Obserwacje-dywagacje

Partenope pyta profesora czym jest antropologia.
On odpowiada zagadkowo: widzieć…

Partenope poznaje najróżniejsze odcienie świata i staje się znaną antropolożką (AI).

Cóż – widziałem dużo rzeczy i czuję, że tym się wzbogacam. Nawet drobiazgami.

Tym razem kilkanaście (w przyszłości dużo) luźnych myśli na różne tematy w lapidarnym ujęciu.
Trochę tak, jak na standardowym twitterze (X).
Tam (/etsaman2) mam 38.4 tys. wpisów na dziś, ale są to efemerydy, tj. wpisy takie żyją chwilą – zarówno często ze względu na swoją aktualność oraz dlatego, że mało kto sięga do czyichś strych wpisów. Chyba że są zaopatrzone w tagi ( # ) o uniwersalnym znaczeniu. Z kolei – takich wpisów są miliony.
Ktoś uparty może szukać odpowiednich treści wbudowaną w X.com wyszukiwarką.
Z tego względu jako pierwszy punkt poniższego zestawienia podam wstęp jak to działa, przy czym zaawansowana wyszukiwarka ma dużo pożytecznych opcji pod kątem tematów, uwzględniania i wykluczania słów, ograniczania do jakiegoś okresu, autora itd. itd.

Mam przeczucie, ale nie chce mi się sprawdzać, że szereg podanych niżej myśli już mogłem kiedyś podawać na twitterze. A także na tym blogu – w tym przypadku przypomnę się w jakiś sposób. Na wstępie np. pamiętam wpis w tym stylu (wiele tematów po trosze) z 2021 r.  Generalia i didaskalia lub Majowe tutti-frutti . Gdy jednak będziesz zaglądał(a) do starszych wpisów – niektóre odwołania zewnętrzne (linki) nie będą już działać…

W największym skrócie – wbudowana funkcja wyszukiwania na X.com:

Na stronie głównej X.com, w prawym górnym rogu (lub w aplikacji mobilnej na dole ekranu), znajduje się ikona lupy – to podstawowe narzędzie wyszukiwania.
Po wpisaniu dowolnego hasła i naciśnięciu Enter, pojawi się strona wyników. Na górze tej strony zobaczysz opcję „Wyszukiwanie zaawansowane” (ang. „Advanced Search”) – kliknij w nią, aby rozwinąć szczegółowe filtry.
Możesz przejść od razu do zaawansowanej wyszukiwarki, wpisując w pasek adresu przeglądarki: https://x.com/search-advanced
—-
Po technikaliach najpierw bodajże najbardziej gorące tematy – POLITYKA.

Nie jestem ani specjalistą ani zagorzałym obserwatorem, ale pewne myśli nasuwają się same, albo musiały mieć jakiś zaczyn medialny. Cóż – wielu osobom to się nie spodoba. Będę dokładał dalsze refleksje w wolnym (?) czasie.

1. Wciąż mówi się o umacnianiu granicy wschodniej, co sprowadza się do zapór przeciwpiechotnych i np. czołgowych, Pójdą na to duże środki, ale czy nie jest to bardziej akcja propagandowa i uspokajanie się, że coś się robi, oraz marnowanie pieniędzy? Chodzi o to, że takie umocnienia to jakby powrót do koncepcji obronnych pierwszej wojny światowej a nawet starszej sztuki wojennej.
Gdyby Rosja (Putin) chciała w nas skutecznie uderzyć (w co wątpię – w jakim celu?), to byłby to atak powietrzny z pominięciem tych zapór. Wystarczyło by parę/kilkanaście rakiet balistycznych skierowanych na duże strategiczne cele – Warszawa i inne miasta, magazyny, elektrownie, garnizony itp. Ew. lotnictwo dalszego zasięgu. Po 30 minutach bylibyśmy rozłożeni i to bez taktycznej broni jądrowej (nie użyją). Nawet NATO nie zdążyłoby zareagować – jeśli w ogóle zareaguje (w odpowiednim zakresie lub w ogóle). Nasza obrona przeciwlotnicza i anty rakietowa jest w powijakach, a Rosjanie mają zarówno dobre rozpoznanie jak i urządzenia zakłócające. Temat można rozwinąć, ale taka jest główna myśl związana z sytuacją globalną (USA, Trump itp.)

2. Z powyższą tezą wiąże się następna.
Jeśli Putin nie zamierza atakować Polski i nie chodzi o jego deklaracje (że nie zamierza), ale o realistyczną ocenę, a nasze i europejskie okrajanie gospodarki i zadłużanie na rzecz zbrojeń osłabia Europę, a Polskę szczególnie, to Putin się cieszy. Bo wie, że to jest niepotrzebne.
Zatem jego służby może celowo i skrycie podsycają narrację zagrożenia i prowojenną? A Ukraińcy – paradoksalnie? – wspomagają ten trend.
A przy okazji – program zbrojeń w Niemczech jest bodajże równie niepokojący.

3. Ameryka bardziej interesuje się sytuacją Chiny-USA.
Ma to wiele aspektów, ale zwrócę uwagę na poniższą prawdę.

Czas gdy Chiny to było państwo goniące Zachód już minął, teraz to Zachód i USA muszą gonić Chiny, które zdobywają coraz większą przewagę w oryginalnej innowacyjności, zwłaszcza we wdrożeniach. Jako PRZYKŁAD proszę zobaczyć wątek na X https://x.com/Johncodemode/status/1903434451251794065 lub w zakresie software/AI np. https://x.com/balajis/status/1903469483739730132
Ta przewaga prowadzi i do przewagi militarnej oraz przewag ekonomicznych. Dawny hegemon, mimo butnych deklaracji zaczął się bać, a wewnętrzna sytuacja w Stanach jest … fatalna.
4. Zahaczam o temat sztuczne inteligencji – AI. Rozwija się burzliwie – nie ma prawie tygodnia w którym ogłasza się nowe produkty, następne wersje, coraz to lepsze i zadziwiające możliwościami. Tak przynajmniej jest w oficjalnych ogłoszeniach rynkowych, a w utajnionych firmowych i wojskowych projektach postęp jest na pewno większy. Docieramy do granicy pokazanej dawno temu w tutejszym wpisie Rubikon przekroczony – ze zdolnością samoistnego doskonalenia się AI w sposób wykładniczy. Już korzystam z paru takich narzędzi do różnych celów, np. ilustracja nagłówkowa tego i poprzedniego wpisu tak powstały.
Użytkownikom X polecę na początek (co nie znaczy że to słabe narzędzie) tamtejszego Grok‚a.

5. Głośny program deregulacji administracji i prawa jest konieczny. Ale trzeba sobie uświadomić, że dużo tych objawów przerostu ma źródło w wymuszonym podporządkowaniu polskiego prawa rozporządzeniom unijnym. To, że często są bezsensowne i niekorzystne dla Polski to jedno, ale bierność naszych władz (ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej) pozbawiająca nas suwerenności jest tym, co należy ruszyć najpierw.

6. Na przedwyborczym forum rośnie poparcie dla Grzegorza Brauna. Mało się o tym mówi w oficjalnych mediach, ale docierają informacje o spotkaniach terenowych z dużą frekwencją.
Tutaj wkleję pewną swoją refleksję z innego bloga (dłuższą, nie aktualizuję).
” …trwają kampanie kandydatów oraz liczne sondaże i dyskusje ich na temat.
Jak zwykle dominują głosy osób przywiązanych do partii, które popierają.
W nurcie bardziej zniecierpliwionych i zawiedzionych powtarzaniem się układu PO-PiS, do głosu dochodzą kandydatury „protestu” i znaczącej zmiany.
Przykładowo Konfederacja (frakcja Mentzena) wybiła się w rankingach na trzecie miejsce.
Ale jest więcej kandydatów „antysystemowych”, a niektórych nawet jeszcze dobrze nie znamy (nie wszyscy zostali dotąd przepuszczeni przez mechanizm przyjęcia PKW).
Zauważa się stosunkowo niedużą świadomość wyborców w paru kwestiach:
– w naszym systemie możliwości prezydenta są niewielkie
– zatem niewiele z głoszonych obietnic może być zrealizowanych, ponieważ prezydent nie ma odpowiednich kompetencji i narzędzi
– obiecać można dużo, ale to nie to samo co realizacja
– ludzie myślą bardzo schematycznie – mają zakodowane preferencje („tylko X i nikt więcej”), a w tym zakresie kierują się nawet tym, że X jest przystojny lub umie przemawiać (to ma znaczenie, ale nie decydujące)
– często nie rozumieją co jest naprawdę ważne dla Polski – skupiają się na kwestiach, które w obecnym systemie są zdeterminowane lub wyciągają z historii kandydata jakiś pojedynczy błąd, który jest mało istotny lub do naprawienia, i przez to uczepienie się przeszłości negują daną kandydaturę
Nie wymieniając tutaj więcej takich nieporozumień, chcę odesłać do paru wypowiedzi Jerzego Zięby. Jako obywatel, jak każdy z nas, zabiera głos na temat polityki, a nie tylko na sprawy zdrowotne. Przykładowo, już wiele lat temu, ukuł skrót W.I.R. od Weto obywatelskie, Inicjatywa obywatelska i Referendum obligatoryjne. Koncepcja ta, którą także od wielu lat opisuje, nawiązuje do rządów obywatelskich, co zresztą jest zapisane jako opcja w Konstytucji jako „władza Narodu”. (więcej na stronie J. Zięby – są namiary w omawianym niżej wpisie-wykładzie).
Podaję link do jednej z ostatnich wypowiedzi pana Jerzego, przy czym ta wypowiedź była opublikowana także na wielu innych kanałach społecznościowych.

Bartoszewicz czy Braun? https://x.com/i/broadcasts/1mrGmPDADlzKy  (od ok. 15:15). Potem było jeszcze parę podobnych wpisów.
Dlaczego w tytule mamy Artura Bartoszewicza?
Dlatego, że jak dotąd on jedyny zadeklarował w swoim programie zmianę systemu z odnośną zmianą w Konstytucji – w kierunku przekazania władzy obywatelom. Byłaby to przełomowa zmiana, która odsunęłaby od rządzenia partie polityczne i spowodowałaby wdrożenie W.I.R.  
Wykład p. Jerzego jest długi (2h) i odnoszę wrażenie, że negatywne komentarze pod nim biorą się także stąd, że wiele osób zadowoliło się wybiórczo tylko małym fragmentem lub nie zrozumiało wagi niektórych kwestii.
Osobiście w stosunku do A. Bartoszewicza miałem podobne zastrzeżenia jak wszyscy, którzy go krytykują, a dodałbym jeszcze podejrzenie czy nie jest skrycie przez kogoś „wylansowany” w niejasnym celu, skoro bez udziału w głównych mediach dość szybko uzyskał wymaganą ilość podpisów.
Na drugim biegunie sporu jest Grzegorz Braun, którego cenimy za bezkompromisowość, patriotyzm, wierność swoim poglądom, odwagę i charyzmę. Jak dotąd był to mój kandydat.
Z wykładu wynika jednak, że G. Braun nie wspiera W.I.R. ani nie protestował w szeregu ważnych sprawach, jakie J. Zięba pokazał jako najważniejsze. Cóż, to kwestia kto i jak ocenia wagę poszczególnych argumentów.
Byłbym, jak Braun, za oświeconą monarchią, ale to w Polsce oceniam jako nierealne, zresztą nie sprawdza się to bodajże nigdzie, bo monarchie mają obecnie tylko fasadowo-reprezentacyjną rolę, a jeśli mają sprawczą, to raczej po „ciemnej stronie mocy” przez uwikłania historyczne i koneksje z tajnymi zakonami.
Zatem może uprzedzenia do A. Bartoszewicza są małostkowe i mało istotne? Przyznał się do pewnych błędów i za nie przeprosił.
Co o tym sądzicie?
Prawdę powiedziawszy nie śledziłem Bartoszewicza i raczej łykałem negatywne komentarze więc muszę dać sobie czas na przemyślenie tej sprawy. A może Braun ma jednak ukryte atuty w zakresie „władzy obywatelskiej”, może będzie REALIZOWAŁ obietnice i pokaże atuty i pomysły dotąd taktycznie ukrywane?
Albo pojawi się na firmamencie jeszcze jakaś inna jasna gwiazda wśród kandydatów?”.

W dalszym ciągu nie wiem – sumienie podpowiada – poprzeć, ale polityka to gra innymi kartami.

7. Fundusz Kościelny. Duże środki rządowe (miliardy) – co najmniej ok. 16 mln płacone rocznie.
Genezą była rekompensata Kościołowi dóbr zabranych przez wczesne PRL-owskie władze ok. 1950 r. Pytanie: czy przez ponad 75 lat nie spłacono tego zobowiązania? Może faktycznie pora ograniczyć te wpłaty, bo przecież Kościół ma też własne dochody.
Przyjmuję raczej jako pewnik (?), że G. Braun będzie bronił tego finansowania.

8. Na X dość często piszę i przekazuję informacje o zdrowiu. Także było dużo takich wpisów na tym blogu. Nie wdając się w szczegóły (najczęściej obnażające korupcję i nonsensy) dam tutaj link do materiału pozytywnego i ważnego. Spore kompendium nt. zdrowia serca, profilaktyki i leczenia. A jak wskazują statystyki, to choroby serca są główną przyczyną zgonów. Mocne serce…

Stosuj z rozwagą – jesteśmy różni i w różnych sytuacjach.

9. Jednak warto wspomnieć o medialnej a nawet urzędowej akcji „Lex Szarlatan”.
Naczelna Izba Lekarska we współpracy z Rzecznikiem Praw Pacjenta i posługując  się mało kompetentnymi i skorumpowanymi dziennikarzami i propagandystami zaatakowały wielu lekarzy, którzy wychylili się z niezależnymi poglądami, bazując na prawdziwie aktualnej wiedzy medycznej i prowadzonej z sukcesami praktyce. Pod przykrywką walki z „pseudomedycyną” to wprowadzanie cenzury i ograniczanie wolności. Koniec dysput naukowych – aktualną wykładnię jedynej wiedzy dadzą ludzie pokroju Grzesiowskiego. Milion złotych nałożone bez sądu i windykowane w trybie natychmiastowym ma złamać każdego.
Nie neguję, że jest sporo szarlatanów, ale to nie lekarze, chyba że rozszerzymy pojęcie na tych z nich, którzy lansują niebezpieczne … produkty medyczne.
Chce mi się wymiotować – nie będę tego rozbudowywał po raz n-ty – znam wiele szczegółów, jak np. sądy kapturowe bez kompetencji pozbawiały prawa wykonywania zawodu nawet profesorów medycyny… 
A co do Rzecznika Praw Pacjenta – prawem pacjenta jest bycie leczonym wg swojego wyboru lekarza i metody.  

10. A propos mediów (w dużej mierze narzędzia propagandy i wpływu)

Co nadają telewizje w Prime Time? Wszędzie kryminały, brutalne filmy akcji, horrory, sensacje, sprawozdania o patologiach …
Pisałem o tym parokrotnie. Nie dziwcie się obniżaniu kultury, złemu wychowaniu młodzieży, narastaniu przestępczości.
A ciekawe i wartościowe programy kulturalne, przyrodnicze – ok. północy i później. 
Jeszcze o TVP – dlaczego mecze nadaje się zarówno tutaj jak na ich kanale sportowym dostępnym w transmisjach naziemnych DVB?  Zapychają czas?  Podobnie jak wielokrotnie powtarzając te same programy.

11. W wolnych chwilach zimowych katalogowałem swoją domową bibliotekę
Pisałem kiedyś o tym we wpisie Generalia i Didaskalia.
Jak tam wspomniałem, starsze, ale cenne książki w ogóle nie mają ISBN albo numery są nieaktualne (nie uwzględnione w bazach?).  To hamuje mi pracę i obecnie stopują ją po ok. 1300 pozycjach przez trudności ręcznego wpisywania.
Poczekam chyba znowu na jesienno-zimowy czas, a tymczasem ciągnie mnie do … lasu.

12. Sporą część roku spędzam w różnych lasach. Wszędzie widzę jak dużo drewna się marnuje. Pamiętamy gdy nawet były akcje zbierania chrustu by palić nim zamiast węglem. Chrustu w lasach jest multum, ale mniejsza o to, chociaż ten po wyrębach bardzo las zaśmieca. Owszem, spełnia pewną rolę w przywracaniu substancji organicznych, jako schronienie dla drobnej fauny, ale to nie były rezerwaty. Ale bardziej mnie bulwersuje jak dużo w lasach zalega dużych pni powalonych np. przez wiatr albo ściętych w ramach „konserwacji” drzewostanu  lub dla przerzedzeń lasu, ale nie zabieranych. To materiał cenny dla meblarstwa, na tarcicę, na produkcję papieru, a nawet jako opał. Ale nikt go nie zabiera, a po czasie straci swoją wartość. Widziałem też parę razy duże uporządkowane i ostemplowane stosy wartościowych pni, które też od lat zalegają bez zainteresowania (leśników, odbiorców?). Zła gospodarka. Abstrahuję tutaj od wielokrotnie dyskutowanej kwestii ilości rezerwatów, nadmiernych ścinek, lex  Szyszko itp., ale oto najnowsza wiadomość 

13. Po wielu latach używania mojego ulubionego Saaba („sabinki”) rozstałem się z bólem z tym samochodem. Bo ten model 93 sport, 215 KM, automat, wysoki standard i wiele rozwiązań wyprzedzających nawet obecne wyposażenie wielu samochodów – dały się lubić.

jednak niskie zawieszenie i spore spalanie były minusem przy moich częstych  wypadach w okolice z dołami i korzeniami. Czego więc potrzebowałem?
Samochodu z 2. ręki z niedużym przebiegiem, najchętniej z salonu, na gwarancji, bezwypadkowego, japońskiego lub niemieckiego dobrej marki, wysokie zawieszenie, miejski SUV, stosunkowo mocny i z dobrym przyspieszeniem, mało palący, automat, nowa generacja z osiągnięciami elektroniki, ładny i wygodny …
Los sprzyjał – znalazłem dość szybko za b. rozsądne pieniądze i spełniający WSZYSTKIE ww. wymagania, odwiedzając pewien salon.
Zgadniecie co to jest?
A propos samochodów. Miałem ich wiele. 55 lat za kółkiem … bez jednego wypadku z mojej winy.

14. Opakowania.
Duży temat na osobny obszerny artykuł, a nawet monografię.
Tutaj wymienię tylko ważniejsze punkty, które trzeba uwzględnić:

-Dostosowanie do celu/produktu
– Spełnienie wymagań formalnych (mogą zawierać tu wymienione Aspekty)
– Praktyczność dla użytkownika (np. łatwe otwieranie i kształt*)
– Etykieta czytelna i wyczerpująco objaśniające towar
– Aspekty zdrowotne i środowiskowe
– Recykling
– Przydatność do dalszego wykorzystania, w tym uniwersalność – gdy potrzebna i możliwa
– Design – oryginalność bez wydziwnień, estetyka
– Lekkość, ale i wytrzymałość
– Bezpieczeństwo użytkowania

* Spotykam opakowania z wymyślnymi zagłębieniami, które niczemu nie służą, a bardzo utrudniają dotarcie do np. zawartości w zakamarkach tego opakowania, także mycie, np. słoika. Dobre opakowanie to sztuka.

Ponieważ akapit o G. Braunie wydłużył znacznie ten wpis, który miał zamysł krótkich informacji, to na tym teraz skończę.
Krótkie następne punkty będę tu dodawał do pewnego momentu, ale raczej utworzę nowe wpisy Obserwacje-dywagacje 1, Obserwacje-dywagacje 2  itd.

Dystopie – zjawisko realne

Na szukanie lepszego świata
nie jest jeszcze za późno.
Alfred Tennyson

W historii ludzkości pojawiały się wyobrażenia lepszego świata odpowiednio pasujące do wyobrażeń epoki, a raczej wyobrażeń myślicieli danego czasu.
Nie cofając się do dawnych mitologii, nawet jeszcze nie tak dawno przybierały kształt utopii, przykładowo wizje marksistów i komunizmu, który obejmie świat, a ludzie będą szczęśliwi – „każdemu według potrzeb, od każdego według możliwości”. Jak wiadomo doprowadziło to nie do szczęścia, ale do rzeczywistości dystopijnej, do wielu cierpień, biedy i zniewolenia. Chociaż pojęcie dystopii wiąże się głównie z gatunkiem literackim opisującym pesymistycznie przyszłość, ja rozszerzam to na możliwy, a nawet realizowany stan faktyczny.
Obecnie środowiska związane z globalistycznymi zapędami i neomarksiści biorą na serio powiedzenie Klausa Schwaba „Nie będziesz miał nic i będziesz szczęśliwy”.
Elementy takiej wizji są wdrażane i testowane w koncepcjach „kredytu społecznego” (Chiny), pełnej inwigilacji i kontroli, w tym paszportów szczepionkowych czy medycznych, miast 15-minutowych, globalnej waluty cyfrowej o określonym terminie ważności, likwidacji gotówki, transhumanizmu  i innych pomysłach przedstawianych explicite np. w książkach J. Harariego.
Szybki rozwój sztucznej inteligencji daje tutaj dodatkowe narzędzie, które może być wykorzystane przeciw ludziom.
Nie zamierzam tutaj rozważać tak szerokiego tematu, natomiast chcę zwrócić uwagę, że nie tylko teraz, gdy te zagrożenia wolności widać jak na dłoni, ale i w przeszłości nie brakowało autorów, którzy dobrze rozumieli te zagrożenia. Najbardziej u nas znani z XX wieku to np. A. Huxley, G. Orwell, w Polsce Stanisław Lem, A. Wiśniewski-Snerg,  Janusz Zajdel…
Zatrzymam się przy Zajdlu by dać przykład dobrego zrozumienia potencjalnych zagrożeń jakie autor proroczo i dość dokładnie opisał w swojej powieści z 1982 r.  Limes Inferior. Chociaż – jak w powieściach,  jest tam fabuła z postaciami i rozwojem akcji, to dzieło posiada też ustępy z autorskimi refleksjami, wręcz filozoficznymi.
Zacytuję taki fragment z pierwszego wydania. Jest ich więcej, ale wybieram jeden, by ten wpis nie był za długi. W  [   ]  wyjaśnienia dla osób, które nie czytały książki. A przy okazji – zachęcam do tej „ponadczasowej” lektury.
Tekst zawiera przykłady rozumowania wydającego się logicznym, co jest lepem na kolejnych, współczesnych „postępowców”. Metoda znana – wplecenie ewentualnych korzyści w narrację prowadzącą do przyjęcia ideologii, która prowadzi do zniewolenia, obniżenia standardów, zatrzymania rozwoju i karykatury człowieczeństwa.

—–

… Większość niepracujących, z klasą od czwartej do szóstej [rodzaj kwalifikowania ludzi w społeczeństwie], a także niektórzy trojacy [klasa 3] posiadający niezbyt przydatne specjalności zawodowe, przyjmowali bez protestu status materialny wynikający z zaszeregowania intelektualnego. Jednakowy dla wszystkich klas, przydział czerwonych punktów [umowny, ale oficjalny środek płatniczy] zapewniał niezłe pokrycie codziennych potrzeb, a pewna kwota zielonych (otrzymywanych przez wszystkich, proporcjonalnie do zaszeregowania — z wyjątkiem studiującej młodzieży, która dostawała tylko czerwone) dawała możliwość korzystania z dodatkowych uciech oferowanych przez miasto.

Tak więc każdy był nie tylko zabezpieczony materialnie, lecz także miał wciąż szansę polepszania swej sytuacji drogą kształcenia własnego intelektu. Dawało to każdemu tak potrzebną w życiu nadzieję na „coś więcej”.

Nadzieja ta była — mówiąc szczerze — dość iluzoryczna, jednak zdawali sobie z tego sprawę tylko ci, którzy wspięli się nieco wyżej od innych, osiągając średnią klasę. Granica wymagań stawiana przed kandydatami do pracy dosłownie uciekała przed ludźmi szybciej, niż byli oni zdolni podnosić swą klasę umysłową.

Niektórzy pozostawali na zawsze w pokonanym polu, zderzając się z nieprzekraczalnym pułapem własnych możliwości. Inni — dla których nawet mur oficjalnej etyki nie był żadną przeszkodą, forsowali barierę możliwości przy pomocy fachowców podobnych do Sneera [jeden z bohaterów powieści].

W sumie, nie bardzo było wiadomo, czy to stopień komplikacji urządzeń technicznych i problemów społecznych wzrastał tak gwałtownie, że coraz mniej ludzi potrafiło sprostać obowiązkom wynikającym z kierowania i nadzoru — czy może poziom umysłowy społeczeństwa obniżał się w ogólnej skali tak szybko i władze dla utrzymania dobrego nastroju musiały cichcem zaniżać kryteria klasyfikacyjne, wskutek czego dzisiejszy trojak czy dwojak [potocznie klasa 3 i 2 ] nie był już tak inteligentny,  jak niegdysiejszy.

Ogólnie biorąc, wszystko w tym systemie działo się zgodnie z pierwotnymi założeniami: automatyzacja procesów wytwórczych i operacji handlowych po to właśnie została wprowadzona, by uwolniwszy ludzi od wysiłku fizycznego i umysłowego, zapewnić im dobrobyt i wygodę. Ostateczną granicą tego procesu byłby zatem stan, w którym nikt nie pracuje, lecz wszyscy korzystają z wytworów automatycznych urządzeń. Pierwotnie sądzono, że granica ta osiągnięta zostanie w jakiejś niewyobrażalnie odległej przyszłości. Urbanizację przyjęto jako nieodzowny produkt uboczny wdrażanego programu. Problem zatrudnienia spodziewano się rozwiązać drogą skracania dziennego czasu pracy i zwiększania zmianowości. Szybko okazało się to utopią. W teoretycznych rozważaniach pomylono rzeczywistość z pobożnymi życzeniami idealistycznych demagogów: zbyt serio potraktowano nieprecyzyjnie rozumiany aksjomat o równości wszystkich ludzi. Bo cóż to znaczy, że jeden człowiek jest równy drugiemu? Człowiek — rzec można — jest istotą wielowymiarową; któreż z jego cech uznać mamy za reprezentatywne dla porównań? Ani możliwości, fizyczne czy umysłowe, ani potrzeby, materialne czy duchowe, zunifikowane nie są i ujednolicić się nie dają.

Wprowadzenie powszechnie obowiązującego wyższego wykształcenia, mającego zrównać możliwości i szansę, obnażyło jedynie niezaprzeczalne różnice poziomów umysłowych i zdolności. System klasyfikacyjny stał się niezbędny dla określenia, kto i w jakim stopniu zdolny jest sprostać wymogom złożonego układu. Upychanie na stanowiskach pracy ludzi z miernymi zdolnościami byłoby absurdem. O wiele prościej i taniej zapewnić im byt bez zatrudnienia, niż tworzyć fikcyjne stanowiska pracy!

W trakcie wdrażania nowego systemu ekonomicznego padły kolejne, z dawna pokutujące w ludzkim kanonie poglądów społecznych, nieścisłe lub zgoła błędne pewniki. Okazało się na przykład, że wbrew przekonaniu panującemu od czasów wczesnego kapitalizmu, ludzie wcale nie żądają pracy dla niej samej.  „Praca” była zawsze pewnym hasłem, umownym symbolem, znaczącym tyle, co inny umowny symbol — „pieniądz”. Jedno i drugie pojęcie oznacza to samo: sumę dóbr, jakie pracownik spodziewa się otrzymać na własność. Żądając pracy, robotnik spodziewa się otrzymania — w naturalnym następstwie rzeczy — płacy.
W czasach,  gdy nie było innego sposobu zdobycia pieniędzy przez liczne rzesze ludzi pracujących, w swej podstawowej masie uczciwych i uczciwie traktujących swoją społeczną rolę, oderwani od życia teoretycy ukuli doktrynę, iż lud pracujący potrzebuje tylko pracy, bo żyć bez niej nie potrafi.

Ale w gruncie rzeczy, każdy człowiek jest w pewnej mierze leniwy, mniej lub bardziej — tak jak bywa lepszy lub gorszy, głupszy lub mądrzejszy; jest to jego naturalne, ludzkie prawo, świadczące o człowieczeństwie. Można nawet — jak chcą niektórzy — lenistwu przypisać rolę twórczą w kształtowaniu ludzkiej cywilizacji. Gdyby bowiem nie lenistwo naszych przodków, chcących osiągnąć to samo mniejszym wysiłkiem, nie mielibyśmy dziś nawet maszyn prostych.

W długiej historii ludzkich społeczeństw znaleźć można eksperymenty różnych reformatorów, zmierzające do tego, by zapewnić ludziom pracę z pominięciem płacy. Jednak próby takie na ogół kończyły się fiaskiem, przy czym wychodziło zazwyczaj na jaw, iż człowiek pracujący nie uważa jeszcze za wynagrodzenie tego, co zużywa na prostą reprodukcję własnych sił fizycznych, na mieszkanie, ubranie i inne koszty własne swego jednoosobowego „przedsiębiorstwa”.

Natomiast odwrotny eksperyment nie prowadzi do katastrofy: dając człowiekowi samą płacę, powodujemy, że pracę znajduje on sobie we własnym zakresie, odpowiednio do stopnia własnego lenistwa. Przy czym regułą jest, iż aktywność okazuje się proporcjonalna do poziomu umysłowego osobnika. W skrajnym przypadku — człekokształtna małpa, karmiona do syta, nie przejawi żadnych skłonności do organizowania sobie pracy, wyżywając się wyłącznie w zajęciach czysto ludycznych.

Należy zwrócić uwagę, że historia wykazała także powierzchowność innego sądu, wywodzącego się ze starożytności, a głoszącego, iż lud potrzebuje jakoby tylko chleba i igrzysk. Nieraz mogli się przekonać różni późniejsi władcy, że otrzymawszy sam chleb, lud niechybnie zapyta zaraz o masło i wędlinę, bojkotując najatrakcyjniejsze nawet igrzyska.

System panujący w społeczności Argolandu nie był sprzeczny z naturalnymi prawami: pracą zajmowali się najinteligentniejsi — z konieczności lub z wyboru działając w legalnych i nielegalnych dziedzinach życia społecznego i gospodarczego — i na ogół nie czuli się pokrzywdzeni; ci o niższym poziomie umysłowym, pobierający dotacje — także nie domagali się bynajmniej umożliwienia im odpracowania otrzymanych dóbr. Jednym słowem, wszystko przedstawiało się jako układ dość stabilny i w miarę sprawiedliwy.

[co okazało się złudzeniem – sztucznie podtrzymywanym]

—-
Dopowiem, że w przedstawionym świecie ludzie zdecydowanej większości nie mieli swoich mieszkań – wynajmowali krótko okresowo „kabiny” i to tylko gdy mieli wystarczającą ilość punktów w osobistym „kluczu elektronicznym”, bez którego nie dawało się żyć.
O innych ograniczeniach – w książce, ale na tym poprzestanę – podziwiając jak Zajdel rozumiał konsekwencje procesu utopia > dystopia, przynajmniej jak na tamte czasy.
W epilogu książki jest pokazana furtka nadziei – też proroczo pokazująca możliwe rozwiązanie, ale do tego nawiążę przy innej okazji. (Tymczasem zerknij na locusmind.one/pages/korcz ).

Ludzie

wdzięczny

Człowiek potrzebuje człowieka, żeby być człowiekiem.
Johannes Becher

Kolejny bardzo osobisty wpis…
Przez moje długie już życie przewinęło się bardzo dużo osób (tysiąc+  ?) – nie licząc oczywiście krótkich przygodnych spotkań i mało znaczących kontaktów formalnych. 
Mimo, że nie jestem osobą publiczną ani specjalnie towarzyską, to miałem wiele kontaktów zawodowych i prywatnych, które na pewno miały na mnie wpływ.
Pracowałem w wielu miejscach, studiowałem na trzech wydziałach, sporo podróżowałem, żyłem za granicą, wszędzie miałem relacje formalne i towarzyskie. Byli ludzie z różnych krajów i kultur. Gdy przeglądam stare wizytówki, spisy adresowe, korespondencję  – aż sam się dziwię, że jeszcze pamiętam taką liczbę ludzi, mimo że „pamięć już nie ta”. Mam też po parę tysięcy „znajomych internetowych” czyli osób, które się wzajemnie śledzą na mediach społecznościowych (FB, X, Linkedin …)
Ten wpis można traktować jako podziękowanie dla tych wszystkich osób, chociaż raczej nie będę tu wskazywał ich imiennie – tak wiele postaci musiałbym  przywołać.
Podobnie pozostawiam w sferze prywatnej podziękowania i uznanie dla członków rodziny, chociaż są ukryte miejsca w sieci gdzie to czynię (np. poufna strona rodzinna, korespondencja, dedykowane wiersze). Ale o Rodzicach w kontekście zdrowia pisałem krótko także tutaj w Starość w paru odsłonach
Innym przykładem jest wspomnienie Amerykańska przygoda gdzie występuje paru krewnych.

Wyrzucam sobie dziś, że jednak dotąd nie uhonorowałem tutaj wprost wielu swoich nauczycieli: życia, wrażliwości, z zakresu zdrowia itd.
Wyjątkiem był wpis Jerzy Zięba – co o nim sądzę oraz parokrotnie Kimberly Goguen – zarówno tutaj (np. CARE i ja ) jak i gdzie indziej – https://locusmind.one/pages/korcz (tam przy okazji podziękowania dla Pameli J. Z.   https://locusmind.one/posts/8004 ). 
Wielkie podziękowania należą się całej rzeszy pisarzy. Było tyle lektur, które wywarły na mnie wpływ, że trudno to ogarnąć. Literatura piękna, w tym też wiersze,  bo sam też ich sporo napisałem *.
I na tym blogu znajdziesz odniesienia do wielu lektur.
Na pograniczu literatury pięknej i popularyzatorskiej wyróżnię swego mentora Stefana Garczyńskiego (1920-1993), którego książki (z wdzięczności) „reinkarnuję” na stronie www.StefanGarczynski.pl 
Także literatura faktu, naukowa lub publicystyczna mocno wpłynęła na moje poglądy. Z ulubionego zakresu zdrowia jest to wspomniany J. Zięba, ale moja  biblioteka około medyczna zawiera setki pozycji i trudno wymienić najbardziej ulubione. Specjalne miejsce należy się prof. Julianowi Aleksandrowiczowi za jego koncepcje medycyny humanistycznej i otwarty umysł. W ogóle cenię właśnie ludzi o takich umysłach i szerokich horyzontach.
Oczywiście jest wielu odważnych lekarzy i naukowców na tej niwie, których  wpisy/artykuły często cytuję w mediach społecznościowych, ostatnio zwłaszcza na twitterze (X). I nie tylko w zakresie zdrowia – składam podziękowania wszystkim trzeźwo i niezależnie myślącym, którym na sercu leży dobro ludzi i prawda. Tę pokazują niektórzy badacze sięgający do stref „zakazanych”, mało znanych lub tajemniczych – np. Igor Witkowski  (starsza próbka przeglądu twórczości z odnośnikami) albo kiedyś Neale D. Walsch (pierwszy przegląd , którego już nie kontynuowałem), chociaż obecnie nie wszystko akceptuję co pisał .
Oczywiście są i ludzie których mocno krytykuję, jeśli mam argumenty i uważam, że pokazanie ich błędów jest dobre dla społeczeństwa i dla nich samych.
Jesteśmy istotami społecznymi, zatem udzielanie się społeczne, w najróżniejszych formach, jest naturalne i wskazane.
Podobnie hołubienie relacji – zwłaszcza po „pandemii”, która tak podzieliła ludzi, i w ogóle w czasach narastającej alienacji i zagubienia w tym stechnizowanym, często niezrozumiałym i opresyjnym świecie.

Były osoby które odeszły nagle i już nie było możliwości przekazać im mojej wdzięczności. Żal zwłaszcza bliskich przyjaciół i niektórych krewnych – czasem o ich odejściu dowiadywałem się z opóźnieniem. O tym wspomniałem we wpisie Samotność , a krótko ująłem w wierszyku 

Wykruszają się znajomi
przyjaciel i krewni.
Żyję za długo?
Nie, to życie jest za krótkie
jesteśmy tego pewni.
Trzeba je hołubić i kochać
dbać o siebie,
złe decyzje i myśli usuwać.
Nie jestem wzorem świętości,
lecz mam się całkiem dobrze,
ale coraz trudniej
w samotności.

Byłem w paru związkach – za każdy dziękuję, chociaż druga strona mogła mieć czasem żal, że się zakończyły. Wtedy – przepraszam, ale też wybaczam tym kobietom,  które mnie skrzywdziły.  Na szczęście mój ostatni związek (małżeński) niedługo dobiegnie 40 lat i szczególnie jestem wdzięczny żonie za tę wspólną drogę, wierność i wymarzonego syna, a w wyniku dalszą kontynuację rodu. 
Każde życie ma swoje lepsze i gorsze chwile – jest nauczycielem, lekcją…

Podaj rękę
pójdziemy razem
jak bywało
tą czy inną ścieżką
w szczęście i udrękę.
Co się stało, to się stało.
Dziś jest pięknie
– to zachowaj w pamięci
czasu może mało zostało.
Jestem wdzięczny
nie trzeba więcej.

Mam nadzieję, że w pewnych przypadkach te znajomości dały także coś i drugiej stronie. Prawdopodobnie nie zawsze było to łatwe, bo jestem w jakimś stopniu outsiderem, trochę dziwakiem (Dziwak), mam dość radykalne poglądy, zapala mi się czerwona lampka gdy wszyscy idą w tym samym kierunku, jakby w owczym pędzie itp. „Chadzam” po mało znanych drogach, dziwnych dla wielu…

Wspominam ciepło kolegów i koleżanki szkolne i przykro mi, że niemal wszystkie te znajomości się pozrywały. Dziś już nie liczę na to, że ktoś się jeszcze odezwie – rozumiem że wszyscy jesteśmy już starzy i niechętnie się pokazujemy oraz że byłoby to nieco nienaturalne. Ponadto podejrzewam, że niektórzy nas już opuścili i patrzą na wszystko z wyższej perspektywy…

A właśnie patrząc szerzej – nie wzięliśmy się znikąd – to korowód istnień, naszych przodków, wynik naszej historii – im wszystkim winni jesteśmy wdzięczność i pamięć. I sami powinniśmy dbać aby i nas pamiętano.
Pisałem w wierszyku:

Dzieci, a po nich dzieci
i następne pokolenia zstępne
– radość i duma.
Na jej skrzydłach
i czasu, co wytrwale leci
– taka dziadka zaduma.

Przykro, że tak wielu odcina się od swoich korzeni, bagatelizuje historię, żyje tylko swoim Ja, nie poczuwa się do wspólnoty…

Wszystko, co widzimy wokół – budowle, infrastruktura, przedmioty, dzieła kultury, żywność itd. to dzieło innych ludzi w 99.999 procentach – to zasługuje na szacunek. Mało jest takich osób, które mogą przypisać sobie więcej niż te promile wkładu w świat, chyba że z pychy. I nie wszystko złoto, co się świeci… 
Ale jednocześnie to nie znaczy, że nic nie znaczysz, przeciwnie – wnosisz swój wkład w to wspólne dzieło, a może jednak jesteś wybrańcem, który w plecaku nosi buławę?

W korowodzie miliardów
istnień
w nieogarnionej historii
spraw i uczuć.
w ich splocie
i skutkach
jam-ktoś
jak pyłek,
na falach
zagubiona łódka.
A jednak
JESTEM
– po coś.

Z jeszcze szerszej perspektywy, czy to filozoficznej, czy biologicznej – jednak wszyscy „jesteśmy jedno” jako gatunek, a mówiąc językiem religijnym – dziećmi Boga – nawet jeśli wielu odcina się od takiej wspólnoty. Idąc tropem alegorii biblijnego dobrego łotra – każdy ma szansę na naprawę błędów, może mieć nadzieję. Chyba że świadomie zaprzedał duszę Złemu – tu już osąd jest poza naszą ludzką jurysdykcją, chociaż i w tym wypadku osobiście możemy wybaczać – „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”.
W innym ujęciu mówi się, że możesz bardzo wiele jeśli uwierzysz w siebie, poznasz swój potencjał, a nawet boski pierwiastek. Wtedy łatwiej, naturalnie uznasz to samo w innych ludziach i pojęcie miłości zyskuje sens agape.
DZIĘKUJĘ wszystkim wspomnianym, zapomnianym i NN – nie zawsze zdajemy sobie sprawę, co i komu zawdzięczamy…

A ogólnie temat wdzięczności (za życie, doświadczenia, chwile szczęśliwe lub pouczające, za piękno itd. itd.) jest ważny i obszerny – na osobny wpis.

* Wiersze pochodzą ze zbiorku, którego wybrane pozycje może wydam – patrz tutaj.

PRZED WYBORAMI W USA – CO WARTO WIEDZIEĆ … DODATKOWO

Udostępniam niniejszą informację i powiązany z nią film z bardzo mieszanymi uczuciami, ponieważ mimo że przedstawiony materiał próbuje zręcznie podkreślić przełomowy wpływ Donalda Trumpa na wstrzymanie (?) planu Nowego Porządku Świata (NWO), to uważam postawioną tezę za fałszywą lub przesadzoną.
Od razu zastrzegę, że nie jest to opowiedzenie się za Partią Demokratyczną w USA i podobnymi grupami politycznymi, które stawiają na K. Harris i atakują Trumpa jako przeciwnika w wyborach.
Osobiście uważam, że oboje kandydatów pozostawia wiele do życzenia, a Harris w ogóle się nie nadaje na stanowisko prezydenta. Sam przez dość długi czas byłem za Trumpem (także we wpisach na tym blogu), doceniałem szereg podejmowanych kroków, co jednak zmieniło się po ujawnieniach Kimberly Goguen, jak oszukiwał swoich współpracowników, nie płacił wykonawcom, sprzeniewierzał środki, słuchał rozkazów swoich „prowadzących” z Zakonu „Czarnego Słońca” i starał się przypodobać tamtejszej zwierzchności by być pasowanym na „króla świata”. Ego ponad wszysto…
Podobnie nie krytykuję całych rzesz amerykańskich patriotów/Republikanów, którzy mają szczere intencje naprawy swego kraju wierząc w Trumpa – prawdopodobnie nie wiedzą (w „masie”) tego, co jeszcze wynika z ujawnień Global Intelligence Agency i o czym piszę dalej, albo nie widzą innego wyboru jeśli już muszą wybierać. Ale nie o tym tu mowa…

Wpis https://stopworldcontrol.com/fema/ opatrzony jest wstępem, który ma budzić nadzieję na lepszy świat. Podzielam tę nadzieję a nawet wiarę, ale nie na podstawie podanych argumentów (patrz Center of Amity and Restoration of EarthCARE). Zgodzę się, że istotnym elementem jest coraz szersze budzenie się ludzkiej świadomości po „epidemii” i skutkach jakich społeczeństwa doświadczyły z tego powodu, ale także ze względu na szereg innych obserwacji tego, co się dzieje na świecie.

Już sam tytuł „Warpspeed Stopped The FEMA Camps” jest mylący.

Najpierw przypomnijmy czym była Operation WarpSpeed.
Wg oficjalnych informacji to publiczno-prywatne partnerstwo uruchomione przez rząd USA, mające na celu przyspieszenie rozwoju i produkcji szczepionek na COVID-19. Miało to na celu dostarczenie 300 milionów dawek skutecznej szczepionki na COVID-19 w jak najkrótszym czasie. Program łączył firmy farmaceutyczne z rządem, aby zminimalizować czas niezbędny na badania i produkcję, co przyczyniło się do opracowania szczepionek w rekordowym tempie.

W samym tym opisie jest parę nieścisłości (podkreślenia).

Wiadomo już z wielu źródeł, że szczepionki nie były przebadane, a w rezultacie nie były skuteczne ani bezpieczne. Nie było też możliwe ich szybkie wyprodukowanie wg standardów tego rodzaju badań. Takie szybkie działanie motywowane było nie tyle troską o zdrowie, co efektem polityczno-propagandowym oraz interesem firm farmaceutycznych. Okazało się też, że ponad tymi firmami, które i tak miały fatalny rejestr wiarygodności, stały zamówienia wojskowe i takież kierownictwo.
Trudno uwierzyć, że D. Trump o tym nie wiedział. Podobnie jak o tych wszystkich planach globalistów, które ujawnia (tym, którzy dotąd tego nie wiedzieli) pierwsze prawie 12 minut filmu oraz dalsze dramatyczne obrazy pokazujące plany NWO. „Teorie spiskowe” stały się praktyką spiskową, co widzimy po wypowiedziach prominentnych propagatorów NWO. Czy Trump nie wiedział, między innymi, o misji Gatesa, Fauciego?
Sam COVID-19 był bardziej narzędziem do wprowadzenia szczepień niż szczepienia antydotum.

Szczepionki nie temu miały służyć, co okazało się z innych doniesień o długofalowych planach DeepState.
Wiem, że polityk musi lawirować, by osiągnąć swoje cele. Ale czy tym celem dla Trumpa było uratowanie ludzi czy własne ambicje i autorytet dla swojej władzy? Wycofanie dotacji dla WHO było słuszne, ale prawdopodobnie zaważyło podejście ekonomiczne biznesmena oraz uzyskanie większej samodzielności.
Początkowo Trump bardzo chwalił się akcją Warp Speed, potem widząc zagrożenie dla swego autorytetu zaczął się usprawiedliwiać. Że za jego rządów nie było przymusu szczepień i noszenia masek, pokazał skuteczność Hydroksychlorochiny… Ale te wypowiedzi miały głównie miejsce już po utracie władzy. Jedak nigdy nie potępił szczepień ani nie pokazał jak fatalne sutki zdrowotne one przyniosły, łącznie z dziesiątkami tysięcy (więcej?) zgonów.

Pojawia się też symbol Q(anon) – już dość dawno ujawnionej fałszywej i zwodniczej narracji, za którą stał/stoi? Jared Kushner (zięć Trumpa) – postać bardzo podejrzana – powiązana z syjonistycznymi i satanistycznymi frakcjami ukrytej władzy.

Co do FEMA (Federalna Agencja Zarządzania Kryzysowego), która nie była i nie jest agencją rządową, ale firmą prywatną, warto wiedzieć że zbankrutowała, ponieważ właściciel FEMA, którym jest rodzina Rothschildów, konsoliduje swoje aktywa za kulisami, i przeznaczają je na inne rzeczy. Nie widać w tym zasługi Trumpa. A FEMA była organizacją fasadową – trudno wykazać, że była efektywne pomocna w kryzysach.

Tyle w skrócie.

Film wart obejrzenia, ale ze świadomością powyższych zastrzeżeń.

Na koniec – wybory w USA – już „za chwilę”. Chociaż mam podstawy sądzić, że nagle wygranym okaże się ani Harris ani Trump (zaskakuję, prawda? – chyba że będzie czasowo kontynauacja teatru marionetek), to w ich przypadku jednak lepsza byłaby wygrana Trumpa. Klęska milionów Patriotów spowodowałaby dewastującą rewolucję, nawet zbrojną (ta część ta Amerykanów odważy się użyć broni), natomiast klęska Demokratów nie będzie miała aż takich dramatycznych konsekwencji – już teraz są mocno pogubieni, podobnie jak ich mocodawcy ” z góry”. Osobiście znacznie bliżej mi do wartości republikańskich.
A co do demokracji amerykańskiej – IMO to fasadowy fetysz, nie tylko z racji skomplikowanego systemu wyborczego, ale ewidentnych manipulacji – rzeczowych jak i medialnych.
Polityka to często teatr. A nawet aktorów w maskach…


Szkic (krótszy) tego wpisu ukazał się wcześniej tutaj: https://locusmind.one/posts/6772

Pierwsze wiersze

Czytanie to jedno z moich głównych i ulubionych zajęć. Ale także piszę, z tym że to publicystyka w mediach spoecznościowych, więc nie podpada pod hasło „książki”.
Po wielu latach (w tym już na zaawansowanej emeryturze) odważam się pokazać moje wiersze i wierszyki, chociaż to było moje zupełnie uboczne i sporadyczne zajęcie. Chodzi o zbiorek ok. 150 wierszy – do wydania w jakiejś postaci. Zdecydowana większość pochodzi z lat młodości, potem trochę refleksji z „życia dojrzałego”.
Ponieważ to debiut, to najpierw jednak chciałbym pozyskać garść opinii, czy to się w ogóle nadaje do publikacji. Zrobię to via portal Zrzutka dając tam w sekcji Podziękowanie dla darczyńców dostęp do tych wierszy w formie roboczego ebooka. A datki będą przeznaczone na ostateczną redakcję w jej wielu aspektach, przygotowanie do druku i na szatę graficzną.
Zatem – zapraszam na https://zrzutka.pl/uj46zt , gdzie poznasz resztę szczegółów oraz możesz pobrać ebooka. Twoja opinia będzie cenna.
A na zachętę (a propos tematu i zdjecia) taki wierszyk-miniaturka:

ZNIKAM

Gdzie jesteś?

– pyta żona.

Nie widać mnie – znikam

za stertą książek i czasopism.

Wertuję i czytam.

Kiedy je wszystkie

„pokonam”?

Dokąd podąża świat

O domniemanym „końcu świata”, wielkim resecie i podobnych straszakach pisałem tutaj parokrotnie. Tym razem omawiam książkę, która opisuje sytuację jaka czeka świat, a właściwie już się wydarza, co daje podstawy do refleksji bardziej merytorycznej, tj. odnoszącej się do szeregu już zaistniałych faktów.

Recenzja książki Koniec świata to dopiero początek. Scenariusz upadku globalizacji

Autor Peter Zeihan. Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2023.

zeihan_okladka

Gdy zobaczyłem tytuł tej książki, a dodatkowo dołączone w niej opinie jak:
„Autor sugeruje, że koniec jednej ery może być fascynującym początkiem innej, pełnej niespodziewanych możliwości” (redaktor naczelny magazynu „Układ sił”),
„Nigdy nie podchodziłem tak optymistycznie do perspektywy końca świata” (prezes Euroasia Group), pomyślałem – oto trafiłem na opracowanie zgodne z moim (i nie tylko) poglądem, że po rzekomej apokalipsie (książka plasuje się w kategorii  postapokaliptycznych tzw. postapo) i po okresie przejściowym czeka nas rozwój jakiego jeszcze nie było.

(Przy okazji przypomnę, że wg źródłosłowu apokalipsa to nie tyle jakiś tragiczny koniec świata, ale odsłonięcie zasłony, ujawnienie tajemnicy, która odkrywa nową rzeczywistość, prawdę. Wspominam o tym, ponieważ to rodzi pewne nadzieje).

612 stron napisanych przez renomowanego specjalistę od geopolityki zaostrzyło mój apetyt.
Niestety, dalsza lektura, niemalże do ostatnich akapitów, pokazała w 99.9% obraz wręcz przeciwny – świat w kleszczach nierozwiązywalnych i fatalnych wydarzeń na wszystkich polach.
Z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych Ameryki. Stąd zapewne owe zachwyty recenzentów, zwłaszcza amerykańskich. Zatem książka nie jest o tym, co wywnioskowałem z tytułu.

Poniżej piszę raczej nietypową recenzję, ponieważ prawie nie będę opisywał zawartości książki, ani nie będzie to podobne do wielu komentarzy/opinii wyrażonych przez czytelników, np. na portalu Lubimyczytac.pl.
Tam znajduję głównie pochwały, ja będę bardziej krytyczny, bo tego jakby brakuje. Autor mocno straszy upadkiem świata, ale to dość popularna ostatnio narracja, bo czytelnik lubi sensacje, a nawet być straszony. Chyba jednak mamy już dosyć tego straszenia na każdym kroku, co zwłaszcza odczuliśmy mocno podczas covidu, a które jest narzędziem do wprowadzenia dyktatorskiego rządu światowego.

Zacznę jednak od tego, że gdyby to była recenzja KSIĄŻKI jako takiej i jej autora, to byłaby to dość krótka notatka.
Niewątpliwie autor włożył dużo pracy, jak przyznał w końcowych podziękowaniach, jednak była to w sporym zakresie praca zbiorowa jego zespołu. Trwała ponad 5 lat aż do publikacji oryginału w 2022 roku (u nas 2023).
Monografie dotyczące szybko zmieniającego się obecnie świata i omawiające taki okres są narażone na nieaktualność szeregu poruszonych tematów. Zatem nie obejmuje ona rozwoju konfliktu na Ukrainie, również między Izraelem a Palestyną, czym była i co się stało z pandemią, jak trwają wysiłki by wprowadzić tzw. kredyt społeczny i kontrolować społeczeństwa, wielu interesujących nas spraw europejskich, a o Polsce jest tylko parę zdawkowych wzmianek. Optyka całości jest wybiórczo amerykańska, ale o tym dalej.
Co do samej redakcji książki, to uderzyła mnie nieczytelność skądinąd ciekawych diagramów i wykresów ze względu na czarno-biały druk. Szkoda, że czytelnik dopiero na ostatniej stronie dowiaduje się że kolorowe, wyraźne odpowiedniki można odnaleźć na stronie autora. Natomiast książka jest napisana w stosunkowo czytelny, usystematyzowany i prosty sposób, miejscami nawet szkolny, czasem z humorem i odwołaniem do własnych doświadczeń, co lubię. I to, że autor nie lubi buraków czy kiszonej kapusty (pisze „fuj!”), to właśnie prywatny (amerykański?) gust, ale … i prawdopodobnie brak wiedzy jak korzystne dla zdrowia są te warzywa.

Cóż – moja opinia o tej książce też jest osobista.

Szerszego omówienia wymaga natomiast postawa i ideologia, jaką prezentuje autor. Od wstępu książki, już na pierwszej stronie, zacząłem się dziwić jak autor widzi wiele spraw – „… żyje się nam zawstydzająco bogato i spokojnie” (komu i gdzie?) lub autorytatywnemu stwierdzeniu „świat już nigdy nie będzie lepszy niż za naszego życia”, co pachnie pudłem w słynnej opinii o końcu historii, by wymienić wątpliwości pierwsze z brzegu. I jak mało ścisłe są wstępne komentarze przywołane przez wydawcę, np. „To wykład bez luk, nawet szczelin, w które wetknąć można by było choć szpilkę” (sic! w wypowiedzi naczelnego „Rzeczpospolitej”).

Najczęściej powtarzanym zwrotem w książce jest Pax Americana (PA), gloryfikowany na wszystkie sposoby. Chodzi o koncepcje pokoju w świecie zachodnim po II wojnie światowej, związaną z dominującą pozycją Stanów Zjednoczonych w sferze militarnej i ekonomicznej. Amerykanie przez swoją dominacje na morzach i oceanach, co jest kluczowe dla handlu międzynarodowego, chwalą się też jego liberalizacją i globalizacją.
Faktem jest że u nas ten termin PA często rozumiany jest zawężająco, ale słusznie krytycznie jako narzucanie całemu światu amerykańskich standardów ekonomicznych, kulturowych i politycznych, bez uwzględniania miejscowych uwarunkowań. Pax Americana jest korzystny dla USA, więc go chwali.
Zeihan uważa, że cały współczesny świat zawdzięcza niemal swoje istnienie PA.

Jest w tym wiele hipokryzji, zwłaszcza jeśli autor twierdzi że USA są ostoją światowego pokoju.

Wiadomo, że to Stany Zj. wywołały lub popierały wiele wojen – tych otwartych jak na diagramie poniżej, oraz siłowych przejęć władzy, zamachów, aktów terroru – zarówno na świecie jak i wewnątrz swego kraju.
Niektóre miały charakter skryty, np. w formie akcji fałszywej flagi.

USWars

Popełniam pewne uogólnienie, ponieważ faktycznymi sprawcami niektórych tych zdarzeń są ukryte międzynarodowe mafie i organizacje, korporacje mające siedziby zwłaszcza w USA. W całej pracy autor pomija tę niewygodną prawdę o zakulisowych działaniach Deep State i brudnej polityce. Co dobre to amerykańskie, co złe – to nie Ameryka.

By nie zmieniać recenzji w artykuł polityczny, listę takich głównych wydarzeń podaję w załączniku.

Rozumiem, że autor jest patriotą, ale jako naukowiec powinien zachować więcej obiektywizmu.

Stany Zjednoczone faktycznie mają wielki potencjał w zakresie zasobów naturalnych, gospodarczy, demograficzny, wojskowy, technologiczny itp. (co jest dokładnie i wielokrotnie omawiane), ale ta wspaniałość Stanów jest obecnie zagrożona przez złe rządy, uwiąd demokracji (cokolwiek o niej sądzić), podziały i rozwarstwienie społeczne i fakt, że względnie duża część społeczeństwa żyje poniżej progu ubóstwa. Z wolnością też nie jest tak dobrze jak się mówi etykietując USA jako wzór.

Niewątpliwie książka zawiera dużo ciekawych analiz, z których zwraca uwagę temat, o którym stosunkowo mało się mówi – demografia. Wbrew popularnemu straszeniu przeludnieniem, autor wykazuje, że liczba ludności zaczyna szybko spadać w wielu rejonach świata, a społeczeństwa się starzeją. To jest bodajże największy problem rzutujący na wiele innych – pod kątem kosztów społecznych i budżetowych, sił wytwórczych (wiek produkcyjny), zaniku reprodukcji.
Z drugiej strony autor nie zauważa (?) że nomen omen amerykanizacja świata wzięła się z jego kraju, a więc życie wygodne i egoistyczne (co autor nazywa narcystycznym populizmem), bogacenie się kosztem rodziny, ale i innych państw, zadłużanie się, moda na ideologie lewicowe, gender, brak dzieci, liberalizm posunięty do absurdu itd.

Braki kadrowe – ilościowo i z tytułu zaniżania poziomu nauczania, o czym już Zeihan prawie nie wspomina w kontekście samego USA, to przeszkoda w rozwoju. Ale prawie nie wspomina też o tym, że na plan weszła ostro robotyzacja, a zwłaszcza sztuczna inteligencja (AI), co pozwoli znacznie zniweczyć braki w siłach wytwórczych. Bardziej obawiałbym się zaniku różnych fachów i zdolności wynikłych z wygodnego spychania zadań za granicę – to nie powodowało potrzeby szkolenia młodzieży w tym zakresie w samych Stanach. Przyjemniej i łatwiej jest być internetowym influencerem, grać na giełdzie czy mieć posadę w rozrastającej się biurokracji.

Tutaj wtrącę swoją opinię, która jest jednym z elementów mojego optymizmu, jakiego oczekiwałem i od autora. AI jest przykładem jak nagłe zjawiska z poziomu technologii potrafią zaskoczyć i zmieniać świat, jak na przykład onegdaj laser, miniaturyzacja elektroniki, smartfony i aplikacje telekomunikacyjne czy w ogóle komputeryzacja. A przecież to nie koniec możliwych rewolucyjnych zmian jakie mogą się objawić lub być wynikiem odblokowania osiągnięć naukowych, które dotąd przeszkadzały zakorzenionym biznesom. Rewolucja nastąpi też w uwolnieniu kapitału ukradzionego przez chciwych oligarchów oraz w zrozumieniu, że nie da się w nieskończoność żyć złudzeniami jak i popełniać wciąż tych samych błędów. Wiele zależy od odsunięcia od władzy ludzi szalonych, czasem wręcz psychopatów (przypomina się pojęcie ponerologii politycznej wg Andrzeja Łobaczewskiego), uwiązanych koteriami przestępczymi i z wybujałym ego.
Ludzie nie powinni tak bardzo martwić się o pracę (bo jest tak wiele do zrobienia dla naprawy świata), co o środki do życia. Te można wygospodarować w zdrowym systemie politycznym i finansowym.

Wracając do omówienia książki – na pozytywną uwagę zasługuje podejście historyczne do poruszanych głównych tematów (transport, finanse, energia, surowce przemysłowe, produkcja przemysłowa, rolnictwo).

Mamy opis dziejów ludzkości przez rożne epoki i momentów przełomowych dla każdej z wymienionych dziedzin, towarzyszących im motywacji do osiągania postępów i dokonywania zmian.
Innymi słowy – podbudowę obecnego stanu rzeczy, w którym przyspieszające zmiany w ostatnich dekadach miały wielki wpływ – wielu nie dostrzegało ich pod kątem zagrożeń. Powiem tak: sam postęp techniczny, to nie wszystko, co warunkuje rozwój.

Pokazano jak krucha jest materia wielu branż, a zwłaszcza transportu, od którego zależy ciągłość łańcucha dostaw, a to rzutuje na multum innych sfer gospodarczych.

Te sfery są pokazane szczegółowo także w kontekstach geograficznych – książka jest niemal atlasem gospodarczym z uwzględnieniem zachodzących zmian.
Polemizowałbym z kryzysem energetycznym. Mimo że autor słusznie zauważa że paliwa konwencjonalne nie są takie złe w opozycji do kosztowych paradoksów np. aut elektrycznych, to nie potrafi wyjść poza schemat ograniczonej ilości źródeł energii, nie uruchamia wyobraźni dotyczącej nowych wynalazków, które mogą wszystko zmienić. Nie tylko w tej dziedzinie.

Co do świata finansów – przedstawiona analiza wg mojej wiedzy jest niepełna a nawet nieścisła, co może być spowodowane nie uwzględnianiem ostatnich wydarzeń, zwłaszcza w USA. Autor zdaje się nie widzieć jak w dużym stopniu USA są wykupywane i uzależniane na różne sposoby przez Chiny.
Wielu zaskoczy diagnoza upadku Chin i to na wielu polach. Jednym z powodów jest olbrzymie przeinwestowanie i zadłużenie, siłowe wdrażanie kosztownych rozwiązań, skostniały system zarządzania oraz wielki problem demograficzny – wcale nie wzrostu, ale kurczenia się populacji. Tę diagnozę potwierdza parę innych źródeł, które znam. Być możne jest w tym też samopocieszenie się Amerykanów w ich przekonaniu, że to oni są i będą liderami światowymi. Ale dlaczego jednak tak boją się Państwa Środka i są gotowi na wojnę z nim?
Rolnictwo to ważny temat, ponieważ od tego dosłownie zależy nasze biologiczne istnienie. Wiemy o wielu zakusach, nawet działaniach, które niszczą tę branżę w imię „ratowania klimatu” oraz rolnictwo jest poddane brutalnej walce o rynki zbytu dla produkcji z krajów gdzie standardy jakościowe są niskie. Autor prawie o tym nie pisze. Dziwi też to, że nie wspomina o wielkich potencjalnych zasobach surowców żywnościowych z mórz i oceanów. Jak wspomniałem, Zeihan nie pisze o Polsce, gdzie jeszcze mamy nadprodukcję żywności, a nasze zagrożenie nie wynika tyle z podawanych przez autora przyczyn, co z polityki UE.

Dopiero na samym końcu Peter Zeihan ostrożnie pokazuje parę światełek w tunelu całej opisanej nieciekawej sytuacji świata. Wspomina o tym, że przeżywamy pewne interregnum – w historii bywały wielkie upadki i odrodzenia, to i teraz po paru (dwóch?) ciężkich dekadach świat się odrodzi. Osobiście sądzę, że dużo wczesnej dzięki wielkiemu projektowi Odnowy Ziemi w ramach ruchu CARE, ale to osobny temat dla wtajemniczonych, o czym wspominałem na tutejszym blogu.
Wyciągniemy wnioski, a ok. 2040 roku milenialsi zaczną napędzać gospodarkę pieniędzmi oraz przypływem siły roboczej swoich dzieci. Pojawi się synergia USA z Meksykiem oraz prawdopodobnie Kolumbią. Ale to wizja dla Ameryki. Znów brak jest pozytywnego odniesienia do innych rejonów i wyobraźni dotyczącej wspomnianych przeze mnie innowacji technologicznych. Peter Zeihan wspomina tylko o możliwym postępie materiałoznawczym (np. w zakresie magazynów energii) oraz w rolnictwie precyzyjnym (możesz o tej branży dowiedzieć się w ciekawym rozdziale o rolnictwie).

Mam kilkadziesiąt notatek marginesowych w tej książce, w tym wiele znaków zapytania, ale na powyższym opisie poprzestanę, bo to obszerny materiał na wiele omówień.

Zapoznaj się z książką sam/a – poszerza wiedzę, czasem zaskakująco, niezależnie od wymienionych braków.

PS. Nie mam raczej zwyczaju pisania tutaj recenzji książek, ale w tym przypadku robię to ze względu na ciągłość tematyczną z kilkoma planowanymi i starszymi wpisami.
Ta recenzja w krótszej formie pojawi się na paru portalach książkowych.

Załącznik

Pax Americana od drugiej strony
(od 1945 do 2015 r., co nie uwzględnia nowszych zaangażowań)

USAbombing_list

O wątpieniu i numerologii

kolo_liczb

1+1 = 2 
i tego się trzymajmy.

Ten wpis został sprowokowany artykułem „Liczby są jak język Boga”, na jaki trafiłem przypadkowo w nr 5/2024 miesięcznika „Czwarty wymiar”.
Do jego treści nawiążę na końcu.
Natomiast niniejszy wpis jest przeniesieniem, z małymi zmianami i uzupełnieniami w [   ], artykułu który napisałem w 2004, a potem uzupełniłem w 2008 na nieistniejącym już blogu L-earn.net – z zachowaniem tytułu, gdzie zastrzegłem że jest to wpis dyskusyjny, chciaż dziś  dałbym raczej Manowce numerologii lub podobny.
Zatem pośrednio uzupełniam też nie działające jak dotąd odwołanie we wpisie Trójca – moje trzy (!) grosze do tego,  który właśnie czytasz.
Uprzedzając krytykę duchowo i ezoterycznie „nakręconych” numerologów – z tego wpisu Trójca… dowiecie się, że nie obce mi były takie tematy i dywagacje.

———

Otrzymałem list od czytelniczki, która wyraziła pogląd, że nasza kondycja, a więc efektywność i możliwości rozwoju są znacząco zdeterminowane przez datę urodzeniową i imię (jak wiadomo to numerologii wystarcza!). Dalej był krótki wywód o numerologii jako narzędziu do odczytywania i poprawiania swego losu.

Pozwolę sobie i ja wyrazić swój pogląd na ten temat.
Wiem, że wśród moich czytelników jest grupa osób, które zapatrzone w idee New Age, fascynują się numerologią i astrologią.
Niestety,  nie podzielam tej fascynacji i już przewiduję, że wśród niektórych zrobię sobie oponentów. Cóż, mam wielu przyjaciół, może  pora na wrogów? Ponieważ wypowiadam się w dziale „O myśleniu” [oryginalnej strony publikacji], to obowiązuje mnie pewien poziom rozsądku.

Do rzeczy. Tak się składa, że na temat numerologii miałem parę lat temu dyskusję z 2 znanymi polskimi numerologami, którym postawiłem parę podstawowych pytań i którzy nie potrafili na nie rzeczowo odpowiedzieć. To utwierdziło mnie w podejrzeniu, że podstawy „wróżebnej” numerologii są wątpliwe. Fakt, że od tamtego czasu nie wracałem do tematu, ale nie sądzę by coś się zmieniło…
A może ktoś mnie oświeci?

Sądzę, że jakakolwiek  metoda wróżenia (jeśli w ogóle przyjąć, że wróżenie jest możliwe i nie budzi wątpliwości moralnych i logicznych) powinna opierać się na jakiejś zasadzie.

Z astrologii wiadomo, że data urodzenia  nie wystarcza, bo nie uwzględnia znacznych różnic w horoskopie związanych z godziną oraz z miejscem urodzenia (co innego Warszawa, a co innego Paryż itp.). 
Mało tego:  data urodzenia w astrologii dowiązuje się do czegoś obiektywnego jak położenie planet, natomiast  numerologia nie dowiązuje jej do niczego (?). Jeśli przyjąć, że portret numerologiczny dowiązany jest jednak do planet – liczby 1-9, to jest to podejście bardzo naciągane, zresztą podobnie jak w astrologii. Mówi się w niej o oddziaływaniu planet na człowieka, Ziemię. Oczywiście, takie oddziaływanie istnieje. Jakiego rodzaju jest jednak to oddziaływanie? Jeśli grawitacyjne, radiacyjne, magnetyczne lub inne fizykalne, to wpływ Neptuna czy Plutona jest mniejszy niż dużych księżyców Jowisza a nawet Saturna (są większe i znacznie bliżej, Ganimedes jest większy od Merkurego!).  Dlaczego więc astrologia nie  uwzględnia oddziaływania tych ciał? Jeśli chce ona powoływać się na naukowe podstawy, to powinna ten  fakt uwzględniać. Chyba, że jest to jakieś inne oddziaływanie podlegające innym prawom niż znane fizyce. [tu faktycznie pojawiła się nowa wiedza, np. ta wynikająca z ujawnień Kimberly Goguen o sztucznych „matrycach” – patrz omówienia jednego z jej raportów w części o tytule 2 Matrixes Existed for Extraction of Celestials Lifeforce w tym  wpisie ,  chociaż było o tym wiecej wiadomości w różnych raportach].

Myślę też, że liczby mają znaczenie uniwersalne we Wszechświecie, a zatem jakaś prawdziwa numerologia raczej nie powinna być związana z planetami albo powinna sprawdzać się i innych układach planetarnych, np. z 4 planetami itd.

Jeśli numerologia nie ma jednak nic wspólnego z astrologią, to jakie zjawiska fizykalne czy inne(?) określają wg niej los człowieka i to tylko na podstawie daty i nazwy (imienia , nazwiska…)?

Jeśli data nawiązuje do naszego sposobu liczenia czasu (a tak się u nas i w Europie praktykuje), to znaczy że ta numerologia już nie obejmuje Żydów (nie koniecznie z Izraela), którzy liczą daty inaczej, ani Chińczyków, którzy jeszcze inaczej i innych, którzy mają inne kalendarze?

Przecież data to rzecz zupełnie umowna! Nadto, numerologia jest „stara jak świat” (numerolodzy stosują często system pitagorejski), a nasz kalendarz jest stosunkowo młody, więc stare nauki nagina się do nowych okoliczności?

Obecnie na świecie używa się ok. różnych 40 kalendarzy. W samych Chinach jest parę sposobów liczenia czasu. Nie wdając się w tę egzotykę wystarczy ograniczyć się do kalendarza gregoriańskiego używanego w Europie od 1582 r. (choć nie wszędzie od razu, np. juliański obowiązywał w Rosji jeszcze do 1917 r.).

Jak wiadomo, w ustaleniu początku naszej ery popełniono (Dionizy Mniejszy) przynajmniej dwa błędy i w wyniku tego reforma kalendarza obarczona jest nieścisłością, która może wynosić parę lat.

Zastosowanie w astrologii i numerologii różnych kalendarzy powinno przynajmniej odwoływać się do czegoś na podobieństwo „konwencji mentalnej”, jaką przyjmuje się „skalując” wskazania wahadełka przy jego wykorzystaniu do psychometrii. Nie słyszałem jednak o tym. 

Jeśli jednak  numerologia związana jest z astrologią, to warto jeszcze odnotować następującą ciekawostkę, która pokazuje prymat tradycji nad ścisłością. Otóż Zodiak powinien raczej posiadać 13 znaków lub wprowadzić znak Wężownika zamiast Skorpiona, ponieważ w gwiazdozbiorze Wężownika Słonce przebywa dłużej (18 dni) niż w gwiazdozbiorze Skorpiona – 6 dni (a w znaku 29 dni – dla zbilansowania roku). Oczywiście zgodność znaków z gwiazdozbiorami jest umowna, bo są gwiazdozbiory duże jak Panna i małe jak Rak. Także precesja osi ziemskiej na przestrzeni lat wszystkie znaki Zodiaku przesunęła na zachód względem  pierwotnych historycznych pozycji gwiazdozbiorów.

Ponadto, numerolog z daty tworzy liczbę na zasadzie sum lub innych kombinacji liczbowych. Przez kombinacje liczbowe, nawet samo sumowanie numerów liter w imieniu (sic!), tworzeniu przedziwnych reguł z liczbami mistrzowskimi i karmicznymi, można bodajże otrzymać dowolną liczbę z dowolnej liczby. Czy suma jest ważniejsza od różnicy (w matematyce nie jest!)? Trochę sarkastycznie zapytam: a może wprowadzić jeszcze mnożenie i pierwiastki?
System dziesiętny liczenia też jest arbitralny i nawet na Ziemi nie wszędzie właśnie ten, więc względność metod numerologii i astrologii jeszcze bardziej wzrasta.

Do wyznaczenia „portretu numerologicznego” wg popularnej metody sumuje się wg pewnej reguły litery imienia i nazwiska (a także cyfry z daty urodzenia). Na ogół robi się to po urodzeniu i nadaniu imienia (imion) a zatem otrzymujemy pewien wyznacznik, w którym już raczej nic nie możemy zmienić. Los delikwenta, jeśli nie przesądzony (wróżbiarstwo nie ryzykuje tak kategorycznej postawy), to jest już uwarunkowany, bo nazwiska na ogół się nie zmienia. Owszem, jeśli sporządza się portret przed nadaniem imienia, lub imię zmienia się później z różnych względów, to numerolog zachęca do odpowiedniego wyboru lub zmiany – jeśli to  „poprawia wibrację”. Zatem tylko zmiana imienia już odmienia nasz los? Bardziej niż wpływ rodziny, środowiska lub ujęcie swego losu we własne ręce?
Ponadto, w rożnych krajach mamy różne alfabety (różne litery, ich ilość i kolejność) i różne przyporządkowania liczb do nich. Widziałem pewne schematy zastępowania, ale wydają mi się naciągane. Do tego rozróżnia się jeszcze wpływ samogłosek i spółgłosek. Ale zauważmy, że różne języki mają różne spółgłoski, np. rosyjskie „ja”, „ju” pisane są jako pojedyncze litery i traktowane jako spółgłoski. W niektórych alfabetach w ogóle nie używa się samogłosek, a pewne języki w ogóle nie mają alfabetu w naszym rozumieniu!. Te same imiona, nawet jeśli tak samo wymawiane, w różnych językach mogą mieć różne zapisy literowe. Jeśli Jan Jurczyk pojedzie do np. Rosji, to tam numerolog sporządzi mu zupełnie inny portret  i ze względu na imię i ze względu na nazwisko.

Z kolei, przy redukcji sum, stosowanej w numerologii,  otrzymuje się niejednoznaczne wyniki. Jeśli z daty czy imienia wynika np. suma 21, redukujemy ją do 2+1=3. Ale 3 otrzymujemy także z samej 3, 30 oraz z 12.

Nie będę dalej wnikał w takie przykłady, bo po pierwsze nie znam się na szczegółowych „technologiach” (zresztą są różne systemy, które się mieszają, co już coś za siebie mówi …), a po drugie taka numerologia jawi mi się jako (sorry) kompletna bzdura i chyba szkoda na to czasu. Choć można mieć zastrzeżenia i do astrologii, to do takiej numerologii, jaką widzę w czasopismach  z wróżbami zastrzeżenia mam zasadnicze.

Oczywiście liczby są fascynującym tematem, są o nich obszerne naukowe teorie, … kluczem i  mają swoją rolę i tajemnice w matematyce, systemach oraz symbolice, prawdopodobnie mają też rzeczywiście swoje „wibracje”.
[Wtrącę ciekawostkę związaną z tajemniczymi liczbami pierwszymi – zwłaszcza w hipotezach Petera Plichty – zobacz w książce „Tajemnicza formuła Boga. Kod liczb pierwszych kluczem do rozwiązania zagadki wszechświata„, w której autor próbuje wykazać, że liczby nie mają charakteru przypadkowego, że nie są abstrakcyjnym wymysłem lecz są wyznacznikiem podstaw budowy materii. Punktem wyjścia całej teorii jest ‘krzyż liczb pierwszych’…].

Wracając … ale żeby wiązać to z imieniem czy nazwiskiem i handlować tak wyliczonymi „programami życia”? Coś się w człowieku buntuje i w końcu nie dziwi, że guślarstwo „jest czymś obrzydliwym w oczach Pana”, jak określa to Biblia.
Można bowiem do sprawy podejść z płaszczyzny religii, gdzie znajdziemy rozbudowany materiał krytyczny. Kościół (y) pyta przede wszystkim: Kto za tym stoi? Lub można od razu potraktować temat z góry i śladem religii powiedzieć,  że jeśli numerologia/wróżbiarstwo ma jakąś skuteczność, to tylko za sprawą demonów, które wykorzystują tę sposobność by tumanić człowieka.
Z dostępnych popularnych książek na ten temat sugeruję tytuł „Czego nie powie ci horoskop” Charlesa Strohmera (Wydawnictwo Charyzma, 1993). Opinia autora jest cenna przynajmniej o tyle, że nie pochodzi z grona zasadniczych naukowców negujących wszelkie sprawy duchowe lub niemierzalne, ani z Kościoła, a zatem instytucjonalnie ideologiczna, ale wyrażona jest  z wnętrza środowiska astrologów. Autor był przez wiele lat zawodowym astrologiem i zna swój fach.
W pewnym momencie jednak zmienił pogląd na istotę i wiarygodność astrologii i napisał książkę krytyczną powołując się głównie na zasady i nauczanie wiary chrześcijańskiej. Pomijam tutaj cały aspekt religijny, który nie do wszystkich  przemawia lub nie dla wszystkich jest ważny, ale odsyłam przynajmniej do argumentów natury naukowej w tej książce. Autor w szczególności  wyraża przekonanie, że dwie osoby z identycznym horoskopem (np. dzieci urodzone w tym samym szpitalu w tym samym czasie) mogą mieć zupełnie inne życie, jego długość, zdrowie itd.

Czy spojrzeć na te sprawy z punktu filozofii chrześcijańskiej, odwiecznej ezoteryki czy „nowej duchowości”, widzimy zgoła inną postawę niż poddawanie się fatum – to nie ono, ale przede wszystkim my sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie.

A teraz nawiązanie do artykułu z Czwartym Wymiarze. Zbulwersował mnie tym, że wciąż numerologia jest traktowana poważnie (od lat nie ocierałem się o ten temat). O ile we wspomnianym numerze jest parę naprawdę ciekawych artykułów trzymających jakiś poziom, to ten, w mojej opinii,  jest intelektualnym wstydem dla Redakcji. Nie zastanawia jej cokolwiek z tego, co napisałem wyżej?
Dochodzi jednak coś więcej.  Omawiany jest „kongres” numerologów, z prezentacją wielu systemów określania losu, wydarzeń, … na bazie liczb. Ciekawe czy ich zastosowanie doprowadza do tych samych wyników? Bo jeśli nie, to mamy dowód, że każdy z tych specjalistów snuje swoją bajkę i w jakimś stopniu ogłupia swych klientów. Czy nikomu nie przychodzi do głowy, że tyle różnych metod numerologii nie może być jednocześnie słusznych, jeśli w ogóle którakolwiek jest?

Na koniec muszę  się zastrzec – nie jestem specjalistą od numerologii i astrologii! Nawet gdybym był, w takiej materii trudno być pewnym czegokolwiek na 100%, co zresztą dotyczy bardzo wielu dziedzin. Żartobliwe powiedzenie „Tylko 2 rzeczy są pewne: śmierć i podatki” też zostało dawno zakwestionowane – pierwsza np. przez Leonarda Orra w jego teorii fizycznej nieśmiertelności (a także przez niektórych biologów), druga w nauczaniu Roberta Kiyosaki o inteligencji finansowej. Jakkolwiek kontrowersyjne są takie stwierdzenia, to mają przynajmniej zaletę intelektualnej prowokacji, tak potrzebnej w rozwoju myśli ludzkiej i w innowacjach. Natomiast, tak jak ja to widzę, niektóre stwierdzenia numerologii ani nie są pożyteczną innowacją ani nie spełniają prostych reguł wnioskowania.

Leszek Korolkiewicz

 

CARE i ja – krótka historia

Kim160821

Dlaczego, kiedy i jak zaangażowałem się w śledzenie
działań Kimberly Goguen i opisywanie jej ruchu CARE

Zainteresowanie ruchem CARE*  czyli Center of Amity and Restoration of Earth (przedtem Life Force) rośnie. Tak, jak w ogóle na fali coraz bardziej widocznej agendy NWO z jej programami, opresjami podporządkowanych organizacji (np. WHO) i rządów, wyzwala się zainteresowanie alternatywami, zwłaszcza wolnościowymi.
Kolejne kanały w internecie reprodukują lub omawiają wystąpienia liderki ruchu – Kimberly Goguen. Formy tych działań są różne**.
Alternatywne ruchy, ich publicystyka, to nic nowego, jednak niewiele to daje. Szczególnie gdy ludzie uzmysławiają sobie siłę oligarchii, która ma w swych rękach media, pieniądze, polityków, swoich ideologów i wyhodowanych popleczników. Mimo wszystko należy budować przeciwwagę tego propagandowo-siłowego monopolu i szukać rozwiązań impasu. Ważne jest też pokazanie nadziei i jej podstaw, co pomoże sukcesowi.

Dociera do ludzi, że mamy do czynienia z zasadniczym konfliktem dobra ze złem, gdzie zło wydawało się zwyciężać. Dobro i zło to kategorie nie tylko pragmatyczne lecz filozoficzne i duchowe.
Osobiście sprawami duchowymi interesuję się, a nawet zajmuję, od ok. 60 lat (teraz mam 77). Spory „staż”, który prawdopodobnie upoważnia mnie do własnego zdania na te tematy i jego wyrażenia. Zatem trochę o moich ostatnich poszukiwaniach…

Natrafiłem w nich na Kimberly jakieś 6 lat temu, początkowo nie zwracając na to większej uwagi, bo z tej dziedziny lekturami i i informacjami z Internetu byłem wręcz przywalony – od czasów gdy sieć stała się w ogóle dostępna (byłem w Polsce wśród pierwszych użytkowników i propagatorów – zawodowo). Nie sięgając aż tak daleko, spory wpływ na mnie wywarło przeczytanie np.  wszystkich książek Neale D. Walscha i podobnych prac.
Natomiast własne wypowiedzi zacząłem w 2006 r. od nieistniejących już blogów
L-earn.net (duży) oraz etsaman.blox.pl . Po latach część materiałów z blox przerzuciłem na tutejszy lapidaria.home.blog.
W 2011 r. nie miałem jeszcze odwagi wprost publicznie wypowiedzieć się o moich odkryciach –Tajemnica, potem przez pewien okres (od ok. 2017 r.) dałem się na krótko uwieść narracji Qanon, a przynajmniej wielokrotnie pokazywałem, że „teorie spiskowe” istnieją i nie są teoriami, a następnie przekazałem krótką wizję świata przyszłości – Nowa Opowieść Wigilijna , czyli o tym, o czym wiedziała już Kim. I to pozwoliło mi ją znaleźć.

Pierwsze krótkie podsumowanie działania Kimberly, na blogu Lapidaria było bodajże we wpisie Reset świata (cz.2) (potem pojawiło się już wiele następnych – wyszukiwarka).
Tam pokazałem też zaangażowanie paru osób z Polski w poznawaniu wykładów Kimberly oraz szereg materiałów pomocniczych (teraz nie sprawdzałem aktualności linków). Np. pisarzem i wizjonerem, który budował podobną narrację, chociaż nie był wprost związany z tymi wiadomościami i jego ujęcie było inne,  jest Igor Witkowski, którego czytałem i słuchałem od wielu lat.
W omawianym wpisie był wymieniony Stanisław Milewski – chyba on pierwszy  wokół tematu Kim i swojej odnośnej pracy zbudował środowisko, które w Polsce (i nie tylko) rozwija się i działa coraz szerzej w internecie i w realu.
W obszernym artykule Kim jest Kimberly Goguen? wspomniałem kanały na telegramie jak
https://t.me/CarePolska któremu Stanisław patronuje.
Należy się uznanie Stanisławowi za tę inicjatywę i konsekwentne działanie.
W swoich opracowaniach raportów Kim wspominam zawsze i z podziękowaniem, że korzystam także z materiałów tam umieszczanych (transkrypcje). Grupa członków spotyka się też okresowo online na konferencjach tematycznych na platformie zoom.
Ja, oprócz paru wyjątków, nie udzielałem się na tych kanałach ani na konferencjach.
Jest tam grono osób stosunkowo młodych wiekiem i tematycznym doświadczeniem, którzy wykonują sporą pracę, w szczególności w udostępnianiu najnowszych informacji jak i raportów.
Nie będę się tam „wciskał” jako kolejny, tym bardziej, że nie jestem znany i nie uczestniczę w dyskusjach. W ogóle nie lubię udzielać się w dyskusjach (zwłaszcza  na żywo – mam słaby głos), a tym bardziej nie mam ambicji być „lepszy”. Rozmawiam czasem ze Stanisławem, on wie że mam podobny (dłuższy?) staż w rozpoznaniu tematu, i że honoruję jego liderowanie w polskiej grupie, mimo że nie we wszystkim się zgadzam.
Przykładowo jest tam akcentowana słowiańskość, wielkość Lechii, co jest chwalebne jeśli nie przekracza granicy wywyższania się ponad innych. Chociaż może mieć to podstawy, ale raczej nie pasuje do modelu przyszłego społeczeństwa w wizji Kimberly, która wszystkich traktuje jednakowo.
Są tam też wątki i wypowiedzi odstające od głównego tematu, a czasem z nim wchodzące w konflikt lub niewiarygodne.
Wspomniane opracowania raportów robię od nowa względem tych, które są publikowane na telegramie, ponieważ wymagają szczegółowego sprawdzenia z oryginałem, wyczyszczenia elementów mowy potocznej, które nic nie wnoszą, a tylko zaburzają zrozumienie tekstu oraz wymagają wyjaśnienia pewnych pojęć. Także tłumaczenia są czasem tak niestaranne, że wprowadzają w błąd. To szczególnie ważne dla nowych członków grupy, którzy nie znają tych pojęć, skrótów, poprzednich wyjaśnień. Brak tej korekty może zniechęcić nowe osoby zamiast je zachęcić, oraz stworzyć wrażenie niedbałości. A wyjaśnienia są też  potrzebne ze względu na nowy paradygmat, pewne rewelacje, które mogą być na początku źle odbierane.

Jako redaktor na swoich stronach nie podpisuję się pod takim podejściem, ale też nie wprowadzam poprawek na kanale telegramu do tego, co tam jest udostępnione. Mogłoby to obrazić (?) obecnych redaktorów. Doceniam jednak, że w ogóle te materiały tam są i to często błyskawicznie (chociaż kosztem jakości).


Tak więc jestem outsiderem na własny rachunek i dla swoich nielicznych czytelników. Próbuję wyjaśniać pewne trudniejsze pojęcia, angielskie idiomy i slangowe wyrażenia. Nie zawsze potrafię, ale się staram. Nie afiszuję się w tym telegramowym środowisku, a raczej staram się przyciągnąć ludzi z innych stron, a przynajmniej dać im nadzieję w działaniach CARE.
A jeśli ktoś chciałby wziąć coś ode mnie – proszę bardzo.
Niestety straciłem kilkaset (!) tych raportów, praca ponad 2 lat,  na platformie http://www.Locusmind.one/pages/korcz  po jej awarii. Teraz zaczynam  odbudowywać tę stronę,  ale już nie odtwarzając starszych opracowań.
A kiedyś i tak się spotkamy gdy otoczenie samej Kimberly wyda kompetentne, autoryzowane materiały, które wszystko wyjaśnią.
Nie mam ambicji i czuję się też (niestety) za stary by brać udział w działaniach organizacyjnych, chyba że spełni się obietnica odmłodzenia ludzi w „złotym wieku” w jaki niedawno weszła ludzkość.
A obietnic jest wiele i wygląda że się realizują.

Chociaż moje duchowe zapatrywania są dość dalekie od ortodoksji religijnej, to polegam na tym, co jest w Biblii na temat boskiego prowadzenia i opieki – God Says .

I jeszcze:
„Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich.” – List do Efezjan rozdział 6: 12.

Ale nie chodzi tylko o wiarę, duchowość, ale i o zagadnienia praktyczne, które Kimberly i CARE często rozważa i wdraża.
___

Przypisy

* CARE często jest pisane jako C.A.R.E. Czym jest?
Krótkie wyjaśnienie znajdziesz np. w części wstępu do strony https://locusmind.one/pages/korcz :
„Ogólnie CARE podejmuje się ambitnego zadania przywrócenia Ziemi ludziom przez wyzwolenie od oligarchicznych, destrukcyjnych działań, które od wieków zniewalały ludzkość a także doprowadziły do dewastacji przyrody, zdrowia i stosunków społecznych. Żyjemy w przełomowych czasach, które wymagają takiego wyzwoleńczego działania, bo w przeciwnym razie grozi nam najgorszy orwellowski scenariusz.
To, co wyróżnia CARE, to skuteczne i realne działanie wykorzystujące pomoc Źródła (Boga), chociaż nie jest to żadną miarą ruch religijny, oraz dostęp do informacji (historycznych, wywiadowczych, prawdziwych) dający przewagę nad oponentami. Mamy też pomoc innych istot z Kosmosu i Ziemi – dotąd ukrytych. Brzmi to tajemniczo, ale wyjaśnienie tych środków nie jest możliwe w tym krótkim wstępie…”
Bardziej szczegółowo w części artykułu Kim jest Kimberly Goguen, gdzie nomen-omen dowiesz się też więcej o liderce tego ruchu.
O zadaniach i rozwoju CARE  Kim mówiła wielokrotnie w raportach. To projekt rozwojowy – przybywają nowe zadania i rozwiązania.

** Wspomniałem na wstępie o różnch formach zainteresowania tym, co robi Kimberly Goguen oraz o przekazywaniu tego światu. Tutaj odpowiem dodatkowo na początkowe pytania po co i jak.
Otóż nie jest tak, że wielu przywódców, rządów, agencji wywiadowczych  itp. nie wie o niej i jej działaniach. Wiedzą, bo prowadziła z nimi od dawna korespondencję, rozmowy, finansowała budżety narodowe, spłacała zobowiązania (np. USA względem Chin). Jednak ego tych ośrodków władzy jest ogromne i nie pozwalało im na przyznanie się do swoich błędów, niekompetencji, niezrozumienia machanizmów prawdziwej ekonomii itd. Brną w zaparte i próbują wojować z Kim mając na względzie tylko swoją władzę.
Lecz to ona wydała im wojnę i zapędza w „kozi róg”. Albo zrozumieją plan i  dołaczą do zmiany świata, albo przepadną.
To jednak inny wątek.
Chodzi o dotarcie do „szeregowych” ludzi. W tym celu powstał serwis informacyjny Unitednetwork.news a ostatnio Unitednetwork.earth (w skrócie UNN) ze swoją ekspozycją w postaci wielu dedykowanych kanałow na facebooku, youtube, twitterze, instagramie, linkedin, rumble, tik-tok (ostanie tam zbanowani przez Chiny), telegramie, itd., a przedtem jeszcze na innych własnych stronach i mediach społecznościowych.

Był długi czas gdy oryginalne raporty, dostępne w nieparzyste dni tygodnia dla subskrybentów, były powtarzane dla wszystkich następnego dnia.  Ten schemat został stosunkowo niedawno zastąpiony powtórkami publicznymi dopiero po tygodniu.
Wiele osób złaknionych aktualizacji nie do końca rozumie to podejście, skoro pod koniec raportów pada rekomendacja, by dzielić się nimi. Dobra nowina i pokazywanie prawdy powinno się rozprzestrzeniać.
W intencji szybkiego udostępnienia raportów i audycji z UNN polska grupa na telegramie zaczęła umieszczać tam transkrypty i uproszczone tłumaczenia zaraz po emisji. Dzięki wspomaganiu AI możliwe jest to dość szybko.
Ale to oczywiście nie jedyny pomysł w rozprzestrzenianiu informacji z UNN. Są już miejsca „stron trzecich” w sieci, które udostępniają także pełne nagrania raportów wkrótce po ich publikacji źródłowej.  Zacząłem z tego korzystać.
Są też osoby, które robią własne transkrypty i omówienia, jak np. Luca Morrow na Linkedin i na telegramie.
Jednak najlepszą (moim zdaniem) stroną z obszernym kompendium informacji i względnie szybkim omówieniem kolejnych raportów jest serwis Pameli J. Zeller www. justempowerme.com/posts/.  Ostatnio korzystam z podziękowaniem z jej opracowań.

Chciałbym przekazać tamtejsze Wprowadzenie oraz Zastrzeżenie, które dobrze pasują do mojej intencji i mojego zastrzeżenia, które umieszczałem w opracowanych raportach. Cytuję:

Moją intencją prowadzenia tego bloga jest pomoc w wspieraniu osób, które od dłuższego czasu podążają ścieżką Wielkiego Przebudzenia. Mając na uwadze tę publiczność, zdecydowałam, że podzielę się tym, czego się uczę od moich dwóch ulubionych przewodników, Kimberly Ann Gougen i Lisy Renee [tę sledzę mniej – odnoszę wrżenie że jej przekaz jest za teoretyczny w przekazie do „mas”], a mianowicie największymi skarbami, jakie dane mi było znaleźć. Jestem dozgonnie wdzięczna za wiedzę, prawdę i mądrość, które przynoszą światu.

ZASTRZEŻENIE
Jestem po prostu niezależnym blogerem i poszukiwaczem prawdy i nie jestem powiązana z Kim Goguen ani jej zespołem. Jeśli mój styl pisania sprawił, że ktokolwiek uwierzył, że mówię w imieniu Kim, to pozwólcie, że wyrażę się jasno: słuchając jej raportów wywiadowczych, po prostu robię notatki i składam je w artykuł. Nie powinni zastępować przesłuchania Kimbely.  Moje posty są jedynie uzupełnieniem jej filmów, do których ZAWSZE są dołączone linki. Jeśli słyszałeś, jak o czymś mówiła i potrzebujesz pomocy w znalezieniu filmu, w którym wspomniała o konkretnym temacie, mam nadzieję, że moja witryna pomoże Ci w wyszukiwaniu. Kiedy wiele lat temu zaczęłam uczyć się od Kim, zanim założyła United Network News, naprawdę ciężko było mi znaleźć informacje na jej temat. Słyszałam, że inni mówili to samo. Zamiast więc siedzieć z boku i narzekać, postanowiłem zrobić coś, aby pomóc. Biorąc pod uwagę poważną sytuację, w jakiej znalazła się ludzkość, a mianowicie, że psychopaci robią wszystko, co w ich mocy, aby zrealizować swój ostateczny plan zabicia nas wszystkich, mocno wierzę, że informacje dostarczane przez Kim, to, czego naucza i jej raporty wywiadowcze powinny być bardziej publiczne i bardziej dostępne. To dobry priorytet, przynajmniej w mojej głowie, a jeszcze bardziej w moim sercu. Pozwólcie, że wyrażę się całkowicie przejrzyście. Jestem tylko człowiekiem, który bardzo wiele nauczył się od Kim,  słuchając  jej. Jestem przyzwoitym pisarzem, więc próbuję pomóc, zapewniając inny sposób dzielenia się tymi informacjami. To właśnie tam kierował mnie mój kompas moralny w tych trudnych czasach. PJZ”  .

Formy działania CARE i moje prawdopodobnie zmienią się wg potrzeb czasu, gdy niebezpieczeństwa zostaną zażegnane i ludzkość skupi się na budowaniu suwerennego świata – nieporównie lepszego od tego jaki teraz mamy.

Nauka a praktyka

Był czas, który nie sprzyjał nauce i postawił jej adeptów na rozdrożu niewiadomego.
Gdybym urodził się kilkadziesiąt lat później…

nauka2

Jak ten czas leci!
Minęło już prawie 50 lat gdy obroniłem swoją pracę doktorską.
Dziś w ramach cyklu osobistych wspomnień, trochę o tym wydarzeniu i powiązanej historii.

Właściwie praca była gotowa sporo wcześniej, ale miałem pecha że mój promotor uległ groźnemu wypadkowi samochodowemu i na długo został wyłączony z życia uczelni, a tym samym nie był w stanie doprowadzić do końca całą procedurę jaka była wymagana.
Po jakimś czasie udało się znaleźć grzecznościowo zastępstwo w osobie znacznie starszego profesora, u którego kiedyś miałem wykłady. Jednak jego specjalizacja była inna i nie „czuł się dobrze” z tematyką, którą się zająłem.
Otóż napisałem pokaźny materiał na temat kryteriów jakości w ocenie automatycznego sterowania okrętów.
To dość skomplikowane zagadnienie, więc tutaj przybliżę je tylko ogólnie.
Okręt/statek to obiekt poddany na morzu wielu czynnikom jak prądy, wiatry, fale, oddziaływanie głębokości akwenu itp. Te czynniki mają charakter stochastyczny, to jest w dużej mierze przypadkowy, fluktuacyjny. Oznacza to poznanie dynamiki tych zjawisk, co samo w sobie jest dużym wyzwaniem. Do tego dochodzi zjawisko znacznej inercji obiektu. Wiadomo, że wyłożenie steru w jakimś kierunku czy zmiana obrotów śruby (prędkości statku) nie powoduje natychmiastowej reakcji w postaci zmiany toru – czasem trzeba wielu minut. Rolę odrywa też prędkość statku przyjęta ze względów logistycznych w powiązaniu z kosztem paliwa, masą ładunku i terminem dotarcia do celu.
W takiej sytuacji określenie optymalnego sterowania staje się zagadnieniem złożonym i zawierającym wiele czynników decyzyjnych i to zmiennych w czasie. Są to czynniki ekonomiczne i wynikające z bezpieczeństwa. Dochodzą jeszcze sytuacje szczególne jak poruszanie się w wąskich korytarzach (cieśniny, porty).
Zatem zagadnienie optymalności jest w danym przypadku jest w nauce określane jako wielokryterialne. A nawet ta wielokryterialność ma inny model matematyczny dostosowany do paru odrębnych sytuacji ogólnych. Nie komplikując, przykładem jest nawigowanie między wyspami, mieliznami i w kanałach w odróżnieniu od prostej marszruty do dalekiego celu (ale z uwzględnieniem prądów itp.), wreszcie operacje wojskowe jak podążanie po tzw. krzywej pogoni.

Byłem po trzyletnim studium doktoranckim na Politechnice Warszawskiej w dziedzinie automatycznego sterowania oraz robotyki. Studia miały wyraźny profil teoretyczny, skupiający się na matematycznej teorii sterowania. To fascynująca tematyka, przy czym pojecie optymalnego sterowania jest dziedziną samą w sobie. A w niej dział uwzględniający wiele kryteriów optymalności rozpatrywanych łącznie lub hierarchicznie (wielopoziomowo).
Moja pierwotna praca poszła w tym kierunku, co spowodowało pokaźny rozrost materiału.
Nowy promotor był bardziej praktykiem i zalecił skrócenie dysertacji oraz jej ukierunkowanie na rozwiązanie, które względnie szybko mogłoby znaleźć zastosowanie.

To zburzyło moje pierwotne ambicje i spowodowało, że musiałem poznać w większym stopniu realia na styku dostępnej techniki, praktycznych potrzeb i możliwości.
Odbyłem szereg konsultacji na uczelniach i zakładach wytwórczych, zwłaszcza nad morzem.

Ciekawostką było to, że będąc w Warszawie kojarzyłem ze sobą środowiska naukowe i przemysłowe rozproszone po kraju, które – jak się okazało – często nie wiedziały co robią inni i jakie mają osiągnięcia.

Byłem łącznikiem pomiędzy tymi ośrodkami, co nie zawsze było wygodne ze względu na lokalne ambicje i strzeżenie własnych pomysłów tych ośrodków.
Ten etap znacznie wydłużył termin ukończenia dysertacji. Nałożyło się na to zarówno moje pewne zniechęcenie, jak i konieczność pójścia do pracy.
Trzeba pamiętać, że były to czasy gdy informatyka była jeszcze w powijakach.
Zagadnienie, jakim się zajmowałem, dla jego zastosowania wymagało skomplikowanych obliczeń.
Królowały jeszcze „komputery” analogowe. Maszyny cyfrowe były wtedy względną rzadkością (wczesne lata 70te). Na PW początkowo korzystałem właśnie z komputera analogowego do modelowania zagadnień optymalizacji. Potem, gdy zainstalowano „Odry” (generacja wczesnych maszyn cyfrowych) przeniosłem i doskonaliłem i adaptowałem odpowiednie algorytmy na płaszczyznę cyfrową tworząc emulator (język odpowiednich komend).
To jednak było dość prymitywnym rozwiązaniem – potrzebowałem czegoś bardziej zaawansowanego.
Nauczyłem się języka Fortran, potem Pascal i szukałem miejsca, gdzie mógłbym to wykorzystać, a jednocześnie mieć pracę. Zatrudniłem się w RADWARrze – instytucie naukowym na Grochowie, który pracował głównie dla wojska. Zyskałem dostęp do zagranicznych komputerów oraz lepszy przystęp do centrum obliczeniowego zlokalizowanego wtedy w PKiN.
Gdy wspominam te czasy, to mogę dużo lepiej od obecnego pokolenia zobaczyć postęp jaki się dokonał w dziedzinie elektroniki i informatyki. Programy były zapisywane na taśmach dalekopisowych, potem na perforowanych kartach.
Pomyłki poprawiało się ręcznie zaklejając dziurki lub robiąc nowe…
Same maszyny stosowały pamięć zewnętrzną na taśmach magnetycznych, a pamięci wewnętrzne liczyło się w kilobajtach, rzadziej w megabajtach, a do tego potrzebny hardware to były duże szafy w specjalnych klimatyzowanych pomieszczeniach…

Cóż, praca pod dyktando zakładowych zamówień nie sprzyjała jednak wykorzystaniu tych możliwości dla celów prywatnych, chociaż chwilami udawało się przemycić jakiś plik kart pod takie obliczenia.
To też wydłużyło czas finalizacji dysertacji w jej nowym ujęciu. Doszło do tego „bujniejsze” życie prywatne – miałem pieniądze, własne mieszkanko, przyjaciółki (krew nie woda), sporo podróżowałem. Jedną z takich podróży opisałem w Amerykańska przygoda.

Wracając do samej pracy doktorskiej – mimo znacznego obcięcia zagadnień teoretycznych, zostawiłem przynajmniej ideę optymalizacji wielokryterialnej, chociaż już z ograniczeniem ilości czynników.
Mając też na względzie jeszcze małe możliwości zastosowania komputerów pokładowych uprościłem także model dynamiki statku, zastępując go takim, dla którego znane są rozwiązania analityczne dla optymalnych regulatorów.

Jednak ze względu na zmienność środowiska przyjąłem układ regulacji z automatyczną adaptacją w pętli sprzężenia zwrotnego, co pozwalało na bieżąco zmieniać niektóre parametry w równaniach stanu.

Z inżynierskiego punktu widzenia zaproponowałem rozwiązanie zwane autopilotem morskim.

Swoją dysertację skutecznie obroniłem w 1978 roku.
Ciekawostką było to, że mój pierwszy promotor (J.K.) doszedł chwilowo do lepszego zdrowia i zdążył ustalić mi recenzentów oraz był na obronie.
Niestety niedługo potem J.K. zmarł, a ów starszy profesor też – bodajże w 1980.

Nie opisując dalej samej pracy warto wspomnieć o dalszych moich losach związanych z tym etapem życia.
Zostałem pozostawiony przez swoich opiekunów i pewne obietnice pracy i „kariery” nie miały szans na realizację, tym bardziej że w Warszawie nie było zainteresowanego sprawą środowiska. Pomimo udziału w różnych konferencjach, wygłaszania i pisania referatów, zainteresowanie tematem mojej pracy było niewielkie.
Chociaż miałem trochę doświadczenia dydaktycznego na uczelni, to ta ścieżka mnie nie pociągała.

Także to, co mogło być nowatorskie w 1972-3, przestało być takim w latach 80.
Pojawiły się też podobne koncepcje oraz rozwiązania praktyczne – głównie w gotowych produktach z Zachodu.
Wkrótce potem małżeństwo odwiodło mnie od koncepcji przeprowadzki na wybrzeże.
Natomiast zagadnienie autopilotów przeniosłem do zagadnień lotniczych. Niedługo po obronie zacząłem pracę w Instytucie Lotnictwa. Tam jako adiunkt byłem szefem zespołu, który miał zaprojektować komputer pokładowy dla nowego samolotu szkolno-treningowego Iryda. W tym przypadku też pojawiły się różne problemy i rozwiązania natury naukowej. Dodatkowo doszło zagadnienie kompresji danych, co na pewnym etapie stało się moją ulubioną specjalizacją.
Gdy komputer był prawie gotowy, przynajmniej od strony koncepcji i oprogramowania, co wyczerpało moje zadanie (pozostał etap konstrukcji i wdrożenia), otrzymałem intratną ofertę kontraktu w Libii (co w szerszym kontekście było tematem wpisu Casus libijski). Po trzech latach wróciłem do Instytutu, gdzie objąłem projekt systemu naziemnego przygotowania lotu w powiązaniu z nawigacją. Stworzyliśmy prototyp urządzenia z czytnikiem map i planowaniem trasy w wielu aspektach.
Jednak Instytut w tych latach był już czymś innym. Zaczęła się wykruszać kadra, także w moim zespole awioniki, coraz trudniej było dopinać pewne podprojekty. Dodatkowa trudność stanowiła współpraca z wojskiem, dla którego były realizowane te projekty. Nasi „opiekunowie” nie do końca byli kompetentni, ale za to mnożyli utrudnienia biurokratyczne. W instytucie obserwowałem także wpływ starych układów personalnych, co nie rokowało dobrze dla kariery względnie nowych pracowników.
Nie wiem dokładnie jaki był powód, że projekt Irydy zaczął się chwiać, ale podejrzewam, że jednym z nich była ogólna zapaść finansowa.
Tak jak wielu innych kolegów, z czasem zacząłem rozglądać się za inną pracą. Instytut płacił marnie, a ogólna atmosfera w zespołach była przygnębiająca.
I tak koniec lat 80. był dobrowolnym końcem mojej pracy naukowej – trzeba było zarabiać na życie, rodzinę, mieszkanie itp., a nie bujać w obłokach na skrzydłach wcześniejszych zainteresowań.
Dalsze lata, aż do emerytury, to praca w firmach prywatnych, co było korzystniejsze, aczkolwiek też nie bez stresów, bo właściciele potrafili mocno przycisnąć dla efektywności i zysków.
Nie oznaczało to porzucenia mojego inżynierskiego przygotowania oraz umiejętności programowania, ale już bez kontynuacji wcześniejszej specjalizacji.
Tutaj szybko zreasumuję parę taich informatycznych epizodów zawodowych, przy czym tendencyjnie coraz bardziej kierowałem się w stronę bycia nie rzemieślnkiem programowania, a kimś, kto kieruje zespołami lub wykorzystuje siłę branży poprzez jej marketing, tworzenie i sprzedaż produktów.
Były to burzliwe czasy, gdy wiele firm rozpoznało ten trend – powstawały co krok, ale też i upadały, gdy konkurencja się nasilała lub wybrano nietrafnie kierunek szczegółowy. Jednak generalnie było to znacznie lepiej opłacane niż praca w instytutach. W fazie przejściowej zatrudniałem się na etacie lub jako pracownik kontraktowany do okreslonych zadań. Zacząłem w 1992 r. od amerykańso-polskiej spółki American Technologies, potem dwukrotnie z przerwą (1992 oraz 1996-97) pracowałem w Polhit (komputery przenośne, handheldy, czytniki magazynowe itp. głównie firmy PSION) jako Marketing Manager, Unicorn Poland  (produkcja i sprzedaż oprogramowania, głównie linia Lotus, język Ami Pro itp.) jako Gł. Specjalista ds. Marketingu, Dom Mediowy (Centrum Usług Internetowych ) Supermedia jako Kierownik Działu Handlowego a potem Marketingu (do 1997 r.), XOR Technology -Systemy Internetowe i bazy danych (specjalista ds. marketingu),  w latach 1998-2000 w LMC – opragramowanie okołointernetowe i systemy telekomunikacyjne – przedstawicielstwo firm amerykańskich jaki Product Manager…
Póżniejsze zatrudnienia to już w małym stopniu informatyka – na rzecz kierowania zespołami markeingowymi.
Ale życiowo szkoła nauk ścisłych, krytycyzmu i studiowania wielu źródeł bardzo się przydała. W dalszym okresie życia, oprócz zajęć zawodowych, poświęciłem się amatorsko, ale nie bez naukowj dociekliwości, paroma innym dzidzinami, w szczególnosci związanymi ze zdrowiem. I wtedy jeszcze dobitniej zrozumiałem znaczenie praktyki, co wyjaśnia tytuł tego wpisu. W innych miejscach publikowałem informacje o rozziewie pomiędzy teoretykami a praktykami, którzy potrafili skutecznie leczyć – w przeciwieństwie do tych pierwszych.
To naprowadziło mnie na tropy tego, jak w ogóle nauka bywa skorumpowana i manipulowana przez układy biznesowe i personalne.
Natomiast na tej dalszej drodze zawodowej mój tytuł naukowy przeważnie nie miał znaczenia, zresztą sam nigdy nie podkreślałem jakiegoś przywileju z tego powodu.
Może w ogóle źle wybrałem swoją zawodową ścieżkę? Już dla mnie za późno by wykorzystać  w pełni doświadczenie i obecne wielkie możliowości techniki.
Ale to już inna historia…

Wilki

   

Co za dużo, to niezdrowo.

Słyszymy o tym że wilków jest coraz więcej, że podchodzą pod domostwa, że były ich ataki na zwierzęta domowe, a nawet na ludzi. Sieją strach.
Wiemy, że były z tego względu tępione w przeszłości. Opisuje to np. Adam Wajrak w swojej książce Wilki. Z drugiej strony bardzo się za nimi ujmuje. Ta narracja oddziaływa na młodzież, zwłaszcza na aktywistów ekologicznych, tzw. „animalsów” i podobne organizacje o zabarwieniu lewicowym (książkę wydała Agora).

Nie będę głębiej wchodził w dyskusję za i przeciw. Skupię się krótko tylko na dwóch aspektach – owych zagrożeniach i braku logiki w pewnych działaniach.

Poczucie zagrożenia nie bierze się znikąd, to pokłosie akcji introdukcji wilków, wciąż ich nie tylko ochrony, ale i wspierania. W jakim celu?
Przypomina mi to różne ruchy ekspiacyjne na podobieństwo wspierania imigracji z Afryki, by odkupić grzechy kolonializmu – tutaj za starą eksterminację wilków.
O ile kiedyś chwaliłem Brigitte Bardot za szereg mądrych wypowiedzi, ale tak jak nie lubię dewocji i przesadzonego sentymentalizmu, tak razi mnie jednostronność podejścia do przyrody. Kiedyś przyjechała specjalnie do Polski by agitować tutaj za ową introdukcją. Ale nie ona jedna.
Pewna ilość wilków w lesie jet OK, to przywrócenie dawnego stanu równowagi, która była jednak regulowana przez myślistwo.

Animalśi/ekolodzy (używam tych określeń swobodnie) mocno potępiają myśliwych, którzy – niezależnie od swoich osobistych poglądów, przyczyniają się do zachowania ogólnej równowagi w populacji dzikich zwierząt w lasach.

Wilki (nawet pojedynczy wilk) znane są z tego, że gdy dopadną np. stado owiec lub zwierzęta w zagrodzie, to zabijają wiele sztuk, chociaż nawet jednej nie zjedzą w całości. Mają instynkt masowego zabijania. Nie dziwi więc postawa hodowców, którzy ponoszą duże straty.
Nieco podobna sprawa jest z dzikami – niszczą uprawy, parki i trawniki w miastach – są tam szkodnikami.

W miastach i osiedlach nie można do nich strzelać – czasem odławia się je, wywozi do lasu, a one …wracają. To kosztuje dużo zachodu i pieniędzy.
Nasze „święte krowy” – żubry (też po introdukcji rozmnażające się ponad rozsądek) potrafią wyrządzić jeszcze większe szkody rolnicze. Ale są pod ochroną.

Zieloni litują się nad potencjalnymi ofiarami myśliwych – to nieludzkie, to okrutne itp.

Teraz porównajmy. Zabicie wilka czy dzika na ogół nie wymaga więcej niż jednej kuli – szybka śmierć z zaskoczenia i praktycznie bez cierpienia. Myśliwy często rozważa też jakie zwierzę ma paść ofiarą. Polowania są planowane, mają formalne ograniczenia.
A ofiara wilków? Zwierzę zagonione i okrutnie zagryzane przez stado. Wilki nie przestrzegają też okresów, w których myśliwym polować nie wolno – właśnie ze względów humanitarnych.

Widzimy więc pewien brak logiki w „humanitarnym” podejściu ekologów do spraw zabijania dzikich zwierząt.
Czy wilki, tam gdzie rozmnożyły się za bardzo i stanowią zagrożenie dla ludzi, nie powinny też być objęte polowaniami?

Ogólniej – to także wypaczone stanowisko, że zwierzęta są ważniejsze niż ludzie i ich uzasadnione cele bytowe. Można się spierać na temat szczególnych przypadków, ale generalnie obowiązuje właśnie taka nowomowa i ideologia. Do tej ideologii włącza się też nagonka na zwierzęta hodowlane, jako przyczyniające się do wytwarzania gazów cieplarnianych (co w ogóle wpisuje się w wątpliwą tezę o wpływie tej „frakcji” na zmianę klimatu). Natomiast te dzikie zwierzęta w lesie oraz psy i konie – to już są w porządku. Owszem, mówimy o innych ilościach/”masie”, ale bylibyśmy rozszarpani jak przez wilki po stwierdzeniu, że może wziąć się i za miliony psów? Homo homini lupus est?
A przecież kiedyś tak było, a w wielu krajach populacja psów jest regulowana.
Ok, tyle – bo wdepnąłem w delikatny temat…

Osobiście miałem spotkanie z wilkiem w lesie. Warto wiedzieć jak się zachować. Chociaż pojedynczy wilk unika człowieka i raczej go nie zaatakuje, to jeśli się niebezpiecznie zbliża, należy go odstraszyć.
Trzeba hałasować, głośne krótkie okrzyki, gwizdanie, stukanie. Jeśli ktoś ma – pistolet hukowy – można użyć. Machać rękami. Powoli się wycofywać tyłem, czyli z kontaktem wzrokowym. Nie biec, nie uciekać, bo to prowokuje zwierzę do pogoni. Przy zbliżeniu na krótki dystans bronić się rzucaniem gałęzi, a gdy ich nie ma piaskiem, kamieniami.

O psach już kiedyś pisałem w innym aspekcie i kontekście – https://lapidaria.home.blog/2022/08/19/jak-pies-z-kotem/, więc nie dziwcie się, chociaż … lubię psy – ułożone i ich „ułożonych” opiekunów, którzy wiedzą jak psy  powinny się zachowywać w miejscach publicznych. A do nich zalicza się coraz więcej miejsc, nawet Sejm czy restauracje….