zwłaszcza odczuliśmy mocno podczas covidu, a które jest narzędziem do wprowadzenia dyktatorskiego rządu światowego.

Zacznę jednak od tego, że gdyby to była recenzja KSIĄŻKI jako takiej i jej autora, to byłaby to dość krótka notatka.
Niewątpliwie autor włożył dużo pracy, jak przyznał w końcowych podziękowaniach, jednak była to w sporym zakresie praca zbiorowa jego zespołu. Trwała ponad 5 lat aż do publikacji oryginału w 2022 roku (u nas 2023).
Monografie dotyczące szybko zmieniającego się obecnie świata i omawiające taki okres są narażone na nieaktualność szeregu poruszonych tematów. Zatem nie obejmuje ona rozwoju konfliktu na Ukrainie, również między Izraelem a Palestyną, czym była i co się stało z pandemią, jak trwają wysiłki by wprowadzić tzw. kredyt społeczny i kontrolować społeczeństwa, wielu interesujących nas spraw europejskich, a o Polsce jest tylko parę zdawkowych wzmianek. Optyka całości jest wybiórczo amerykańska, ale o tym dalej.
Co do samej redakcji książki, to uderzyła mnie nieczytelność skądinąd ciekawych diagramów i wykresów ze względu na czarno-biały druk. Szkoda, że czytelnik dopiero na ostatniej stronie dowiaduje się że kolorowe, wyraźne odpowiedniki można odnaleźć na stronie autora. Natomiast książka jest napisana w stosunkowo czytelny, usystematyzowany i prosty sposób, miejscami nawet szkolny, czasem z humorem i odwołaniem do własnych doświadczeń, co lubię. I to, że autor nie lubi buraków czy kiszonej kapusty (pisze „fuj!”), to właśnie prywatny (amerykański?) gust, ale … i prawdopodobnie brak wiedzy jak korzystne dla zdrowia są te warzywa.

Cóż – moja opinia o tej książce też jest osobista.

Szerszego omówienia wymaga natomiast postawa i ideologia, jaką prezentuje autor. Od wstępu książki, już na pierwszej stronie, zacząłem się dziwić jak autor widzi wiele spraw – „… żyje się nam zawstydzająco bogato i spokojnie” (komu i gdzie?) lub autorytatywnemu stwierdzeniu „świat już nigdy nie będzie lepszy niż za naszego życia”, co pachnie pudłem w słynnej opinii o końcu historii, by wymienić wątpliwości pierwsze z brzegu. I jak mało ścisłe są wstępne komentarze przywołane przez wydawcę, np. „To wykład bez luk, nawet szczelin, w które wetknąć można by było choć szpilkę” (sic! w wypowiedzi naczelnego „Rzeczpospolitej”).

Najczęściej powtarzanym zwrotem w książce jest Pax Americana (PA), gloryfikowany na wszystkie sposoby. Chodzi o koncepcje pokoju w świecie zachodnim po II wojnie światowej, związaną z dominującą pozycją Stanów Zjednoczonych w sferze militarnej i ekonomicznej. Amerykanie przez swoją dominacje na morzach i oceanach, co jest kluczowe dla handlu międzynarodowego, chwalą się też jego liberalizacją i globalizacją.
Faktem jest że u nas ten termin PA często rozumiany jest zawężająco, ale słusznie krytycznie jako narzucanie całemu światu amerykańskich standardów ekonomicznych, kulturowych i politycznych, bez uwzględniania miejscowych uwarunkowań. Pax Americana jest korzystny dla USA, więc go chwali.
Zeihan uważa, że cały współczesny świat zawdzięcza niemal swoje istnienie PA.

Jest w tym wiele hipokryzji, zwłaszcza jeśli autor twierdzi że USA są ostoją światowego pokoju.

Wiadomo, że to Stany Zj. wywołały lub popierały wiele wojen – tych otwartych jak na diagramie poniżej, oraz siłowych przejęć władzy, zamachów, aktów terroru – zarówno na świecie jak i wewnątrz swego kraju.
Niektóre miały charakter skryty, np. w formie akcji fałszywej flagi.

USWars

Popełniam pewne uogólnienie, ponieważ faktycznymi sprawcami niektórych tych zdarzeń są ukryte międzynarodowe mafie i organizacje, korporacje mające siedziby zwłaszcza w USA. W całej pracy autor pomija tę niewygodną prawdę o zakulisowych działaniach Deep State i brudnej polityce. Co dobre to amerykańskie, co złe – to nie Ameryka.

By nie zmieniać recenzji w artykuł polityczny, listę takich głównych wydarzeń podaję w załączniku.

Rozumiem, że autor jest patriotą, ale jako naukowiec powinien zachować więcej obiektywizmu.

Stany Zjednoczone faktycznie mają wielki potencjał w zakresie zasobów naturalnych, gospodarczy, demograficzny, wojskowy, technologiczny itp. (co jest dokładnie i wielokrotnie omawiane), ale ta wspaniałość Stanów jest obecnie zagrożona przez złe rządy, uwiąd demokracji (cokolwiek o niej sądzić), podziały i rozwarstwienie społeczne i fakt, że względnie duża część społeczeństwa żyje poniżej progu ubóstwa. Z wolnością też nie jest tak dobrze jak się mówi etykietując USA jako wzór.

Niewątpliwie książka zawiera dużo ciekawych analiz, z których zwraca uwagę temat, o którym stosunkowo mało się mówi – demografia. Wbrew popularnemu straszeniu przeludnieniem, autor wykazuje, że liczba ludności zaczyna szybko spadać w wielu rejonach świata, a społeczeństwa się starzeją. To jest bodajże największy problem rzutujący na wiele innych – pod kątem kosztów społecznych i budżetowych, sił wytwórczych (wiek produkcyjny), zaniku reprodukcji.
Z drugiej strony autor nie zauważa (?) że nomen omen amerykanizacja świata wzięła się z jego kraju, a więc życie wygodne i egoistyczne (co autor nazywa narcystycznym populizmem), bogacenie się kosztem rodziny, ale i innych państw, zadłużanie się, moda na ideologie lewicowe, gender, brak dzieci, liberalizm posunięty do absurdu itd.

Braki kadrowe – ilościowo i z tytułu zaniżania poziomu nauczania, o czym już Zeihan prawie nie wspomina w kontekście samego USA, to przeszkoda w rozwoju. Ale prawie nie wspomina też o tym, że na plan weszła ostro robotyzacja, a zwłaszcza sztuczna inteligencja (AI), co pozwoli znacznie zniweczyć braki w siłach wytwórczych. Bardziej obawiałbym się zaniku różnych fachów i zdolności wynikłych z wygodnego spychania zadań za granicę – to nie powodowało potrzeby szkolenia młodzieży w tym zakresie w samych Stanach. Przyjemniej i łatwiej jest być internetowym influencerem, grać na giełdzie czy mieć posadę w rozrastającej się biurokracji.

Tutaj wtrącę swoją opinię, która jest jednym z elementów mojego optymizmu, jakiego oczekiwałem i od autora. AI jest przykładem jak nagłe zjawiska z poziomu technologii potrafią zaskoczyć i zmieniać świat, jak na przykład onegdaj laser, miniaturyzacja elektroniki, smartfony i aplikacje telekomunikacyjne czy w ogóle komputeryzacja. A przecież to nie koniec możliwych rewolucyjnych zmian jakie mogą się objawić lub być wynikiem odblokowania osiągnięć naukowych, które dotąd przeszkadzały zakorzenionym biznesom. Rewolucja nastąpi też w uwolnieniu kapitału ukradzionego przez chciwych oligarchów oraz w zrozumieniu, że nie da się w nieskończoność żyć złudzeniami jak i popełniać wciąż tych samych błędów. Wiele zależy od odsunięcia od władzy ludzi szalonych, czasem wręcz psychopatów (przypomina się pojęcie ponerologii politycznej wg Andrzeja Łobaczewskiego), uwiązanych koteriami przestępczymi i z wybujałym ego.
Ludzie nie powinni tak bardzo martwić się o pracę (bo jest tak wiele do zrobienia dla naprawy świata), co o środki do życia. Te można wygospodarować w zdrowym systemie politycznym i finansowym.

Wracając do omówienia książki – na pozytywną uwagę zasługuje podejście historyczne do poruszanych głównych tematów (transport, finanse, energia, surowce przemysłowe, produkcja przemysłowa, rolnictwo).

Mamy opis dziejów ludzkości przez rożne epoki i momentów przełomowych dla każdej z wymienionych dziedzin, towarzyszących im motywacji do osiągania postępów i dokonywania zmian.
Innymi słowy – podbudowę obecnego stanu rzeczy, w którym przyspieszające zmiany w ostatnich dekadach miały wielki wpływ – wielu nie dostrzegało ich pod kątem zagrożeń. Powiem tak: sam postęp techniczny, to nie wszystko, co warunkuje rozwój.

Pokazano jak krucha jest materia wielu branż, a zwłaszcza transportu, od którego zależy ciągłość łańcucha dostaw, a to rzutuje na multum innych sfer gospodarczych.

Te sfery są pokazane szczegółowo także w kontekstach geograficznych – książka jest niemal atlasem gospodarczym z uwzględnieniem zachodzących zmian.
Polemizowałbym z kryzysem energetycznym. Mimo że autor słusznie zauważa że paliwa konwencjonalne nie są takie złe w opozycji do kosztowych paradoksów np. aut elektrycznych, to nie potrafi wyjść poza schemat ograniczonej ilości źródeł energii, nie uruchamia wyobraźni dotyczącej nowych wynalazków, które mogą wszystko zmienić. Nie tylko w tej dziedzinie.

Co do świata finansów – przedstawiona analiza wg mojej wiedzy jest niepełna a nawet nieścisła, co może być spowodowane nie uwzględnianiem ostatnich wydarzeń, zwłaszcza w USA. Autor zdaje się nie widzieć jak w dużym stopniu USA są wykupywane i uzależniane na różne sposoby przez Chiny.
Wielu zaskoczy diagnoza upadku Chin i to na wielu polach. Jednym z powodów jest olbrzymie przeinwestowanie i zadłużenie, siłowe wdrażanie kosztownych rozwiązań, skostniały system zarządzania oraz wielki problem demograficzny – wcale nie wzrostu, ale kurczenia się populacji. Tę diagnozę potwierdza parę innych źródeł, które znam. Być możne jest w tym też samopocieszenie się Amerykanów w ich przekonaniu, że to oni są i będą liderami światowymi. Ale dlaczego jednak tak boją się Państwa Środka i są gotowi na wojnę z nim?
Rolnictwo to ważny temat, ponieważ od tego dosłownie zależy nasze biologiczne istnienie. Wiemy o wielu zakusach, nawet działaniach, które niszczą tę branżę w imię „ratowania klimatu” oraz rolnictwo jest poddane brutalnej walce o rynki zbytu dla produkcji z krajów gdzie standardy jakościowe są niskie. Autor prawie o tym nie pisze. Dziwi też to, że nie wspomina o wielkich potencjalnych zasobach surowców żywnościowych z mórz i oceanów. Jak wspomniałem, Zeihan nie pisze o Polsce, gdzie jeszcze mamy nadprodukcję żywności, a nasze zagrożenie nie wynika tyle z podawanych przez autora przyczyn, co z polityki UE.

Dopiero na samym końcu Peter Zeihan ostrożnie pokazuje parę światełek w tunelu całej opisanej nieciekawej sytuacji świata. Wspomina o tym, że przeżywamy pewne interregnum – w historii bywały wielkie upadki i odrodzenia, to i teraz po paru (dwóch?) ciężkich dekadach świat się odrodzi. Osobiście sądzę, że dużo wczesnej dzięki wielkiemu projektowi Odnowy Ziemi w ramach ruchu CARE, ale to osobny temat dla wtajemniczonych, o czym wspominałem na tutejszym blogu.
Wyciągniemy wnioski, a ok. 2040 roku milenialsi zaczną napędzać gospodarkę pieniędzmi oraz przypływem siły roboczej swoich dzieci. Pojawi się synergia USA z Meksykiem oraz prawdopodobnie Kolumbią. Ale to wizja dla Ameryki. Znów brak jest pozytywnego odniesienia do innych rejonów i wyobraźni dotyczącej wspomnianych przeze mnie innowacji technologicznych. Peter Zeihan wspomina tylko o możliwym postępie materiałoznawczym (np. w zakresie magazynów energii) oraz w rolnictwie precyzyjnym (możesz o tej branży dowiedzieć się w ciekawym rozdziale o rolnictwie).

Mam kilkadziesiąt notatek marginesowych w tej książce, w tym wiele znaków zapytania, ale na powyższym opisie poprzestanę, bo to obszerny materiał na wiele omówień.

Zapoznaj się z książką sam/a – poszerza wiedzę, czasem zaskakująco, niezależnie od wymienionych braków.

PS. Nie mam raczej zwyczaju pisania tutaj recenzji książek, ale w tym przypadku robię to ze względu na ciągłość tematyczną z kilkoma planowanymi i starszymi wpisami.
Ta recenzja w krótszej formie pojawi się na paru portalach książkowych.

Załącznik

Pax Americana od drugiej strony
(od 1945 do 2015 r., co nie uwzględnia nowszych zaangażowań)

USAbombing_list

O wątpieniu i numerologii

kolo_liczb

1+1 = 2 
i tego się trzymajmy.

Ten wpis został sprowokowany artykułem „Liczby są jak język Boga”, na jaki trafiłem przypadkowo w nr 5/2024 miesięcznika „Czwarty wymiar”.
Do jego treści nawiążę na końcu.
Natomiast niniejszy wpis jest przeniesieniem, z małymi zmianami i uzupełnieniami w [   ], artykułu który napisałem w 2004, a potem uzupełniłem w 2008 na nieistniejącym już blogu L-earn.net – z zachowaniem tytułu, gdzie zastrzegłem że jest to wpis dyskusyjny, chciaż dziś  dałbym raczej Manowce numerologii lub podobny.
Zatem pośrednio uzupełniam też nie działające jak dotąd odwołanie we wpisie Trójca – moje trzy (!) grosze do tego,  który właśnie czytasz.
Uprzedzając krytykę duchowo i ezoterycznie „nakręconych” numerologów – z tego wpisu Trójca… dowiecie się, że nie obce mi były takie tematy i dywagacje.

———

Otrzymałem list od czytelniczki, która wyraziła pogląd, że nasza kondycja, a więc efektywność i możliwości rozwoju są znacząco zdeterminowane przez datę urodzeniową i imię (jak wiadomo to numerologii wystarcza!). Dalej był krótki wywód o numerologii jako narzędziu do odczytywania i poprawiania swego losu.

Pozwolę sobie i ja wyrazić swój pogląd na ten temat.
Wiem, że wśród moich czytelników jest grupa osób, które zapatrzone w idee New Age, fascynują się numerologią i astrologią.
Niestety,  nie podzielam tej fascynacji i już przewiduję, że wśród niektórych zrobię sobie oponentów. Cóż, mam wielu przyjaciół, może  pora na wrogów? Ponieważ wypowiadam się w dziale „O myśleniu” [oryginalnej strony publikacji], to obowiązuje mnie pewien poziom rozsądku.

Do rzeczy. Tak się składa, że na temat numerologii miałem parę lat temu dyskusję z 2 znanymi polskimi numerologami, którym postawiłem parę podstawowych pytań i którzy nie potrafili na nie rzeczowo odpowiedzieć. To utwierdziło mnie w podejrzeniu, że podstawy „wróżebnej” numerologii są wątpliwe. Fakt, że od tamtego czasu nie wracałem do tematu, ale nie sądzę by coś się zmieniło…
A może ktoś mnie oświeci?

Sądzę, że jakakolwiek  metoda wróżenia (jeśli w ogóle przyjąć, że wróżenie jest możliwe i nie budzi wątpliwości moralnych i logicznych) powinna opierać się na jakiejś zasadzie.

Z astrologii wiadomo, że data urodzenia  nie wystarcza, bo nie uwzględnia znacznych różnic w horoskopie związanych z godziną oraz z miejscem urodzenia (co innego Warszawa, a co innego Paryż itp.). 
Mało tego:  data urodzenia w astrologii dowiązuje się do czegoś obiektywnego jak położenie planet, natomiast  numerologia nie dowiązuje jej do niczego (?). Jeśli przyjąć, że portret numerologiczny dowiązany jest jednak do planet – liczby 1-9, to jest to podejście bardzo naciągane, zresztą podobnie jak w astrologii. Mówi się w niej o oddziaływaniu planet na człowieka, Ziemię. Oczywiście, takie oddziaływanie istnieje. Jakiego rodzaju jest jednak to oddziaływanie? Jeśli grawitacyjne, radiacyjne, magnetyczne lub inne fizykalne, to wpływ Neptuna czy Plutona jest mniejszy niż dużych księżyców Jowisza a nawet Saturna (są większe i znacznie bliżej, Ganimedes jest większy od Merkurego!).  Dlaczego więc astrologia nie  uwzględnia oddziaływania tych ciał? Jeśli chce ona powoływać się na naukowe podstawy, to powinna ten  fakt uwzględniać. Chyba, że jest to jakieś inne oddziaływanie podlegające innym prawom niż znane fizyce. [tu faktycznie pojawiła się nowa wiedza, np. ta wynikająca z ujawnień Kimberly Goguen o sztucznych „matrycach” – patrz omówienia jednego z jej raportów w części o tytule 2 Matrixes Existed for Extraction of Celestials Lifeforce w tym  wpisie ,  chociaż było o tym wiecej wiadomości w różnych raportach].

Myślę też, że liczby mają znaczenie uniwersalne we Wszechświecie, a zatem jakaś prawdziwa numerologia raczej nie powinna być związana z planetami albo powinna sprawdzać się i innych układach planetarnych, np. z 4 planetami itd.

Jeśli numerologia nie ma jednak nic wspólnego z astrologią, to jakie zjawiska fizykalne czy inne(?) określają wg niej los człowieka i to tylko na podstawie daty i nazwy (imienia , nazwiska…)?

Jeśli data nawiązuje do naszego sposobu liczenia czasu (a tak się u nas i w Europie praktykuje), to znaczy że ta numerologia już nie obejmuje Żydów (nie koniecznie z Izraela), którzy liczą daty inaczej, ani Chińczyków, którzy jeszcze inaczej i innych, którzy mają inne kalendarze?

Przecież data to rzecz zupełnie umowna! Nadto, numerologia jest „stara jak świat” (numerolodzy stosują często system pitagorejski), a nasz kalendarz jest stosunkowo młody, więc stare nauki nagina się do nowych okoliczności?

Obecnie na świecie używa się ok. różnych 40 kalendarzy. W samych Chinach jest parę sposobów liczenia czasu. Nie wdając się w tę egzotykę wystarczy ograniczyć się do kalendarza gregoriańskiego używanego w Europie od 1582 r. (choć nie wszędzie od razu, np. juliański obowiązywał w Rosji jeszcze do 1917 r.).

Jak wiadomo, w ustaleniu początku naszej ery popełniono (Dionizy Mniejszy) przynajmniej dwa błędy i w wyniku tego reforma kalendarza obarczona jest nieścisłością, która może wynosić parę lat.

Zastosowanie w astrologii i numerologii różnych kalendarzy powinno przynajmniej odwoływać się do czegoś na podobieństwo „konwencji mentalnej”, jaką przyjmuje się „skalując” wskazania wahadełka przy jego wykorzystaniu do psychometrii. Nie słyszałem jednak o tym. 

Jeśli jednak  numerologia związana jest z astrologią, to warto jeszcze odnotować następującą ciekawostkę, która pokazuje prymat tradycji nad ścisłością. Otóż Zodiak powinien raczej posiadać 13 znaków lub wprowadzić znak Wężownika zamiast Skorpiona, ponieważ w gwiazdozbiorze Wężownika Słonce przebywa dłużej (18 dni) niż w gwiazdozbiorze Skorpiona – 6 dni (a w znaku 29 dni – dla zbilansowania roku). Oczywiście zgodność znaków z gwiazdozbiorami jest umowna, bo są gwiazdozbiory duże jak Panna i małe jak Rak. Także precesja osi ziemskiej na przestrzeni lat wszystkie znaki Zodiaku przesunęła na zachód względem  pierwotnych historycznych pozycji gwiazdozbiorów.

Ponadto, numerolog z daty tworzy liczbę na zasadzie sum lub innych kombinacji liczbowych. Przez kombinacje liczbowe, nawet samo sumowanie numerów liter w imieniu (sic!), tworzeniu przedziwnych reguł z liczbami mistrzowskimi i karmicznymi, można bodajże otrzymać dowolną liczbę z dowolnej liczby. Czy suma jest ważniejsza od różnicy (w matematyce nie jest!)? Trochę sarkastycznie zapytam: a może wprowadzić jeszcze mnożenie i pierwiastki?
System dziesiętny liczenia też jest arbitralny i nawet na Ziemi nie wszędzie właśnie ten, więc względność metod numerologii i astrologii jeszcze bardziej wzrasta.

Do wyznaczenia „portretu numerologicznego” wg popularnej metody sumuje się wg pewnej reguły litery imienia i nazwiska (a także cyfry z daty urodzenia). Na ogół robi się to po urodzeniu i nadaniu imienia (imion) a zatem otrzymujemy pewien wyznacznik, w którym już raczej nic nie możemy zmienić. Los delikwenta, jeśli nie przesądzony (wróżbiarstwo nie ryzykuje tak kategorycznej postawy), to jest już uwarunkowany, bo nazwiska na ogół się nie zmienia. Owszem, jeśli sporządza się portret przed nadaniem imienia, lub imię zmienia się później z różnych względów, to numerolog zachęca do odpowiedniego wyboru lub zmiany – jeśli to  „poprawia wibrację”. Zatem tylko zmiana imienia już odmienia nasz los? Bardziej niż wpływ rodziny, środowiska lub ujęcie swego losu we własne ręce?
Ponadto, w rożnych krajach mamy różne alfabety (różne litery, ich ilość i kolejność) i różne przyporządkowania liczb do nich. Widziałem pewne schematy zastępowania, ale wydają mi się naciągane. Do tego rozróżnia się jeszcze wpływ samogłosek i spółgłosek. Ale zauważmy, że różne języki mają różne spółgłoski, np. rosyjskie „ja”, „ju” pisane są jako pojedyncze litery i traktowane jako spółgłoski. W niektórych alfabetach w ogóle nie używa się samogłosek, a pewne języki w ogóle nie mają alfabetu w naszym rozumieniu!. Te same imiona, nawet jeśli tak samo wymawiane, w różnych językach mogą mieć różne zapisy literowe. Jeśli Jan Jurczyk pojedzie do np. Rosji, to tam numerolog sporządzi mu zupełnie inny portret  i ze względu na imię i ze względu na nazwisko.

Z kolei, przy redukcji sum, stosowanej w numerologii,  otrzymuje się niejednoznaczne wyniki. Jeśli z daty czy imienia wynika np. suma 21, redukujemy ją do 2+1=3. Ale 3 otrzymujemy także z samej 3, 30 oraz z 12.

Nie będę dalej wnikał w takie przykłady, bo po pierwsze nie znam się na szczegółowych „technologiach” (zresztą są różne systemy, które się mieszają, co już coś za siebie mówi …), a po drugie taka numerologia jawi mi się jako (sorry) kompletna bzdura i chyba szkoda na to czasu. Choć można mieć zastrzeżenia i do astrologii, to do takiej numerologii, jaką widzę w czasopismach  z wróżbami zastrzeżenia mam zasadnicze.

Oczywiście liczby są fascynującym tematem, są o nich obszerne naukowe teorie, … kluczem i  mają swoją rolę i tajemnice w matematyce, systemach oraz symbolice, prawdopodobnie mają też rzeczywiście swoje „wibracje”.
[Wtrącę ciekawostkę związaną z tajemniczymi liczbami pierwszymi – zwłaszcza w hipotezach Petera Plichty – zobacz w książce „Tajemnicza formuła Boga. Kod liczb pierwszych kluczem do rozwiązania zagadki wszechświata„, w której autor próbuje wykazać, że liczby nie mają charakteru przypadkowego, że nie są abstrakcyjnym wymysłem lecz są wyznacznikiem podstaw budowy materii. Punktem wyjścia całej teorii jest ‘krzyż liczb pierwszych’…].

Wracając … ale żeby wiązać to z imieniem czy nazwiskiem i handlować tak wyliczonymi „programami życia”? Coś się w człowieku buntuje i w końcu nie dziwi, że guślarstwo „jest czymś obrzydliwym w oczach Pana”, jak określa to Biblia.
Można bowiem do sprawy podejść z płaszczyzny religii, gdzie znajdziemy rozbudowany materiał krytyczny. Kościół (y) pyta przede wszystkim: Kto za tym stoi? Lub można od razu potraktować temat z góry i śladem religii powiedzieć,  że jeśli numerologia/wróżbiarstwo ma jakąś skuteczność, to tylko za sprawą demonów, które wykorzystują tę sposobność by tumanić człowieka.
Z dostępnych popularnych książek na ten temat sugeruję tytuł „Czego nie powie ci horoskop” Charlesa Strohmera (Wydawnictwo Charyzma, 1993). Opinia autora jest cenna przynajmniej o tyle, że nie pochodzi z grona zasadniczych naukowców negujących wszelkie sprawy duchowe lub niemierzalne, ani z Kościoła, a zatem instytucjonalnie ideologiczna, ale wyrażona jest  z wnętrza środowiska astrologów. Autor był przez wiele lat zawodowym astrologiem i zna swój fach.
W pewnym momencie jednak zmienił pogląd na istotę i wiarygodność astrologii i napisał książkę krytyczną powołując się głównie na zasady i nauczanie wiary chrześcijańskiej. Pomijam tutaj cały aspekt religijny, który nie do wszystkich  przemawia lub nie dla wszystkich jest ważny, ale odsyłam przynajmniej do argumentów natury naukowej w tej książce. Autor w szczególności  wyraża przekonanie, że dwie osoby z identycznym horoskopem (np. dzieci urodzone w tym samym szpitalu w tym samym czasie) mogą mieć zupełnie inne życie, jego długość, zdrowie itd.

Czy spojrzeć na te sprawy z punktu filozofii chrześcijańskiej, odwiecznej ezoteryki czy „nowej duchowości”, widzimy zgoła inną postawę niż poddawanie się fatum – to nie ono, ale przede wszystkim my sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie.

A teraz nawiązanie do artykułu z Czwartym Wymiarze. Zbulwersował mnie tym, że wciąż numerologia jest traktowana poważnie (od lat nie ocierałem się o ten temat). O ile we wspomnianym numerze jest parę naprawdę ciekawych artykułów trzymających jakiś poziom, to ten, w mojej opinii,  jest intelektualnym wstydem dla Redakcji. Nie zastanawia jej cokolwiek z tego, co napisałem wyżej?
Dochodzi jednak coś więcej.  Omawiany jest „kongres” numerologów, z prezentacją wielu systemów określania losu, wydarzeń, … na bazie liczb. Ciekawe czy ich zastosowanie doprowadza do tych samych wyników? Bo jeśli nie, to mamy dowód, że każdy z tych specjalistów snuje swoją bajkę i w jakimś stopniu ogłupia swych klientów. Czy nikomu nie przychodzi do głowy, że tyle różnych metod numerologii nie może być jednocześnie słusznych, jeśli w ogóle którakolwiek jest?

Na koniec muszę  się zastrzec – nie jestem specjalistą od numerologii i astrologii! Nawet gdybym był, w takiej materii trudno być pewnym czegokolwiek na 100%, co zresztą dotyczy bardzo wielu dziedzin. Żartobliwe powiedzenie „Tylko 2 rzeczy są pewne: śmierć i podatki” też zostało dawno zakwestionowane – pierwsza np. przez Leonarda Orra w jego teorii fizycznej nieśmiertelności (a także przez niektórych biologów), druga w nauczaniu Roberta Kiyosaki o inteligencji finansowej. Jakkolwiek kontrowersyjne są takie stwierdzenia, to mają przynajmniej zaletę intelektualnej prowokacji, tak potrzebnej w rozwoju myśli ludzkiej i w innowacjach. Natomiast, tak jak ja to widzę, niektóre stwierdzenia numerologii ani nie są pożyteczną innowacją ani nie spełniają prostych reguł wnioskowania.

Leszek Korolkiewicz

 

Gorzko, ale OPTYMISTYCZNIE

optymizm

W dzisiejszych czasach należy być optymistą,
by otworzyć z rana oczy.
Carl Sandburg

Optymizm bywa ośmieszany jako łudzenie się, naiwna postawa życiowa, coś co niweczy czujność. Możnaby napisać obszerną rozprawę o optymizmie (są o tym książki), o jego wersjach i roli, ale nie o to mi tutaj chodzi.  Odnosę to do pewnych kontekstów, które się zmieniają zarówno globalnie jak osobiście.
Nad optymizmem można panować i wykorzystywać go dla siebie i innych.

Z natury jestem optymistą, ale ta postawa jest wystawiana na próby.
Był czas różnych idealistycznych postaw i wiele z tego, co sugeruje psychologia o roli optymizmu i doświadczenie wielu ludzi. Odkopuję próbkę dedykowanej stroniczki z 2008 r.  Spełnij marzenia, którą ledwie naszkicowałem i potem szybko porzuciłem (prymitywny szablon), ale oddawała ówczesną wiarę w rolę optymizmu, wiary w siebie. Były też konkretne akcje by taką postawę krzewić, np. jak pisałem w 2010 – w Dzień dobry.
Z czasem coraz bardziej dostrzegałem dwa bieguny tego zagadnienia – obserwując jak świat się pogrąża w antykulturze, barbarii i dystopii oraz odczuwając fizycznie w sobie atrybuty wieku, a więc i zdrowia, i powiązane z tym społeczne ograniczenia.
Nie będę tego wywlekał, bo temat przewijał się wielokrotnie nawet tutaj w różnych aspektach.  Podobnie jak wiele razy pisałem tutaj o optymizmie.

Wpis będzie bardzo osobisty, także o tym, czego ludzie raczej nie pokazują.
W życiu zdarzają się chwile gorzkie psychologicznie, szczególnie przy rozczarowaniu, ale i fizycznie – np.  przez ból. Żyłem często w bólu.
I tak – mimo zaangażowania w sprawy zdrowia, właściwego podejścia do stylu życia, żywienia, profilaktyki –  borykałem się większość życia ze swoją cielesnością. Nie podłamałem się mimo to, nie stało się to także gdy w 2023 wykryto u mnie rozległego złośliwego raka. Miałem 3 operacje, obecnie przechodzę uciążliwą długotrwałą immunoterapię i kontrole. Wygląda na to, że będzie dobrze, takie są rokowania, ale myślę, że pomaga mi właśnie optymizm, wiara że przede mną jeszcze dużo dobrych doświadczeń.
Hipotetyczny „Zły” jakby czuwał by mnie wybić z tego nurtu, bym czuł się pechowcem.
Oto najnowszy przykład. Pozimowy sezon na działce w lesie rozpoczęliśmy w długi weekend majowy. W standardowej procedurze uruchomienia domu jest podłączenie termy (wywozimy ją do Warszawy by chronić przed mrozem i ew. złodziejami), a potem otwarcie zaworów dolotowych wody. Nagłe bum – struga wody zalewająca piwnicę z powodu uszkodzenia zaworu. Nigdy nie było takiej sytuacji przez ponad 25 lat.
Jak tu egzystować bez wody? Jest 1 Maja, potem praktycznie 4 dni wolne.
To był raczej cud, że po dziesiątkach telefonów, poszukiwań hydraulika, udało się znaleźć jednego, który następnego dnia przyjechał i to naprawił.
Tymczasem okazało się że gazu w butli jest na jedno krótkie odpalenie (jakaś nieszczelność?). Dawniej mogłem ją nabić po prostu na stacji paliw, ale według nowych przepisów trzeba jechać do specjalnego punktu – w okolicy był tylko jeden, z odbiorem butli następnego dnia.  Dla żony-gospodyni, to kolejny problem. A jej następny – komórka tajemniczo nie chciała się włączyć (ale tu pół biedy, dało się naprawić po powrocie, ale nastrój „niefartu” się pogłębiał).
Wiejska droga do nas jest bardzo wyboista a samochód ma niskie zawieszenie. Tego dnia urwał się tłumik. Nie byłem w stanie go zamocować bez podnośnika lub kanału. Dalsze peregrynacje lokalne do sklepów i usługodawców to obawa czy nie wypalę sobie błotnika w jego plastikowej części. A był powód by parę spraw załatwić. Otóż, wieczorem chcemy obejrzeć coś w telewizji, ale z kolei posłuszeństwa odmówił dekoder. Wszystkie podłączenia OK, a on milczy.
Następnego dnia kupiłem w miasteczku nowy – telewizor odpalił na większej ilości kanałów, co się nie udawało poprzednio. Czyli dobrze się stało, stary dekoder  był wadliwy.  Nie cieszyliśmy się długo, bo następnego dnia telewizor … się zapalił. Dobrze, że zareagowaliśmy szybko – mógł być pożar. Cóż, był stary.
Da się żyć bez niego. Natomiast nie za bardzo przy niesamowitym wysypie meszek i komarów (tych mniej), już po dniu byliśmy mocno pogryzieni, a ja mam na to uczulenie. Ostanie dwa lata tak nie było. Wytrwaliśmy parę dni, decyzja o powrocie. Załadowaliśmy się sporą ilości zapasów przygotowanych na dłuższy pobyt i jedziemy. Wieczór. Po paru kilometrach silnik stanął. Nie widać żadnej znanej mi przyczyny. Chyba nie spędzimy nocy na wiejskiej drodze…
Udało się znaleźć telefonicznie lokalną lawetę, która dowiozła nas do Warszawy (ponad 80 km). Samochód zostawiłem pod już zamkniętym warsztatem. Taksówką z bagażami do domu, następnego dnia dostarczenie kluczyka, zlecenie naprawy, zarówno silnika jak i tłumika. Okazało się, że do wymiany jest sterownik silnika, świece i parę innych mniejszych spraw oraz konieczny nowy tłumik. Wszystkie koszty wystarczyłyby na dwuosobową umiarkowaną wycieczkę zagraniczną.
Czy to wszystkie awarie majowe? O nie, były i pomniejsze jak bluetooth w laptopie i nie działające funkcje medyczno-sportowe w smartwatchu (z tych droższych)… Jakaś niewidzialna ręka uwzięła się na na mnie? Nawet mogę się domyślać jaka.
Suma stresów i wydatków jak na parę dni nie stymuluje optymizmu, ale na pewno go nie złamała lecz dodała mu hartującej goryczy.
Bardziej mnie podłamała, ale na krótki czas, utrata ok. 800 wpisów, w tym artykułów jakie publikowałem na stronie Our Life Force od ponad 2 lat. To było przynajmniej dwa tysiące godzin włożonej pracy. Straciłem też kilkaset wpisów na tamtejszym profilu. A wszystko przez awarię platformy, przez jakąś niefrasobliwość admina, który nie zadbał dostatecznie o zabezpieczenie materiałów użytkowników. Będę powoli odtwarzał przynajmniej skromne zręby tego zasobu, bo uważałem tę pracę za dość unikalną w sieci i poczytywałem sobie ją za ważną misję, mówiąc górnolotnie.
Teraz nie miałbym czasu, możliwości i siły by to przewrócić w całości. Nawet jeśli mam kopie niektórych materiałów,  to to. co poszło szerzej w świat straciło odnośniki, które teraz kierują do 404.
Pozytywna nauczka – nie pracować samodzielnie aż tyle jeśli nie jesteś osamotniony w przekazywaniu takich informacji. Bo już nie jestem outsiderem – informacje się roznoszą coraz szerzej dzięki innym osobom oraz zasięgom samej Kimberly Goguen.
A te właśnie informacje są bardzo pozytywne, budzą nadzieję. Odsyłam to Wprowadzenia na wspomnianej stronie oraz do dalszych wpisów. Było o tym i na tym blogu, a ostatnio tutaj – CARE i ja – krótka historia.
Dawniej pewne nadzieje mogły być przedwczesne, ale okazało się, że „gady” tego świata miały całe pokłady ukrytych, rezerwowych środków, by nas inwigilować, sterować, mamić, uszkadzać i wyzyskiwać.  Opóźniało to pozytywny rozwój, ale te pokłady pułapek są kolejno demaskowane i likwidowane.
Przykładem jest ujawniona strategia, liczona na pokolenia, jak zniewolić ludzkość, między innymi planem pandemii. Optymistycznie wskazywałem, że to kłamstwo kiedyś padnie. I faktycznie – maski, lockdowny, absurdalne przepisy dotyczące spotkań lub przemieszczania się itp. – padły. Upadną i inne reżimy – to optymistyczne chociaż będą temu towarzyszyć i gorzkie doświadczenia. Także to, że tzw. traktat pandemiczny WHO został odroczony protestem wielu ważnych głosów specjalistów i polityków.
Głośno teraz o tym, że przyjęta strategia medyczna była błędna, że Astra Zeneca przyznała się do nieskuteczności i szkodliwości swoich szczepionek i wycofała je z rynku, wyszły na jaw procesy wytaczane Pfizerowi za fałszowanie statystyk oraz ukrywanie szkodliwości leków itd. Zakładane są pozwy, wypłacane odszkodowania za skutki złego leczenia. Nie będę się nad tym po raz kolejny rozwodził.
Pozytywne jest to, że ludzkość prawdopodobnie nie da się ponownie oszukać, chociaż knowania macherów i straszenie kolejnymi zagrożeniami trwają.
Przenosi się to na obłęd klimatyzmu, próby stworzenia społeczeństwa bezmyślnego i podatnego na ideowe szaleństwa, wynaturzenia i ślepe posłuszeństwo. Mam nadzieję, że dzięki gorzkiej lekcji  nie powtórzymy błędów.
Kolejnym przykładem wśród wielu jest ostatnia Eurowizja, podczas której ukazano pogłębiający się kryzys kultury. Obejrzałem kilkanaście minut otwarcia i miałem już obraz i …dość. Promocja golizny, ludyczności, nawet satanizmu,  słabej jakości sztuki. Festiwal migotliwego hałasu a nie piosenki. W największym skrócie pokazuje to klip https://x.com/i/status/1789849906242289748.
Także kto wygrywa te i podobne konkursy. Wg mnie występuje często selekcja negatywna pod założenia ideologiczne oraz działania lobbystów.  Czy ta wygrana nie była ustawką, skoro na długo wcześniej przesądzano o zwyciętwie chłopaka w spódniczce?
Ale to dzieje się i literaturze i w teatrze, kinie, w telewizji, w ogóle.

Czytam Obronę świata – obszerny książkowy zbiór felietonów Witolda Gadowskiego, głównie z lat 2019-2021. Chociaż publikowane były w tygodniku Niedziela, którego nie czytam i który nie pasuje do moich zainteresowań, to warto poznać idee i przemyślenia Autora. Oprócz pierwszej, dość „kościółkowej” części (nie umniejszam), książka zawiera mnóstwo celnych diagnoz i rozważania o przyszłości ubrane w dużą ilość bon-motów.
Część książki dotyczy koncepcji lokalizmu (nie mylić z lokajstwem!) jako antidotum na trend globalistyczny. Wtedy było to dopiero zarysowanie zasad i planu w stosunku do obecnej formy i praktyki lokalizmu. Wspomniałem o tym krótko wcześniej we wpisie Metoda, gdzie znajdziesz też inne przyczynki do mojego optymizmu. Podobnie jak ja, Gadowski wyraża się sarkastycznie o obecnej demokracji i podobnie od początku ujawniał przekręt kowidowy. Podziwiam aktywność pana Witolda, który nieustannie podróżuje po Polsce i organizuje lokalne kluby Ruchu Obrony Polski. Nie zakłada partii, nie narzuca regulaminów itp.  – chodzi o bezpośrednie kontakty ludzi podobnie myślących.
Udziela się w wywiadach i na konferencjach, jak ta ostatnia na której byłem.
O ile Wojciech Sumliński (też w tym ruchu) podnosi w swoich książkach (zwłaszcza w Koniec Polski. Ile czasu nam zostało? ) gorzką sprawę w jak beznadziejną sytuację geopolityczną Polska się wplątała, to Gadowski próbuje podnieść nas na duchu, a na ww. konferencji rozważania polityków i analityków przeciął nie używaną przez nich alternatywą: a jeśli UE padnie i to tak niespodziewanie jak padło ZSRR?
To jest zgodne z moim przewidywaniem: stary układ globalny wkrótce padnie i wtedy wiele naszych problemów się rozwiąże „samo”. Trzeba wziąć pod uwagę i to rozwiązanie i dążyć do niego, a nie popadać w im-posybilizm.
Na razie jestem za wprowadzeniem na stolik unijny zupełnie nowego projektu UE, ponieważ łatanie tego, co jest, nic nie da i będzie praktycznie niemożliwe. Taką inicjatywę europejską, już w znaczny stopniu uzgodnioną co do wspólnej pracy w gronie europejskich stronnictw i think tanków prawicowych, przedstawił dr Jerzy Kwaśniewski – szef OrdoIuris.
Te inicjatywy podbudowują mój optymizm. Tym bardziej, że Polska na tle innych krajów Zachodu jest jeszcze względnie normalna i ma duży potencjał.  I rodzi się coraz więcej ruchów oddolnych, które rozumieją, że stary nieefektywny układ partyjny powinien odejść.
Nie wolno milczeć wobec zła oraz poddawać się w walce o wolność.
„Ludzi dobrej woli jest więcej!”.
A „tupnięcie naraz tysięcy nóg może zawalić każdą budowlę” (W. Gadowski)

CARE i ja – krótka historia

Kim160821

Dlaczego, kiedy i jak zaangażowałem się w śledzenie
działań Kimberly Goguen i opisywanie jej ruchu CARE

Zainteresowanie ruchem CARE*  czyli Center of Amity and Restoration of Earth (przedtem Life Force) rośnie. Tak, jak w ogóle na fali coraz bardziej widocznej agendy NWO z jej programami, opresjami podporządkowanych organizacji (np. WHO) i rządów, wyzwala się zainteresowanie alternatywami, zwłaszcza wolnościowymi.
Kolejne kanały w internecie reprodukują lub omawiają wystąpienia liderki ruchu – Kimberly Goguen. Formy tych działań są różne**.
Alternatywne ruchy, ich publicystyka, to nic nowego, jednak niewiele to daje. Szczególnie gdy ludzie uzmysławiają sobie siłę oligarchii, która ma w swych rękach media, pieniądze, polityków, swoich ideologów i wyhodowanych popleczników. Mimo wszystko należy budować przeciwwagę tego propagandowo-siłowego monopolu i szukać rozwiązań impasu. Ważne jest też pokazanie nadziei i jej podstaw, co pomoże sukcesowi.

Dociera do ludzi, że mamy do czynienia z zasadniczym konfliktem dobra ze złem, gdzie zło wydawało się zwyciężać. Dobro i zło to kategorie nie tylko pragmatyczne lecz filozoficzne i duchowe.
Osobiście sprawami duchowymi interesuję się, a nawet zajmuję, od ok. 60 lat (teraz mam 77). Spory „staż”, który prawdopodobnie upoważnia mnie do własnego zdania na te tematy i jego wyrażenia. Zatem trochę o moich ostatnich poszukiwaniach…

Natrafiłem w nich na Kimberly jakieś 6 lat temu, początkowo nie zwracając na to większej uwagi, bo z tej dziedziny lekturami i i informacjami z Internetu byłem wręcz przywalony – od czasów gdy sieć stała się w ogóle dostępna (byłem w Polsce wśród pierwszych użytkowników i propagatorów – zawodowo). Nie sięgając aż tak daleko, spory wpływ na mnie wywarło przeczytanie np.  wszystkich książek Neale D. Walscha i podobnych prac.
Natomiast własne wypowiedzi zacząłem w 2006 r. od nieistniejących już blogów
L-earn.net (duży) oraz etsaman.blox.pl . Po latach część materiałów z blox przerzuciłem na tutejszy lapidaria.home.blog.
W 2011 r. nie miałem jeszcze odwagi wprost publicznie wypowiedzieć się o moich odkryciach –Tajemnica, potem przez pewien okres (od ok. 2017 r.) dałem się na krótko uwieść narracji Qanon, a przynajmniej wielokrotnie pokazywałem, że „teorie spiskowe” istnieją i nie są teoriami, a następnie przekazałem krótką wizję świata przyszłości – Nowa Opowieść Wigilijna , czyli o tym, o czym wiedziała już Kim. I to pozwoliło mi ją znaleźć.

Pierwsze krótkie podsumowanie działania Kimberly, na blogu Lapidaria było bodajże we wpisie Reset świata (cz.2) (potem pojawiło się już wiele następnych – wyszukiwarka).
Tam pokazałem też zaangażowanie paru osób z Polski w poznawaniu wykładów Kimberly oraz szereg materiałów pomocniczych (teraz nie sprawdzałem aktualności linków). Np. pisarzem i wizjonerem, który budował podobną narrację, chociaż nie był wprost związany z tymi wiadomościami i jego ujęcie było inne,  jest Igor Witkowski, którego czytałem i słuchałem od wielu lat.
W omawianym wpisie był wymieniony Stanisław Milewski – chyba on pierwszy  wokół tematu Kim i swojej odnośnej pracy zbudował środowisko, które w Polsce (i nie tylko) rozwija się i działa coraz szerzej w internecie i w realu.
W obszernym artykule Kim jest Kimberly Goguen? wspomniałem kanały na telegramie jak
https://t.me/CarePolska któremu Stanisław patronuje.
Należy się uznanie Stanisławowi za tę inicjatywę i konsekwentne działanie.
W swoich opracowaniach raportów Kim wspominam zawsze i z podziękowaniem, że korzystam także z materiałów tam umieszczanych (transkrypcje). Grupa członków spotyka się też okresowo online na konferencjach tematycznych na platformie zoom.
Ja, oprócz paru wyjątków, nie udzielałem się na tych kanałach ani na konferencjach.
Jest tam grono osób stosunkowo młodych wiekiem i tematycznym doświadczeniem, którzy wykonują sporą pracę, w szczególności w udostępnianiu najnowszych informacji jak i raportów.
Nie będę się tam „wciskał” jako kolejny, tym bardziej, że nie jestem znany i nie uczestniczę w dyskusjach. W ogóle nie lubię udzielać się w dyskusjach (zwłaszcza  na żywo – mam słaby głos), a tym bardziej nie mam ambicji być „lepszy”. Rozmawiam czasem ze Stanisławem, on wie że mam podobny (dłuższy?) staż w rozpoznaniu tematu, i że honoruję jego liderowanie w polskiej grupie, mimo że nie we wszystkim się zgadzam.
Przykładowo jest tam akcentowana słowiańskość, wielkość Lechii, co jest chwalebne jeśli nie przekracza granicy wywyższania się ponad innych. Chociaż może mieć to podstawy, ale raczej nie pasuje do modelu przyszłego społeczeństwa w wizji Kimberly, która wszystkich traktuje jednakowo.
Są tam też wątki i wypowiedzi odstające od głównego tematu, a czasem z nim wchodzące w konflikt lub niewiarygodne.
Wspomniane opracowania raportów robię od nowa względem tych, które są publikowane na telegramie, ponieważ wymagają szczegółowego sprawdzenia z oryginałem, wyczyszczenia elementów mowy potocznej, które nic nie wnoszą, a tylko zaburzają zrozumienie tekstu oraz wymagają wyjaśnienia pewnych pojęć. Także tłumaczenia są czasem tak niestaranne, że wprowadzają w błąd. To szczególnie ważne dla nowych członków grupy, którzy nie znają tych pojęć, skrótów, poprzednich wyjaśnień. Brak tej korekty może zniechęcić nowe osoby zamiast je zachęcić, oraz stworzyć wrażenie niedbałości. A wyjaśnienia są też  potrzebne ze względu na nowy paradygmat, pewne rewelacje, które mogą być na początku źle odbierane.

Jako redaktor na swoich stronach nie podpisuję się pod takim podejściem, ale też nie wprowadzam poprawek na kanale telegramu do tego, co tam jest udostępnione. Mogłoby to obrazić (?) obecnych redaktorów. Doceniam jednak, że w ogóle te materiały tam są i to często błyskawicznie (chociaż kosztem jakości).


Tak więc jestem outsiderem na własny rachunek i dla swoich nielicznych czytelników. Próbuję wyjaśniać pewne trudniejsze pojęcia, angielskie idiomy i slangowe wyrażenia. Nie zawsze potrafię, ale się staram. Nie afiszuję się w tym telegramowym środowisku, a raczej staram się przyciągnąć ludzi z innych stron, a przynajmniej dać im nadzieję w działaniach CARE.
A jeśli ktoś chciałby wziąć coś ode mnie – proszę bardzo.
Niestety straciłem kilkaset (!) tych raportów, praca ponad 2 lat,  na platformie http://www.Locusmind.one/pages/korcz  po jej awarii. Teraz zaczynam  odbudowywać tę stronę,  ale już nie odtwarzając starszych opracowań.
A kiedyś i tak się spotkamy gdy otoczenie samej Kimberly wyda kompetentne, autoryzowane materiały, które wszystko wyjaśnią.
Nie mam ambicji i czuję się też (niestety) za stary by brać udział w działaniach organizacyjnych, chyba że spełni się obietnica odmłodzenia ludzi w „złotym wieku” w jaki niedawno weszła ludzkość.
A obietnic jest wiele i wygląda że się realizują.

Chociaż moje duchowe zapatrywania są dość dalekie od ortodoksji religijnej, to polegam na tym, co jest w Biblii na temat boskiego prowadzenia i opieki – God Says .

I jeszcze:
„Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich.” – List do Efezjan rozdział 6: 12.

Ale nie chodzi tylko o wiarę, duchowość, ale i o zagadnienia praktyczne, które Kimberly i CARE często rozważa i wdraża.
___

Przypisy

* CARE często jest pisane jako C.A.R.E. Czym jest?
Krótkie wyjaśnienie znajdziesz np. w części wstępu do strony https://locusmind.one/pages/korcz :
„Ogólnie CARE podejmuje się ambitnego zadania przywrócenia Ziemi ludziom przez wyzwolenie od oligarchicznych, destrukcyjnych działań, które od wieków zniewalały ludzkość a także doprowadziły do dewastacji przyrody, zdrowia i stosunków społecznych. Żyjemy w przełomowych czasach, które wymagają takiego wyzwoleńczego działania, bo w przeciwnym razie grozi nam najgorszy orwellowski scenariusz.
To, co wyróżnia CARE, to skuteczne i realne działanie wykorzystujące pomoc Źródła (Boga), chociaż nie jest to żadną miarą ruch religijny, oraz dostęp do informacji (historycznych, wywiadowczych, prawdziwych) dający przewagę nad oponentami. Mamy też pomoc innych istot z Kosmosu i Ziemi – dotąd ukrytych. Brzmi to tajemniczo, ale wyjaśnienie tych środków nie jest możliwe w tym krótkim wstępie…”
Bardziej szczegółowo w części artykułu Kim jest Kimberly Goguen, gdzie nomen-omen dowiesz się też więcej o liderce tego ruchu.
O zadaniach i rozwoju CARE  Kim mówiła wielokrotnie w raportach. To projekt rozwojowy – przybywają nowe zadania i rozwiązania.

** Wspomniałem na wstępie o różnch formach zainteresowania tym, co robi Kimberly Goguen oraz o przekazywaniu tego światu. Tutaj odpowiem dodatkowo na początkowe pytania po co i jak.
Otóż nie jest tak, że wielu przywódców, rządów, agencji wywiadowczych  itp. nie wie o niej i jej działaniach. Wiedzą, bo prowadziła z nimi od dawna korespondencję, rozmowy, finansowała budżety narodowe, spłacała zobowiązania (np. USA względem Chin). Jednak ego tych ośrodków władzy jest ogromne i nie pozwalało im na przyznanie się do swoich błędów, niekompetencji, niezrozumienia machanizmów prawdziwej ekonomii itd. Brną w zaparte i próbują wojować z Kim mając na względzie tylko swoją władzę.
Lecz to ona wydała im wojnę i zapędza w „kozi róg”. Albo zrozumieją plan i  dołaczą do zmiany świata, albo przepadną.
To jednak inny wątek.
Chodzi o dotarcie do „szeregowych” ludzi. W tym celu powstał serwis informacyjny Unitednetwork.news a ostatnio Unitednetwork.earth (w skrócie UNN) ze swoją ekspozycją w postaci wielu dedykowanych kanałow na facebooku, youtube, twitterze, instagramie, linkedin, rumble, tik-tok (ostanie tam zbanowani przez Chiny), telegramie, itd., a przedtem jeszcze na innych własnych stronach i mediach społecznościowych.

Był długi czas gdy oryginalne raporty, dostępne w nieparzyste dni tygodnia dla subskrybentów, były powtarzane dla wszystkich następnego dnia.  Ten schemat został stosunkowo niedawno zastąpiony powtórkami publicznymi dopiero po tygodniu.
Wiele osób złaknionych aktualizacji nie do końca rozumie to podejście, skoro pod koniec raportów pada rekomendacja, by dzielić się nimi. Dobra nowina i pokazywanie prawdy powinno się rozprzestrzeniać.
W intencji szybkiego udostępnienia raportów i audycji z UNN polska grupa na telegramie zaczęła umieszczać tam transkrypty i uproszczone tłumaczenia zaraz po emisji. Dzięki wspomaganiu AI możliwe jest to dość szybko.
Ale to oczywiście nie jedyny pomysł w rozprzestrzenianiu informacji z UNN. Są już miejsca „stron trzecich” w sieci, które udostępniają także pełne nagrania raportów wkrótce po ich publikacji źródłowej.  Zacząłem z tego korzystać.
Są też osoby, które robią własne transkrypty i omówienia, jak np. Luca Morrow na Linkedin i na telegramie.
Jednak najlepszą (moim zdaniem) stroną z obszernym kompendium informacji i względnie szybkim omówieniem kolejnych raportów jest serwis Pameli J. Zeller www. justempowerme.com/posts/.  Ostatnio korzystam z podziękowaniem z jej opracowań.

Chciałbym przekazać tamtejsze Wprowadzenie oraz Zastrzeżenie, które dobrze pasują do mojej intencji i mojego zastrzeżenia, które umieszczałem w opracowanych raportach. Cytuję:

Moją intencją prowadzenia tego bloga jest pomoc w wspieraniu osób, które od dłuższego czasu podążają ścieżką Wielkiego Przebudzenia. Mając na uwadze tę publiczność, zdecydowałam, że podzielę się tym, czego się uczę od moich dwóch ulubionych przewodników, Kimberly Ann Gougen i Lisy Renee [tę sledzę mniej – odnoszę wrżenie że jej przekaz jest za teoretyczny w przekazie do „mas”], a mianowicie największymi skarbami, jakie dane mi było znaleźć. Jestem dozgonnie wdzięczna za wiedzę, prawdę i mądrość, które przynoszą światu.

ZASTRZEŻENIE
Jestem po prostu niezależnym blogerem i poszukiwaczem prawdy i nie jestem powiązana z Kim Goguen ani jej zespołem. Jeśli mój styl pisania sprawił, że ktokolwiek uwierzył, że mówię w imieniu Kim, to pozwólcie, że wyrażę się jasno: słuchając jej raportów wywiadowczych, po prostu robię notatki i składam je w artykuł. Nie powinni zastępować przesłuchania Kimbely.  Moje posty są jedynie uzupełnieniem jej filmów, do których ZAWSZE są dołączone linki. Jeśli słyszałeś, jak o czymś mówiła i potrzebujesz pomocy w znalezieniu filmu, w którym wspomniała o konkretnym temacie, mam nadzieję, że moja witryna pomoże Ci w wyszukiwaniu. Kiedy wiele lat temu zaczęłam uczyć się od Kim, zanim założyła United Network News, naprawdę ciężko było mi znaleźć informacje na jej temat. Słyszałam, że inni mówili to samo. Zamiast więc siedzieć z boku i narzekać, postanowiłem zrobić coś, aby pomóc. Biorąc pod uwagę poważną sytuację, w jakiej znalazła się ludzkość, a mianowicie, że psychopaci robią wszystko, co w ich mocy, aby zrealizować swój ostateczny plan zabicia nas wszystkich, mocno wierzę, że informacje dostarczane przez Kim, to, czego naucza i jej raporty wywiadowcze powinny być bardziej publiczne i bardziej dostępne. To dobry priorytet, przynajmniej w mojej głowie, a jeszcze bardziej w moim sercu. Pozwólcie, że wyrażę się całkowicie przejrzyście. Jestem tylko człowiekiem, który bardzo wiele nauczył się od Kim,  słuchając  jej. Jestem przyzwoitym pisarzem, więc próbuję pomóc, zapewniając inny sposób dzielenia się tymi informacjami. To właśnie tam kierował mnie mój kompas moralny w tych trudnych czasach. PJZ”  .

Formy działania CARE i moje prawdopodobnie zmienią się wg potrzeb czasu, gdy niebezpieczeństwa zostaną zażegnane i ludzkość skupi się na budowaniu suwerennego świata – nieporównie lepszego od tego jaki teraz mamy.

Nauka a praktyka

Był czas, który nie sprzyjał nauce i postawił jej adeptów na rozdrożu niewiadomego.
Gdybym urodził się kilkadziesiąt lat później…

nauka2

Jak ten czas leci!
Minęło już prawie 50 lat gdy obroniłem swoją pracę doktorską.
Dziś w ramach cyklu osobistych wspomnień, trochę o tym wydarzeniu i powiązanej historii.

Właściwie praca była gotowa sporo wcześniej, ale miałem pecha że mój promotor uległ groźnemu wypadkowi samochodowemu i na długo został wyłączony z życia uczelni, a tym samym nie był w stanie doprowadzić do końca całą procedurę jaka była wymagana.
Po jakimś czasie udało się znaleźć grzecznościowo zastępstwo w osobie znacznie starszego profesora, u którego kiedyś miałem wykłady. Jednak jego specjalizacja była inna i nie „czuł się dobrze” z tematyką, którą się zająłem.
Otóż napisałem pokaźny materiał na temat kryteriów jakości w ocenie automatycznego sterowania okrętów.
To dość skomplikowane zagadnienie, więc tutaj przybliżę je tylko ogólnie.
Okręt/statek to obiekt poddany na morzu wielu czynnikom jak prądy, wiatry, fale, oddziaływanie głębokości akwenu itp. Te czynniki mają charakter stochastyczny, to jest w dużej mierze przypadkowy, fluktuacyjny. Oznacza to poznanie dynamiki tych zjawisk, co samo w sobie jest dużym wyzwaniem. Do tego dochodzi zjawisko znacznej inercji obiektu. Wiadomo, że wyłożenie steru w jakimś kierunku czy zmiana obrotów śruby (prędkości statku) nie powoduje natychmiastowej reakcji w postaci zmiany toru – czasem trzeba wielu minut. Rolę odrywa też prędkość statku przyjęta ze względów logistycznych w powiązaniu z kosztem paliwa, masą ładunku i terminem dotarcia do celu.
W takiej sytuacji określenie optymalnego sterowania staje się zagadnieniem złożonym i zawierającym wiele czynników decyzyjnych i to zmiennych w czasie. Są to czynniki ekonomiczne i wynikające z bezpieczeństwa. Dochodzą jeszcze sytuacje szczególne jak poruszanie się w wąskich korytarzach (cieśniny, porty).
Zatem zagadnienie optymalności jest w danym przypadku jest w nauce określane jako wielokryterialne. A nawet ta wielokryterialność ma inny model matematyczny dostosowany do paru odrębnych sytuacji ogólnych. Nie komplikując, przykładem jest nawigowanie między wyspami, mieliznami i w kanałach w odróżnieniu od prostej marszruty do dalekiego celu (ale z uwzględnieniem prądów itp.), wreszcie operacje wojskowe jak podążanie po tzw. krzywej pogoni.

Byłem po trzyletnim studium doktoranckim na Politechnice Warszawskiej w dziedzinie automatycznego sterowania oraz robotyki. Studia miały wyraźny profil teoretyczny, skupiający się na matematycznej teorii sterowania. To fascynująca tematyka, przy czym pojecie optymalnego sterowania jest dziedziną samą w sobie. A w niej dział uwzględniający wiele kryteriów optymalności rozpatrywanych łącznie lub hierarchicznie (wielopoziomowo).
Moja pierwotna praca poszła w tym kierunku, co spowodowało pokaźny rozrost materiału.
Nowy promotor był bardziej praktykiem i zalecił skrócenie dysertacji oraz jej ukierunkowanie na rozwiązanie, które względnie szybko mogłoby znaleźć zastosowanie.

To zburzyło moje pierwotne ambicje i spowodowało, że musiałem poznać w większym stopniu realia na styku dostępnej techniki, praktycznych potrzeb i możliwości.
Odbyłem szereg konsultacji na uczelniach i zakładach wytwórczych, zwłaszcza nad morzem.

Ciekawostką było to, że będąc w Warszawie kojarzyłem ze sobą środowiska naukowe i przemysłowe rozproszone po kraju, które – jak się okazało – często nie wiedziały co robią inni i jakie mają osiągnięcia.

Byłem łącznikiem pomiędzy tymi ośrodkami, co nie zawsze było wygodne ze względu na lokalne ambicje i strzeżenie własnych pomysłów tych ośrodków.
Ten etap znacznie wydłużył termin ukończenia dysertacji. Nałożyło się na to zarówno moje pewne zniechęcenie, jak i konieczność pójścia do pracy.
Trzeba pamiętać, że były to czasy gdy informatyka była jeszcze w powijakach.
Zagadnienie, jakim się zajmowałem, dla jego zastosowania wymagało skomplikowanych obliczeń.
Królowały jeszcze „komputery” analogowe. Maszyny cyfrowe były wtedy względną rzadkością (wczesne lata 70te). Na PW początkowo korzystałem właśnie z komputera analogowego do modelowania zagadnień optymalizacji. Potem, gdy zainstalowano „Odry” (generacja wczesnych maszyn cyfrowych) przeniosłem i doskonaliłem i adaptowałem odpowiednie algorytmy na płaszczyznę cyfrową tworząc emulator (język odpowiednich komend).
To jednak było dość prymitywnym rozwiązaniem – potrzebowałem czegoś bardziej zaawansowanego.
Nauczyłem się języka Fortran, potem Pascal i szukałem miejsca, gdzie mógłbym to wykorzystać, a jednocześnie mieć pracę. Zatrudniłem się w RADWARrze – instytucie naukowym na Grochowie, który pracował głównie dla wojska. Zyskałem dostęp do zagranicznych komputerów oraz lepszy przystęp do centrum obliczeniowego zlokalizowanego wtedy w PKiN.
Gdy wspominam te czasy, to mogę dużo lepiej od obecnego pokolenia zobaczyć postęp jaki się dokonał w dziedzinie elektroniki i informatyki. Programy były zapisywane na taśmach dalekopisowych, potem na perforowanych kartach.
Pomyłki poprawiało się ręcznie zaklejając dziurki lub robiąc nowe…
Same maszyny stosowały pamięć zewnętrzną na taśmach magnetycznych, a pamięci wewnętrzne liczyło się w kilobajtach, rzadziej w megabajtach, a do tego potrzebny hardware to były duże szafy w specjalnych klimatyzowanych pomieszczeniach…

Cóż, praca pod dyktando zakładowych zamówień nie sprzyjała jednak wykorzystaniu tych możliwości dla celów prywatnych, chociaż chwilami udawało się przemycić jakiś plik kart pod takie obliczenia.
To też wydłużyło czas finalizacji dysertacji w jej nowym ujęciu. Doszło do tego „bujniejsze” życie prywatne – miałem pieniądze, własne mieszkanko, przyjaciółki (krew nie woda), sporo podróżowałem. Jedną z takich podróży opisałem w Amerykańska przygoda.

Wracając do samej pracy doktorskiej – mimo znacznego obcięcia zagadnień teoretycznych, zostawiłem przynajmniej ideę optymalizacji wielokryterialnej, chociaż już z ograniczeniem ilości czynników.
Mając też na względzie jeszcze małe możliwości zastosowania komputerów pokładowych uprościłem także model dynamiki statku, zastępując go takim, dla którego znane są rozwiązania analityczne dla optymalnych regulatorów.

Jednak ze względu na zmienność środowiska przyjąłem układ regulacji z automatyczną adaptacją w pętli sprzężenia zwrotnego, co pozwalało na bieżąco zmieniać niektóre parametry w równaniach stanu.

Z inżynierskiego punktu widzenia zaproponowałem rozwiązanie zwane autopilotem morskim.

Swoją dysertację skutecznie obroniłem w 1978 roku.
Ciekawostką było to, że mój pierwszy promotor (J.K.) doszedł chwilowo do lepszego zdrowia i zdążył ustalić mi recenzentów oraz był na obronie.
Niestety niedługo potem J.K. zmarł, a ów starszy profesor też – bodajże w 1980.

Nie opisując dalej samej pracy warto wspomnieć o dalszych moich losach związanych z tym etapem życia.
Zostałem pozostawiony przez swoich opiekunów i pewne obietnice pracy i „kariery” nie miały szans na realizację, tym bardziej że w Warszawie nie było zainteresowanego sprawą środowiska. Pomimo udziału w różnych konferencjach, wygłaszania i pisania referatów, zainteresowanie tematem mojej pracy było niewielkie.
Chociaż miałem trochę doświadczenia dydaktycznego na uczelni, to ta ścieżka mnie nie pociągała.

Także to, co mogło być nowatorskie w 1972-3, przestało być takim w latach 80.
Pojawiły się też podobne koncepcje oraz rozwiązania praktyczne – głównie w gotowych produktach z Zachodu.
Wkrótce potem małżeństwo odwiodło mnie od koncepcji przeprowadzki na wybrzeże.
Natomiast zagadnienie autopilotów przeniosłem do zagadnień lotniczych. Niedługo po obronie zacząłem pracę w Instytucie Lotnictwa. Tam jako adiunkt byłem szefem zespołu, który miał zaprojektować komputer pokładowy dla nowego samolotu szkolno-treningowego Iryda. W tym przypadku też pojawiły się różne problemy i rozwiązania natury naukowej. Dodatkowo doszło zagadnienie kompresji danych, co na pewnym etapie stało się moją ulubioną specjalizacją.
Gdy komputer był prawie gotowy, przynajmniej od strony koncepcji i oprogramowania, co wyczerpało moje zadanie (pozostał etap konstrukcji i wdrożenia), otrzymałem intratną ofertę kontraktu w Libii (co w szerszym kontekście było tematem wpisu Casus libijski). Po trzech latach wróciłem do Instytutu, gdzie objąłem projekt systemu naziemnego przygotowania lotu w powiązaniu z nawigacją. Stworzyliśmy prototyp urządzenia z czytnikiem map i planowaniem trasy w wielu aspektach.
Jednak Instytut w tych latach był już czymś innym. Zaczęła się wykruszać kadra, także w moim zespole awioniki, coraz trudniej było dopinać pewne podprojekty. Dodatkowa trudność stanowiła współpraca z wojskiem, dla którego były realizowane te projekty. Nasi „opiekunowie” nie do końca byli kompetentni, ale za to mnożyli utrudnienia biurokratyczne. W instytucie obserwowałem także wpływ starych układów personalnych, co nie rokowało dobrze dla kariery względnie nowych pracowników.
Nie wiem dokładnie jaki był powód, że projekt Irydy zaczął się chwiać, ale podejrzewam, że jednym z nich była ogólna zapaść finansowa.
Tak jak wielu innych kolegów, z czasem zacząłem rozglądać się za inną pracą. Instytut płacił marnie, a ogólna atmosfera w zespołach była przygnębiająca.
I tak koniec lat 80. był dobrowolnym końcem mojej pracy naukowej – trzeba było zarabiać na życie, rodzinę, mieszkanie itp., a nie bujać w obłokach na skrzydłach wcześniejszych zainteresowań.
Dalsze lata, aż do emerytury, to praca w firmach prywatnych, co było korzystniejsze, aczkolwiek też nie bez stresów, bo właściciele potrafili mocno przycisnąć dla efektywności i zysków.
Nie oznaczało to porzucenia mojego inżynierskiego przygotowania oraz umiejętności programowania, ale już bez kontynuacji wcześniejszej specjalizacji.
Tutaj szybko zreasumuję parę taich informatycznych epizodów zawodowych, przy czym tendencyjnie coraz bardziej kierowałem się w stronę bycia nie rzemieślnkiem programowania, a kimś, kto kieruje zespołami lub wykorzystuje siłę branży poprzez jej marketing, tworzenie i sprzedaż produktów.
Były to burzliwe czasy, gdy wiele firm rozpoznało ten trend – powstawały co krok, ale też i upadały, gdy konkurencja się nasilała lub wybrano nietrafnie kierunek szczegółowy. Jednak generalnie było to znacznie lepiej opłacane niż praca w instytutach. W fazie przejściowej zatrudniałem się na etacie lub jako pracownik kontraktowany do okreslonych zadań. Zacząłem w 1992 r. od amerykańso-polskiej spółki American Technologies, potem dwukrotnie z przerwą (1992 oraz 1996-97) pracowałem w Polhit (komputery przenośne, handheldy, czytniki magazynowe itp. głównie firmy PSION) jako Marketing Manager, Unicorn Poland  (produkcja i sprzedaż oprogramowania, głównie linia Lotus, język Ami Pro itp.) jako Gł. Specjalista ds. Marketingu, Dom Mediowy (Centrum Usług Internetowych ) Supermedia jako Kierownik Działu Handlowego a potem Marketingu (do 1997 r.), XOR Technology -Systemy Internetowe i bazy danych (specjalista ds. marketingu),  w latach 1998-2000 w LMC – opragramowanie okołointernetowe i systemy telekomunikacyjne – przedstawicielstwo firm amerykańskich jaki Product Manager…
Póżniejsze zatrudnienia to już w małym stopniu informatyka – na rzecz kierowania zespołami markeingowymi.
Ale życiowo szkoła nauk ścisłych, krytycyzmu i studiowania wielu źródeł bardzo się przydała. W dalszym okresie życia, oprócz zajęć zawodowych, poświęciłem się amatorsko, ale nie bez naukowj dociekliwości, paroma innym dzidzinami, w szczególnosci związanymi ze zdrowiem. I wtedy jeszcze dobitniej zrozumiałem znaczenie praktyki, co wyjaśnia tytuł tego wpisu. W innych miejscach publikowałem informacje o rozziewie pomiędzy teoretykami a praktykami, którzy potrafili skutecznie leczyć – w przeciwieństwie do tych pierwszych.
To naprowadziło mnie na tropy tego, jak w ogóle nauka bywa skorumpowana i manipulowana przez układy biznesowe i personalne.
Natomiast na tej dalszej drodze zawodowej mój tytuł naukowy przeważnie nie miał znaczenia, zresztą sam nigdy nie podkreślałem jakiegoś przywileju z tego powodu.
Może w ogóle źle wybrałem swoją zawodową ścieżkę? Już dla mnie za późno by wykorzystać  w pełni doświadczenie i obecne wielkie możliowości techniki.
Ale to już inna historia…

Wilki

   

Co za dużo, to niezdrowo.

Słyszymy o tym że wilków jest coraz więcej, że podchodzą pod domostwa, że były ich ataki na zwierzęta domowe, a nawet na ludzi. Sieją strach.
Wiemy, że były z tego względu tępione w przeszłości. Opisuje to np. Adam Wajrak w swojej książce Wilki. Z drugiej strony bardzo się za nimi ujmuje. Ta narracja oddziaływa na młodzież, zwłaszcza na aktywistów ekologicznych, tzw. „animalsów” i podobne organizacje o zabarwieniu lewicowym (książkę wydała Agora).

Nie będę głębiej wchodził w dyskusję za i przeciw. Skupię się krótko tylko na dwóch aspektach – owych zagrożeniach i braku logiki w pewnych działaniach.

Poczucie zagrożenia nie bierze się znikąd, to pokłosie akcji introdukcji wilków, wciąż ich nie tylko ochrony, ale i wspierania. W jakim celu?
Przypomina mi to różne ruchy ekspiacyjne na podobieństwo wspierania imigracji z Afryki, by odkupić grzechy kolonializmu – tutaj za starą eksterminację wilków.
O ile kiedyś chwaliłem Brigitte Bardot za szereg mądrych wypowiedzi, ale tak jak nie lubię dewocji i przesadzonego sentymentalizmu, tak razi mnie jednostronność podejścia do przyrody. Kiedyś przyjechała specjalnie do Polski by agitować tutaj za ową introdukcją. Ale nie ona jedna.
Pewna ilość wilków w lesie jet OK, to przywrócenie dawnego stanu równowagi, która była jednak regulowana przez myślistwo.

Animalśi/ekolodzy (używam tych określeń swobodnie) mocno potępiają myśliwych, którzy – niezależnie od swoich osobistych poglądów, przyczyniają się do zachowania ogólnej równowagi w populacji dzikich zwierząt w lasach.

Wilki (nawet pojedynczy wilk) znane są z tego, że gdy dopadną np. stado owiec lub zwierzęta w zagrodzie, to zabijają wiele sztuk, chociaż nawet jednej nie zjedzą w całości. Mają instynkt masowego zabijania. Nie dziwi więc postawa hodowców, którzy ponoszą duże straty.
Nieco podobna sprawa jest z dzikami – niszczą uprawy, parki i trawniki w miastach – są tam szkodnikami.

W miastach i osiedlach nie można do nich strzelać – czasem odławia się je, wywozi do lasu, a one …wracają. To kosztuje dużo zachodu i pieniędzy.
Nasze „święte krowy” – żubry (też po introdukcji rozmnażające się ponad rozsądek) potrafią wyrządzić jeszcze większe szkody rolnicze. Ale są pod ochroną.

Zieloni litują się nad potencjalnymi ofiarami myśliwych – to nieludzkie, to okrutne itp.

Teraz porównajmy. Zabicie wilka czy dzika na ogół nie wymaga więcej niż jednej kuli – szybka śmierć z zaskoczenia i praktycznie bez cierpienia. Myśliwy często rozważa też jakie zwierzę ma paść ofiarą. Polowania są planowane, mają formalne ograniczenia.
A ofiara wilków? Zwierzę zagonione i okrutnie zagryzane przez stado. Wilki nie przestrzegają też okresów, w których myśliwym polować nie wolno – właśnie ze względów humanitarnych.

Widzimy więc pewien brak logiki w „humanitarnym” podejściu ekologów do spraw zabijania dzikich zwierząt.
Czy wilki, tam gdzie rozmnożyły się za bardzo i stanowią zagrożenie dla ludzi, nie powinny też być objęte polowaniami?

Ogólniej – to także wypaczone stanowisko, że zwierzęta są ważniejsze niż ludzie i ich uzasadnione cele bytowe. Można się spierać na temat szczególnych przypadków, ale generalnie obowiązuje właśnie taka nowomowa i ideologia. Do tej ideologii włącza się też nagonka na zwierzęta hodowlane, jako przyczyniające się do wytwarzania gazów cieplarnianych (co w ogóle wpisuje się w wątpliwą tezę o wpływie tej „frakcji” na zmianę klimatu). Natomiast te dzikie zwierzęta w lesie oraz psy i konie – to już są w porządku. Owszem, mówimy o innych ilościach/”masie”, ale bylibyśmy rozszarpani jak przez wilki po stwierdzeniu, że może wziąć się i za miliony psów? Homo homini lupus est?
A przecież kiedyś tak było, a w wielu krajach populacja psów jest regulowana.
Ok, tyle – bo wdepnąłem w delikatny temat…

Osobiście miałem spotkanie z wilkiem w lesie. Warto wiedzieć jak się zachować. Chociaż pojedynczy wilk unika człowieka i raczej go nie zaatakuje, to jeśli się niebezpiecznie zbliża, należy go odstraszyć.
Trzeba hałasować, głośne krótkie okrzyki, gwizdanie, stukanie. Jeśli ktoś ma – pistolet hukowy – można użyć. Machać rękami. Powoli się wycofywać tyłem, czyli z kontaktem wzrokowym. Nie biec, nie uciekać, bo to prowokuje zwierzę do pogoni. Przy zbliżeniu na krótki dystans bronić się rzucaniem gałęzi, a gdy ich nie ma piaskiem, kamieniami.

O psach już kiedyś pisałem w innym aspekcie i kontekście – https://lapidaria.home.blog/2022/08/19/jak-pies-z-kotem/, więc nie dziwcie się, chociaż … lubię psy – ułożone i ich „ułożonych” opiekunów, którzy wiedzą jak psy  powinny się zachowywać w miejscach publicznych. A do nich zalicza się coraz więcej miejsc, nawet Sejm czy restauracje….

Amerykańska przygoda

Blogowanie miało początek w prywatnym notowaniu wydarzeń
– osobistych i wokół nas.

 

W moich osobistych wspomnieniach ważną część stanowią podróże. Były już np. o Chinach, Libii, Krecie, były tu wzmianki o Szwecji i Francji… Czeka mnie jeszcze sporo innych, w tym rodzinnych, bo mieliśmy krewnych rozproszonych po świecie – część z dawnej emigracji, część jako skutek drugiej wojny światowej, której żołnierze potem trafiali do Anglii, USA, Australii itd.  Piszę, że mieliśmy, bo już wiele osób nie żyje, a z innymi, zwłaszcza z młodszym pokoleniem, kontakt osłabł lub się urwał. Ale większość tych podróży nie bazowało na powiązaniach z rodziną.
W tym odcinku opiszę w skrócie (bo po 50 latach już nie pamiętam wielu szczegółów) przygodę amerykańską. Skrót wynika też z tego, że to jest wersja robocza względem tej, która powinna powstać gdy uzupełni ją mój kuzyn, z którym tę przygodę dzieliłem. Jednak jeszcze nie uzgodniliśmy wspólnego wspomnienia, a ja spieszę się z chociaż tak skróconą wersją – przed poważną operacją, która wkrótce mnie czeka.
DOPISEK. Udało mi się odnaleźć notatki z tej podróży, co pozwala mi nieco uzupełnić i skorygować niniejszy wcześniejszy wpis.

———

Ta przygoda była ważna ze względu na jakościowy skok w stosunku do wielu poprzednich, które ograniczały się do podróży krajowych (wczasy z rodzicami, obozy harcerskie i studenckie wędrowne, autostop) lub do paru autostopów europejskich. Tak, jednak w PRLu przez pewien czas też można było mieć taką zagraniczną przygodę. Potem  było trudniej, a mimo to jednak wiele osób wyjeżdżało, więc nie był to jakiś ewenement. O tym trochę dalej.
To wspomnienie przytaczam dla siebie jako pobudzenie pamięci i dla mojej rodziny – bardziej niż jako coś publicznego, chociaż zawiera parę ciekawostek, które kogoś mogą zainteresować…

W innym miejscu wspomniałem już krótko o dalszej rodzinie w USA, gdzie po kądzieli wymienię Amelię Koziński (używane zdrobnienie to Mela lub Mimi), która parokrotnie nas odwiedzała w Polsce.

Był rok 1973, koniec sierpnia a wkrótce wrzesień, czyli jeszcze studenckie wakacje. Kończyłem studia doktoranckie na Politechnice Warszawskiej, także angielską szkołę językową „U Metodystów”, byłem po rozstaniu z dziewczyną – czułem się gotowy na nowe wyzwania.
Przyszło dość niespodziewanie jako zaproszenie do USA.

Zaproszenie trafiło także do kuzyna z Wrocławia – Aleksandra Sulkowskiego – z racji podobnego powiązania rodzinnego. Nie znałem wcześniej Olka osobiście. Też miał zainteresowania techniczne – był bodajże wtedy na pierwszym roku studiów Politechniki Wrocławskiej.

Mieliśmy dotrzeć do Wilmingtonu w stanie Delaware (wschodnie wybrzeże, First State). Wszystkie koszty – podróży i pobytu były pokrywane przez Melę/rodzinę.

Zanim przejdę do opisu samej podróży, wrócę jednak do paru ciekawostek związanych z przygotowaniem do wyjazdu.
Żyliśmy w PRL, takie podróże były na celowniku. Owszem, związki z Polonią były na nieco ulgowych zasadach, ale jednak administracyjnie kontrolowane. Prawdopodobnie zwłaszcza przez służby.
Ponieważ państwo zainwestowało w moje studia, a były przypadki ucieczek na Zachód, to zastosowano zabezpieczenie przed takim przypadkiem. Dobrzy znajomi Rodziców, wiedząc że nie miałem takich zamiarów, bo moim bliskim celem było ukończenie doktoratu i ciekawa praca, podpisali weksel na znaczną sumę, która opiewała na te koszty kształcenia (szczegółów nie pamiętam).
Z Olkiem poznaliśmy się bezpośrednio już na lotnisku Okęcie. Towarzyszyły nam reprezentacje rodzin. Objuczeni bagażem, w którym były też prezenty, po odprawie weszliśmy długim korytarzem do samolotu Lotu. Było sporo emocji, bo to był nasz pierwszy w życiu lot i to na tak dalekiej trasie.
Siłą rzeczy nie mieliśmy też doświadczenia w odprawach, procedurach, dokumentach przelotu itp. Do tego doszło jakieś zamieszanie na lotnisku. Nasz
samolot miał dotrzeć do Brukseli, a tam miała być przesiadka na lot do Nowego Jorku (lotnisko Kennedy).
Wystartowaliśmy. Po jakimś czasie, chyba po komunikacie kapitana, że do celu dolecimy o określonej godzinie, zorientowaliśmy się, że leci on do Amsterdamu. Wsiedliśmy nie do tego samolotu! Potwierdziło się to szybko w rozmowie z załogą. Jak się to mogło stać? Nie tylko my coś przeoczyliśmy.
Oczywiście samolot z tego powodu nie zawróciłby, więc dolecieliśmy do Amsterdamu. Tam mieliśmy 40 minut na przesiadkę do Brukseli, ale to spowodowałoby, że bylibyśmy tam spóźnieni. Agentka LOTu doradziła byśmy polecieli do Frankfurtu skąd możemy złapać bezpośredni lot do NY. Mimo całego zamieszania załatwiła nam ten pośredni przelot! Przy okazji podziwialiśmy przez okno ciekawe widoki Beneluxu i Niemiec. Dotarliśmy więc do Frankfurtu (olbrzymi port lotniczy), gdzie udaliśmy się do jakiegoś biura. Tam po dywagacjach rzeczywiście skierowano nas na bezpośredni samolot do Nowego Jorku. Nie wiem jak to załatwiono formalnie, ale załatwili. Nasze bagaże miały być przeniesione. Mieliśmy dłuższe oczekiwanie na samolot rejsowy – 5 godzin. Samo lotnisko było dla nas atrakcją, chociaż mieliśmy tylko częściowy jego ogląd (po stronie po-odprawowej), zapamiętałem np. niekończące się ruchome chodniki, mnóstwo sklepów, bary itp.
Dla nas – młodych ludzi, to wszystko było dodatkową przygodą, którą przyjęliśmy bez większych nerwów, jako że wszystko w końcu się jakoś sklejało dzięki życzliwym ludziom. Zasiedliśmy do Jumbo Jeta (Boening 747) Lufthansy. Robił wrażenie ogromem na zewnątrz, a zwłaszcza wewnątrz. Szerokie przejścia, wygodne fotele ze sprzętem wideo-audio…

Po długim wygodnym locie (ok. 7 godzin) wylądowaliśmy w NY na lotnisku Kennedy. Rutynowo czekaliśmy na bagaż na taśmach, ale gdy już wszystko zostało zabrane przez pasażerów – okazało się że naszego nie było. Zostaliśmy tylko z małym podręcznym. Zapewniono nas, że odnajdzie się później, ale mieliśmy przejść odprawę nie czekając dalej. Zagubieni w wielkim porcie lotniczym nie widzieliśmy by ktoś nas powitał. A przecież czekała nas jeszcze dalsza część podróży – do Wilmingtonu.

W końcu zobaczyliśmy Melę i Stefana, bladą ze zdenerwowania. Biedaczka trwała na posterunku od wielu godzin, chociaż miała wiadomość, że samolot Sabeny, którym pierwotnie mieliśmy przylecieć, też miał opóźnienie.  Gdy tłumaczyliśmy co się stało – trudno jej było uwierzyć. Pomogła w wypełnieniu reklamacji bagażowej. Musieliśmy podać listę rzeczy jakie były w bagażach, a Mela szacowała ich wartość w dolarach na przypadek gdyby się nie odnalazły i otrzymalibyśmy odszkodowanie. Okazało się, że z naszego punktu widzenia było to znacznie więcej niż ich wartość w złotówkach – może lepiej by było aby się nie odnalazły? Szkopuł w tym, że były tam prezenty o znaczeniu symbolicznym ale ważnym.

Po wyjściu z lotniska zaskoczył nas upał połączony z dużą wilgotnością powietrza. Taka aura towarzyszyła nam przez długi czas naszego pobytu w Stanach. Pojechaliśmy taksówką na Manhattan potem przez Bronx (nocny widok nieciekawy) do Pen Station, skąd dalszy odcinek podróży odbyliśmy pociągiem.
A na miejscu samochodem.
Kozińscy mieli nieduży, ale ładny dom, w pięknej zielonej okolicy, w którym czekał na nas przygotowany pokój na piętrze.
Nie zapomnę zapachu jaki tam był, zresztą także w wielu innych miejscach jakie potem odwiedzaliśmy – jakiś delikatny aromat świeżości, coś specyficznego dla Ameryki (?).
Rodzina, którą poznaliśmy to brat Meli – David (oboje z linii rodowej powiązanej z rodziną mojej Mamy, jego żona Eleanor oraz dwóch ich synów – Stefan i David. Mela nie miała dzieci, była niezamężna. Jej życiem była muzyka, podobnie jak jej brata Dawida, była w pewnym okresie nauczycielką muzyki. W jej ślady poszedł zwłaszcza Stefan, który zrobił karierę międzynarodową, o tym znajdziesz dość obszerne informacje – zał. 1.  To był muzyczny dom…
Ze Stefanem korespondowałem od czasu do czasu jeszcze wiele lat później gdy mieszkał i pracował jako m.in. dyrygent w Niemczech.

Stefan Koziński – był wybitnie uzdolnionym kompozytorem, multinstrumentalistą, dyrygentem…

Zmarł przedwcześnie – wg mojej oceny z przepracowania, co odbiło się na zdrowiu serca.
Młodszy David miał jeszcze nieokreślone plany, ale i on po latach dał się poznać od strony artystycznej – zajął się poezją, w czym ma sukcesy znane nie tyko w Delaware (o tym krótko w zał. 2).

Na początek, ponieważ nasze ubrania nie dotarły z bagażem, wyposażono nas w ubiór stosowny do pogody – szorty cut-offs na bazie dżinsów, jakieś koszulki. Okazało się, że nie potrzebowaliśmy wiele więcej, taki swobodny styl panował wśród niemal wszystkich z kim mieliśmy do czynienia.

Niestety mam mało zdjęć z tego wyjazdu, a te które pokażę, są dość słabej jakości – słaby aparat, nie wszystkie wyszły i nastąpiło blakniecie odbitek po wielu latach.
Poniższe zdjęcie pokazuje nas przy obiadowym stole (od lewej David, Olek, ojciec Davida, ja),  podobnie kolejne, a następne jedną z licznych scenek w ogrodzie.

Te spotkania, zwłaszcza w domu, nie za bardzo sprzyjały doskonaleniu języka angielskiego, ponieważ rodzina chciała jak najwięcej słyszeć i ćwiczyć język polski.

Od lewej: Olek, David, Stefan, ja.

Zwracają uwagę nasze długie włosy – to był czas takiej mody, pokłosie kultury hippisowskiej. I spocone czoła – był gorący, wilgotny sierpień i wrzesień.

Po lewej stoi Stefan, poniżej ja, po środku znajomy rodziny, Elenaor, X, Olek.

Zapewniono nam różne atrakcje. Wrzucę niektóre „okruchy wspomnień”. Mógłbym wymienić wiele ciekawych obserwacji w różnych dziedzinach, po części subiektywnych, ale nie chcę rozwlekać tego wpisu.
Np. wizyty w olbrzymich marketach, czego w Polsce wtedy nie było. Mogliśmy tam kupić jakieś pamiątki oraz trochę się doposażyć ubraniowo.
Co do ubrań i w ogóle zaginionego bagażu – znalazł się po ponad 3 tygodniach.

Nie czekając jednak na to, odwiedziliśmy szereg miejsc we wschodnich stanach.
Ale także poznaliśmy dość dobrze sam Wilmington – zabytki oraz city z dominacją wieżowców, głównie Du Ponta. Sam Wilmington oprócz patriotycznych pamiątek to także miejsce wielkich korporacji, np. Du Ponta. Przez jakieś kontakty Kozińskich mieliśmy możliwość zwiedzenia części ich siedziby.

Po „oficjalnej wizycie” w siedzibie Du Ponta

Wtedy jeszcze zupełnie nie zdawałem sobie sprawy z charakteru tej korporacji (niezbyt chlubnej) jak i w ogóle z politycznych cech zarówno stanu (pro Demokraci) jak i wizytowanej rodziny. To mnie nie interesowało.
W okolicy miasta z ciekawszych miejsc wspomnę piękny ogród oraz muzeum Winterhur, równie piękny Longwood Garden, miasta i miasteczka jak Lancaster (ok. 70 mil), Hershey, Hadley (z muzeum Du Ponta),…

Podróżując przede wszystkim zwiedzaliśmy parokrotnie Nowy Jork.
Był Empire State Building z widokiem na miasto, była wizyta promem na wyspę Liberty Island ze statuą wolności, był Central Park, World Trade Center, Siedziba ONZ (podczepieni pod jakąś wycieczkę zobaczyliśmy wnętrze),  muzeum miejskie przy Central Park, Lincoln Center of Performing Arts (tam m.in. Metropolitan Opera), Madison Square,  poznaliśmy klimat znanych ulic, także dosłownie w sensie gorąca. A także … brudne metro i dużo graffiti.

Na promie do Liberty Island

Dość męczące doświadczenie, ponieważ każda wizyta była jednodniowa – Mela nie chciała tam nocować – mówiła, że to niebezpieczne, ale może chodziło o koszty?

Podobnie było w Filadelfii. Tam zwiedzaliśmy pamiątki narodowe jak Independence Hall, Liberty Bell, Franklin Institute (wielkie muzeum) oraz oglądaliśmy zabytkowe budynki.

Z powagą oglądamy wnętrze Independenc Hall, gdzie podpisano Deklarację niepodległości Stanów Zjednoczonych

Byliśmy też w Waszyngtonie (DC) – większe przestrzenie i kolejne narodowe świętości – widzisz niektóre na paru zdjęciach: Kapitol (wg mnie przeładowany, kiczowaty wystrój – widzieliśmy salę senatu i reprezentantów), Lincoln Memorial, kompleks WaterGate, przepastny Smithsonian Institute, okolice Białego Domu, Centrum sztuki Johna F. Kennedy’iego…

Słynny obelisk w Waszyngtonie

 Widok na kompleks WaterGate

Z Melą przed Lincoln Memorial

Przed Białym Domem

W drodze do Waszyngtonu widzieliśmy szereg innych ciekawych miejscowości, ale i bardziej zwykłych  jak: Dover (najstarsze muzeum w USA), Leves, New Castle (stolica stanu), Lehober (?), …
Mieliśmy także dłuższy objazd po Delaware i paru innych stanach, który wynikał z tego, że David wizytował koledże by wybrać ten w którym miał kontynuować naukę.

Zatrzymywaliśmy się w motelach.

Korzystając z okazji buszowałem po akademickich bibliotekach szukając czegoś co dodałoby coś wartościowego do mojego doktoratu. Nie było to łatwe ze względu na dość hermetyczny temat, ale w końcu udało się wytropić dodatkowy wątek i pozyskać ciekawe materiały.
Ogólnie podziwiałem tamtejsze wygody (np. wszędzie xeroxy do odbijania materiałów, łatwy i swobodny osobisty dostęp do półek). Zostałem też członkiem biblioteki University of Delaware. To, co jeszcze zwróciło mają uwagę w bibliotekach, to niezwykle dużo pozycji dotyczących demokracji – temat wałkowany na wiele sposobów. Po czasie uświadomiłem sobie, że ten kult demokracji nie do końca odpowiadał amerykańskiej rzeczywistości.
Jako ciekawostkę (polityczną?) powiem, że podczas całego pobytu w USA rzadko widywaliśmy „kolorowych”. Specyfika tego regionu?

Po drodze podziwiałem kameralne osiedla eleganckich domów zanurzonych w zielonych okolicach, zwłaszcza Pensylwanii.

Wymienię teraz krótko parę miejsc, jakie poznałem po drodze, chociaż nie nie pamiętam dokładnej kolejności ani wszystkich.
Przez malowniczy Newark do Colgate University w Hamilton, Utica, Syracuse (uniwersytet), wspaniały kampus w Ithaca… Potem droga przez Binghamton, Scranton, do Wilmington.
Ogólnie – przede wszystkim podziwiałem architekturę i udogodnienia tych uczelni.
Niezależnie od tej dużej wycieczki zwiedzaliśmy i odwiedzaliśmy ciekawe miejsca jak Atlantic City w stanie New Jersey z tamtejszą plażą i miejscami rozrywki. To były wypady w grupie zaprzyjaźnionej młodzieży, z którą zdążyliśmy się zżyć. Mieliśmy do dyspozycji sporą limuzynę-kabriolet.

Z przyjaciółmi na przybrzeżnym deptaku w Atlantic City

Niezależnie od tego lokalnie sam prowadziłem półsportową Hondę. Nie pamiętam, czy w tym przypadku miało znaczenie to, że posiadałem już wtedy polskie prawo jazdy, ale dla bezpieczeństwa towarzyszyła mi Mimi.
Mieliśmy też  ponad tydzień spędzony w domu przyjaciół (pod nieobecność rodziców), byśmy mogli czuć się swobodnie w młodzieżowym gronie.
Nie żałowaliśmy sobie różnych rozrywek.

Nie będę dalej zanudzał takimi prywatnymi szczegółami i przejdę do końca tej przygody.
Pełni doświadczeń i wrażeń zakończyliśmy swój pobyt odwrotną drogą samolotem Sabeny z Nowego Jorku (znów Jambo Jet), z przesiadką w Brukseli  i bez wpadek.
Melu (+) – dziękujemy za serdeczność, wspólny czas i tyle wrażeń!

——–

Zał. 1. https://de.wikipedia.org/wiki/Stefan_Kozinski

Zał. 2. https://www.capegazette.com/article/fick-and-kozinski-read-irish-eyes-milton-aug-26/89136

Nie istnieje coś takiego jak rząd reprezentujący naród

Widziane z USA, ale obserwacja ma zastosowanie dużo bardziej uniwersalne.
Reblogowane, więc zapraszam do oryginału i pełnego tekstu.

O stronniczości w medycynie

Tytuł jest zawężający, bo wynika z poniższego wyboru – dziedziny, która zajmuje się dr Siddhartha Mukheree – autor książki „Prawa medycyny – zapiski z niepewnego terenu„.
Na okładce znajdujemy jeszcze dwa zdania-motta:
„Czy medycyna rzeczywiście jest nauką?”

„Nigdy nie przypuszczałem, że medycyna okaże się takim niepewnym światem bezprawia.”

Wykorzystam fragmenty tej książki by przedstawić niektóre wątpliwości autora, w komentarzu także swoje, tym bardziej że medycyna jest polem i moich dociekań, a ostatnie lata „pandemii” pokazały jak w wielu aspektach można mieć zastrzeżenia. Ale podobne wątpliwości odnoszą się do wielu dziedzin nauki, co podnosiłem zarówno tutaj jak i na stronie LepszeZdrowie.info.

Autor – utytułowany onkolog, z dużym doświadczeniem, naukowiec i pisarz, w swojej książce skupił się tylko na trzech ogólnych prawach, a trzecie zawarł w rozdziale o tytule „Każdemu doskonałemu eksperymentowi medycznemu towarzyszy ludzka stronniczość”, z którego cytuję niektóre akapity.

Nie będę za każdym razem dawał cudzysłowu do fragmentów, natomiast czasem dodam w nawiasach [ ] kontekst lub swoją uwagę.
————————————————————-

Human Genome Project (Projekt poznania ludzkiego genomu) po­łożył podwaliny nowej nauki, genomiki, zajmującej się analizą całego genomu.
dla biologii nowotworu oznaczał on doko­nanie nieoczekiwanego przełomu.
Nowotwór to choroba genetyczna wywołana mutacjami w genach [jest alternatywna teza, że to bardziej sprawa zmian w mitochondriach]. Do tamtej pory naukowcy analizowali komórki nowotworowe jeden gen za drugim. Wraz z pojawieniem się nowej technologii umożliwiającej jednoczesną analizę tysięcy genów, nagle zdaliśmy sobie sprawę, jak złożony jest w istocie nowo­twór.

Co ważniejsze, możliwość jednoczesnej analizy ty­sięcy genów bez czynienia uprzednich założeń na temat genów zmutowanych umożliwiła badaczom odnalezienie nowatorskich, dotąd nieznanych powiązań genetycznych wskazujących na nowotwór. Niektóre spośród nowo od­krytych mutacji nowotworu były całkowicie nieoczekiwa­ne: geny nie kontrolowały guzów w sposób bezpośredni, lecz wpływały na metabolizm substancji odżywczych lub modyfikacje chemiczne DNA. [jak np. w poprzedniej uwadze]

Entuzjazmowi towarzyszącemu odkryciu tych ge­nów towarzyszyła nadzieja, że otworzy ono nowe drogi leczenia nowotworów. Skoro komórki nowotworowe są zależne od zmutowanych genów w kwestii przeżycia lub wzrostu – „uzależnione” od mutacji, jak często opisywali to biolodzy – to uderzenie w te uzależnienia za pomocą konkretnych molekuł może doprowadzić do ich znisz­czenia. Wreszcie nie trzeba będzie sięgać po chemiczne trucizny zatrzymujące rozwój komórkowy. Najbardziej spektakularnym przykładem podobnego leku był imatynib (pierwotnie dopuszczony do obrotu w Stanach Zjed­noczonych pod nazwą Gleevec), lek na jedną z odmian bia­łaczki, który zelektryzował całą dziedzinę nauki.

[pomijam pierwsze doświadczenia autora ze stosowaniem tego leku]

[potem] dowiedziałem się, że w naszym szpitalu testuje się podobny lek
Lek dał obiecujące wyniki w badaniach na zwierzętach i w pierwszych eksperymentach ludzkich…
Grupę pacjentów poddanych badaniu odziedziczyłem po innym lekarzu specjaliście, który właśnie zakończył program. Nawet pobieżne badanie uczestników podlegającej mi próby wskazywało na niewiarygodne [w sensie pozytywne] wskaźniki reakcji.


Ale sześć miesięcy później końcowe rezultaty badania sprawiły nieoczekiwany zawód. Na podstawie naszych danych oczekiwaliśmy skuteczności na poziomie 70 lub 80 procent, ale okazało się, że

ostatecznie wynosiła ona zaledwie 15 procent. Ta tajemnicza niezgodność nie miała sensu, choć kilka tygodni później, po dogłębnej analizie da­nych, stała się oczywista. Specjalizacja onkologiczna trwa trzy lata, a kończący ją lekarze przekazują część swoich pa­cjentów nowej grupie, resztę oddając pod opiekę bardziej doświadczonych lekarzy prowadzących w szpitalu. To, czy pacjent trafi do lekarza odbywającego specjalizację czy doświadczonego lekarza prowadzącego, to kwestia osobi­stego wyboru. Nakazuje się jedynie, by pacjent oddawany nowemu lekarzowi odbywającemu specjalizację drugiego stopnia był przypadkiem „o wartości edukacyjnej”. [wybiórczość]

Każdy pacjent przekazywany nowym specjalistom wykazywał więc reakcję na leki, podczas gdy wszyscy pacjenci oddawani pod opiekę lekarzy prowadzących nie przejawiali podobnej reakcji. W obawie, że nowi lekarze na specjalizacji nie będą w stanie poradzić sobie z bardziej złożonymi potrzebami medycznymi kobiet i mężczyzn nieodpowiadających na leczenie – pacjentów z najbardziej odpornymi na leczenie, krnąbrnymi odmianami nowotworu – świeżo upieczeni specjaliści drugiego stop­nia przekazywali wszystkie oporne przypadki bardziej doświadczonym lekarzom prowadzącym. Ta decyzja nie była w sposób zamierzony tendencyjna, ale najzwyklejsza w świecie chęć niesienia pomocy pacjentom spowodowała silne zafałszowanie eksperymentu.

Każda dziedzina nauki pada ofiarą ludzkiej stronniczości. Nawet jeśli zaprogramujemy wielkie maszyny, by zbierały i przechowały dla nas dane oraz wykonywały na nich ope­racje, to i tak ludzie pozostają ich końcowymi obserwato­rami, interpretatorami oraz oceniającymi. W medycynie stronniczość jest szczególnie silna z dwóch powodów. Po pierwsze chodzi o nadzieję: wszyscy pragniemy, aby leki okazały się skuteczne. Nadzieja to piękna cecha medycy­ny – jej najbardziej czuły ośrodek ale jest ona zarazem najbardziej niebezpieczna. W historii medycyny trudno o bardziej tragiczną i zarazem rozwlekłą historię łączącą nadzieję z iluzją niż historia zabiegu Halsteda – radykalnej mastektomii.

Na początku XX wieku, w epoce olśniewającego i na­głego rozkwitu nowoczesnej chirurgii, chirurdzy wypra­cowali niezwykle drobiazgowe operacje w celu usunięcia złośliwych guzów piersi. Kobiety chore na nowotwór le­czono za pomocą takiego chirurgicznego „wykorzenienia”, choć mimo zabiegu zdarzało się, że u niektórych pacjentek następowały przerzuty do innych części ciała. Ten poopeacyjny nawrót choroby nie dawał spokoju wielkim chi­rurgicznym umysłom. W Baltimore niezwykle energiczny chirurg William Halsted twierdził, że przyczyną metastazy jest tkanka złośliwa pozostawiona po pierwotnym zabiegu. Halsted nazywał operację usunięcia nowotworu piersi „operacją nieczystą”. Twierdził, że przerzuty powo­dowane przez rozsiane fragmenty nowotworu pozosta­wione po interwencji chirurgicznej.

Hipoteza Halsteda miała sens z logicznego punktu widzenia, lecz była nieprawdziwa. U większości kobiet cho­rych na nowotwór piersi prawdziwą przyczyną poopera­cyjnego nawrotu choroby wcale nie był miejscowy rozrost pozostałych fragmentów tkanki nowotworowej. Chodziło raczej o to, że nowotwór wywędrował z piersi na długo przed samą operacją. Komórki nowotworowe, wbrew oczekiwaniom Halsteda, nie sytuowały się koncentrycznie, uło­żone w porządne parabole metastatyczne wokół ogniska nowotworu. Ich wędrówka po ciele była znacznie bardziej kapryśna i nieprzewidywalna. [obecnie wiadomo, że rak rozprzestrzenia się przez swoje komórki macierzyste, które mogą wędrować po ciele wraz z płynami ustrojowymi]

Ale Halstedowi nie dawała spokoju „operacja nieczysta”. W celu przetestowania teorii miejscowego ogniska nowotworu amerykański chirurg dokonał amputacji nie tylko piersi, ale i szerokiej masy otaczającej ją tkanki, wraz z mięśniami poruszającymi ramieniem oraz barkami, a także węzłami chłonnymi po­łożonymi głęboko w klatce piersiowe j, a wszystko to po to, by „oczyścić” miejsce operacji.

Halsted nazwał ten zabieg „radykalną” mastektomią, nawiązując do pierwotnego znaczenia tego słowa, pocho­dzącego od łacińskiego radu, czyli „korzeń”. Agresywna mastektomią w jego wydaniu miała wyrwać nowotwór z korzeniami, oczyszczając ciało z choroby. Jednak z cza­sem samo słowo zaczęło nabierać nowego znaczenia i zmie­niać się w jeden z najbardziej niepojętych przykładów stronniczości. Uczniowie Halsteda oraz kobiety chore na nowotwór piersi – zaczęli używać słowa radykalny w jego drugim znaczeniu: „odważny, innowacyjny, śmiały”.

Jaki chirurg lub kobieta stojąca w obliczu śmiertelnej nawracającej choroby zdecydowaliby się na mastektomię nieradykalną? Nieprzebadana i niepodważona przez nikogo teoria stała się prawem. Żaden chirurg nie zdecydował się na przeprowadzenie badań nad zabiegiem, co do którego skuteczności miał pewność. Propozycja Halsteda umocniła się, stając się chirurgiczną doktryną. W końcu im więcej wycinamy, tym więcej leczymy, nieprawdaż?

Jednak u pacjentek pojawiały się nawroty cho­roby i to nie tylko od czasu do czasu, ale w licznych przypadkach. W latach czterdziestych niewielka ekipa zbuntowanych chirurgów – wśród nich należy wymie­nić zwłaszcza Geoffreya Keynesa w Londynie – podjęło próbę podważenia logiki leżącej u podstaw radykalnej mastektomii, z mizernym jednak skutkiem. W1980 roku, niemal osiemdziesiąt lat od pierwszej operacji Halsteda, oficjalnie rozpoczęto próbę losową porównującą radykal­ną mastektomię z bardziej konserwatywnymi metodami chirurgicznymi. . Ale nawet ta próba ledwo dotarła do jakichkolwiek wniosków. Uwiedzeni logiką i brawurą ra­dykalnej chirurgii amerykańscy lekarze byli tak niechętni poddaniu je j weryfikacji, że trudno był było znaleźć pacjentów do wzięcia udziału w badaniu. Aby je ukończyć, trzeba było poprosić o pomoc chirurgów z Kanady oraz innych k rajów. Rezultaty były uderzająco negatywne. Kobiety pod­dane radykalnemu zabiegowi cierpiały z powodu wielorakich poważnych komplikacji, nic przy tym nie zyskując. Ich szansę na nawrót choroby wraz z przerzutami były identyczne co u kobiet, które przeszły bardziej konserwa­tywną operację i zostały poddane radioterapii. Pacjentki chore na nowotwór piersi przeszły gehennę radykalnej chirurgii bez żadnego konkretnego powodu. Rezultat próby był tak destabilizujący dla całej dziedziny, że po­wtórzono ją w latach dziewięćdziesiątych, a następnie na początku XXI wieku. Ponad dwadzieścia lat później nadal nie stwierdzono innego rezultatu. Trudno ocenić, jaki był całkowity zasięg oddziaływania radykalnej mastektomii, ale można szacować, że w latach 1900-1985 poddano jej od stu tysięcy do pięciuset tysięcy kobiet. Obecnie wykonuje się ją niezwykle rzadko, jeśli w ogóle.

[Dodam trzy uwagi. Nadal wykonuje się wycinanie guzów, nawet całych piersi, chociaż nie aż tak radykalnie. Sam guz, o ile swoją wielkością nie zagraża mechanicznie okolicznym tkankom i nie rozsiewa swoich komórek macierzystych, to nie tyle jest chorobą wymagającą ostrej interwencji, co raczej objawem choroby źródłowej. Może to być nieprawidłowy metabolizm w wyniku zatrucia zewnętrznego lub wewnętrznego, w tym groźne nałogi a nawet silny stres, który zachwiał homeostazę w organizmie i spowodował zmiany komórkowe, np. inną ekspresję genów. Zatem warto zająć się leczeniem przyczynowym.
Ponadto, tak długa „kariera” radykalnej chirurgii, miała zapewne związek z finansowaniem szpitali, które otrzymują więcej za trudne i wysoce wyceniane zabiegi]

Z dzisiejszej perspektywy łatwo zauważyć przyczyny stronniczości radykalnej chirurgii: potężny chirurg z obsesją na punkcie innowacji, … pokolenie kobiet zmuszono by słuchać poleceń lekarza, oraz kultura perfekcjonizmu, który często opierał się jakiejkolwiek krytyce. Ale inne źródła stronniczości w medycynie są jeszcze trudniejsze do zidentyfikowania, bo są znacznie bardziej subtelne. W przeciwieństwie do niemal wszystkich innych dzie­dzin nauki, w medycynie jej przedmiot – czyli pacjent – nie jest biernym, lecz czynnym uczestnikiem eksperymentu. [wyłączywszy wyrafinowane metody potrójnie ślepej próby – patrz dalej].W świecie atomów zasada nieoznaczoności Heisenberga głosi, że położenia oraz pędu cząsteczki nie da się jednocze­śnie zmierzyć z dowolną dokładnością. Jeśli wyślemy falę światła w celu zmierzenia położenia cząsteczki, rozumo­wał Heisenberg, to uderzenie fali w cząsteczkę zmieni jej pęd, a więc i jej położenie, i tak dalej, bez końca. Nie da się zmierzyć obu z dowolną pewnością. Medycyna ma swoją własną wersję nieoznaczoności „Heisenberga” – kierując pacjenta na badanie, w sposób nieunikniony wpływamy na jego psychikę, a tym samym zmieniamy wyniki bada­nia. Przyrząd wykorzystywany do badania przedmiotu zmienia zarazem jego naturę.

Aktywna psychika pacjenta sprawia na przykład, że niezmiernie trudno jest przeprowadzić badania lub próby opierające się na jego pamięci. W 1993 roku harwardzki badacz Edward Giovannucci postanowił stwierdzić, czy dieta wysokotłuszczowa wpływa na ryzyko zachorowania na nowotwór piersi. [zagrożenia diety wysokotłuszczowej to osobny szeroki temat, w którym nawarstwiły się rożne mity] Zidentyfikował grupę kobiet chorych na nowotwór piersi oraz grupę kobiet zdrowych w podobny m przedziale wiekowym, po czym zapytał obie grupy o ich zwyczaje żywieniowe w ostatnim dziesięcioleciu. Bada­nie wysyłało wyraźny sygnał: kobiety chore na nowotwór piersi znacznie częściej spożywały pokarmy o wysokiej zawartości tłuszczu.

Ale to badanie miało jeszcze jeden aspekt: uczest­niczki próby Giovannucciego wypełniły ankietę na temat swojej diety także prawie dziesięć lat przed aktualnym badaniem, a jej wyniki leżały sobie spokojnie na dysku komputera. Kiedy porównano wyniki obu ankiet, u ko­biet zdrowych stwierdzono, że dieta faktyczna oraz dieta wspominana są w dużej mierze identyczne. Okazało się jednak, że u kobiet chorych na nowotwór dieta faktycz­na też nie zawierała nadmiaru tłuszczów. Jedynie dieta „wspominana” była wysokotłuszczowa. Te kobiety pod­świadomie zanalizowały swoje wspomnienia pod kątem przyczyn choroby i wymyśliły sprawcę: swoje własne złe nawyki. Bo i kogo lepiej winić niż samego siebie?

Ale czy prospektywne badania kohortowe, badania randomizowane i podwójnie ślepe próby nie eliminują wszystkich przejawów stronniczości? Samo istnienie ta­kiego badania w którym zarówno grupa kontrolna, jak i eksperymentalna są przydzielane losowo, pacjenci są leczeni na bieżąco, a tak lekarze, jak i pacjenci są nieświa­domi leczenia – stanowi świadectwo, jak poważnie me­dycyna traktuje swoją stronniczość i do jakich akrobacji musimy się uciec, aby się przed nią obronić (po równie drastyczne metody uniknięcia stronniczości sięgają nieliczne dyscypliny naukowe). Nie da się przecenić wagi podobnych badań. Istnieją rozmaite przykłady sposóbów leczenia, które na podstawie silnych dowodów anegdotycznych uważano za wysoce dobroczynne dla pacjenta, i które ostatecznie uznano za szkodliwe po przeprowadzeniu ba­dań randomizowanych. Należą do nich, między innymi, wykorzystanie tlenoterapii u noworodków, podawanie leków anty arytmicznych po zawale serca oraz hormonalna terapia zastępcza u kobiet.
[działa to i w drugą stronę, gdy bagatelizuje się
praktykę lekarską odnosząca spektakularne sukcesy, ale teoria nie chce się tym zająć, co zaprzecza podejściu naukowemu]

Ale takie desperackie akrobacje nie są w stanie wyeliminować najbardziej subtelnej odmiany stronniczości. Znowu chodzi o zasadę Heisenberga: kiedy pacjenci biorą udział w badaniu, nie da się uniknąć wpływu badania na ich psychikę. Decyzja o wzięciu udziału w badaniu klinicznym w celu, dajmy na to, zmierzenia wpływu aktywności fizycznej na radzenie sobie z cukrzycą, to aktywna decyzja. Oznacza to, że pacjent bierze udział w procesie medycznym, słucha pewnych poleceń lub mieszka w konkretnej dzielnicy z łatwym dostępem do opieki zdrowotnej i tak dalej. Może to oznaczać, że należy do konkretnej rasy, grupy etnicznej lub klasy społeczno-ekonomicznej. Badanie zrandomizowane prowadzi [wtedy] do pewnych wniosków,… ale odnosi się jedynie jego skuteczności … na konkretnej, grupie ludzi, poddanej procesowi randomizacji.

Eksperyment może być doskonały, ale pytanie brzmi, czy można go zgeneralizować na całą społeczność.

Bałwochwalcze podejście do zrandomizowanych prób kontrolnych w medycynie wnosi swoją własną stron­niczość. Szczepionka BCG przeciw gruźlicy w próbie randomizowanej miała mieć silne działanie ochronne, ale jej skuteczność zdaje się zanikać niemal liniowo, w miarę jak przemieszczamy się wzdłuż równoleżników z Północy na Południe – gdzie gruźlica jest też znacznie szerzej rozpo­wszechniona (ciągle nie wiemy, co wywołuje ten efekt, choć najbardziej oczywistym sprawcą jest zmienność genetycz­na). Te odkształcenia ~ nazwijmy je tendencyjnością heurystyczną – w praktyce medycyny wcale nie są rzadkie. Niemal każdego dnia jestem proszony o zadecydowanie, czy konkretny lek zadziała na konkretnego pacjenta – dajmy na to mężczyznę, Afroamerykanina – jeśli próbę przeprowadzono na populacji głównie białych mężczyzn z Kansas. Kobiety nie są dostatecznie reprezentowane w badaniach randomizowanych. Kiedy się temu przyjrzeć, nawet samice myszy nie są dostatecznie reprezentowane w badaniach laboratoryjnych. Czerpanie wiedzy medycz­nej z próby randomizowanej wymaga więc znacznie wię­cej wysiłku niż przeczytanie ostatniego akapitu artykułu opublikowanego w letnim numerze jakiegoś czasopisma medycznego. Wymaga uwagi, oceny oraz interpretacji a tym samym otwiera drogę do stronniczości.

Narodziny nowych technologii medycznych w ogó­le nie zlikwidują stronniczości. Przeciwnie, jeszcze ją zwiększą.

Aby zrozumieć badanie, trzeba będzie jeszcze więcej ludzkiej oceny oraz interpretacji – a tym samym wzrośnie stronniczość. Big data – duży zbiór danych – nie jest rozwiązaniem problemu stronniczości. To jedynie źródło stronniczości bardziej subtelnych (a może i jeszcze większych).

[widzimy to na przykładzie niektórych odpowiedzi w ChatGPT i podobnych narzędzi, które bazują na zbiorach danych już uprzednio sprofilowanych przez interesy, poprawność polityczną, cenzurę, wpływy korporacji i autorytety, które bywają w ten sam sposób uformowane]

Być może najprostszym sposobem na zmierzenie się z problemem tendencyjności jest stawienie mu czoła i uczy­nienie z niego części samej dęfinicji medycyny. Romantycz­na wizja medycyny, popularna zwłaszcza w XIX wieku, widzi lekarza jako „łowcę chorób” (w 1926 książka Paula de Kruifa Łowcy mikrobów rozpaliła wyobraźnię całego pokolenia). Ale większość lekarzy wcale nie poluje dziś na choroby. Najlepsi znani mi lekarze to tacy, którzy zda­ją się posiadać szósty zmysł, jeśli chodzi o wykrywanie stronniczości. Niemal instynktownie rozumieją, kiedy do ich pacjentów można odnieść zgromadzone wcześniej skrawki wiedzy medycznej, ale co ważniejsze, widzą też, kiedy ta wiedza się do nich nie odnosi. Rozumieją, jak ważne są dane, próby i badania randomizowane, ale są na tyle mądrzy, że potrafią się oprzeć ich uwodzicielskiej sile. Le­karze są w rzeczywistości łowcami stronniczości.

Wiedza uprzednia. Silna intuicja znaczy więcej niż słaby wynik badania
Elementy odstające.”Normy” uczą nas zasad – ale praw uczymy sie od elementow odstających.
Stronniczość. Każdemu doskonałemu eksperymentowi medycznemu towarzyszy ludzka stronniczość.

To ciekawe, że wszystkie trzy prawa medycyny [omówione w książce; znaczenia dwóch pierwszych tu nie ujawniam – zachęcając do lektury książki] dotyczą ogra­niczeń ludzkiej wiedzy.