Grecka przygoda – powtórnie

Grecja - gdzieś po drodze
Gdzieś po drodze

Wzięło mnie na osobiste wspomnienia. Kontynuuję zatem dłuższą serię krótkich relacji z dawnych podróży zagranicznych. Tak jak parokrotnie pisałem – dla odświeżenia własnej pamięci, jako przyczynek do pamiętnika („blog wsteczny”) i ewentualnie dla pamiątki dla syna i wnuków.

Drugi wyjazd do Grecji (po tym z 1985 r.), odbyłem z żoną w roku 1987 – znów Skodą 125 L, po wspólnej podróży do Włoch.
Mam zdawkowe i sporadyczne notatki w starym kalendarzyku, na podstawie których próbuję odtworzyć przebieg tych wakacji. Niestety, szczegóły zacierają się w pamięci, a także zdjęcia zachowały się bardzo nieliczne i słabej jakości (sorry).
Wyjechaliśmy 5 września (sobota) kierując się przez Słowację na południe. Pierwszy nocleg na dziko na Węgrzech za Miskolcem. Następnego dnia dotarliśmy do Belgradu w Jugosławii (obecnie Serbia). Krótkie zwiedzanie i nocleg za miastem w samochodzie, który do takich sytuacji dostosowaliśmy. Mieliśmy przedtem przykrą przygodę. By nie zagracać wnętrza samochodu sporą ilością zabieranych rzeczy przed wyjazdem zainstalowaliśmy bagażnik dachowy typu „trumna”. Po drodze coś z niego wyciągałem i nie domknąłem go dokładnie. Dopiero po pewnym czasie zorientowałem się że otwarł się na tyle, że sporo z niego wywiało, zwłaszcza ubrań. Potem cofnęliśmy się by sprawdzić co i gdzie jeszcze znajdziemy. Niestety wszystko zniknęło…
Dalsza droga, zwłaszcza z Niszu – piękna. Ale jechaliśmy jeszcze po zmroku i ok. g. 22 dotarliśmy prawie do granicy greckiej. Nocleg i 8 września byliśmy już w Grecji przed południem (kolejka na granicy do odprawy). Dalej pędzimy na południe długą i miejscami górzystą drogą, którą po części pamiętam z poprzedniej wizyty w Grecji. Docieramy do docelowego kempingu w Kokkino Limanaki (o ile dobrze pamiętam czy to było dokładnie tam, czy nieco dalej w kierunku Rafiny) ok. godziny 22 trochę błądząc w ciemności. Ala zmęczona tą długą jazdą i zła na mnie, że nie mogłem trafić. Scysja. Cóż, nie było jeszcze wtedy GPS, a dokładny atlas drogowy zgubiliśmy we wspomnianej przygodzie z bagażnikiem. Nocne rozbijanie namiotu i zasłużony odpoczynek. Na miejscu były sanitariaty, sporo roślinności i niewiele więcej (prawdopodobnie teraz wygląda to inaczej w czasach burzliwego rozwoju turystyki).

Ów kemping, na wschód od Aten, był położony tuż nad morzem na niedużym klifie, poniżej którego znajdowała się dość kamienista plaża – zupełnie inna niż te, które znałem z Chalkidiki. Jedak plażowaliśmy i zażywaliśmy kąpieli. Rozpoznanie okolicy, dłuższe spacery. Mieliśmy zapas prowiantu, kuchenkę gazową – typowe własne wyposażenie kempingowe i przez pewien czas byliśmy samowystarczalni. Ale odwiedzaliśmy też pobliską Rafinę, ładną miejscowość portową i tam wstępowaliśmy na pizzę albo jakiś grecki posiłek. Sklepiki i miejscowy folklor, życie portowe. Dnie były na przemian słoneczne i gorące albo chłodne i wietrzne.
Oprócz zwiedzania okolicznych miejscowości odbyliśmy też wycieczki samochodowe jak np. popołudniową do Sounion ze świątynią Posejdona i słynnym zachodem słońca, a stamtąd wypad do Aten z pierwszą wizytą i wieczorną kolacją i nocnym klimatami. A powrót na kemping o północy. Ambitnie. W ogóle przeważał odpoczynek czynny – to preferujemy. Następnego dnia znów Ateny w upalną niedzielę 13 września ze zwiedzaniem zabytków ze wzgórzem Akropolu, a nawet targu poniżej.

Ateny. nad Plaką
Ala nad Plaką
Ateny w dole

Powrót wieczorem i nocna kąpiel w morzu by orzeźwić się po gorącym i męczącym dni. Następne dni były poświęcone odpoczynkowi na plażach aby 17-go zwinąć czasowo nasz obóz i o godz. 10 ruszyć w dalszy objazd południa Grecji przez Pireus, Salaminę (jak?) do Koryntu – umownej bramy do Peloponezu. Jeszcze raz magiczne Mykeny, o których pisałem przy okazji podróży w 1975 r., Tyryns, Nauplion i Tolo nad morzem. Wciąż upał, więc korzystamy z okazji do kąpieli. Powrót przez Epidauros ze wspaniałym amfiteatrem, Korynt, do Rafiny i naszego kempingu. Jeszcze prawie dwa dni plażowania i kąpieli. Wspomnienie suchych pól z żółwiami, kamienistości wielu miejsc, oznak jesieni, bardzo przygodnych znajomości – raczej nikogo nie poznaliśmy, bo sami sobie wystarczaliśmy – jako zakochani. W planie mieliśmy jeszcze Chalkidiki, więc opuściliśmy naszą bazę (bodajże 20 września po południu) i znów dość długą drogą dotarliśmy do Meteory już po zmierzchu. Niezwykłe wysokie skały-maczugi z niedostępnymi pustelniami i klasztorami robią wrażenie. Podobne do tych jakie widziałem na Atos w poprzedniej podróży. Tu oglądaliśmy klasztor Warłama.

Meteora
Meteora

Równie niezapomnianym wspomnieniem była gorąca noc pod gołym gwiaździstym niebem, tak po prostu na trawie.
W innym wspomnieniu poświęciłem tej przygodzie taki wierszyk (fragment):

… tajemnicze klasztory
na wysokich skalnych maczugach
niedostępne jak gwiazdy,
na które patrzymy
pewnej nocy upalnej.

Namiotu nie trzeba rozstawiać
leżymy i śpimy na trawie
półnadzy, szczęśliwi.

W niebie prawie,
a może prawdziwie?

Już nie zdążylibyśmy zwiedzić półwyspów Chalkidiki, więc wieczorem dojechaliśmy do Salonik, by odpocząć, domyć się i dokupić prowiant. Trochę plaży w Agia Triada, sklepy w mieście i nocleg w hoteliku.
Następnego dnia, 22 września, szybko do granicy i skok do Bułgarii. Obejrzeliśmy Monastyr Rylski w drodze do Sofii, a tam szybkie zwiedzanie i małe zakupy, dalej znów Jugosławia i nocleg w samochodzie na uboczu drogi przed Pirot. Dalej dobrą drogą do Belgradu i przekroczenie granicy węgierskiej. Było bardzo ciepło – znów przygodny nocleg i rano dość wąską drogą do Budapesztu. Tam niedługo, bo to miasto był celem naszej innej dłuższej podróży. Dalej Bańska Bystrzyca i nocleg w hotelu. Następnego dnia Ostrawa i granica Polski, Katowice i nocna jazda do domu.
Miałem bodajże za dwa dni jechać w delegację służbową z Instytutu do Moskwy, stąd pospiech był wskazany by mieć trochę czasu na ogarnięcie się i przygotowanie.
Na szczęście samochód na całej długiej trasie wyprawy zachowywał się nienagannie i nie było żadnej niespodzianki.
I tak 25 września wczesnym ranem zakończyła się nasza podróż do Grecji.
Nie ostatnia.

Grecja – pierwsze spotkania

Grecja uczy, że piękno tkwi w prostocie.
Nie dziw się wspominaniu piękna.

W cyklu wspomnień z podróży, które zapisuję głównie dla własnej pamięci i jako przyczynki do pamiętnika (na tym blogu było ich dotąd co najmniej sześć) – powracam do Grecji.  O tym, jak do niej faktycznie wracałem pisałem krótko w Pożegnanie lata (po pobycie z żoną i synem na Krecie*)
Tym razem o dwóch wczesnych podróżach – jednej razem z żoną, a przedtem samotnej (po rozwodzie z poprzednią).
Zacznę od tej wcześniejszej – z 1985 roku.
Byłem po dość długim burzliwym okresie – uczuciowym, materialnym i rodzinnym. Potrzebowałem odreagowania, oderwania się i odpoczynku.
Znalazłem ofertę wczasów w Grecji na Chalkidiki w okolicy małej miejscowości Nea Vrasna nad zatoką Morza Trackiego, które to wczasy chciałem poszerzyć potem o indywidualną wycieczkę na południe Grecji.

13 września 1985 z samego rana wsiadam na samolot do Sofii, gdzie mam się przesiąść na pociąg do Salonik. W wyniku kłopotów z biletami odjeżdżam dopiero po 20-tej. Przedtem małe zwiedzanie miasta z przygodną dziewczyną, która ma podobny problem, zimno.

W Salonikach jesteśmy dopiero rano, przed południem łapię autobus prawie do celu i na obiad jestem na miejscu.
Mam w hoteliku własny pokój z kuchnią i zapasem jedzenia na tydzień, w tym sporo kotletów schabowych, warzyw itp. w lodówce – będę sobie gotował obiady. W dalszym ciągu niespodziewanie chłodno. Długi spacer rozpoznawczy, ładne piaszczyste plaże – nie takie, jakie przeważają na południu Grecji. W hotelu towarzystwo międzynarodowe, zaprzyjaźniam się głównie z Polakami. W następne dnie dłuższe spacery brzegiem, np. do Stavros (uwaga: nie mylić z miejscowością na południu Grecji; szereg nazw powtarza się w innych miejscach), Vrasna, Asprovalta, Saraiki Akti i inne, których nazw już nie pamiętam, po drodze kąpiele w morzu.
Ładne miejsca (prawdopodobnie wtedy dużo skromniejsze niż obecnie, gdzie wszędzie buduje się hotele), poczucie wolności. Wieczory z kolegami przy piwie lub winie, jedni odjeżdżają inni dochodzą. Pominę opis kolejnych dni, ale zatrzymam się krótko na przygodzie z pewną Austriaczką o imieniu Marketa, która pojawiała się na naszej plaży. Atrakcyjna, więc paru facetów od nas krążyło koło niej. Coś musiało zaiskrzyć, może chodziło o moją odwagę, że zaprzyjaźniliśmy się. Wspólne długie spacery i kąpiele. Aż pewnego dnia zaprosiła mnie do siebie w Stavros, gdzie miała wynajęty pokoik. Na godz. 18. Było to dość daleko, a dzień już dość krótki, więc raczej nie na powrót po ciemku plażą… Coś przeczuwałem…
Kolacja w miłym lokaliku i … wspólna noc. Następnego dnia Marketa u mnie na obiedzie. Dowiaduję się, że wieczorem odjeżdża bodajże do Wiednia, więc krótka przygoda kończy się pożegnaniem. Chyba to wszystko było przez nią zaplanowane…
Cóż, mój pobyt w hotelu też się kończył i to na dzień przed terminem, bo przyjechała do mnie trzema samochodami ferajna znajomych z Libii, z którymi wcześniej byliśmy luźno umówieni na ewentualność takiego spotkania. Proponują, że zabiorą mnie na część swojej rajzy po Grecji. Szybko pakuję się i 28 września – wyjeżdżamy. Przyznam, że dokładna trasa zatarła mi się w pamięci, więc w przybliżeniu było to jak niżej.
Część grupy musiała niedługo wracać do Polski przez Saloniki, więc najpierw pojechaliśmy na zachód, gdzie się pożegnaliśmy w Pronii, a ja dalej na południe ze starymi przyjaciółmi Maćkiem i Danką R. ich Fordem

Pierwsze większe wyzwanie – Mytikas pod Olimpem. Podjechaliśmy pod górę na ile się dało, a potem długie i niełatwe wejście na szczyt (2918,8 m npm).

Pod Olimpem z Danką R.
Olimp zdobyty

Te moje z Danką robił Maciej. Szkoda, że nie ma go na zdjęciach (jest jedno w tutejszych wspomnieniach z Libii). I szkoda, że już dość dawno nie żyje, więc nie jest możliwe skonfrontowanie jego wspomnienia z moimi.

Potem do Wolos, piękna trasa nad morzem, także za Wolos, Termopile, dalej przełomy i widoki na trasie w kierunku Amfisy i Delfów. Samych tych historycznych miejsc i zabytków nie opisuję, bo to sprawy znane.

Biwakowanie po drodze

Dalej trasa przez Archowa, Osios, Lukas, Livadia do Teb i okolic Marathonu. Teby to miejsce szczególnie budzące we mnie tajemnice i legendy antycznego świata, jakby z innego wcielenia…
Wreszcie Ateny – zwiedzanie i smakowanie. Zachowało się trochę zdjęć – tutaj wybór

 

Pod Akropolem

Akropol z Danką R.

W Atenach rozstaliśmy się i dalsze moje peregrynacje odbyłem samotnie polegając na autostopie i czasem na lokalnej komunikacji. Dziś sam siebie podziwiam w ilu miejscach jeszcze byłem i jak sobie radziłem. Noclegi jak dotąd mieliśmy częściowo w hotelikach, na kempingach pod namiotem albo i na dziko. Natomiast mnie trafiały się także w stodole, w opuszczonej szopie, a nawet w cmentarnej kapliczce (miałem „zaprawę” z moich wieloletnich autostopów).

Dalsza droga – Peloponez. Byłem np. w Marmara, w Sarti.
Chciało się więcej, ale musiałem się liczyć z czasem, jaki mi pozostał i funduszami, więc pilnie zawróciłem w kierunku Chalkidiki (całkowicie autostopem), tym bardziej, że miałem apetyt jeszcze na tamtejsze słynne półwyspy „trójzęba” – Kassandra, Sithonia i Athos. Częściowo się udało – z Ormos Panagias na Sitonii kupiłem „rejs” krótkiej wycieczki na Athos. A z Porto Karras przerzuciłem się promem do Kalithea na Kassandrze. Tam miałem niezapomniane pożegnanie z cudownym morzem na plaży.

Promem na Kassandrę

Trzeba było wracać. Częściowo autobusem dotarłem do Salonik. Zatrzymałem się na dwie noce w jakimś hotelu – musiałem się doprowadzić do porządku po tych wszystkich szalonych epizodach – brudny, pomięty, zmęczony. W dzień zwiedzanie, zwłaszcza północnych Salonik, portu, bazary. W nocy jakaś impreza klubowa…
Powrót do Polski pociągiem via Bukareszt (tam trzy i pół godziny na małe zwiedzanie). Potem Przemyśl i mglista Warszawa wieczorem 7 października.

Miałem tu opisać kolejną wyprawę do „kontynentalnej” Grecji z 1987 roku, ale zrobię to później, raczej osobno, bo to wymaga następnego pogrzebania w pamięci i odkopania ew. pamiątek.

Jeśli masz słabość do Grecji, zobacz jeszcze Ach, Grecjo!


* Być może opiszę ten pobyt na Krecie osobno (bo to też było ciekawe doświadczenie), a na dziś tylko wierszyk temu poświęcony:

GRECJA RAZ JESZCZE

W pieczarach Matali
na plażach Krety
w lazurowych głębinach
nurkowanie z synem
samochodem po górach
rausz wina.

Nad zabytkami Fajstos zaduma
Minotaura tajemnice
w wąwozie Imbros kozice
a Agia Galini to święty spokój.

Mogę długo wspominać…
O czasy błogie!

Francja 2

Szanujmy wspomnienia,
Bo warto coś mieć
Gdy zbliży się nasz fin de siècle.
Z piosenki Skaldów

Kontynuuję swoje osobiste wspomnienia  różnych podróży – patrz np. wykaz w Tęsknota za Toskanią.
Jak pisałem ostatnio, trochę dla siebie, trochę dla dzieci i wnuków, trochę dla ciekawych świata. 

I podobnie jak wcześniej – po prawie 50 latach niestety nie wszystko pamiętam. Być może mieszają mi się trochę fakty z różnych moich bytności we Francji.
Zatem w paru miejscach umieszczam [?] by ewentualnie coś poprawić/uzupełnić, co będzie łatwiejsze gdy odnajdę swoich dawnych kompanów, z którymi przeżywałem daną podróż lub gdy jakieś wspomnienie powróci.
Przed uzupełnieniem będzie więc krótko.

— 

To była moja druga podróż do Francji. Rok 1978, czasy gdy jeździło się na saksy za granicę.

Zgadaliśmy się z dwoma kolegami – Januszem W. z mojej pracy oraz Rafałem S. – bratem Tomka S., z którym miałem już doświadczenie pracy w Szwecji i tamtejszych przygód.
Połowa października, czas zbiorów winogron w danym rejonie, a taki był nasz roboczy cel.  Udało się załatwić przerwę w pracy na 3 tygodnie.
Podróż była zaplanowana, przynajmniej w kwestii miejsca docelowego – pewnej winnicy w okolicach Tours. Otrzymaliśmy sygnał od mamy Rafała, która tam pracowała i wkrótce mieliśmy ją „podmienić” – możemy wyruszać.  Miałem swojego Fiacika 125, który posłużył nam jako wehikuł.
Zapakowaliśmy się „na full”, także częściowo we wnętrzu samochodu. Ja i Janusz jako kierowcy, Rafał z tyłu ledwo się mieścił przy swoich ok. 190 cm wzrostu.
I w takich warunkach mieliśmy zamiar dojechać jednym szusem do Paryża.
Prawie się udało gdyby nie fakt, że już we Francji, gdzieś 150 km przed Paryżem nawaliło przednie koło.
Okazało się, że to zatarte łożysko. Doświadczyliśmy życzliwości (podobno to nie jest częste we Francji) pewnego kierowcy TIRa, który zatrzymał się widząc na poboczu małego fiata z nalepką PL. Wyjaśnił nam że często jeździ do Polski i bardzo lubi Polaków, więc to był powód jego pomocy. Ponieważ do najbliższego warsztatu było dość daleko, prowizoryczna naprawa, aby do tego warsztatu dojechać, polegała na zastąpieniu kulek kawałkami pociętego drutu lub gwoździ, co stanowiło protezę łożyska wałeczkowgo. Był późny wieczór, ruszyliśmy, na najbliższej stacji benzynowej podano nam adres najbliższego warsztatu, który oczywiście w nocy był zamknięty. Dotrwaliśmy do rana na tej stacji. Dwóch z nas spało w aucie, a Rafał na krzesełku w budyneczku stacji.  Rano dojechaliśmy do warsztatu, który okazał się specjalizować w samochodach Skody. Ale pomogli nam. W warsztacie pierwszy nie planowany koszt, ale cóż mogliśmy zrobić. 

W tym  czasie trochę zwiedzaliśmy okolicę, a potem szczęśliwie do Paryża.

Zwiedzanie dość szybkie, bo chcieliśmy dotrzeć do celu na umówiony czas, ale  urozmaicone co do odwiedzanych miejsc.
Poniżej parę zdjęć z Paryża i nie tylko – niewiele ich się zachowało lub nie mogę teraz znaleźć. Są słabej jakości (aparat, ząb czasu…), więc przepraszam. Nie ma na nich mnie – to ja robiłem te zdjęcia, chociaż jestem pewien, że takie były np. z dzielnicy La Défense. Wysoki – Rafał, niższy – Janusz. 
(WordPress uparcie umieszcza mi te zdjęcia nie tak, jak chciałem…)


Pod Luwrem

Mijając Orlean i jadąc wzdłuż Loary oglądaliśmy z zewnątrz parę tamtejszych wspaniałych zamków. Dotarliśmy ładnymi okolicami do winnicy położonej niedaleko Montlouis-sur-Loire. To miasteczko leży na lewym brzegu Loary, w drodze do niedalekiego miasta Tours. Winnica to około 20 hektarów winorośli rozrzuconych w paru miejscach z podłożem wapienno-krzemiennym, które dobrze się sprawdza w produkcji głównie  win demi-sec i sec cuvée. Winnica prowadzona jest od pokoleń przez rodzinę Deletang.
Zostaliśmy zakwaterowani w dużym pokoju w znośnych, chociaż skromnych warunkach. W sporym gospodarstwie kwaterowało jeszcze paru innych robotników pozamiejscowych, takich jak my – szukających pracy, także spoza Francji – takie międzynarodowe towarzystwo. Nie mieliśmy doświadczenia w zbieraniu owoców winorośli (ja trochę przy zbieraniu truskawek), ale dość szybko nas przyuczono. Posiłki jadaliśmy wszyscy razem, wspólnie z patronem (Deletangiem) przy dużym stole. Czyli – mieliśmy „jedzenie i opierunek”. Zawsze było wino – prawie wyłącznie białe, oczywiście chleb à la bagietka, do podjadania i którego używało się też do zbierania z talerza sosu i przypraw.
Praca był dość ciężka, ponieważ krzaki rodziły zarówno przy gruncie jak i sporo wyżej – do tych na dole trzeba było przyklęknąć na twardym kamienistym podłożu. Owoce były często ukryte w liściach i trzeba było uważać aby sekatorem nie obciąć sobie i palca. No i zdarzały się  dnie gorące.
Bywało, że opiekun nagle przerywał pracę w jednym miejscu by przerzucić nas na inne pole – czasem nawet dość odległe. Parę razy prowadziłem starego Citroena-dostawczaka by podwieźć ekipę.
W weekendy trochę zwiedzaliśmy okolice, zapamiętałem zwłaszcza Tours i jakieś okoliczne miejscowości  [nazwy? ]
Pamiętam, że byliśmy także w kinie skuszeni czymś, czego w Polsce nie było – na filmie na poły pornograficznym – cóż, młodzi mężczyźni „na głodzie”…

Zbliżał się czas, gdy musieliśmy opuścić winnicę aby zdążyć do Polski w terminie końca urlopu, a i  zbliżał się koniec zbiorów.  Dostaliśmy zapłatę – o ile pamiętam – niewysoką, ale traktowaliśmy ten wypad także jako przygodę.

Jeszcze była chęć na trochę Paryża, czego nie odpuściliśmy. Oprócz zabytków pamiętam wizytę na olbrzymim pchlim targu.  
Droga powrotna przebiegła już bez zakłóceń z tym wyjątkiem, że celnicy z NRD mocno i nieprzyjemnie nas przetrzepali na granicach. Przyjemne było zaś pędzenie po dobrych szosach fiacikiem 105 km na godzinę, co wtedy było osiągnięciem. Jednak Trabanty bywały szybsze…
Źle wyliczyłem datę powrotu i spóźnienie do pracy jeden dzień też było przykre, bo miałem ‚egzamin’ w kadrach – dlaczego spóźniłem się, a nawet pytania z kim i po co kontaktowałem się za granicą i takie tam zaniepokojenie – pracowałem w Instytucie po części pracującym dla wojska.

— 
PS. Napisałem to i publikuję 30.05.2025 po południu, tj. przed ciszą wyborczą w związku z wyborem nowego prezydenta RP.
Skorzystam więc z okazji by zaprosić Czytelnika do okolicznościowego sporego artykułu o wyborach – CZAS DECYZJI. Napisałem go na innej platformie, gdzie toczą się podobne dyskusje.

Czas przyszły niedokonany

marzenia o podróżach

Dość frustrujące jest zdać sobie sprawę, że wiele planów jakie się miało i wciąż w jakimś stopniu ma, może się nie spełnić.

Taka refleksja dotyka szczególnie osoby starsze (zaliczam się do tego grona), które czują, że sił jest wciąż mniej, chociaż dusza młoda i wyrywna, a czas nieubłaganie leci.
Czytelników przepraszam, że poza tą ogólną refleksją znów wejdę w sprawy osobiste.
W dodatku do typowej sytuacji  uciekającego czasu plus pogarszanie zdrowia – mam pewną przewlekłą i potencjalnie groźną chorobę. Z tego powodu muszę przeznaczać część czasu na badania, leczenie i rekreację (np. obowiązkowy codzienny spacer, ale to przyjemne – lubię – zwłaszcza w otoczeniu przyrody).

Są pewne plany rodzaju życzeniowego, jak np. parę podróży, których nie udało mi się dotąd zrealizować. Jak już pisałem (np. w Tęsknota za Toskanią) – sporo podróżowałem, ale świat jest tak wielki i ciekawy, że pociąga w swoje różne strony. Szczególnie kusi mnie jeszcze nie odwiedzona Ameryka Południowa i Środkowa, a także jeszcze nie poznane zachodnie wybrzeże USA.

Niestety – daleko i drogo, a sił mniej. Mam w domu setki książek geograficznych, przewodników, map i czasopism, które zaostrzają apetyt…
(a propos – czeka mnie jeszcze żmudny spis kilkuset książek z piwnicy i dodanie go do już istniejącego indeksu ponad 1500 pozycji w mieszkaniu – kolejna zaległość).
Być może trzeba będzie się skupić już tylko na ich przeglądaniu oraz na Polsce, która jest piękna, więc nie ma co narzekać. Tu też mam jeszcze białe plamy, chociaż już nieliczne.

Czyżby pozostanę tylko przy wspomnieniach?
Oprócz tych już tu przedstawionych, mam zamiar opisać jeszcze przynajmniej: pozostałe podróże po Grecji, przygody francuskie w powiązaniu z podróżą po Europie południowej, moje dawne wizyty w Moskwie, podróże do Czech i Słowacji, wczasy i podróże w Rumunii i w Bułgarii, piękną przygodę na Węgrzech, jeszcze o Libii, ale już nie ogólnie lecz turystycznie, parę bytności w Szwecji, Danii, rajd rowerowy w Niemczech …

Mam jednak jeszcze „projekty duże”, które ciągną się już latami, a nie mam jakoś siły by je dokończyć lub wiąże się to z obiektywnymi trudnościami.
Jako przykład tej ostatniej kategorii – wymarzony własny dom. Stać nas na całkiem fajny, chociaż zadowoliłby nas taki do 100-120 m2, ale wszystko rozbija się o koszt działki. A pod tym względem mam dość wysokie wymagania (= cena, a jest powiedzenie, że przy tego rodzaju inwestycjach najważniejsze są trzy sprawy: lokalizacja, lokalizacja i … lokalizacja). Chociaż koszt budowy też wzrasta, to z powodu działki ten plan coraz bardziej nam ucieka.

Z kolei nasz domek leśny, to tylko mały letniak, który w ogóle nie nadaje się do całorocznego pobytu, ze względu na brak ogrzewania, ciasnotę i oddalenie od usług – sytuacja nie dla starszych osób. Wymaga remontów i częstych napraw*, co zabiera i czas i środki.  Podobnie jak utrzymanie działki na którą co roku wdziera się przyroda. A plac nie jest warty tyle by go sprzedać i z tego tytułu mieć dofinansowanie większego projektu.
Prędzej czeka nas remont mieszkania – sprawa też dość trudna (mieszkanie jest napchane meblami, i książkami, a także nie zostawimy go ekipie/malarzowi bez nadzoru w czasie pracy). I kosztowna.

Mam zaczęte dość ambitne „projekty wydawnicze”.

Strona www.StefanGarczynski.pl jest projektem prawie zakończonym i oferuje kilkanaście opublikowanych elektronicznie jego książek, ale są jeszcze inne, które czekają.
Moje zaangażowanie zmalało, bo mało kto się tym interesuje, a dalsze prace i utrzymanie serwisu kosztują. Czy ktoś przyjmie po mnie pałeczkę?

Mój „pilotowy” zbiorek wierszy 6 prób też prawie nie ma czytelników, więc plan by wydać go drukiem staje się mniej celowy i realny. Czy warto przygotowywać następny?

Mam od lat dużo (!) materiału do monografii o dotyku (aspekty biologiczne, kulturowe, terapeutyczne i szereg innych). Jest już zarys treści, ale to moloch na kilkaset stron z jeszcze poplątanymi wątkami – ta praca koncepcyjna i redakcyjna powala mnie, tym bardziej, że wymaga dużego skupienia, „dłubania”, a nie mam na to dość czasu…
Zamierzam jednak za niedługo wrzucić tu mały konspekt tematu (ok. 1/100 możliwej treści), z zestawieniem źródeł. To zestawienie może kogoś zdziwić – tyle przetrawiłem…
Ex post podaję  link po przygotowaniu tego konspektu o nazwie Tajemnice dotyku – wstęp

Całkiem podobnie jest z niedokończoną książką o demokracji.

Wyobrażenia o niej są najróżniejsze, ale i często z gruntu fałszywe. Ta teza sprawdza się w obecnym świecie. To jest ciekawy temat, ale czy starczy mi sił i motywacji by ten projekt ukończyć? Nie jest to moja domena, co utrudnia selekcję tego co ważne. Na razie Czytelnik może poszperać na tym blogu, co o tym dawniej myślałem i co ma swój ciąg dalszy.

Jeszcze jeden dość karkołomny plan – mój pamiętnik życia, który prowadziłem niemal od dzieciństwa po lata dojrzałości i życia rodzinnego – prawie 3000 stron w zeszytach. Bez sensu byłoby brać to wszystko, ale z drugiej strony to byłby ciekawy, może unikalny, przegląd tamtych czasów widziany okiem wrażliwego i ciekawego świata młodego człowieka. Do przemyślenia i … żmudnego opracowania. Ale dla kogo? Dla wnuków? Nie wiem czy to w ogóle byłoby pociągające dla nowych pokoleń. Nasze – inne – odchodzi…

Mam opracowany kiedyś przez siebie zbiór 60 zadań z pewnej dziedziny fizyki z rozwiązaniami. Chciałbym to wydać, bo to dość unikalne ujęcie. Trudność polega na tym, że to rękopis z szeregiem wzorów i rysunków.

Podobnie szereg esejów i opowiadań w szkicach, które w końcu warto byłoby pokazać, ale przedtem trzeba je uładzić.

Mam parę serwisów internetowych założonych jeszcze w czasach gdy robiło się to dość, a nawet bardzo, prymitywnymi metodami i środkami (niektóre są już niedostępne). Te strony już prawie nie nadają się do pokazywania, np. LepszeZdrowie.info .
Przełożenie tego projektu na WordPress lub podobną platformę było zadaniem ponad cierpliwość i zasób czasu. Teraz pojawiła się AI, więc może w ten sposób sobie pomogę, chociaż pierwsze próby pokazały, że i tak byłoby przy tym dużo ręcznej roboty.
W ogóle liczę na taki rozwój AI, że będę mógł „wynająć” jakiegoś agenta sztucznej inteligencji, który pomoże w różnych zadaniach.

Wreszcie – włączenie się, w miarę możliwości, w wielki plan „odnowy świata” w ramach ruchu Center of Amity and Restoration of Earth (CARE). To mnie kręci od dość dawna i mam o tym rozbudowaną stronę, ale to temat na inną okazję (chociaż były o tym wzmianki i tutaj).

Spowiadam się i usprawiedliwiam z tego wszystkiego, ponieważ jest parę osób, które czekają na spełnienie niektórych z tych planów, a inne odciągają mnie w innych kierunkach, nie wiedząc, że mam swoje plany i jestem mocno zajęty. Gdy mówią, że na emeryturze masz dużo czasu, to się uśmiecham, a w głębi – śmieję się.
OK, wracam do pracy…

___ 
* KRUCHOŚĆ

Psuje się samochód,

gdzie się nie obrócę

to kran, to lampa,

to coś w rowerze,

stare i nowe AGD.

Trudno uwierzyć

… i ja też!

Czas się naprawić,

odświeżyć, hej!

— wiersz ze zbiorku 6prób

Tęsknota za Toskanią

Życie to podróż.
A podróże to doświadczanie życia.
LK

Powracam do wspomnień z dalszych podróży. Było ich sporo i już parę takich relacji tutaj umieściłem, przykładowo: Amerykańska przygoda, Chińszczyzna, Casus libijski, Ach Grecjo, Pożegnanie lata (Kreta) … Były też krótkie wzmianki o tych i innych podróżach w https://lapidaria.home.blog/2023/03/05/kawowe-curriculum-vitae/ (zaskakująco?).
O podróżach ogólnie dywagowałem tym wpisie Turystyka – co o niej myśleć / cz. 2 ,  a kiedyś zaznaczałem swoje peregrynacje na mapce 
http://pl.tripadvisor.com/TravelMap-bodymind_13
Podaję z nadzieją, że odzyskam dostęp do tego miejsca, co dziwnie mi się nie udaje.
Teraz zapisuję to w formie krótkich relacji dla rodziny, po trosze dla własnej pamięci (może jako przyczynek do większego pamiętnika?). W tych wspomnieniach mam przyjemność.

Tym razem o Włoszech.

Rok 1986 – samochodowa podróż z żoną do toskańskiego Capalbio z szeregiem miejsc po drodze i w samych Włoszech. Po tylu latach nie pamiętam już niektórych szczegółów, tym bardziej, że na te wspomnienia nałożyły się inne późniejsze – podobnymi szlakami. Jednak szczęśliwie zachował się notatnik, w którym zaplanowałem całą wyprawę, a potem częściowo odnotowywałem realizację etapów. Dzięki temu mogę podać trasę i odtwarzać z pamięci pewne wydarzenia.
Był koniec lata, mieliśmy trzy tygodnie wolnego, byliśmy pełni energii i zakochani. To były jeszcze czasy wielu braków w Polsce i względnego ubóstwa większości polskich turystów. Miałem jednak oszczędności po kontrakcie libijskim (wspomniałem tamtą przygodę na wstępie), więc nie musieliśmy aż tak biedować, chociaż byliśmy parą na dorobku i nie szastaliśmy pieniędzmi. Polegaliśmy na namiocie i często na własnym żywieniu. Nie była nam straszna podróż w nieznane, zdanie się na możliwe improwizacje i niespodzianki.
Skoda 135 L nie sprawiła nam kłopotów i dowiozła nas do celu. Ale zanim to się stało warto wspomnieć chociaż krótko ciekawą drogę.
Nocowaliśmy przygodnie śpiąc często w samochodzie lub na parkingach pod namiotem.

Wyjechaliśmy 9 września, pierwszy etap do Zakopanego (lubimy), nocleg w Domu Turysty i szus do Budapesztu przez Bańską Bystrzycę. Tam tylko nocleg, bo to miasto było celem innej, poślubnej podróży z odpowiednimi atrakcjami i innym standardem.
Dalej wzdłuż Balatonu, a potem przejechaliśmy do pięknej Słowenii (szczególnie góry). Nie mogliśmy pominąć niesamowitych krasowych pieczar w Postojnej, było już jednak za późno na zwiedzanie, więc nocleg w samochodzie, a rano zwiedzaliśmy obiekt dość gruntownie. Pod kątem opisu odsyłam do źródeł z profesjonalnymi zdjęciami np. w sieci.

Z tym miejscem wiąże się pewna przygoda.  Jak w podróżach tamtych czasów mieliśmy parę drobnych rzeczy na ew. sprzedaż by mieć trochę miejscowej gotówki. Nie musieliśmy się narzucać, bo parę miejscowych kobiet zaczepiło nas rano właśnie w takiej sprawie. Kupiły małe przenośne radio. Podaliśmy jakąś cenę z głowy, na którą się zgodziły i zaczęły nam wypłacać należność w miejscowych banknotach. Było ich dużo, ale ponieważ zupełnie nie znaliśmy się na miejscowej walucie, uznaliśmy że wszystko jest OK. Po końcu zwiedzania, na parkingu zostaliśmy namierzeni i otoczni przez te kobiety z awanturą, że mamy zwrócić większą część otrzymanych pieniędzy. Otóż pomyliły się przy wypłacie bodajże dziesięciokrotnie. W tym momencie zrozumieliśmy, zgodnie z pierwotnym przeczuciem, że jednak coś było nie tak, ale z drugiej strony to one liczyły swoje pieniądze i wszystkie razem, zatem podejrzewaliśmy, że może to było po jakieś tamtejszej denominacji? Tłumaczyły się emocjami, jakimś zaćmieniem umysłu. Rozumiejąc tę stratę oddaliśmy bez kłótni prawie wszystko oprócz realnego kosztu radyjka.
Dalej jechaliśmy z myślami: gdyby nas nie znalazły, to okazałoby się że mamy znaczący zastrzyk gotówki, który posłużyłby np. na noclegi w hotelach lub bilety do muzeów. Z drugiej strony gryzłoby nas sumienie, że ktoś stracił przez nas, a te kobiety nie wyglądały na zamożne. Ale gdyby to one nas nie znalazły na parkingu, nie mielibyśmy pojęcia jak je odnaleźć.
Z czystym sumieniem podążaliśmy dalej dość nudną drogą niziną za Triestem, na które to miasto nie mieliśmy czasu, minęliśmy Wenecję, którą zastawiliśmy na drogę powrotną, i skierowaliśmy się autostradą na południe. I pierwsza obserwacja włoska, która potem wielokrotnie się potwierdzała – dużo śmieci przy drogach, coś czego wcześniej w innych miejscach nie widzieliśmy. Śmiecie widzieliśmy i w innych miejscach, np. przy kempingach. Nowością, która jeszcze wtedy nie dotarła do Polski, były też duże plastikowe butelki. Druga obserwacja – wzdłuż szos non-stop tereny prywatne lub zabudowane, więc nasz polski zwyczaj „panowie na lewo, panie na prawo” w jakimś lasku w razie potrzeby, we Włoszech było to bardzo utrudnione. Dojechaliśmy autostradą do Rawenny na wschodnim wybrzeżu, która powitała nas ścianą mocnej ulewy. Mało co było widać, bo zapadał też zmrok, i mieliśmy wielką trudność by odnaleźć upatrzony hotelik. Pomógł nam uprzejmy mężczyzna, który pilotował nas do celu. Rano w dalszą drogę przez Forli i przeprawa przez Apeniny na zachód. W wielu miejscach rajskie widoki. Kolejna obserwacja – przy górskich drogach odrutowane skaliste strome zbocza i napisy ostrzeżenia Caduta massi czyli spadające kamienie/skały.

Dojechaliśmy do wspaniałej Florencji, która powitała nas wielkim upałem ok. 38 stopni. Było ciężko, ale poświeciliśmy zwiedzaniu prawie dwa dni.

Wspomnę tutaj, że z całej podróż niestety prawie nie mamy zdjęć przez dziwną serię wpadek – prześwietliliśmy dwie rolki, a kilka rolek zgubiliśmy przy powrocie do Polski. Uratowaliśmy tylko parę klatek, które dalej pokażę. Co za pech!

Po noclegu w samochodzie, następnego dnia ciąg dalszy zwiedzania z Galerią Ufizzi włącznie.
Dalej Siena, która też zrobiła na nas duże wrażenie – z perspektywy i podczas spaceru uliczkami. Upał był nadal męczący, więc z utęsknieniem myśleliśmy o dotarciu do wybrzeża morza, i tak tego dnia wieczorem, przez Grosseto dojechaliśmy do naszej docelowej bazy, kempingu w Capalbio, tej małej miejscowości nad morzem, niedaleko od miasteczka o tej samej nazwie. Urocze miejsca z plażą i zabytkami. Nie będę opisywał, bo prawdopodobnie w dobie silnego trendu stawiania hoteli i struktury turystycznej, dziś, po ok. 40 latach wygląda to inaczej – polecam sięgnąć do aktualnych przewodników i np. google.com/maps .
Nie mamy stamtąd zdjęć, więc wstawiam jakąś fotkę z Internetu, która pasuje mi ogólnie do tamtejszych wspomnień, zwłaszcza wieczornych, kiedy można było odetchnąć i np. pójść na kieliszek wina do jakiejś knajpki.

Natomiast to, co pamiętamy najlepiej, to właśnie plaże, kąpiele nawet w nocy, wieczorne romantyczne spacery i wycieczki po bliższej i dalszej okolicy. Capalbio to była nasza baza wypadowa. I tak np. w pierwszych dniach wizyta w Santo Stefano z tamtejszymi termami rzymskimi. A potem wypad do Rzymu, a po powrocie dalsze okoliczne miejscowości.
Na Rzym poświęciliśmy dwa dni. Klasycznie – najważniejsze obiekty: Forum, Koloseum, pomniki, fontanna di Trevi …
Poniżej wyblakłe zdjęcie na którym w tle widać Bazylikę Santa Maria Maggiore. To Piazza Venezia z pomnikiem Wiktora Emanuela II na pierwszym planie oraz … żona 🙂 
(Przepraszam za jakość zdjęcia z powodów już wymienionych)

Wciąż było upalnie i męcząco – wspomnę odpoczynek w jakimś większym parku i przykrą przygodę. Po powrocie do samochodu zaparkowanego na nieodległej uliczce zobaczyliśmy wyrwaną klapę bagażnika i brak paru rzeczy. Złodziej nie obłowił się, bo bagaż mieśmy na kempingu, ale szkoda była i złość, która popsuła ten dzień. Na domiar, po zjedzeniu lodów w ten gorący dzień, w nocy dostałem gorączki i nasze zwiedzanie stanęło pod znakiem zapytania. Cudownie, za sprawą modlitwy?, rano poczułem się już lepiej i kontynuowaliśmy rzymską przygodę, której głównym punktem był Watykan. Zwiedziliśmy bazylikę i mieliśmy spotkanie z papieżem na placu św. Piotra. Oto kolejne z paru zachowanych fotografii, słabe zarówno ze starości jak i nieudanego wywołania.

Po Rzymie wróciliśmy do naszej bazy słynną trasą dawnej Via Aurelia. Jeszcze zaliczyliśmy promem Elbę – rozczarowanie, nic specjalnego.
21 września opuściliśmy Capalbio udając się na północ. Przez Piombino dotarliśmy do Porto Ferraio najpierw promem, a potem jeszcze autobusem do Marina di Campo. Piękne widoki.
Dalsza trasa to Pisa, oczywiście z krzywą wieżą (szkoda, że zaginęło zdjęcie na którym podtrzymuję ją by nie upadła). Stamtąd już pośpieszniej przez Lucca, Bolonię i Padwę dotarliśmy 23 września do Wenecji. Niesamowite, jedyne w swoim rodzaju miasto. Do samej zabytkowej części dotarliśmy lokalnym pociągiem przez rodzaj grobli. Oprócz wielu zabytków, naszą uwagę zwróciły liczne sklepy i sklepiki z pamiątkami i wyrobami ze złota.
Poniżej bodajże dwa ostatnie zdjęcia, które jeszcze jako tako można pokazać (próbowałem ulepszyć pewnym programem AI – z małym skutkiem) – żona nad kanałem, którego nazwy już nie pamiętamy i przy innym niekreślonym zabytku.

Na tym w zasadzie zakończyliśmy nasz pobyt we Włoszech. Droga powrotna, też nie bez wrażeń i ciekawych miejsc, prowadziła przez Opatię, Rijekę, Zagrzeb, na Węgry. Nocleg nad Balatonem i znów Budapeszt – tym razem nieco dłużej z małym zwiedzaniem i zakupami upominków dla rodziny. Dalej ponownie przez Bańską Bystrzycę do Zakopanego. Tam wycieczka w Dolinie Strążyskiej i szybko przez Kraków (zwiedzaliśmy razem wcześniej i później), a po drodze do Warszawy jeszcze zwiedzanie Jaskini Raj. W sumie przejechanych 5200 kilometrów.
Powrót do domu 23 września, a już 30.09 podróż samolotem do Moskwy (kolejna z paru delegacji służbowych z Instytutu Lotnictwa tamże, ale także z programem zwiedzania). Ale to na inną opowieść…

Przez sentyment do Toskanii (za którą – nomen-omen tęsknimy, chociaż inne podróże zdobyły potem priorytet, bo odkrywały nowe miejsca) mamy parę książek o tej krainie, jakie się ukazały w Polsce (nie licząc przewodników). Wymienię:
Ferenc Máté – Winnica w Toskanii
Ferenc Máté – Mądrość Toskanii
Ferenc Máté – Wzgórza Toskanii
Mayes Frances – Pod słońcem Toskanii (może pamiętacie film na jej podstawie?)
Małgorzata Matyjaszczyk – Mój pierwszy rok w Toskanii – zapiski spełnionych marzeń. To książka napisana kiedyś na podstawie jej bloga. 
Okazało się, że ten blog wciąż częściowo istnieje i jest przebogaty w treści. I nie tylko o Toskanii, bo i szerzej o Włoszech, tamtejszej kulturze, sztuce, kulinariach, ludziach… Polecam.
https://toskania.matyjaszczyk.com/ 





Ludzie

wdzięczny

Człowiek potrzebuje człowieka, żeby być człowiekiem.
Johannes Becher

Kolejny bardzo osobisty wpis…
Przez moje długie już życie przewinęło się bardzo dużo osób (tysiąc+  ?) – nie licząc oczywiście krótkich przygodnych spotkań i mało znaczących kontaktów formalnych. 
Mimo, że nie jestem osobą publiczną ani specjalnie towarzyską, to miałem wiele kontaktów zawodowych i prywatnych, które na pewno miały na mnie wpływ.
Pracowałem w wielu miejscach, studiowałem na trzech wydziałach, sporo podróżowałem, żyłem za granicą, wszędzie miałem relacje formalne i towarzyskie. Byli ludzie z różnych krajów i kultur. Gdy przeglądam stare wizytówki, spisy adresowe, korespondencję  – aż sam się dziwię, że jeszcze pamiętam taką liczbę ludzi, mimo że „pamięć już nie ta”. Mam też po parę tysięcy „znajomych internetowych” czyli osób, które się wzajemnie śledzą na mediach społecznościowych (FB, X, Linkedin …)
Ten wpis można traktować jako podziękowanie dla tych wszystkich osób, chociaż raczej nie będę tu wskazywał ich imiennie – tak wiele postaci musiałbym  przywołać.
Podobnie pozostawiam w sferze prywatnej podziękowania i uznanie dla członków rodziny, chociaż są ukryte miejsca w sieci gdzie to czynię (np. poufna strona rodzinna, korespondencja, dedykowane wiersze). Ale o Rodzicach w kontekście zdrowia pisałem krótko także tutaj w Starość w paru odsłonach
Innym przykładem jest wspomnienie Amerykańska przygoda gdzie występuje paru krewnych.

Wyrzucam sobie dziś, że jednak dotąd nie uhonorowałem tutaj wprost wielu swoich nauczycieli: życia, wrażliwości, z zakresu zdrowia itd.
Wyjątkiem był wpis Jerzy Zięba – co o nim sądzę oraz parokrotnie Kimberly Goguen – zarówno tutaj (np. CARE i ja ) jak i gdzie indziej – https://locusmind.one/pages/korcz (tam przy okazji podziękowania dla Pameli J. Z.   https://locusmind.one/posts/8004 ). 
Wielkie podziękowania należą się całej rzeszy pisarzy. Było tyle lektur, które wywarły na mnie wpływ, że trudno to ogarnąć. Literatura piękna, w tym też wiersze,  bo sam też ich sporo napisałem *.
I na tym blogu znajdziesz odniesienia do wielu lektur.
Na pograniczu literatury pięknej i popularyzatorskiej wyróżnię swego mentora Stefana Garczyńskiego (1920-1993), którego książki (z wdzięczności) „reinkarnuję” na stronie www.StefanGarczynski.pl 
Także literatura faktu, naukowa lub publicystyczna mocno wpłynęła na moje poglądy. Z ulubionego zakresu zdrowia jest to wspomniany J. Zięba, ale moja  biblioteka około medyczna zawiera setki pozycji i trudno wymienić najbardziej ulubione. Specjalne miejsce należy się prof. Julianowi Aleksandrowiczowi za jego koncepcje medycyny humanistycznej i otwarty umysł. W ogóle cenię właśnie ludzi o takich umysłach i szerokich horyzontach.
Oczywiście jest wielu odważnych lekarzy i naukowców na tej niwie, których  wpisy/artykuły często cytuję w mediach społecznościowych, ostatnio zwłaszcza na twitterze (X). I nie tylko w zakresie zdrowia – składam podziękowania wszystkim trzeźwo i niezależnie myślącym, którym na sercu leży dobro ludzi i prawda. Tę pokazują niektórzy badacze sięgający do stref „zakazanych”, mało znanych lub tajemniczych – np. Igor Witkowski  (starsza próbka przeglądu twórczości z odnośnikami) albo kiedyś Neale D. Walsch (pierwszy przegląd , którego już nie kontynuowałem), chociaż obecnie nie wszystko akceptuję co pisał .
Oczywiście są i ludzie których mocno krytykuję, jeśli mam argumenty i uważam, że pokazanie ich błędów jest dobre dla społeczeństwa i dla nich samych.
Jesteśmy istotami społecznymi, zatem udzielanie się społeczne, w najróżniejszych formach, jest naturalne i wskazane.
Podobnie hołubienie relacji – zwłaszcza po „pandemii”, która tak podzieliła ludzi, i w ogóle w czasach narastającej alienacji i zagubienia w tym stechnizowanym, często niezrozumiałym i opresyjnym świecie.

Były osoby które odeszły nagle i już nie było możliwości przekazać im mojej wdzięczności. Żal zwłaszcza bliskich przyjaciół i niektórych krewnych – czasem o ich odejściu dowiadywałem się z opóźnieniem. O tym wspomniałem we wpisie Samotność , a krótko ująłem w wierszyku 

Wykruszają się znajomi
przyjaciel i krewni.
Żyję za długo?
Nie, to życie jest za krótkie
jesteśmy tego pewni.
Trzeba je hołubić i kochać
dbać o siebie,
złe decyzje i myśli usuwać.
Nie jestem wzorem świętości,
lecz mam się całkiem dobrze,
ale coraz trudniej
w samotności.

Byłem w paru związkach – za każdy dziękuję, chociaż druga strona mogła mieć czasem żal, że się zakończyły. Wtedy – przepraszam, ale też wybaczam tym kobietom,  które mnie skrzywdziły.  Na szczęście mój ostatni związek (małżeński) niedługo dobiegnie 40 lat i szczególnie jestem wdzięczny żonie za tę wspólną drogę, wierność i wymarzonego syna, a w wyniku dalszą kontynuację rodu. 
Każde życie ma swoje lepsze i gorsze chwile – jest nauczycielem, lekcją…

Podaj rękę
pójdziemy razem
jak bywało
tą czy inną ścieżką
w szczęście i udrękę.
Co się stało, to się stało.
Dziś jest pięknie
– to zachowaj w pamięci
czasu może mało zostało.
Jestem wdzięczny
nie trzeba więcej.

Mam nadzieję, że w pewnych przypadkach te znajomości dały także coś i drugiej stronie. Prawdopodobnie nie zawsze było to łatwe, bo jestem w jakimś stopniu outsiderem, trochę dziwakiem (Dziwak), mam dość radykalne poglądy, zapala mi się czerwona lampka gdy wszyscy idą w tym samym kierunku, jakby w owczym pędzie itp. „Chadzam” po mało znanych drogach, dziwnych dla wielu…

Wspominam ciepło kolegów i koleżanki szkolne i przykro mi, że niemal wszystkie te znajomości się pozrywały. Dziś już nie liczę na to, że ktoś się jeszcze odezwie – rozumiem że wszyscy jesteśmy już starzy i niechętnie się pokazujemy oraz że byłoby to nieco nienaturalne. Ponadto podejrzewam, że niektórzy nas już opuścili i patrzą na wszystko z wyższej perspektywy…

A właśnie patrząc szerzej – nie wzięliśmy się znikąd – to korowód istnień, naszych przodków, wynik naszej historii – im wszystkim winni jesteśmy wdzięczność i pamięć. I sami powinniśmy dbać aby i nas pamiętano.
Pisałem w wierszyku:

Dzieci, a po nich dzieci
i następne pokolenia zstępne
– radość i duma.
Na jej skrzydłach
i czasu, co wytrwale leci
– taka dziadka zaduma.

Przykro, że tak wielu odcina się od swoich korzeni, bagatelizuje historię, żyje tylko swoim Ja, nie poczuwa się do wspólnoty…

Wszystko, co widzimy wokół – budowle, infrastruktura, przedmioty, dzieła kultury, żywność itd. to dzieło innych ludzi w 99.999 procentach – to zasługuje na szacunek. Mało jest takich osób, które mogą przypisać sobie więcej niż te promile wkładu w świat, chyba że z pychy. I nie wszystko złoto, co się świeci… 
Ale jednocześnie to nie znaczy, że nic nie znaczysz, przeciwnie – wnosisz swój wkład w to wspólne dzieło, a może jednak jesteś wybrańcem, który w plecaku nosi buławę?

W korowodzie miliardów
istnień
w nieogarnionej historii
spraw i uczuć.
w ich splocie
i skutkach
jam-ktoś
jak pyłek,
na falach
zagubiona łódka.
A jednak
JESTEM
– po coś.

Z jeszcze szerszej perspektywy, czy to filozoficznej, czy biologicznej – jednak wszyscy „jesteśmy jedno” jako gatunek, a mówiąc językiem religijnym – dziećmi Boga – nawet jeśli wielu odcina się od takiej wspólnoty. Idąc tropem alegorii biblijnego dobrego łotra – każdy ma szansę na naprawę błędów, może mieć nadzieję. Chyba że świadomie zaprzedał duszę Złemu – tu już osąd jest poza naszą ludzką jurysdykcją, chociaż i w tym wypadku osobiście możemy wybaczać – „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”.
W innym ujęciu mówi się, że możesz bardzo wiele jeśli uwierzysz w siebie, poznasz swój potencjał, a nawet boski pierwiastek. Wtedy łatwiej, naturalnie uznasz to samo w innych ludziach i pojęcie miłości zyskuje sens agape.
DZIĘKUJĘ wszystkim wspomnianym, zapomnianym i NN – nie zawsze zdajemy sobie sprawę, co i komu zawdzięczamy…

A ogólnie temat wdzięczności (za życie, doświadczenia, chwile szczęśliwe lub pouczające, za piękno itd. itd.) jest ważny i obszerny – na osobny wpis.

* Wiersze pochodzą ze zbiorku, którego wybrane pozycje może wydam – patrz tutaj.

Kawowe curriculum vitae

dear coffee

Kawa ożywia umysł. Miłość duszę.
A miłość do kawy?

Zanim przejdę do głównego tematu czyli samej kawy – jak ją widzę i co chciałbym o niej powiedzieć, pozwolę sobie na parę wspomnień związanych z kawą.
Gdy to piszę, na dworze jest mroczno i zimno, a to nastraja do słonecznych wspomnień. Tak, jak lubię kawę, tak i te pozytywne uczucia rozgrzewają.

W naszym rodzinnym domu, a dla mnie to czasy PRLu, kawę pijało się od święta i przy mniej typowych okazjach. Rodzice byli brydżystami i bywały długie wieczory sięgające głębokiej nocy, gdy grający podtrzymywali się kawą, którą przynosili goście, bo u nas raczej się jej nie trzymało i nie piło. Ja wtedy już spałem a wcześniej nawet nie przyglądałem się rozgrywkom – jakoś w ogóle gry karciane mnie nie przyciągały. Ale podarunek kawowy zostawał i jeszcze starczał na jakiś czas.
Inny kawowy zwyczaj wiązał się z przyjazdami ciotki Meli z USA latach sześćdziesiątych. Mieliśmy rodzinę rozproszoną po świecie – część z dawnej emigracji, część jako skutek drugiej wojny światowej, której żołnierze potem trafiali do Anglii, USA, Australii itd.
Ciotka zawsze przywoziła ze sobą swoje ulubione kawy, nie mogła się bez nich obyć, a także na prezent. To było jednak z natury sporadyczne, wtedy jeszcze kawa nie wzbudzała we mnie większego zainteresowania. W okolicach czasu matury chorowałem na wątrobę (szpital) i kawy mi nie polecano, zresztą jak wielu innych rzeczy.
W czasach studenckich i jeszcze potem parę razy jeździłem na saksy, głównie do Francji i Szwecji. Francja kojarzy mi się dużo bardziej z winem niż z kawą, tym bardziej, że pracowałem na winnicach. Ale zawsze zatrzymywałem się na trochę w Paryżu, a tam wypić kawkę to był element tamtejszego nastroju.
Natomiast w Szwecji pracowałem z kolegą, między innymi, przy zakładaniu szkółek leśnych. Było gorące lato i ta ciężka praca (robienie ogrodzeń z ich głębokim wkopywaniem w kamienisty grunt) powodowała, że przekładaliśmy ją w dużej części na białe noce. A w dzień odsypialiśmy i dorabialiśmy w dużej restauracji w miasteczku kilkanaście kilometrów od lasu. Dojeżdżaliśmy dzięki temu że mieliśmy skuter.  Praca na zmywaku miała dla nas, studentów, pewien dodatkowy plus, oprócz zarobku. W tym bogatym kraju i w tej dobrej restauracji mieliśmy wikt oraz … dostęp do dużej ilości kawy. Podawano ją w dzbankach – często te dzbanki były opróżniane np. tylko do połowy – reszta dla nas. W sam raz na podtrzymanie w czasie nocnej pracy.
Także w Szwecji doświadczyłem tych kawowych nastrojów, można powiedzieć tamtejszego Hygge, podczas wizyty u kuzynki.

W 1973 ciotka odwzajemniła naszą gościnność – wyjechałem z kuzynem do Ameryki na wakacje. To dłuższa przygoda do opowiedzenia osobno, ale tutaj wspomnę o dwóch zwyczajach jakie wtedy były naszym udziałem. Pierwszy to aperitif z wytrawnego wina na ok. 15 minut przed obiadem, celebrowany na tarasie domu.
Drugi to deser z udziałem kawy. I tak prawie codziennie, więc wtedy poznałem kawę lepiej. Nie pamiętam jak była parzona, bo podawano ją gotową do stołu.
W czasie samochodowych peregrynacji po stanach nocowaliśmy na ogół w motelach, gdzie także  była kawa – zarówno rano jak i do kupienia. To, co obecnie mamy w Polsce na prawie każdej stacji benzynowej (też czasem korzystam, zwłaszcza przy dłuższej trasie), tam było wtedy normalne.
Po powrocie zafundowałem sobie pierwszy ekspres – przelewowy. Był to jakiś polski produkt słabej jakości (dziś już nie pamiętam marki), dość szybko się popsuł.

W tamtych czasach sporo podróżowałem autostopem po Polsce i Europie, ale też biedowałem, tj. wolałem skromne środki przeznaczyć na jedzenie niż kawę.
Potem, w czasie prawie trzyletniego pobytu na kontrakcie w Libii, byliśmy zakwaterowywani w hotelach,  gdzie kawa też była obficie serwowana, ale także na naszych towarzyskich spotkaniach w  zaprzyjaźnionych domach.
Kolejne spotkania z kawą pokazujące koloryt związanych z tym zwyczajów i sposobów parzenia,  to były nasze małżeńskie wyjazdy do Włoch, Bułgarii, Grecji. O jednym z nich tutaj wspomniałem, chociaż bez wątków kawowych (dziwne, może dlatego, że to było w ramach stołu śniadaniowego – jak zazwyczaj w hotelach). Także kawa w autokarach dalekobieżnych była wybawieniem z senności dopadającej przy długiej podróży.
Na tym zakończę wątki podróżnicze, chociaż w licznych wyjazdach służbowych kawa to był stały element „podtrzymania” i ugoszczenia.
W tych dalszych i dłuższych eskapadach  miałem większą przerwę, ze względu na pracę. Byłem w tym czasie w paru firmach – nie wszędzie kawa była zwyczajem biurowym, ale w formalnie ostatniej pracy przed emeryturą – zawsze była i to wg życzenia.
O dziwo, był też okres kiedy kawa jakby przestała mi smakować, miałem wrażenie, że źle na mnie wpływa. Może to była sugestia związana z tym , że chorowałem i uległem opinii, że lepiej zatem kawy nie pić i że zakwasza organizm.  Było to swoiste nocebo. Nawet krótko kiedyś to opisałem w Moja historia z kawą – w czasie gdy poznałem firmę DXN (dość stare dzieje).
Jako gorący zwolennik naturalnych metod i preparatów, wiedziałem, że leczy nas przede wszystkim nasz system immunologiczny. Trzeba mu tylko pomóc.
A właśnie kawa z ganodermą z DXN wzmacnia system immunologiczny, a przy okazji także kondycję.  Pomyślałem – genialne, jak to się wszystko dobrze składa – lek aplikowany z napojem, który tak wiele osób kocha!
Wróciłem do kawy w tej postaci, tj. w saszetkach z dodatkiem proszku z tego leczniczego grzyba (ganoderma, reishi). Poprawiłem zdrowie.
Przez pewien czas działem w DXN jako partner handlowy. Miałem dedykowaną stronę w Internecie (sporo artykułów „branżowych”) oraz wtedy i z tego powodu założyłem na Facebooku stronę Spotkania Przy Kawie (vel Kawa Na Zdrowie).
Jednak w tej firmie nie szło mi za dobrze, miałem też inną pracę, więc projekt zarzuciłem. I przyznam, ta ich kawa nie smakowała mi w porównaniu do tego, co znałem w przeszłości.  Zatem i ów fanpage stracił na znaczeniu i obecnie jest ledwie podtrzymywany. Wrzucam tam czasem artykuły o kawie oraz takie … które wiążą się z materiałami do poczytania przy kawie.
Te spotkania przy kawie odbywam oczywiście i w realu, rodzinnie i ze znajomymi.
żona w kawiarni

Z żoną nie żałujemy sobie odwiedzania, a nawet zwiedzania kawiarni z dobrą kawą. Szczególnie zimą. A jeśli w drodze, to może być i Mac Cafe…

Właściwie nie musielibyśmy, bo w domu mamy wszystko co potrzebne, by dobrą kawę sobie zrobić. Oto moje instrumentarium (pominąłem prosty dripper, bo w czasie zdjęcia właśnie był w użyciu).

kawowe instrumentarium

Chociaż – nie wszystko – za późno dowiedziałem się o zaletach  aeropressu

Może dojdzie do kompletu na czas gdy przebywamy w lecie na działce, gdzie nie zamierzmy zabierać ekspresu.

A na działce w 2022 mieliśmy ciąg upalnych dni, które skłoniły mnie do małego wynalazku – orzeźwiającego napoju kawowego na zimno. Bariści się skrzywią, ale mnie to pasowało, tym bardziej że to procedura na 15 sekund.  Dobra kawa rozpuszczalna zalana zimną gazowaną wodą mineralną  – po wymieszaniu jest smacznie, z bąbelkami i pianką.
Kiedy i ile kawy piję? Przeciwnie niż żona (Ona zaczyna rano), ja pijam ją najczęściej w południe (+/-), bo to okienko pierwszego znużenia. To także zgodne z opinią fizjologów – rano organizm ma dość wysoki poziom kortyzolu, jest dostatecznie pobudzony, przynajmniej u mnie właśnie tak jest. Ponadto rano trzeba się dobrze nawodnić, a sama kawa to za mało.
I rzadko piję więcej niż jedną czy dwie kawy – zaskoczenie? Bo jestem aktywny, pobudzony przez większość czasu – nie muszę się dodatkowo dopingować. Ponadto – zasadą przyjemności jest umiar. I nie jestem kofeinistą i unikam wszelkich nałogów.
Nie przepadam za kawami mlecznymi – też wbrew obecnej modzie – a jeśli już, to z niedużą ilością mleka lub śmietanki. Kawy lekko palone Arabika ew. jakiś dobrze dobrany blend.  Mamy niedaleko palarnię kawy – można tam coś dobrać. Staram się docierać do kaw ekologicznych i pochodzących z Fair Trade. Także z festiwali kawowych, na których okazjonalnie bywam.
Dodam jeszcze, że przekonałem się do saszetek (pods) Melitty – zaparzanych w ekspresie. Czasem eksperymentuję z przyprawami do kawy, pijam ją także z olejem kokosowym, tzw. kawę kuloodporną.
I przede wszystkim – używamy tylko wody oligoceńskiej lub dobrze przefiltrowanej i staram się o dobre kawy.
Tyle o gustach, bo to rzecz indywidualna.
Po owym okresie przerwy zainteresowałem się zdrowotnością kawy.  Podkręcanie tych zalet za pomocą ganodermy to jednak zabieg sztuczny.
Wkrótce dowiedziałem się, że kawa jest ZDROWA i to na wielu „polach”. Na swojej stronie poświęconej zdrowiu (LepszeZdrowie.info) publikowałem artykuł za artykułem, które pokazywały te rożne aspekty. Nie będę wszystkich wymieniał, a przykładowo: Kawa – dobra czy zła?, Kawa a wątroba i inne mity itd., by w końcu to ująć syntetycznie w Kawa – podsumowanie, gdzie są odwołania do innych wpisów i źródeł.
W tym miejscu wypada mi podziękować Katarzynie Świątkowskiej, lekarce, która z oddaniem obala różne mity oraz broni kawy na podstawie prac naukowych. Dużą część (107 stron, 362 odnośników do literatury) książki  MITY MEDYCZNE, KTÓRE MOGĄ ZABIĆ,  KONTRA FAKTY RATUJĄCE ŻYCIE (tom 1) poświęciła własnie temu, a całą książkę omówiłem tutaj. Dużo wcześniej pokazałem właściwości kofeiny w artykule Jak wspomaga nas kofeina, co miejscami zostało skorygowane w pracach pani Katarzyny.
Potem trafiłem na parę kontrargumentów, które spróbowałem wyjaśnić w artykule Jeszcze o kawie.  Myślę, że z powodzeniem,  tym bardziej, że niemal codziennie otrzymuję, w trybie prenumeraty wiadomości tematycznych, dalsze analizy i pochwały kawy.  W powyższym artykule podaję jeszcze inne opracowania oraz opinię dra Marka Skoczylasa. Oprócz pani doktor, to jeden z lekarzy których poważam; pokażę jeszcze jego wykład 16 efektów picia kawy regularnie (z napisami, które może pobrać).

Gdy to piszę właśnie jestem po lekturze artykułu Polska badaczka udowodniła prozdrowotne własności kawy.
Jednak, jak przy każdej używce należy wspomnieć o zastrzeżeniach, co kiedyś (znów dzięki pani Świątkowskiej) wyjaśniłem częściowo w artykule Uwaga interakcje.
Nawet jeśli kawa nie każdemu służy (co odnosi się niemal do wszystkiego – jako ludzie różnimy się nieco genetycznie, stanem zdrowia, wiekiem, sposobem odżywiania i leczenia, itd.), to saldo jest pozytywne.  A przyjemność picia (i nawet samego zapachu) kawy to wartość, którą wielu ceni nawet wyżej niż jakieś związane z tym kłopoty.  W skali indywidualnej to celebracja – przyrządzania i konsumpcji, co stanowi swoisty element  kultury. Celebruję życie miedzy innymi dobrą kawą – życie jest za krótkie na picie tych marnych… Jestem na etapie jakości czyli tzw. trzeciej fali kawy. Fala czwarta zadba o plantacje – by były ekologiczne w szerokim zrozumieniu. W szczególności już teraz wyszukujmy kaw bez mykotoksyn (OTA free).
Kawa ma pokrewieństwo z czekoladą – też lubię i doceniam właściwości zdrowotne.

Można by długo o tym pisać i napisano bardzo dużo. Jako przykład – oto moja domowa „biblioteczka kawowa” jak na dziś (oprócz książek kucharskich i innych, w których kawa też się pojawia)

książki o kawie

Każda książka jest trochę inna, co pokazuje rozległość wiedzy o kawie, jej historię i podejście autora. Często zakochanie w tematyce. Widać to np. w „Kawa – instrukcja obsługi najpopularniejszego napoju na świecie” (autorka – Ika Graboń).
Mini-recenzję tej książki umieściłem ostatnio na portalu Lubimy czytać.
Wśród pasjonatów kawy wymienię Witolda Gadowskiego, który chociaż niewiele o tym mówi, ale stworzył trzy własne marki nawiązujące właśnie do kultury w powiązaniu z Polską. Tu wyjątkowo zrobię reklamę (bez powiązania z dostawcą), ponieważ uważam, że trzeba promować małe firmy (w tym rzemieślnicze) zajmujące się kawą na tle potentatów i sieciówek, które oferują kawę głównie z tzw. pierwszej fali – „aby była”, nie koniecznie dobrą.
To kawy: Wolność, Z polskiego dworku, Dom polski, Sobieski.
Natomiast wśród tych książek sprawy związane ze zdrowiem bodajże najobszerniej (ale i tam dalece nie w pełni) opisuje monografia Boba Arnota „Kawa dla zdrowia. Energia, smak i sposób na długowieczność„.
Co do celebracji, oprócz delektowania się w duchu slow coffee, to mam też słabość do filiżanek i kubków, bo sposób serwowania i estetyka też ma znaczenie.
Kiedyś dałem temu wyraz tablicą na Pinterest – Cups and Mugs (ostatnio już tam raczej nic nie dodaję).
dajesz radeI  love you

Natomiast w kulturze kawy jest mnóstwo powiedzeń, memów, instrukcji, dowcipnych zachęt – patrz moja inna tablica na Pinterest.
Przykładowy obrazek z przesłaniem edukacyjnym, ale to i tak nie wszystkie opcje, nie mówiąc o własnym eksperymentowaniu. rodzaje kawowych poczęstunków
Bo zajęcia z kawą to kreatywność – sukcesy i … błędy.

Wreszcie anegdoty, cytaty z literatury, powiedzenia. Kawa ma w tym spory udział. Jest ich setki. Zakończę paroma z nich.

„Jeśli masz zmartwienie – napij się kawy, jeśli się cieszysz – napij się kawy, jeśli jesteś zmęczony – napij się kawy.”
Martyna Wojciechowska

„Śmiech kobiety, zapach dziecka, przyrządzanie kawy – oto różne smaki i zapachy miłości.” Anthony Capella

„Mów prędko, co ci leży na sercu , bo kawa stygnie.” Nadżib Mahfuz

Smacznego i na zdrowie!
A ja wracam do pracy…

warsztat

Postawisz mi kawę?

Pociągiem w przeszłość

Urodziłeś się po to, by wieść nadzwyczajne życie,
robić nadzwyczajne rzeczy i pomóc nadzwyczajnej liczbie ludzi.
Mike Litman

Za oknami przetaczał się smętny widok przedwiosennych szarych pól i lasków.
Siedzieliśmy w przedziale we dwóch w milczeniu.
Chcąc przerwać tę przygnębiającą atmosferę zagaiłem

– Ten widok przypomina obecne smutne czasy, nasze szare życie w czasie epidemii.
Ale najbardziej szkoda mi dzieci …

Starszy przygodny towarzysz podróży westchnął
– tak, i młodzieży.
Po chwili zaczął opowiadać  historię, która wydała mi się ucieczką od tematu, ale nie wiedząc o co  rozmówcy chodzi, wtuliłem się w oparcie i zamieniłem w słuch.

… Aleksander N. po ojcu miał duże zdolności matematyczne, lubił różne zagadki, a z czasem jego zainteresowania stały się poważniejsze niż określał to młody wiek.
Jednocześnie, jak to dość często bywa u osób z takimi zdolnościami, wcześnie opanował nuty, grał na harmonii, miał dobrą pamieć muzyczną i udzielał się w starszych klasach szkolnych przy okazjach gdy trzeba było coś  zagrać czy zaśpiewać.
Na styku tych dwóch zainteresowań szkicował rozprawki o matematycznych aspektach muzyki, o tzw. stroju podstawowym i innych kanonach. Jego spostrzeżenia kilkadziesiąt lat później znalazły potwierdzenie w pracach naukowców.
Po maturze zastanawiał się jaką drogę życiową obrać. Zdecydował się na matematykę – od jesieni 1939 r. miał podjąć studia. Wojna to pokrzyżowała.
Dalsze losy Olka były podobne do doświadczanych przez wielu rówieśników. Po pewnym czasie zaczął działać w AK. Właśnie w organizacji poznał Basię. Zakochał się bez pamięci, wyglądało że ze wzajemnością, zresztą podobał się wielu dziewczynom – uwodził je swym śpiewem i muzyką. Mieli wziąć ślub w 1944, ale akcje oddziału przerzucały go to tu to tam i jeszcze nie założyli wspólnego gniazda – licząc na lepszy czas po rychłym końcu wojny. Ten zastał ich znów razem, ale nie na długo, bo partyzantka trwała nadal. Po dłuższym niewidzeniu się, odnowili swe przyrzeczenie zaręczynowe i przypieczętowali to poczęciem Janka. Gdy stało się jasne że Basia jest w ciąży, Olek snuł marzenia o synu, który mógłby pójść kiedyś  w jego ślady i rozwinąć naukowo teorie na styku muzyki i matematyki.
Aleksandra czekała jeszcze trudna akcja w lesie, gdzie oddziały partyzanckie były coraz bardziej  osaczane przez milicję. Miał zobowiązania nie tylko służbowe ale i osobiste wobec paru przyjaciół.
Olek pocieszał Basię, że wyjdą z tego. Jednak jako umysł ścisły zawsze przewidywał różne warianty, łącznie ze śmiercią – zostawił narzeczonej dyskretny liścik do późniejszego otwarcia na taki przypadek oraz zdeponował swój gruby matematyczny notatnik.
Niedługo potem odział Olka zastał okrążony, dowódca go rozwiązał i dał żołnierzom wolną rękę. Wg milicyjnego komunikatu wszyscy zostali wybici. Po ok. miesiącu nadal nie było wieści o ocalałych, domyślano się, że może niektórzy wylądowali gdzieś w więzieniach, ale nadal nic do Basi nie dochodziło.  Otworzyła liścik , w którym Olek prosił by w przypadku jego śmierci zajęła się dzieckiem, urządziła sobie życie i przechowała jego notatnik.

Na tym kończy się pierwsza historia, historia życia, które nie spełniło się w swym potencjale – ślad po Aleksandrze zaginął na zawsze, nie wiadomo co się z nim stało.
Jak tysięcy innych. W tym przypadku nawet grób Aleksandra jest nieznany, a jego nazwisko może gdzieś zostało skrócone do NN.

Historii Barbary nie będę szerzej opowiadał. Wkrótce jej urokowi poddał się inny mężczyzna, a ona – widząc, że w tych trudnych czasach potrzebuje wsparcia, zgodziła się zostać jego żoną.

Starszy pan zawiesił głos, przez chwilę coś w sobie ważył, po czym kontynuował….

Urodziła syna, który faktycznie po ojcu po latach wykazał duże zdolności matematyczne. Najpierw  w turniejach szachowych i konkursach szkolnych, potem zrealizował niespełnione marzenie ojca podejmując studia matematyczne.
Po ich ukończeniu zatrudnił się w instytucie naukowo-przemysłowym. Zrobił doktorat w zakresie telekomunikacji, w którym uzasadnił możliwość nowej zasady przekazywania informacji.
Jego zainteresowania szły dalej w tym kierunku, przy czym inspiracje znalazł w pracach Tesli i … tu rozmówca lekko się uśmiechnął – w notatkach ojca o olśniewającej koncepcji  w ramach teorii fal.  Była rewolucyjna , bo umożliwiała pozbycie się masztów  nadawczo-odbiorczych. Przypominała to, co pojawiło się jako koncepcja telefonu grawitacyjnego.
Wtrąciłem – słyszałem o niej.

Rozmówca uśmiechnął się znów i przytoczył parę szczegółów – najwidoczniej znał się na tym.
Kontynuował:
– Pomysł Jana pokazywał możliwości realizacji. Jednak to nie miało szans na faktyczną realizację – lobby naukowe, a tym bardziej przemysłowe,  nie było gotowe na taką rewolucję. Ponieważ instytut pracował nad projektami wojskowymi, a ten był przyklejony do właśnie takiego – wszystko było utajnione, nie mówiąc o możliwości publikacji w piśmiennictwie naukowym.
Niektórzy koledzy naukowcy wspominają, że Jan mógłby pretendować do nagrody Nobla.
Niestety zahukany i niedoceniony docent Jan po różnych próbach przebicia się, zmarł nagle na zawał serca – przypuszczam, że przysłużyli się do tego jego przełożeni.  Jego prace wciąż są ukrywane, a właściwiej byłoby powiedzieć, że gdzieś zaginęły.
I tak kolejny potencjał życia, talentu, zastał zmarnowany.

Przytaknąłem, ale chciałem do tego nawiązać przez porównanie do losu obecnie odbieranych szans niektórym młodym oraz naszym wynalazcom, których pomysły są wykradane przez zagraniczne korporacje.
Pociąg zaczął hamować przed kolejną stacją i mój rozmówca ubierał się szybko do wyjścia.
Miałem jeszcze parę pytań, ale już nie miałem na to szansy.
Będąc w drzwiach pan X przygwoździł mnie.

– Ta historia jest naprawdę trochę inna.
Jan został abortowany w trzecim miesiącu ciąży – mąż Barbary nie chciał tego dziecka. Był ustawiony w nowej rzeczywistości PRLu – pasierb po akowcu – to mu przeszkadzało.
Ilość aborcji wtedy i teraz  – to jest kolejna odsłona zmarnowanych potencjałów, nawet gdyby nie były tak nośne.
Ale historia Jana – tu pokazał rękoma cudzysłów – jest prawdziwa,  znałem go.
Tyle że miał na imię Wiktor – niestety nie odniósł wiktorii.
Nieznajomy zniknął w korytarzu, a ja zadumałem się jeszcze bardziej…

Wspomnienia – gdzie są?

Najważniejsze jest, by gdzieś istniało to, czym się żyło:
i zwyczaje, i święta rodzinne. I dom pełen wspomnień.
Najważniejsze jest, by żyć dla powrotu.
Antoine de Saint-Exupéry

gdzie są wspomnienia?

Generalnie nie mogę pochwalić się dobrą pamięcią, często z pewną trudnością ustalam co robiłem przedwczoraj albo gdzie położyłem jakąś rzecz. Nie pamiętam też już żadnego wiersza ze szkoły. Szczególnie mnie denerwuje szukanie jakiejś informacji w komputerze (przecież to zapisałem!) lub w jakiejś książce.
Można to poniekąd usprawiedliwić wiekiem i ilością informacji, która przewaliła się przez moje życie a teraz przytłacza już każdego.
I to jest jedna strona mojej pamięci.

Jednak równie często zdumiewa mnie wyrazistość wielu wspomnień – i tych starych i tych całkiem nowych.
Potrafię wyświetlić jak film wydarzenia z jakiegoś dnia (ale bez określenia daty).
Nawet nie zamykając oczu, w jakimś transie, widzę poszczególne sytuacje, a właściwie niemal je czuję.
Np. jesteśmy z żoną na wycieczce: przechodzę od nowa całą trasę, widzę wszystkie szczegóły z pojedynczymi krzakami, kwiatami, gdzie się zatrzymujemy, co podziwiamy. Czuję powiew wiatru i zapachy. O czym rozmawiamy (o ile wtedy uważnie słuchałem), czy dobrze się czułem czy źle, czy gdy siedziałem na pniu czy mnie coś uwierało a nawet czy i gdzie się podrapałem, bo coś swędziało 🙂
Albo siedzę w ogródku kawiarnianym, popijam kawę, czuję jej smak, obserwuję ludzi – pamiętam ich wygląd, dźwięki i co sie działo na ulicy…

Oczywiście nie wszystkie zachowane wspomnienia są tak dokładne, zwłaszcza te starsze.
Kiedyś może to przetestuję, teraz dość szybko porzucam takie momenty, bo życie goni i nie ma na to za wiele czasu. Ale mogę sobie wyobrazić, że jak będę bardzo stary, już tylko w bujanym fotelu, lub – nie daj Boże! – unieruchomiony w łóżku, to zacznę żyć wspomnieniami – starając się odtworzyć całe życie w ten sposób (o ile skleroza mi to uniemożliwi).

Osoby, które przeżyły śmierć kliniczną, donoszą po „powrocie” że właśnie w tym okresie poza ciałem przeżywały w ten sposób całe swoje życie, łącznie z emocjami swoimi i osób, które były zaangażowane w poszczególne sytuacje.
A niektórzy traktują to jako rodzaj sądu ostatecznego, na którym człowiek sam osadza swoje życie także z emocjami swoimi i osób włączonych w dany epizod – bywa to momentami bardzo bolesne.
Podobnie, w seansach hipnotycznych i tzw. regresingu można i bez śmierci klinicznej dotrzeć do olbrzymiej ilości wspomnień, w tym i do tych z okresu niemowlęcego, prenatalnego a nawet … poprzednich żyć. O tym za chwilę, ale tak czy inaczej zdumiewa mnie owa dokładność – większa niż filmowa, bo dotyczy nie tylko obrazów.
Stąd powstaje pytanie – gdzie „mieszczą się” te wszystkie wspomnienia?

Materialistyczna nauka sugeruje, że to wszystko zapisane jest w mózgu.
Nie tylko ja w to powątpiewam. Czy mózg mógłby to wszystko pomieścić?
I jakby mógł przechowywać wspomnienia z przeszłych żyć?
Istnieje hipoteza, całkiem popularna wśród naukowców, że mózg ma inne funkcje.
Przede wszystkim zawiaduje w sposób nieświadomy całością biologii organizmu – to olbrzymie zadanie. Ponadto odbiera wszystkie bodźce od zmysłów – przy czym stosuje filtrowanie informacji wybierając tylko te istotne dla nas, zresztą – nie bylibyśmy w stanie ogarnąć świadomie ich bogactwa.
Natomiast jest biologicznym nadajnikiem i odbiornikiem w powiązaniu z tajemniczą krainą zwaną przez niektórych Kroniką Akaszy – nieograniczonym magazynem informacji. Pozostańmy przy tym skrócie myślowym.
Wszystkie momenty naszego życia, także te nieuświadomione, są tam właśnie zapisywane.
Natomiast odbiornik to mózg odpowiednio nastrojony na pobieranie informacji z tej kroniki, w tym wspomnień. Ponieważ zawiera ona całość informacji – także z pamięci kolektywnej oraz historycznej, to stamtąd pochodzą także iluminacje i inspiracje.
Jednak nie używamy podobno całego mózgu, ta nadmiarowość w jego substancji i skomplikowaniu kryje jeszcze tajemnice.
Oboczną hipotezą jest, że ciało posiada pamięć na poziomie komórkowym – komórka to mikrokosmos z zagłębioną fraktalnie strukturą na poziomach molekularnych i być może głębiej.
Podobnie – sam budulec informacyjny życia – DNA, posiada potencjalnie olbrzymią pojemność danych.

Niektórzy twierdzą więcej – mózg nie potrafi myśleć, to funkcja umysłu, a ten jest niematerialny – jest funkcją nieśmiertelnej świadomości (można ją przyrównać do duszy), powiązanej z pełnym zasobem informacji.
Koresponduje to z hipotezą mózgu holograficznego. Z kolei to powiązane jest z fraktalnością – samopodobieństwem struktur rzeczywistości.
Tylko dotykam tych tematów z pozycji laika – z ciekawości.

Czy to nie jest fascynujące? Jak to się wszystko odbywa?
Wspomniałem ostatnio o tym we wpisie Wyższa Perspektywa, gdzie przywołałem artykuł naukowy przybliżający możliwy mechanizm – Mechanika mitologenu społecznego.

——-
PS. przeklnę – edytor urwał mi 3/4 tego wpisu („witryna niedostępna”, chociaż cały czas miałem połączenie internetowe) – i to nie pierwszy raz w historii tego bloga. To dowodzi jak wybiórcza jest jednak pamięć: zapomniałem o dostatecznie częstym zapisywaniem szkicu, a potem miałem też pewien problem z przypomnieniem sobie co dokładnie napisałem (trochę urwałem, bo – rozzłoszczony, już nie miałem cierpliwości by pisać wszystko od nowa).
Nauczka – edytować gdzie indziej, a tu tylko wklejać? 

Nietrafione slogany

Prawda nie jest przez to bardziej prawdziwa,
że wierzy w nią więcej niż jeden człowiek.
Oscar Wilde

(il. z serwisu Chcenawczoraj.pl)

Istnieje mnóstwo sloganów i przysłów  czy nawet prawie archetypowych memów, które nie odpowiadają  prawdzie a nawet prowadzą nas na manowce.

Tutejsze Lapidaria pokazywały już niektóre  takie mity, a na http://www.LepszeZdrowie.info pokazuję mity i przekłamania w dziedzinie zdrowia.

Dam tylko parę przykładów by pokazać o co mi chodzi.

„Nie zabierzesz ze sobą niczego na drugą stronę”

To niewątpliwie jest słuszne w odniesieniu do rzeczy materialnych – nie zabierze się ich do grobu. Dla ateistów, którzy są często i materialistami, to ważne memento, tym bardziej że dla nich – skoro nic już nie ma po śmierci – trudno mówić o zabieraniu czegokolwiek na tę drugą stronę. Jednak dla ludzi wierzących w życie pozagrobowe (mówi o tym bodajże większość religii), sprawa nie jest tak jednoznaczna. Bo podobno zabiera się doświadczenie i wspomnienia, a życie może być ocenione w zaświecie nie na podstawie majątku czy nawet pozycji społecznej, ale wg serca i dobrych uczynków.
Tutaj zarówno wierzący i ateiści zdają sobie sprawę, że ważne jest też to, co się zostawia po sobie na tym świecie: owe dobre uczynki, owoce społeczne i rodzinne swego życia, spuściznę intelektualną, i wcale nie mniej znaczącą spuściznę materialną. Majątek i wiedza posłuży rodzinie a często i społeczeństwu.

„Każdy ma 24 godziny na dobę”

Podobnie drażni mnie powielanie sloganu „KAŻDY z nas ma tyle samo czasu – 24h na dobę” (pisałem o tym na tym blogu w 2010 r. w kontekście efektywności).

Nie jest to prawda – w tym sensie, że są osoby, które mają dużo czasu nie przez swoją efektywność, ale dlatego, że ich życie jest puste, bo nie mają ambitniejszych celów ani zainteresowań.

Weźmy przykładowo samotnego (bez rodziny), mało ambitnego pracownika fizycznego, który kończy swoją zmianę w pracy o 14.00 i potem raczej głowi się co zrobić z czasem: często spędza długie godziny wędkując nad stawem, pójdzie z kolegami na piwo, a potem zabija czas przed telewizorem lub śpi, bo nic ponadto go nie interesuje.
Albo sparaliżowany leżący od lat w łóżku, żeby sięgnąć do bardziej drastycznego przykładu.
Porównajmy go z facetem, który prowadzi jednoosobową (lub małą) działalność gospodarczą, który ma cały biznes na swojej głowie – praktycznie nie ma chwili aby się przy nim nie krzątał lub rozmyślał nad nim, a dodatkowo ma żonę i troje dzieci, którym też poświęca czas. Do tego wie, że aby wyjść z „wyścigu szczurów” musi się kształcić. Ma też sporo zainteresowań. Żadnej z tych spraw nie chce i nie może zaniedbać jeśli chce się rozwijać oraz wypełniać swe rodzinne powinności.
Albo przepuśćmy, że ktoś podjął się jakiejś pracy do wykonania w tydzień, która nawet przy ostrym zaangażowaniu wymaga 140 roboczogodzin, to nawet gdyby nic innego nie robił, pozostanie mu tylko po 4 godzin snu. Takie sytuacje dotyczą zwłaszcza twórców pracujących na terminowe zamówienie, gdy trudno wyręczyć się kim innym.

Trudno powiedzieć, że obie te grupy osób mają tyle samo czasu!

Także inna jest sytuacja kogoś kto ma 70 lat i nagle postanawia, że zwiedzi ‘cały świat’ (czy zdąży, czy starczy mu sił?),  a inna młodego człowieka, który ma życie przed sobą.

„Oddychaj głęboko”

Tak mówi się o oddychaniu dosłownie i metaforycznie – na podstawie przekonania, że głębokie oddychanie jest zdrowe. To jedno z najbardziej zakorzenionych przekonań.

Jednak, wcale tak nie jest. Głębokie oddychanie, a zwłaszcza intensywne i przez usta powoduje, że pozbawiamy się tej ilości dwutlenku węgla, która jest odpowiedzialna fizjologicznie za transfer tlenu z krwi do komórek. Zatem, zamiast w ten sposób rzekomo lepiej się dotlenić, pozbawiamy się tlenu na poziomie komórkowym, a to właśnie jest ważne. Udowodnił to m.in. Konstantin Butejko (np. http://lepszezdrowie.info/oddychanie_a_zdrowie.htm) , jest to też zgodne z opisanym tam tzw.  Efektem Bohra.

Podobnie, różni guru od oddychania wmawiają nam, że nie umiemy oddychać. Czy sądzisz że natura myli się w tak podstawowej funkcji?

Itd. Itd.