Supermarkety – dobre czy złe?

Mam nadzwyczaj prosty smak:
zawsze zadowala mnie to, co najlepsze.
Oscar Wilde

Szeroki temat – ma aspekty: gospodarczy, historyczny, społeczny i psychologiczny, polityczny …
Podejmę tylko niektóre wątki – z osobistego punktu widzenia.

Od razu wyjaśnienie – jestem ZA dużymi marketami. Taka deklaracja prawdopodobnie nieco zelektryzuje oponentów albo przynajmniej zaciekawi. Zgodzę się że może jest ich już za dużo, że obciążają miasto (logistyka, ruch, energochłonne) ale jednocześnie dają pracę wielu ludziom.

Z drugiej strony należy się wyjaśnienie, że jestem stanowczo za polskim kapitałem i polskimi marketami. Źle się stało że markety zagraniczne uzyskały długie wakacje podatkowe i inne przywileje.  Spowodowało to nie tylko wyprowadzanie pieniędzy Polaków za granicę, ale i upadek wielu naszych sklepów.  Ale stało się i trzeba pomyśleć jak to naprawić. Nie jestem w branży handlowej, więc w tym zakresie nie będę się wymądrzał. To, co mi się nasuwa jako postulat obywatelski, to jak najszybsze zrównanie praw podmiotów zagranicznych z naszymi polskimi, wspieranie naszych polskich marketów oraz rodzimych sklepów. Powinno to być ujęte w programie rozwoju naszej klasy średniej.
Myślę, że polscy inwestorzy już nauczyli się jak takie markety budować i prowadzić, rośnie też nasz kapitał.

Zajmę się raczej swoimi refleksjami jako klienta.

Bywam i kupuję w supermarketach, ale … w zasadzie tylko produkty żywnościowe, czasem tylko przemysłowe. I  w ograniczonych ilościach. Co do żywnościowych, chętniej kupowałbym bezpośrednio u zaufanych rolników, i, o ile to możliwe (sezon, czas), czynię to na paru bazarach. Chodzi przede wszystkim o zdrowotność produktów, zwłaszcza zważywszy, że w marketach jest dużo żywności przemysłowo przetworzonej. Niestety w wielu przypadkach produkty rolne nieprzetworzone też nie dają gwarancji jakości. Obecnie gleba jest tak skażona (np. glifosat jest już wszędzie) oraz zubożona w niezbędne składniki, że nawet przy szczerych chęciach rolnik nie ma większego na to wpływu . Zwłaszcza jeśli jest nastawiony tylko na zysk. To osobny temat, który kiedyś podejmę.

Tu mała dygresja: złoszczę się gdy likwiduje się bazary lub szykanuje rolników, którzy przywożą swoje towary do miasta. To akcje, które mają ponoć „cywilizować” przestrzeń miejską. Zgoda jeśli w zamian powstają przyzwoitsze pawilony, ale brak zgody gdy takie miejsca w ogóle się likwiduje.  Na cywilizowanym Zachodzie bazary mają się dobrze.
Przypuszczam, że jest (?) w tym podejściu palec właśnie większych marketów, które nie lubią konkurencji.

Mówiąc o supermarketach mam na myśli także galerie handlowe, w których te supermarkety są ulokowane.
Mam parę ulubionych (w Warszawie)  jak np. Galeria Północna, Galeria Łomianki*. Są przestronne i mniej zatłoczone w przeciwieństwie do np. Złotych Tarasów (ciasnota, tłumy), Arkadii – ładna, ale też duży ruch w tym molochu…
Jak wiadomo, klienci traktują te miejsca także jako rekreacyjne oraz miejsca spotkań. Sprzyja temu infrastruktura  z barami, kawiarniami, miejscami dla dzieci, często z kinem, siłownią oraz licznymi usługami. To – jak widać- nie ruguje kawiarni i lokali gastronomicznych w innych miejscach w mieście – jest ich coraz więcej.  W galerii mamy jednak duży wybór oraz inne udogodnienia na jednym miejscu – jest to wygodne i oszczędza czas w porównaniu z sytuacją przenoszenia się w mieście by załatwić różne sprawy. Latem można tam się schłodzić, w zimie  ogrzać …

Co do sklepów odzieżowych, to bywamy raczej na ‚looking‚ niż shopping.  ponieważ przeważnie ceny są z sufitu i chyba tylko dla, hm… modowych wariatów i celebrytów. Mam na myśli głównie stosunek ceny do jakości.
Może się wstyd przyznać – w second-handach i outletach można znaleźć odpowiedniki (i to nowe) za jedną dziesiątą tych cen, a jednocześnie w lepszej jakości. Bawełna, wełna, len oraz niezłe wzornictwo zamiast sztucznego badziewia, bezguścia i mody dla podlotków, które dają kilkaset złotych za spodnie,w których jest więcej dziur niż materiału… Zjawisko dotyczy głównie mody damskiej – to duży rynek do drenowania kieszeni bazujący na ulotnych modach i próżności.
To się trochę zmienia na lepsze i nie chciałbym zbyt generalizować. Są przecież miejsca i produkty warte swej ceny.
Chociaż to także kwestia gustu, ale np.  Massimo Dutti zachwyca, przy cenach w tym sensie do zniesienia.

W zakresie samych marketów upodobałem sobie Carrefour. Nie mówię, że jest najlepszy, bo nie znam aż tak dobrze innych, ale są powody tego upodobania.  Widać jak się „podciąga” w swoich usługach, jak stara się być dla każdego.
Bywam i wtedy  uderza bogactwo asortymentu. Od produktów na chudą kieszeń do fanaberii i prawie luksusu dla grubego portfela.
Kilkadziesiąt (jeśli nie więcej) rodzajów serów, nabiału, pieczywa (z różnych ale i własnej piekarni), wędlin,  herbat, kaw, win, kilkaset rodzajów przypraw, sosów, dodatków z całego świata, produktów ekologicznych i specjalistycznych (diety), podobnie owoców i warzyw z egzotycznymi włącznie itd. Multum dań gotowych ale także bardzo dużo komponentów do własnoręcznego kucharzenia. W zróżnicowanych cenach. W sumie  – raj dla smakoszy.
Tu wtrącę, że żal mi mojego ulubionego normadzkiego sera Brillat-Savarin, określa się go mianem potrójnie kremowego Brie, który jakiś czas zniknął z półki towarów francuskich. Produkowany już od 1890 roku, pierwotnie jako Excelsior lub Délice des gourmets, obecną nazwę dostał w 1930 roku na cześć francuskiego smakosza Jean Anthelme Brillat-Savarin (francuski prawnik, polityk i pisarz – zdobył sławę jako gastronom i autor „Fizjologii smaku”, którą Balzac uznał za wspaniały traktat kulinarny).
Ach, mój stary sentyment do Francji…
Ważne jest, że większość towarów pochodzi od polskich producentów. Tak więc, mimo transferowania zysków za granicę, zyskują też rodzimi dostawcy. Konkurując ze sobą i z produktami zagranicznymi muszą dbać o jakość. Są też sklepy franczyzowe (Carrefour Express, Carrefour Express Convenience, …) zatem korzystają na tym polscy przedsiębiorcy.
Jeśli chodzi o żywność (i chyba nie tylko) gorzej jest z takimi marketami jak Lidl lub Kaufland – dużo towarów niemieckich. Przy okazji można przypomnieć o aferze z podwójną jakością tych towarów – inna w Niemczech, inna u nas; miejmy nadzieję że uchwała unijna to ukróci).
Nie słyszałem aby taka praktyka była w marketach francuskich, a w ogóle mam do Francji większe zaufanie ze względu na bardziej restrykcyjne podejście do ekologii w rolnictwie.

I tutaj dochodzę do kluczowego porównania z małymi sklepami. Bywa że trzeba coś szybko dokupić w lokalnym sklepiku i oto okazuje się, że jest tylko jeden/dwa rodzaje oleju lub masła, pieczywo z jakiejś nieznanej piekarni na której się zawiedliśmy, nieznane marki lub po prostu jakiegoś towaru w ogóle nie ma. Za to wszystko nawet  dwa razy drożej.
Chociaż jestem osobą starszej daty, to wymagania mam już inne niż za PRL-u.
Rozumiem, że ograniczona powierzchnia sklepowa, że może nie być popytu na niektóre towary (market przez duży obrót całościowy może pozwolić sobie na eksperymentowanie i straty w zakresie pojedynczych produktów).
Ale czy muszę się temu podporządkowywać?
Jest tu dodatkowy element w działaniu małych sklepów spożywczych – zamawiają tylko to, co „schodzi” , czyli co kupują lokalni klienci i są to towary relatywnie najtańsze (=gorsze), chociaż i tak drogie w porównaniu do dużych marketów.
Mamy w naszym domu na parterze taki mały sklepik wpasowany przez najemcę jakby na siłę w lokal do tego nie przystosowany.  Oprócz wymienionych wad, nie ma rampy towarowej, minimalne zaplecze. Codziennie przeżywamy koszmar zajeżdżania wielu samochodów dostawczych, które hałasują, kopcą w okna spalinami (oczywiście silniki diesla cały czas włączone), blokują parking osobowy.
Był czas, że z tego lokalu zaczęły rozłazić się karaluchy…

Duże markety mają to zorganizowane profesjonalnie. Mają też kontrolę jakości na odpowiednim poziomie.
Jeśli chodzi o Carrefour właśnie, to market oferuje wiele programów wspierania jakości w ramach akcji Konkretne działania, by jeść lepiej.

Powyższe uwagi dotyczą też towarów przemysłowych – duży asortyment oraz prawie wszystkie działy tematyczne.

Chyba wszystkie markety oferują jakieś programy lojalnościowe, zbieranie kuponów itp.
Nie należę do takich zbieraczy, to bywa kłopotliwe, bo trzeba spełniać pewne warunki ilościowe i czasowe.
Chociaż Carrefour też je ma (Karta Rodzinka, program Satysfakcja, … ) to chwalę sobie  tzw. Kartę Seniora. która daje kupony zniżkowe o wartości 10% od zakupu. Nie trzeba niczego zbierać. Dodatkowe zniżki daje aplikacja zakupowa w telefonie. Można kupować zdalnie (są też tradycyjne gazetki katalogowe, wykazy na stronie internetowej) oraz zamawiać dostawę do domu. Jako supermarket może on sobie pozwolić na okresowe przeceny. Oferowana jest też dedykowana karta kredytowa (Mater Card), dająca 10% rabatu.
Markety mają też parkingi dla klientów – jest to wygodne i nie stwarza tych trudności jakie zdarzają się przy mniejszych sklepach.
Są to kolejne przewagi dużego, zorganizowanego marketu.

Podnoszono wielokrotnie kwestię wolnych niedziel handlowych.
Nie jestem zwolennikiem tego rozwiązania, a przynajmniej jego pogłębiania. To się kłóci z wolnością oraz ma niepotrzebny kontekst ideologiczny. Czyż wyjście na niedzielny wspólny obiad rodzinny w restauracji nie byłby odciążeniem od codziennego gotowania, możliwością poznania nowych smaków i przyjemny? Stopa życiowa Polaków stopniowo rośnie, więc staje się to realne dla coraz większej ilości osób.
Firma Grycan rozważa wycofanie się z marketów właśnie ze względu na perspektywę dużo mniejszej frekwencji w niedziele. Byłoby szkoda – to moja ulubiona kawiarnia kawowa… Prawdopodobnie tak samo stanie się z innymi firmami.
Polacy dużo pracują – nie tylko ci z marketów. Jesteśmy krajem na dorobku – to praca tworzy naszą gospodarkę. Przynajmniej tak powinno być – w odróżnieniu od spekulacji. Niektórzy pracują też w soboty – zwłaszcza właściciele firm oraz pracownicy innych obiektów handlowych i usługowych. Dla nich niedziela to możliwość załatwienia zakupów.
Duże przedsiębiorstwa są w stanie zorganizować pracę na zmiany oraz zatrudnianie ekip zastępczych (outsourcing).
Nie powinno się też odmawiać możliwości pracy tym, którzy chcą pracować.

Co do pracy sprzedawców, to i tak sytuacja już się zmienia w kierunku redukcji  ich ilości na rzecz kas automatycznych. W dużych marketach są odpowiednie urządzenia, a na świecie pojawiły się już sklepy w pełni samoobsługowe, jak Amazon Go. Także w Polsce mamy próby z marketami Bio Family,  z samoobsługą klientów 24/7.
Zatem, w przyszłości działalność supermarketów w niedziele nie będzie ze szkodą dla ludzi i rodzin (kwestia wolnego czasu i przepracowania), bo i tak sprzedawcy będą musieli znaleźć sobie inne zatrudnienie. To inny temat dotyczący rynku pracy w ogóle – musimy oswoić się z myślą o zastępowaniu ludzi przez maszyny. Ale bez strachu, bo przecież, chociaż praca jest po części naszą naturą, to jednak taka by tylko mozolnie zarabiać na życie – już nie.  Wystarczy że będziemy mieli godziwe utrzymanie. O ile nie damy się wyzyskiwać, to takie rozwiązanie się znajdzie…

Przy okazji – supermarkety i galerie handlowe mogłyby zarabiać jeszcze inaczej – na wynajmowaniu swych pomieszczeń ogólnych na inne cele, nie tylko handlowe. Pewien pomysł opisałem tutaj: Sylwester w supermarkecie?
**

Co sądzisz o tym wszystkim?

* Już po publikacji tego wpisu odwiedziłem nową Galerię Młociny. Też polubię – zrobiona z rozmachem, przestronna, dużo sklepów. Świetny dojazd metrem, tramwajami i samochodem. Polubię tym bardziej, że jest na szlaku mych częstych wypadów rekreacyjnych do parku w Młocinach.
** I właśnie w tej galerii na poddaszu zrobiono „krąg taneczny” z regularnymi potańcówkami. Dobre miejsce także na inne imprezy, w tym Sylwestra.

Najdłuższe lato?

Jesień, ale wrzosowi zazdroszczą odradzające się borówka i żarnowiec

Po raz kolejny wracam do ulubionego tematu – wakacji i przyrody. Ten czas jest unikalny, bo już niedługo minie, wszyscy do niego tęsknimy, więc … carpe-diem.
Nie pcham się w turystyczny tłok sezonu. Co prawda, na jesieni, jak co roku, przewiduję dalsze wypady, ale teraz wystarcza mi moja chatka w lesie i wycieczki po okolicy. I w tym zakresie wyjętym z szerszego tematu szkicuję te wakacyjne migawki.

O swym leśnym refugium pisałem wielokrotnie – czasem w kontekście innych spraw. Dla nowych Gości mojego bloga wskażę np.:

Poezja przed burzą
Z lasu 2018 czyli kolejne wakacyjne impresje-1   (tam polecam fragment o Shinrin-Yoku)
Z notatnika letnika – sierpień (2013)
Z notatnika letnika – sierpień (2015) …,
więc poniższą refleksją trochę się powtarzam. Ale to wynika z zachwytu mieszczucha z życia wśród przyrody – nie sposób tego nie artykułować.
Ileż tu obserwacji!

W leśnym domku mamy codziennie różnych gości. Obcujemy na co dzień z kotami.
Młode koty (piątka, stale głodne), czasem ich mama, ojciec, rzadziej babcia, czasem jakiś przybłąkany gość z okolicy.
Które to już pokolenie? W każdym razie liczone w dziesięciolecia, a każdy rok to nowy miot. Pewne koty pamiętamy, inne gdzieś przepadły, czasem pojawi się nieznany gość z innego rewiru. Widać różne hierarchie, animozje lub tolerancje. Są to koty półdzikie, przy czym nowe kotki dość szybko się oswajają. Potem część przetrwa zimę, chociaż wtedy już muszą liczyć tylko na siebie, bo w zimie nikt tu nie mieszka na stałe. Ciekawe zwierzęta. Rozkoszne w zabawie, okrutne w polowaniach, mające swoje charaktery, humory. Obecna matka kotków jest bardzo nieufna, syczy gdy się do niej zbliżyć – nawet z jedzeniem, a dostają go od nas sporo i wydawało by się, że to powinno ją obłaskawić. Jakieś złe doświadczenia z ludźmi? Jest, zwłaszcza w starszych kotach, jakieś dostojeństwo – chadzają powoli, z godnością. Oczywiście – swoimi drogami. Ale tyle o tym napisano, że nie będę się wysilał na coś nowego.
Mamy kota seniora-rezydenta o imieniu Jarek, który chroni swój rewir. Pojawił się niedawno inny młody kocur. Pogonił naszego Jarka wysoko na drzewo, był to chyba efekt zaskoczenia, bo potem musiał nastąpić jakiś odwet, ponieważ nowy pretendent już później się nie pokazał.

kot Jarek na drzewie

Zjawiają się na obrzeżu działki dzięcioły konkurujące po części z dwoma wiewiórkami (które, o dziwo, zjadają też renklody). Podziwiam ich perfekcję w ruchu i odwagę gdy karkołomnie przeskakują z drzewa na drzewo. Są zadziorne, fukają ze złością gdy chce się je odpędzić od leszczyn, ale i tak robią swoje.
Szpaki, drozdy, sójki i liczne małe ptaszki, których nazw nawet nie znam… Mieliśmy na wiosnę wspaniałe koncerty, ale i teraz podśpiewują od czasu do czasu. No, może nie wszystkie podśpiewują, bo sójki i sroki raczej donośnie skrzeczą. Zwłaszcza gdy swarzą się, często z gonitwami w których podziwiam przebijanie się poprzez gęste listowie.
Szpaki i drozdy kręcą się zwłaszcza  koło aronii, która w tym roku mocno obrodziła. Trzeba było założyć siatki, ale i to niezupełnie pomaga – widziałem ptaka, który długo deliberował jak się pod nią dostać i w końcu wypatrzył drogę od spodu. Dostał nauczkę, gdy chciał wyfrunąć i plątał się w tych sieciach – pomagam w takich przypadkach.
Krety robią sporo szkód, to podziemie, o którym wolę nie myśleć. Podobnie jak o osach na strychu i wielu gatunkach ciem, które wieczorami atakują okna.
Duże pająki (wchodzą zapewne przez stale otwarte okienko łazienkowe?) wpadają nader często do wanny i nie mogą się z niej wydostać, więc wynoszę je cierpliwie na kartoniku za werandę. A pszczoły zbierają pyłek z kwiatów…
I żyjemy wszyscy w zgodzie, a nawet mam z tego wiele uciechy – zwłaszcza z figli kotów.
Ten rok był wyjątkowy – ze względu na długość letniego sezonu i przeważającą suszę. Widać to zwłaszcza w lesie – w naszym rejonie jagodnik nie wydał owoców, borówka słabiutko, grzyby pojawiły się dopiero skromnie we wrześniu. Pyliste i piaszczyste od suszy drogi są nieprzyjazne marszom  i rowerom.
Już widać jesień.

Za to sad obrodził aż nadto. Kwitnienia nie zakłóciły przymrozki. Mieliśmy klęskę urodzaju wczesnych jabłek. Przyjechaliśmy po głównym „zrzucie” jedego z drzew – nie nadążając ze sprzątaniem spadów i zagospodarowywaniem tych owoców, które jeszcze się nie zepsuły.

To, że nie pryskamy niczego chemikaliami ma tylko jeden minus – wiele jabłek i śliw psuje się już na drzewie, zwłaszcza pod wpływem tegorocznych upałów. Zrobiliśmy dużo przetworów. Ledwie skończyły się jabłka letnie (mamy jeszcze zimowe), to kolejny nadurodzaj dały mirabelki. Znów powstało sporo przetworów (głównie do ciast), ale była taka tego ilość, że wywoziłem do lokalnego kompostowania i do zabrania przez śmieciarkę gminną całe ich taczki.

Pewnie zdziwisz się że w ogóle zbieramy mirabelki. Tak, są w pogardzie – zalegają ogrody i drogi i nikt po nie się nie schyla. Ale mirabelki mirabelkom nierówne. Zaskoczę cię (prawdopodobnie) informacją, że ten owoc jest hołubiony we Francji, gdzie znają się na smakach.
Tam głównym producentem tego owocu jest Lotaryngia. Rocznie zbierają ok. 15 tysięcy ton mirabelek (80% światowej produkcji, co oczywiście nie oznacza że policzono te dziko rosnące). Eksportowane są zwłaszcza do USA.
Mirabelka dostała znak przysługujący najszlachetniejszym produktom spożywczym i płodom rolnym Identification Géographique Protégée (IGP). Miasta Metz i Nancy, w  których okolicach króluje odmana odpowiednio zielonkawa i z czerwonym rumieńcem, znane są z festiwali mirabelkowych.
Robi sie z nich konfitury, dżemy, nadzienia do tart, nalewki. Konfitury podaje się głównie do mięs, co i my praktykujemy, zwykle dodając do konfitury z aronii i suszonych śliwek.

Chociaż jestem rodowitym mieszczuchem, to odzywa się we mnie jakiś atawizm, czy to po dziadku z ziemiańskiego rodu, czy jakiś starszy, biologiczny?
Dawno temu napisałem taki wierszyk:

            Atawizm

Co w trawie piszczy kocham bardzo

i nachylam się nad nią pobożnie,

ręce me różne źdźbła głaszczą,

podnoszę jakiś drobiazg ostrożnie.

            Coś tam pełza małego

            – wielki jesteś Boże,

            tyle ruchu, tyle życia,

            kto zrozumieć to może?

 Doskonałe w swej prostocie,

w złożoności nie do wiary,

coś patrzy na mnie, potem biegnie

– zwracam to ziemi starej.

             Przywieram do niej mocno,

            sobą całym,

            z bliska inny świat podglądam

            – piękne jest w małym.

Nie myśl jednak, że siedzę cały czas w obrębie swego obejścia. Przeciwnie. Codziennie odbywamy z żoną długie lub krótsze wycieczki lokalne, głównie leśne – pieszo lub rowerowo. Ruch jest ważny – to panaceum na wiele spraw zdrowotnych. Okolice są ładne, miejscami piękne, chociaż coraz bardziej okrajane z zieleni przez gospodarkę leśną, którą tutaj podejrzewam o odchylenie rabunkowe. Pisałem o tym parę razy w poprzednich wpisach.


Na tych spacerach lubimy położyć się gdzieś na mchu i patrzeć w niebo.

Na wycieczkach lubimy poleżeć patrząc w niebo
Oto leci wysoko jakiś duży czarny ptak. Żona pyta: co to jest? Szybko nadchodzi odpowiedź z góry – kra! kra!
Kruki opuściły pobliski ścięty las i przeniosły się sporo dalej. Odkryliśmy ich nowy rewir.

Mieliśmy tego lata sporo ciekawych wycieczek po nadbużańskich okolicach, ale to na tyle obszerny temat, że o tym później osobno.

Tegoroczne prawie trzy miesiące w lesie to także różne zajęcia pozaturystyczne. Czytam, piszę, słucham audycji, udzielam sie trochę w mediach społecznościowych. Zatem pozwolę sobie przemycić tutaj aktualną wzmiankę o moim podstawowym zainteresowaniu – zdrowiu, i przekazać krótkie resume nowości na www.LepszeZdrowie.info.

I tak w sierpniunie tylko o zdrowiu np. o sztucznej inteligencji oraz wątpliwościach z zakresu podstaw fizyki. Także biotechnologie, telemedycyna, o badaczach i terapeutach rosyjskich oraz niezwykłych polskich pionierach i odkrywcach. O uzdrawianiu duchowym. Plus nowinki na stronie Zdrowie i Fitness i … dużo więcej.

A w lipcuMedycyna uwikłana w politykę, walka o prawdę i Polskę z udziałem oddolnych ruchów społecznych, w tym ustrój demokracji bezpośredniej na kształt szwajcarski (ebook!), zagrożenia globalne, o terapeucie Stanisławie Olszewskim, odżywianie przy odchudzaniu, nowości z facebooka i wydawnicze, …

Nie cofam się bardziej wstecz – jeśli te sprawy cię interesują (myślę, że zdrowie jest ważne dla wszystkich), to zachęcam do samodzielnego pobuszowania po Nowościach lub w lokalnej wyszukiwarce.

Oczywiście leśny domek, ogród, działka i okolice to nie tylko byczenie się, obserwacje i ww. prace i rozrywki umysłowe. Oprócz zadań planowych prawie codziennie dochodzą sprawy bieżące a nawet nieoczekiwane problemy, zwłaszcza typu: coś naprawić, wyciąć, podlać lub przesadzić.
Ale to mało interesujące, więc do następnego odcinka o wycieczkach…

Turystyka – co o niej myśleć / cz. 2

(część druga), do części pierwszej

Podróże kształcą…

Teraz pozytywniej…

Jak w znanym powiedzeniu – podróże kształcą. Ale turystyka pełni szereg istotnych funkcji społecznych. Dzięki nawiązywaniu kontaktów z innymi społecznościami wzrasta zrozumienie i tolerancja wobec innych kultur. Kontakt oznacza również przekazywanie sobie określonych wartości, sposobów zachowań, sposobów ubierania się, mówienia itd.

Z drugiej strony walory Polski i rosnąca turystyka przyjazdowa to  biznes dla naszego kraju, zwłaszcza dla mieszkańców miejscowości turystycznych. Rozbudowuje się tam także infrastrukturę komunalną (kanalizacja, wodociągi, oczyszczalnie ścieków) oraz poprawia się estetykę krajobrazu (więcej parków i terenów zieleni).
Rzecz w tym aby nie przesadzić – jak wspomniałem uprzednio na przykładach zagranicznych, chociaż mamy i u nas podobne afery – jak ostatnio głośna budowa zamku – molocha w Puszczy Noteckiej.

Jeśli nie będzie podobnych nadużyć, to do pozytywnych aspektów rozwoju turystyki zaliczyć można wszelkie działania mające na celu ochronę środowiska.

Aby poradzić sobie z obsługą turystów mieszkańcy podnoszą swoje kwalifikacje poprzez np. naukę języków obcych, zarządzania, rachunkowości. Praca w sektorze turystycznych postrzegana jest jako prestiżowa. Zmienia się też pozycja kobiet, których zatrudnienie w turystyce jest z reguły znacznie większe niż mężczyzn.

Mieszkańcy starają się bliżej poznać swoją kulturę i historię, aby móc ją zaprezentować w jak najatrakcyjniejszej formie.
Wiadomo że efekt ekonomiczny wynikający z ruchu turystycznego nie jest związany wyłącznie z usługami czysto turystycznymi (hotelarstwem, gastronomią, obsługą ruchu turystycznego itp.). Na potrzeby turystyki działają także inne podmioty gospodarcze, takie jak bankowość, handel, gospodarka komunalna, transport, itp. Szacuje się, że na jedno turystyczne miejsce noclegowe przypada nawet kilkunastu zatrudnionych w turystyce i poza nią.

Ogólnie sprzyja to rozwojowi przedsiębiorczości, powstaniu nowych miejsc pracy i zmniejszeniu bezrobocia. Daje  napływ nowych inwestycji, dochodów uzyskiwanych z obecności turystów.  Ale czy mamy strategię rozwoju turystyki? Jaka jest pomoc państwa?

Oprócz wspomnianego otwarcia się na świat i inne kultury – ważne są przeżycia. Czyż nie wspominamy tych chwil w pięknych miejscach jako czegoś, dla czego warto żyć? Te wspomnienia mają też wartość.

Dawno temu napisałem artykulik „Wakacyjna transcendencja„, który polecam.

Zaczyna się tak:

… dla mnie wakacje mają dużą i szczególną wartość, wykraczającą poza typowe skojarzenie z odpoczynkiem, przygodą i poznawaniem nowych miejsc. Oczywiście to też ma duże znaczenie, zwłaszcza gdy podejdziemy do wakacji aktywnie, z jakimś planem, który uda się nam zrealizować. Ale nie o tym będę mówić, bo to aspekty dobrze znane.
Wolny czas pozwala mi spojrzeć na wiele spraw spokojniej, refleksyjnie i z dystansem. Zwłaszcza nowe miejsca i nowo poznani ludzie niemal wymuszają inne spojrzenie, zderzają nas z nowymi postawami, zwyczajami, inną kuchnią, kulturą, podsuwają nieoczekiwane rozwiązania. Rzeczywiście – podróże kształcą.

A pod koniec: 

… umiejętność dostrzegania owych TU i TERAZ, cieszenia się tym co mamy, znajdowania piękna i tajemnicy na każdym kroku – to czynniki, które nas wzbogacają, a przez to rozwijają.
Oprócz opalenizny i miłych wspomnień życzę wszystkim choćby szczypty wakacyjnej transcendencji.

Kiedyś sporo podróżowałem – oprócz Polski większość krajów Europy, Rosja, Chiny, Afryka, USA…. Były też przygody autostopowe w Europie i w Polsce. A rodzinnie wyjeżdżaliśmy co roku na wczasy – dawniej w ramach wczasów pracowniczych, potem na własną rękę.
Dziś – jako emeryt ograniczyłem te eskapady – zarówno mniej sił jak i środków, które można na to przeznaczyć. To przykre, że obywatela Europy, w przeciwieństwie do mieszkańca Niemiec czy Szwecji itd.,  polskiego emeryta rzadko stać na wyjazd zagraniczny a nawet krajowy.  Przywołuję jeszcze raz statystyki polskich wyjazdów.

Średnio na osobę – wg grupy KRUK – wydamy na urlop w 2018  1677 zł, a wg fińskiej firmy Ferratum 40.1 % miesięcznego budżetu.  Skoro Polacy planują spędzić wakacje z rodziną (40%) lub partnerem (30%), to należy sądzić że – minimalizując do 2 osób na wyjazd, to 2x 1677 zł może się znaleźć poza zasięgiem emerytów, a przyjmując owe 40% z budżetu miesięcznego – raczej na pewno nie starczy na wyjazd zagraniczny.

A propos wczasów pracowniczych z PRL –  szkoda, że przynajmniej część infrastruktury z tamtych czasów przepadła, bo niektóre obiekty po remontach mogłyby nadal służyć mniej zamożnej części społeczeństwa.
Przypomina mi się też Ojciec, zamiłowany i oblatany w geografii, sporo podróżujący przed wojną, ale za PRLu pozbawiony tej możliwości. Cierpiąc z tego powodu otaczał się atlasami i przewodnikami i podróżował … w wyobraźni. Znał wiele miast lepiej od ich mieszkańców, co czasem budziło zdumienie. Gdybyż żył dziś…

I tak – z wyżej wymienionych przyczyn – unikanie tłumów oraz mniejsze możliwości, z powodzeniem zadawalam się spędzaniem większości lata na swej leśnej działce. Na tym blogu wielokrotnie się do tego odnosiłem, ostatnio np. w Z lasu (tam zobaczysz, co to jest Shinrin-Yoku). Jest w nim refleksja o sztuce wypoczynku.

Pobyt na miesiąc, czy już nawet od dwóch tygodni, pozwala  zanurzyć się w pełni w przyrodę, w inny styl życia.

Ciekawostka – mam na działce stare radio z wieloma zakresami fal, zwłaszcza krótkich, które świetnie odbiera audycje z najdalszych stron świata, np. z Chin. To też swoista wirtualna podróż.

Gdy taki leśno-wiejski dłuższy pobyt staje się to nudny, wyrywamy się na wycieczki, głównie  krajowe, chociaż oczywiście są jeszcze marzenia dotyczące dalszych wypadów, ale  – wiadomo – nie da się wszystkiego „zaliczyć” i trzeba się z tym pogodzić.
Owszem  – mamy jeszcze mniej typowe marzenie – rocznego a la long  pobytu w jakiejś leśniczówce, o czym też ostatnio pisałem.
W tych wypadach preferowane są krótkie pobyty w pałacach, zabytkach – w miejscach z klimatem, daje to namiastkę autentycznego  poczucia elitarności, poznania naszej kultury i historii.

W pozostałym czasie agroturystyka i kwatery prywatne, bo ceny są przystępne a nie potrzebujemy luksusów.
Polska jest piękna i nie trzeba szukać atrakcji daleko. Czy zamki Dolnego Śląska tak bardzo ustępują tym nad Loarą?
I wolę nasze bory od wypalonych i skalistych rejonów czy nabrzeży Grecji. Preferuję dzikość, drogi mniej uczęszczane.
Ale – jasne – co kto woli… I w ogóle – inne potrzeby i preferencje mają ludzie młodzi, inne starsi, jeszcze inne rodziny z dziećmi.

Jaka jest więc przyszłość turystyki?

Może jakoś powinniśmy ją ograniczyć? Nie wiem. Ale wiem, że sporo wrażeń i wiedzy możemy mieć i bez fizycznego przemieszczania się. Mapy Google i Google Earth, dają pierwsze ale niemałe możliwości. Są przecież już turystyczne filmy (i wideo) 3D, czekają nas rozwiązania wirtualnej rzeczywistości. W wygodzie i za mały ułamek ceny będziemy mogli poznawać świat lepiej niż osobiście, chociaż inaczej i niewątpliwie bez (na razie)  atrybutów smaku, zapachów i kontaktów osobistych z ludźmi. Może powstaną jakieś nowe tanie środki komunikacji? Już mówi się o turystyce kosmicznej…
Może wspomniane wygodnictwo oraz podróże wirtualne w tym przypadku przyczynią się w pewnym sensie do dawnej elitarności turystyki – na rzecz tych, którzy mają autentyczną pasję i motywy podróżowania – nie tylko dla wypoczynku.

Faktem jest, że mamy coraz więcej  możliwości taniego podróżowania  i to bez pośredników.

Podzielę się częścią swoich „narzędzi”, które to ułatwiają. Robię to z mieszanymi uczuciami – niejako pomagam w tym, co krytykuję. Mam nadzieję, że podejdziesz do tego w sposób umiarkowany. Jeśli np. masz możliwości wyjazdów służbowych, które i tak nie koniecznie zależą od ciebie, to warto je rozszerzyć o zwiedzanie. Nie podwajamy wtedy lotów/podróży.
Ale najpierw – jeśli nie wiesz – mamy zatrzęsienie portali i agentów podróżniczych, nie będę więc ich wymieniał – oprócz paru poniższych, które agregują informacje. Prawie zawsze można znaleźć jakąś okazję.

Oczywiście najbardziej przystępne są wyjazdy krótkie i niedalekie. Mam na myśli zwłaszcza wyjazdy weekendowe i tzw. city break. Nieprzewidywalność pogody w dłuższych okresach stymuluje rozwój krótkich wyjazdów ad hoc.

Tanie lub darmowe noclegi na zasadzie wymiany (chociaż nie tylko) oferuje serwis  https://www.couchsurfing.com/.
Podobnie tanie pokoje: https://www.airbnb.pl/.
Największa na świecie porównywarka noclegów https://www.hometogo.pl/.
http://breakplan.pl/okazje-cenowe/okazje  + https://www.facebook.com/breakplancom/

Agregowane z różnych serwisów okazje znajdziesz na Grupeo, przykładowo https://www.grupeo.pl/travel/zagranica.
Okazje wynikają głównie z zakupów grupowych. Przykład specyficznego serwisu kuponowego http://kuptravel.pl.

Łatwa rezerwacja hoteli na całym świecie: http://booking.com.
Ulubiony serwis okazji podróżniczych : http://fly4free.pl  oraz https://www.facebook.com/fly4free/ .
Podobne: https://www.facebook.com/fly4free.cheap.flights/, https://www.facebook.com/travelfree/.
http://ag.travelshops.pl/
http://www.lastminuter.pl  oraz https://www.facebook.com/Lastminuter.

Sprawdzone, tanie biuro podróży: http://extraurlop.pl

Pod kątem pogody i klimatu, przykład dla wybranego miesiąca:
http://gdziewyjechac.pl/6928/gdzie-jest-cieplo-w-pazdzierniku-w-europie-oto-lista-miejsc.html
http://gdziewyjechac.pl/pogoda/urlop-wakacje-w-pazdzierniku/

Jeszcze inne loty
https://www.smallplanet.aero/pl/
http://silesiair.com.pl/tanie-loty-czarterowe/
www.airclub.pl/

https://www.tanie-loty.com.pl/ .

Dla bardziej zaawansowanych turystów – czytelników książek Biblia Taniego Latania i Biblia Taniego Spania (tam dużo adresów) możliwe jest znalezienie nawet darmowych lotów i b. tanich hoteli. Zadziwisz się. Patrz portal autora http://www.bibliataniegolatania.pl, gdzie są też kursy wyszukiwania takich okazji. Ich spis na FB.

Jest szereg prywatnych blogów podróżników, którzy służą pomocą w podobnych sprawach oraz opisują różne destynacje – znajdź wg kierunku podróży.
Przykład ogólniejszy (porady, „chwyty”) – Blog: http://bisanz.pl , FanPage: https://www.facebook.com/kacperbisanz1 i książka autora: http://bisanz.pl/lifehacks.

Kluby podróżnicze światowe (przegląd niektórych), często ekskluzywne jak np. goforworld.com – niektóre pozwalają zarobić na pobyt przez zgromadzenie poleceń jak np. World Ventures, lub lokalne. Kiedyś uczestniczyłem w klubie RCI (nie mylić z RICI).

Mamy też kluby timesharing – dzielenia się własnymi miejscami (kwaterami, pokojami) z innymi uczestnikami na określony czas.
Są też serwisy rankingujące najlepsze miejsca na osiedlenie się i emeryturę.

opr. Leszek Korolkiewicz


(starte tagi)

#turystyka  #podróżowanie  #rodzaje_turystyki  #masowość_turystyki  #najtańsze_oferty  #wpis_Agaty_Młynarskiej   #w_wyniku_rosnącego_terroryzmu   #zaprzeczenie_wypoczynku  #zabudowane_gęściej_hotelami  #olbrzymie_morskie_wycieczkowce   #wpływ_turystyki_na_środowisko  #zadeptane_i_zaśmiecone  #to_nie_turystyka_-_to_inwazja  #wzrasta_ruch_samolotowy  #największy_port_lotniczy_w_Europie   #statystyki_turystyki_Polaków  #aklimatyzacji  #wycieczka_w_góry_bez_poznania_trasy  #mody_opalania  #podróżowanie_z_niemowlakami  #walory_Polski  #wakacyjna_transcendencja  #znajdowania_piękna  #emeryta_rzadko_stać_na_wyjazd  #Shinrin_Yoku  #o_sztuce_wypoczynku  #przyszłość_turystyki  #możliwości_taniego_ podróżowania  #przystępne_wyjazdy  #kluby_podróżnicze  #kluby_timesharing  #najlepsze_miejsca_na_emeryturę

Poezja przed burzą

…oddycham poezją przed nocą.
Dziś wiersze pisać? – Po co?

Kot na stole

Po czasie suszy a potem chłodu, lipiec obecnie darzy piękną pogodą, przynajmniej tu gdzie jestem – na swej „daczy” – z dala od miasta, zanurzony w przyrodzie. Także z dala od ludzi (może oprócz weekendów, kiedy w okolice zjeżdżają mieszczuchy na citybreak). Telewizja jest cieniutka i kapryśna  – kiedy zechce. I dobrze…

Spaceruję po trawie ogrodu bosymi stopami masując je i ciągnąc uzdrawiające elektrony z ziemi lub oddaję się lekturom głównie w hamaku, czasem ucinając sobie i drzemkę. Potem piję kawkę i delektuję się kolejną chwilą – trwaj!
Wieczorami, gdy gorąco słabnie, wyciągamy rowery lub idziemy na daleki spacer w bezkresny pagórkowaty las. Gdy jeszcze jest gorąco półnadzy oddychamy całym sobą i wchłaniamy aromaty drzew i krzewów. Kochamy las podobnie jak to opisałem w Shirin-Yoku. Prowadzimy długie rozmowy. Nie ma prawie jagód z powodu byłej i obecnej suszy, grzybów podobnie  – jeszcze nie. Ale ożywieni wspomnieniami zeszłych sezonów mamy nadzieję na tę przygodę jesienią. Teraz tylko czasem parę kań – na wieczorny przysmak. Leżymy sobie na trawie lub mchu patrząc w puchate chmurki, czasem spektakularne chmurzyska (o dziwo obecnie bez chemtrails, które wcześniej zawsze się tu pojawiały). W lesie zero ludzi, oprócz terenów wyrębu – na szczęście chyba już zwijają się z tą pracą.

Żyjemy skromnie i prosto. Czas płynie leniwie, chociaż rano każdego dnia jest coś do zrobienia, a to zebranie spadów z jabłoni (mamy klęskę urodzaju), a to robienie z nich konfitury, trzeba coś podlać lub popielić chwasty tu i ówdzie, coś skosić, ale to bardziej dla ruchu niż dla szału zajęć ogrodowych, jaki obserwujemy u paru sąsiadów.
W ogrodzie obserwuję ptaki. Już nie śpiewają tak jak na wiosnę, ale uwijają się w poszukiwaniu pożywienia. Zasłoniliśmy krzaki aronii rodzajem firan bo owoce są już ich przedmiotem pożądania. 
Na dachu drugiego pawilonu, jaki mamy, siada drozd a może pani kosowa (trudno mi odróżnić z odległości) i deliberuje jak by się pod te firany dostać. Wymyśłił(a) i szybkim susem wdziera się do krzaka przez  mało widoczna lukę. Przepędzam spryciarza samym zbliżeniem się, chociaż miałem obawę czy się w tej pajęczynie nie zaplącze. Ale nie. A inny wszedł od dołu po pochyłym kiju, który podpierał obciążone gałęzie.
Często grasuje wiewiór(ka) na okolicznych leszczynach lub na sosnach łuskając świeże szyszki wprost mi na głowę. Kiedy indziej parka ściga się jak szalona po gałęziach cmokając i tupiąc pazurkami po korze.
Pól-dzikie zaprzyjaźnione z dawna koty stoicko wylegują się na werandzie czy nawet na fotelu lub bezceremonialnie na stole, cierpliwie czekając aż trafi im się jakiś kąsek. Są grzeczne i nie narzucają się. Jedynie bura kotka chowająca pod dużą stertą chrustu pięć małych kociąt przychodzi często i płaczliwie prosi o coś na ząb. Nie żałujemy – zapas karmy znika szybko.
Siedząc z książką w ogrodzie obserwuję małe robaczki, które czasem spadną mi skądś na kartki. Oto jeden szkrzydlaty mniejszy od milimetra, same skrzydełka to ok. połowa jego długości. Krąży jakby z rozmysłem, szuka dogodnej drogi zejścia, smakuje (?) kartkę, odlatuje i wraca. Zadziwiają mnie te mikroskopijne stwory.

Ten błogi nastrój (prawie) dolce farniente jakby naśladuje zachowanie tutejszych kotów – śpiących, przeciągających się, nasłuchujących drgnień przyrody… Współgra z tym, co Denis Grozdanowitch przekazuje w urokliwej książce „Trudna sztuka (prawie) nicnierobienia„.
Z tym że Denis 100 razy lepiej ode mnie wyraża uczucia i zachwyty jakie daje nam przyroda i wycofanie się ze zgiełku miejskiego. Jest tam też sporo filozoficznych głębszych treści też rodem z obcowania z przyrodą i jej pięknem a także ze sztuką.  Mam tę książkę stale tutaj pod ręką i aż chce się przytoczyć wiele jej fragmentów, bo opisują to, co przeżywam lub przeżywałem. Są to na ogół dłuższe opisy przyrody lub objawiających się autorowi niespodzianek. Ale nie miejsce na to, więc tylko mały przykład i to natury filozoficznej a nawet politycznej, czego też w książce nie brakuje:

„… ci, którzy zachwalają nadmierny postęp i ufają ślepo dobrodziejstwom świata techniki, nie troszczą się zbytnio o kwestie dobrego samopoczucia, rzeczywistej wygody, kurtuazji, grzeczności, krótko mówiąc – o szczęście.  … Są to zwolennicy cywilizacji nastawionej w tyraniczny wręcz sposób na ilość, a nie na jakość, co  – możemy mieć podstawy do obaw – prędzej czy później doprowadzi do „powolnej apokalipsy” (nawiązując do słów Kennetha a White’a), której nikt nie chce na razie potraktować poważnie”.

Jest tam sporo złotych myśli i cytatów, które raczej będę umieszczał przy okazji na twitterze.
To klimaty jak w książkach Ferenca Mate, Petera Mayle, sielankowość jak w romantycznych amerykańskich filmach o francuskiej prowincji lub Toskanii. Czy taki świat jeszcze istnieje? Szczególnie „moja” ukochana Francja, którą opisują ww. dzieła i do której jeździłem turystycznie i do pracy, jakby przestaje być sobą… Może jeszcze gdzieś na prowincji. Mam nadzieję, że i w Polsce mamy jeszcze wspaniałe miejsca. Martwię się o równie ulubiony Dolny Śląsk – dochodzą niepokojące słuchy o zakusach Niemców i Żydów, którzy tam podobno typują swoją nową ziemię obiecaną.

Tak, pomimo tego „oderwania od rzeczywistości”,oczywiście mamy z żoną świadomość, że wokół (na świecie i w Polsce) rozgrywają się poważne sprawy. Poprzedni tutejszy wpis „Czy czeka nas niewyobrażalny kataklizm”  zatrącił nawet o ton dramatyczny. 
Zabraliśmy ze sobą sporo nieprzeczytanych jeszcze w Warszawie czasopism i nadrabiamy zaległości.
I tak w „do Rzeczy” nr z 2-8 lipca znajduję wreszcie (bo to rzadkość w głównych i politycznych mediach) artykuł „Śmierć z Kosmosu” pokazujący, że nie tylko ja i mnie podobni widzą takie możliwe zagrożenia.  Także znajduję potwierdzenie swoich obaw co do naszej „służby zdrowia” w artykule  „Kolana prezesów” w Polska Niepodległa nr10/2018. Ale te liczne tematy, to może na inne wpisy i eseje, na które mam chrapkę.

Czytamy też sporo Stanisława Michalkiewicza, erudyty, profetyka polityczno-obyczajowego i „niepoprawnego” komentatora bieżącychwydarzeń (spory zbiorek felietonów zebranych w paru książkach), lub, późnym wieczorem, gdy sieć się u nas budzi w związku z inną pozmierzchową aurą, słuchamy jego pogadanek (Youtube, wRealu24, itp. – co nie oznacza, że ze wszystkim przychodzi się zgodzić). Dzieją się rzeczy budzące trwogę ale także rozbudzące świadomość (>  Polityczne otrzeźwienie).
Na szczęście dzięki humorowi i lekkości języka pana Stanisława nie dajemy się do końca zdołować, a nawet zaśmiewamy się z jego anegdot i prześmiewczych powiedzonek (próbka: EuropejsiNasi Umiłowani Przywódcy, Judaszyzm, smrodliwe podmuchy, grandziarz X,… )

Podobnie inni autorzy niezależni. W leżakowych i spacerowych zadumaniach dochodzę do wniosku, że tak mało możemy zrobić ku poprawie w pojedynkę, że może warto dać sobie z tym spokój i wieść spokojne życie emeryta. Jednak nie uznaję zwyczajów strusia i przyglądam się zwłaszcza mnożącym się oddolnym ruchom obywatelskim, które, co prawda, dotąd małe i nie zintegrowane, dają jeszcze bodajże jedyną nadzieję. A może walec dziejów wszystko wyrówna w sposób dziś nieprzewidywalny?  Albo ilość ludzi mądrych i dobrej woli osiągnie hipotetyczną wartość krytyczną i ludzkość się oświeci?  Czy to wszystko to tylko Burza przed ciszą – jak w tytule książki Neale D. Walscha? Mimo fatalistycznych nastrojów nie chciałbym i nie jestem fatalistą.
To, co mogę zrobić, to tyci-tyci pokazywanie pewnych spraw tutaj i w mediach społecznościowych. Oprócz tych spraw ‚wielkich’, społecznych, boli mnie przede wszystkim cierpienie osób chorych, często zupełnie niepotrzebne. Ponieważ są one często ofiarą równie zakłamanego świata medycyny, przynajmniej na tym froncie próbuję dać im trochę światła w kwestii bardziej samodzielnego radzenia sobie z problemami – przez stronę http://www.LepszeZdrowie.info. Przyznam, że o ile co miesiąc serwuję tam względnie zasobną porcję nowości, to w lipcu – z zaprogramowanego na wakacje lenistwa, będzie tego znacznie mniej. Jak dotąd tylko jeden większy i niesamodzielny materiał Prawidłowe żywienie w odchudzaniu.
Ale pod koniec miesiąca może coś nowego się pojawi (sprawdź na www.Lepszezdrowie.info/news7.18.htm).

Z mądrych nauczycieli przytoczę jeszcze ulubionego dra Jerzego Jaśkowskiego, który oprócz zawodowych tematów zdrowia, zawsze w swych prelekcjach na youtube (za Tagen.tv) doda coś o sprawach polityki, historii i nauki.   
Dr  Jaśkowski często wspomina o globalnym władztwie City of London Corporation (CLC). Spotkałem się z niedowierzaniem, gdy to komentowano, ale mamy szersze omówienie i  potwierdzone tego faktu u Roberta Brzozy w tym materiale https://tajemnice.robertbrzoza.pl/finansjera/city-of-london-corporation-czy-rzadza-swiatem/.

Tak więc leniuchuję i zbieram siły na sezon powakacyjnej aktywności.
Podobnie jak zabrałem multum książek do przeczytania (żona też – trochę się wymieniamy, także refleksjami), tak wyznaczyłem sobie dużo spraw do uporządkowania (np. w komputerze), do przemyślenia, napisania, zaplanowania, sprawdzenia, zrobienia na działce itp. – licząc się z gorszą pogodą. Ale dobra pogoda rozleniwia i utrudnia, dodając frustrację, że 80% planów może nie być  zrealizowanych. Zwłaszcza boli mnie, że tyle książek może nie być przeczytanych …

Z tego względu lepsze  byłoby dłuższe oderwanie od „bieżączki” i pobyt z dala od szumu wielkiego miasta w sezonie powakacyjnym, gdy przebywa się więcej w domu. Zwłaszcza pisanie wymaga większego skupienia i dyscypliny.
A pomysłów i myśli jest tysiące…

Wessani w leśno-wsiowe życie, którego możemy doświadczać jednak tylko do ok. końca września – ze względu na lekką, letnią konstrukcję domu i brak ogrzewania, czasami myślimy zrobić sobie życiową  próbę pobytu w lesie przez cały rok. Pomyślisz – jakaż to próba – tak żyją tysiące ludzi. Jednak dla starszych państwa – mieszczuchów z Warszawy to  wyzwanie. Poszukiwalibyśmy  domu z odpowiednimi warunkami jak np. jakaś leśniczówka, dom prywatny częściowo lub całości udostępniony. Zaciekawia nas pełniejsze doświadczenie przyrody w czterech sezonach. Znasz taką  możliwość?

Wracając do wieczornych zajęć – najchętniej słucham na YT zaległych audycji Emila Piaseckiego z cyklu Rody krwi. Niezależnie od jego geniuszu i obszernej, czasem piorunującej wiedzy – świetny gawędziarz.
A jako nocny Marek, już później, próbuję też coś pisać. Najchętniej poezję – jako ucieczkę od tych wszystkich zawirowań, trosk i zwiastunów burzy. Podobno pozytywna myśl kreuje to, co lepsze.
Zamiast ostatnich wierszyków zamieszczam poniżej znacznie starszy, który dobrze oddaje nastrój tych chwil.

Poezja

Ołówek, czysta kartka biała,
gumka i parę spinaczy,
nożyk, pestki słonecznika,
obok piórnika martwa mucha

W powietrzu, w pajęczynach
i na stole kurz
w promieniach zachodniego słońca,
od gorąca lepie czoło.

Różne głosy na zewnątrz,
tu zegar czas odmierza
i dzień leniwie zbiera.
Żadna litera nie przychodzi do mnie.

Z tyłu ktoś patrzy? Chociaż – nie,
to firanka, obok, owszem – ćma
na nagrzanej ścianie,
o swe spanie całkiem spokojna.

Jaki to zapach? Goździk czy maciejka?
Długie cienie się kładą
i wokół coraz ciemniej.
A we mnie – zachwyt. Czuję wszechświat cały.

Plecy już bolą,
więc wstaję, podchodzę do okna
i oddycham poezją przed nocą.
Dziś wiersze pisać? – Po co?

A potem śpię jak nigdy w Warszawie, doświadczając niezwykłych snów, z niektórych można by ułożyć ciekawe scenariusze. Niestety szybko to umyka z pamięci.

Na zakończenie mój ulubiony cytat:

Tak więc gdy inni nieszczęśnicy oddają się nienasyconej pogoni za ambicjami i krótką chwilą władzy, ja wyciągam się w cieniu i śpiewam.
Fray Luis de Leon, ok. 1527-91

Czy czeka nas niewyobrażalny kataklizm? (cz. 1)

W codziennym zabieganiu, po którym znajdujemy chwile rozrywki (?) w płytkich wiadomościach telewizyjnych lub programach sensacyjno-politycznych, na ogół gubimy sprawy naprawdę ważne. W polityce widzi się niekończące się dyskusje o sprawach trzeciorzędnych, często na tematy zastępcze – aby tylko wypełnić czas, a co gorsze – oszukiwać ludzi.

A dzieją się sprawy do których pasuje przysłowie „Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy”.

Znalazło by się co najmniej kilka takich, które mogą zaważyć o losie Polski – np. planowe i długodystansowe przysłowiowe „gotowanie żaby” w postaci stopniowego oddawanie naszej suwerenności na rzecz stronnictwa żydowsko-amerykańskiego, przykryte zdradą naszych sprzedajnych (głupich) polityków. Ale to obszerny temat, który sam możesz śledzić dzięki niektórym niezależnym mediom i komentatorom. W telegraficznym skrócie ten akurat aspekt omawiam tutaj Polityczne otrzeźwienie.

Ale są sprawy potencjalnie, a może i realnie, jeszcze ważniejsze, na tyle że mogłyby połączyć wszystkich ludzi, bez względu na obecne podziały.

Piszę „mogłyby”,  bo mentalność ludzka jest na tyle dziwna, że nawet gdyby się paliło, to niektórzy albo by zaprzeczali,
że coś się wokół pali albo krzyczeli, że niech się pali. Po drugie, to, co poniżej opiszę, nie musi się zdarzyć, bo to hipoteza – chociaż prawdopodobna. Wszystko jest grą prawdopodobieństw.

I trzeba pamiętać, że tak wiele razy wieszczono globalne katastrofy, końce świata, że na ludziach nie robi to już większego wrażenia – poprzednie zapowiedzi często skompromitowały się. Przypomnijmy np.:

  • „Koniec czasów” wg różnych proroctw, zwłaszcza religijnych.

  • Kataklizm 2012 roku

  • Głód i wyczerpanie zasobów wg Raportu Rzymskiego „Granice wzrostu” z  1972 r., a wcześniej przepowiednie  teorii Thomasa Malthusa (1798 r.), że skoro liczba ludności rośnie w postępie geometrycznym, a produkcja żywności – w arytmetycznym, to nieunikniony jest stan przeludnienia i głodu. Te przepowiednie nie sprawdziły się.

  • Globalne ocieplenie i przekroczenie nieodwracalnego punktu zmian w przyrodzie – prawdopodobnie wielkie oszustwo w zakresie pokazania przyczyn.

  • Wojna atomowa – już nie raz  wieszczona.

  • Dość częste doniesienia astronomów o jakimś ciele kosmicznym, które zbliża się niebezpiecznie do Ziemi.

Zatrzymajmy się przy owych zjawiskach kosmicznych, bo to przedmiot zainteresowań i badań naukowców, a nie tylko spekulacje tabloidów i wróżbitów.
Od razu trzeba jeszcze zastrzec, że i w nauce panuje konformizm, inercja a nawet sprzedajność. Ponieważ najczęściej odnoszę się do medycyny, to jako drobny przykład podam wątpliwą wartość tzw. Medycyny Opartej Na Faktach (Evidence Based Medicine) – Jeszcze o EBM. Dalej bedzie wskazane podobne zjawisko na polu historii i klimatologii.

Ale zważmy, że nawet nie trzeba komety czy czegoś na podobieństwo meteorytu tunguskiego, by wywołać duże zamieszanie i potężne szkody. Przykładowo erupcja wulkanu Eyjafjallajökull na Islandii w 2010 roku, po której powstała chmura pyłów nad Europą, co spowodowało zamknięcie przestrzeni powietrznej w większości krajów kontynentu.  Przy okazji wydzieliło się bardzo dużo dwutlenku węgla, nieporównywalnie więcej niż ze źródeł sztucznych, które są oskarżane o gazy cieplarniane. Obecnie na Islandii budzi się wulkan Öræfajökull, a  wulkan Tambora na Sumatrze w 1815 r. spowodował tsunami, którego fala miała około 10 m wysokości. W następstwie wybuchu do atmosfery trafiło około 160 km3 materiału piroklastycznego. Jego waga sięgała w przybliżeniu 140 mld ton, a słup dymu, w którym się unosił, miał wysokość około 44 km.
Aktywność wulkanu doprowadziła do śmierci setek tysięcy osób, w tym blisko 12 tys. zginęło bezpośrednio wskutek wybuchu. Rok 1816 nazwano „rokiem bez lata”. Temperatura na całym globie spadła o 3-4 stopnie. Dochodziło też do znacznych anomalii pogodowych, których skutkiem było między innymi niemal całkowite wymrożenie upraw na półkuli północnej.
Wcześniejsze wybuchy (z tych słynnych) pogrzebały np. Pompeję.

W filmach katastroficznych, jakie wypuścił licznie Hollywood, pokazywano szereg innych możliwych scenariuszy (olbrzymie tsunami, nagłe zlodowacenie, trzęsienia ziemi…).
Mimo że barwione dramatycznie, mogą nie oddać w pełni sytuacji jeszcze bardziej katastroficznych w skutkach, chociaż może nie aż tak gwałtownych, o czym trochę dalej.

Bywało że mniejsze sensacje wzbudzały społeczny popłoch a nawet panikę. Prawie każdy słyszał o tym jak po audycji radiowej w 1938 r., na podstawie powieści Orsona Wellesa „Wojna Światów”, ludzie uwierzyli że następuje inwazja Marsjan.
Potem jeszcze wielokrotnie, jak. np. po mającej pozór naukowości  przepowiedni z książki „Jupiter Effect”, że 10 marca 1982 r. nastąpi koniec świata w wyniku koniunkcji planet. W tymże dniu na zachodnim wybrzeżu USA zapanowała panika, że w połączeniu z niespokojnym tektonicznie uskokiem kalifornijskim rzeczywiście może się to stać.

Wobec takich wydarzeń jak trzęsienia ziemi oraz wybuchy wulkanów jesteśmy w dużym stopniu bezradni, ponieważ wchodzące w grę siły są tak potężne, że żadna technologia nie daje zabezpieczenia. Ale przede wszystkim, są w dużej mierze nieprzewidywalne. Nawet alarmy na dzień czy godziny wcześniej to za mało, by zarządzić skuteczną ewakuację.

Są jednak kataklizmy, które występują cyklicznie i to w takim odstępie czasowym, że moglibyśmy się przed nimi zabezpieczyć.

Po tym przydługim wstępie dochodzę do głównego wątku, który był zainspirowany prezentacją  pt. PĘTLA CZASU – złamanie kodu bestii Grzegorza Skwarka i Artura Lalaka. To długi i dyskusyjny materiał, przy czym pominę tu wątki na pograniczu ezoteryki i symboliki oraz dywagacje historyczne (skądinąd ciekawe), skupiając się na cyklu katastrof i pandemii zilustrowanym poniższym diagramem). Wymienieni badacze opublikowali szereg podobnych materiałów jak np. https://www.youtube.com/watch?v=2bg5oNvbvQI.

Diagram nie jest wyraźny więc skomentuję, że chodzi o dość ścisły cykl 676 letni, który prawdopodobnie odpowiada za naturalną redukcję populacji ludzkiej. Ostatnia taka katastrofa miała miejsce na przełomie 1347-8 r. i podobno spowodowała śmierć ok. 90% (!) ówczesnej populacji w Europie i być może na świecie (co do tego jest mało danych). Było to wiązane z pandemią dżumy, ale prelegenci wykazują, że objawy nagłych zachorowań i szybkiej śmierci opisywane przez kronikarzy nie pasują do objawów dżumy.

Są one dużo bliższe chorobie popromiennej lub zatruciu toksycznym gazem. Cofając się w cyklu mamy kolejne trzy podobne zjawiska możliwe częściowo do odtworzenia na podstawie zapisów i badań archeologicznych, omówione w prezentacji.. Poprzednie analogiczne wydarzenia były początkiem okresu historycznej „białej plamy”, „wieków ciemnych”.
W takich sytuacjach następował swoisty reset cywilizacji, przejęcie władzy przez nowe dynastie, zaburzenie oficjalnego liczenia czasu. To inne liczenie czasu może mieć zatem wpływ na błędne datowanie różnych wydarzeń historycznych.
Dla nas istotne jest, że 1347 +  676 to rok 2023 (+/- 1 rok).
Zatem kolejna zagłada możliwa jest już „wkrótce”.

Pytanie:  założywszy np. tylko 50% prawdopodobieństwo zagłady lub nawet 5% – to, przy takim znaczeniu dla cywilizacji, czy nie powinno to być tematem pilnego zainteresowania? Czy w Polsce jest jakiś sztab kryzysowy związany z tego rodzaju zjawiskami? Na ile w ogóle rząd i naukowcy są go świadomi?!

Prawdopodobieństwo śmierci w wypadku samochodowym ocenia się na 1/113 czyli 0,8%,  przy rocznej ilości ofiar śmiertelnych w Polsce w 2017 r. w liczbie 2 831.
Jak to się ma do owego założonego arbitralnie ale minimalistycznie 5%-go prawdopodobieństwa kataklizmu na wielką skalę, w którym zginą miliony?
A sprawę wypadków drogowych mocno nagłaśnia się (słusznie) i łoży się środki na zapobieganie im, przy jednoczesnym pomijaniu dużo większego niebezpieczeństwa.

Temat możliwych przyczyn takich zjawisk omawiał Krzysztof Nowak w swej prelekcji  Wielkie zmiany małej ziemi.
Sugeruje periodyczne zjawisko przebiegunowania magnetycznego, co już wielokrotnie występowało w przeszłości. Wiąże się to ze stopniowym osłabieniem pola magnetycznego, co się właśnie obserwuje, aż do momentu gdy na parę miesięcy zaniknie ono w ogóle, a potem zacznie rosnąć przy zmieniającej się orientacji biegunów. W tym krytycznym czasie Ziemia pozostaje bez ochrony przed promieniowaniem jonizującym ze Słońca oraz promieniowaniem kosmicznym. Skutki są porównywalne z zabójczym promieniowaniem jądrowym. Stąd bodajże jedyna ochrona może być zapewniona przez głębokie lub odpowiednio dostosowane schrony i pieczary.

O ile wiem, w USA, w Niemczech i zapewne gdzie indziej są i buduje się rozległe systemy schronów podziemnych. Gromadzi się zapasy. Chyba nie bez przyczyny. A u nas?
Były budowane przez Niemców w czasie II Wojny Św. – np. jako kompleks Riese (Osówka), ale raczej w innych celach (?).
Częściowo i na niedużą skalę można wykorzystać podziemia Sandomierza, Kostrzyna, Kłodzka, wojskowe schrony w Świnoujściu i podobne obiekty.
Takie refugia były budowane i wykorzystywane w czasach prehistorycznych, przykładowo kompleks w tuneli w Visoko w Bośni.

Ale to oczywiście nie zapewni ocalenia ludności, podobnie jak amatorskie przygotowania prepersów, co najwyżej uratuje  wybrańców, jeśli będą szybko przemieszczeni w odpowiednie miejsca. Optymalnie byłoby ocalić przynajmniej elity intelektualne i specjalistów, dla zachowania dorobku naukowego  i potrzebnej wiedzy dla odbudowy po katastrofie. Ale to raczej mało prawdopodobne, by mieli pierwszeństwo przed politykami, którzy uważają się za najważniejszych… I czy będą to akurat Polacy?
Tak więc pobożne życzenia o Wielkiej Polsce, plany strategiczne rozwoju a także plany i aspiracje osobiste nas wszystkich mogą być rozjechane przez walec natury.
Jest podobno drobna nadzieja w tym, że akurat część Polski ma szczególnie korzystne warunki geomagnetyczne, co wskazały mniejsze straty w tych rejonach, niż gdzie indziej w Europie, podczas zagłady w 1347 roku.

Jeśli w ten sposób – przez zapobiegliwość –  nasi polityczni przeciwnicy zachowają swoje elity i ważniejsze zasoby, a my nie, to możemy się liczyć już z zupełną utratą państwowości.

Wspomniani prelegenci G. Skwarek i A. Lalak mają zastrzeżenia do niektórych tez K. Nowaka, zwłaszcza co do budowy Ziemi i przebiegunowania jako przyczyny zagłady, co przedstawione jest np. w polemicznym wystąpieniu https://youtu.be/JXxZCvOFMxo . Jest i więcej zastrzeżeń, chociaż i w nich (wg mnie) pojawiają się kolejne nieporozumienia.
Możliwa jest hipoteza o okresowym zbliżaniu się tajemniczej planety Nemezis o bardzo wydłużonej orbicie, która sprowadza na Ziemię rój meteorytów o wielkiej sile niszczącej lub odchylenie osi obrotu Ziemi. Istotny jest zanotowany przez kronikarzy fakt, że zagłada nastąpiła bardzo szybko i na wielkich obszarach  – w ciągu paru dni, co raczej nie pasuje do tezy o kulminacji przebiegunowania, ani przenoszenia zarazy, co jest rozciągnięte w czasie. Być może….

Tutejszy edytor Bloxa sygnalizuje mi przekroczenie objętości wpisu – cd. w części 2). 

Z lasu 2018 – czyli kolejne wakacyjne impresje (1)

Już dawno wycięto wszystkie lasy,
a głosy wołających na puszczy rozlegają się nadal.
Ryszard Motas

Od ok. miesiąca, korzystając ze świetnej pogody, spędzam czas (z małymi wypadami do miasta) w swoim domku w lesie. Jest cudownie. Wielokrotnie dawałem tutaj upust swemu przywiązaniu do tego miejsca i ukochaniu przyrody. Na szczęście żona podziela ten zachwyt, a nawet bardziej niż ja – często poprzez werbalne „akty strzeliste” podziwiając to piękno. Właśnie ukończyliśmy lekturę cudownej książki japońskiego profesora Qing Li pt. „Shinrin-Yoku. Sztuka i teoria kąpieli leśnych„. Otrzymałem świeżutki egzemplarz recenzencki, bo jest to książka wydana w 2018 r. (przez Insignis z Krakowa). Prawdopodobnie powiem o niej więcej w osobnej recenzji, ale tutaj nawiązuję do owego ukochania lasu i polskiej przyrody. Jednak wyjaśnię o co chodzi z tymi kąpielami leśnymi i w skrócie co książka zawiera.

Po japońsku Shinrin to las a Yoku to kąpiel. Gdy wchodzimy do lasu to faktycznie zanurzamy się w specyficzny żywioł: zieleni, świeżości, aromatów, odgłosów i wielu innych czynników, z których na ogół nie zdajemy sobie świadomie sprawy. Ten termin w Japonii oznacza już dość rozpowszechnioną praktykę relaksu w lasach i parkach, także wycieczki, poznawanie przyrody i zabiegi lecznicze na łonie przyrody. Przeludniona Japonia i tamtejsze tempo życia (włącznie ze zjawiskiem karoshi) bardzo tego potrzebują. Na szczęście Japonia to w 2/3 lasy. Japonia to cywilizacja lasu i jego kult (naukowo biofilia, ale także występujący w tamtejszej filozof, religii i tradycji). Wiemy o sztuce ikebany, ale przyroda opiewana jest tam od tysiącleci w różnych rodzajach sztuki a tradycyjne budownictwo jest drewniane. Książka opisuje co najmniej setkę aspektów więzi człowieka z lasem. Autor jest naukowcem, który od młodzieńczego przeczucia wagi tych zjawisk doszedł do nauki o nich, którą propaguje w Japonii i na świecie. Ozdrowieńcza moc drzew jest znana głównie z medycyny ludowej i naturoterapii – profesor nadał im rangę naukową. Nazywa to medycyną leśną. Z wielu oddziaływań wymienię podnoszenie przez pobyt w lesie ilości komórek układu autoimmunologicznego (NK) w organizmie, aromatoterapię, uspokajające oddziaływanie leśnej ciszy albo odgłosów ptaków, specyficzne promieniowania, jakość powietrza, zioła jakie daje las …
Książka zawiera piękne zdjęcia, także z innych części świata, które autor badał, oraz liczne linki do stron omawiających temat. Przykładowo podam: www.forest-medicine.com, www.shirin-yoku.org, …
A z własnych zasobów polecam swoją tablicę na Pinterest – https://pl.pinterest.com/oromind/trees-drzewa/  (wybrane ciekawostki dotyczące drzew), ale na tym portalu znajdziesz tysiące niezwykłych i zachwycających zdjęć lasów, drzew, roślin i krajobrazów jakie tworzą.
Drzewa kryją w sobie jeszcze wiele tajemnic – pisałem kiedyś o tym wspominając książkę Sekretne życie drzew

Z powodu tych i innych tajemnic trudno ostatecznie wyrokować, kto ma rację i w jakim zakresie jeśli chodzi o naszą Białowieżę. W ciągnącej się dyskusji warto słuchać obu stron. Zaproponuję przeczytanie artykułu Gryzący problem z ochroną z portalu Naukaonline.pl (stowarzyszonego z periodykiem drukowanym PAN – Academia). Jest to dwugłos „za” i „przeciw” kilku specjalistów. Jak dotąd byłem raczej po stronie b. ministra Jana Szyszki, ponieważ uważam go za kompetentnego specjalistę właśnie od lasów, który ma dostęp do wszelkich danych i który spokojnie bronił swego stanowiska bez emocji, jakie towarzyszą drugiej stronie. Poza tym wykazał rozsądek i patriotyzm w paru innych sprawach dotyczących polskich zasobów naturalnych. Ale słucham i drugiej strony i dlatego trudno mi by całkowicie przekonanym.

Tym bardziej, że widzę z lokalnego podwórka pewne nieprawidłowości dotyczące leśnictwa. Od razu zastrzegę się, że to może być przypadek jednostkowy i nie rzutujący na całą branżę. Jednak irytujący. Nie po raz pierwszy krytykuję (tu i gdzie indziej) leśnictwo z mego rejonu. A zwłaszcza miejscowych leśników. To dwóch młodych panów, którzy mieszkają prawie w luksusie w nowym sporym domu wraz z rodzinami. Przed domem flota służbowych samochodów terenowych. Od kilkunastu lat nie widziani przeze mnie w lesie – ani w tych samochodach ani pieszo – chociaż prawie codziennie po nim spaceruję (latem). Natomiast co roku kolejne połacie tutejszego parku krajobrazowego są wycinane, co oczywiście nas boli nie tylko z powodu wspomnianej atencji dla drzew, ale dlatego że już nie poznajemy niegdyś ukochanych miejsc. Za to widzimy połacie nie zerwanych przez lata pozostawionych pniaków i korzeni, chwasty i hulający z wiatrem pył.
W resztkach lasu pozostawiony bałagan – porozrzucane gałęzie, zdewastowane krzaki i ściółka na licznych nowych drogach technicznych oraz pod składowiskami drewna, a te na stanowiskach konwalii pod ochroną, rozjeżdżone ciężkim sprzętem drogi, potem nie naprawiane. Te uszczerbki byłyby mniejsze gdyby starym zwyczajem wyrębu dokonywano zimą a przy okazji nie zakłócałoby się spokoju letników. Rowy przeciwpożarowe są zaniedbane (zarośnięte, czasem prawie ich nie widać). Tolerowanie palenia ognisk przez robotników leśnych a także motocrossów i kładów w tak wysuszonym jak teraz lesie, co grozi pożarem i płoszy zwierzynę. Niedbałość widać i po zwalonych i nie reperowanych tablicach przyrodniczych, a także w obejściu leśniczówki – rozwalony od lat płot drewniany w części gospodarczej – tak jakby leśnicy nie mieli drewna…

No, dość żali w tym zakresie…
Na działce oddaje się licznym lekturom. Z racji zainteresowań są to głównie książki i artykuły o zdrowiu. Niedawno przy okazji nowości majowych  mego serwisu LepszeZdrowie.info spisałem swoją zdrowotną biblioteczkę. Może któraś z wymienionych książek cię zainteresuje albo zainspiruje.
Te ostatnie nowości to w największym skrócie przegląd (osobiste recenzje) dwóch starszych książek o zdrowiu, artykuły o wodzie zwłaszcza z kranu, o zagrożeniach z prysznica, o wielu zastosowaniach sody oczyszczonej, pogadanki doktora Jerzego Jaśkowskiego i Emila Piaseckiego, czy naukowcy zawsze mówią prawdę, anonse i omówienia wydarzeń, i … dużo więcej. Zapraszam.
Jako kontestator medycyny zwrócę twoją uwagę zwłaszcza na artykuł Naukowcy.
Ale oprócz tych specyficznych zagadnień i książek są i lektury lżejsze oraz z innych sfer życia – o nich innym razem.

Teraz wspomnę tylko o tych dotyczących polityki oraz parę słów o niej samej. Lektury książek Wojciecha Sumlińskiego (którego dotąd znałem z wypowiedzi na YT) wstrząsną chyba każdego. Dotyczą mafijnego oblicza III RP – na podstawie autentycznych przypadków z niedalekiej przeszłości, ale ze skutkami a nawet kontynuacją i dzisiaj. Od już dłuższego czasu – dzięki słuchaniu wywiadów i audycji niezależnych dziennikarzy i badaczy jak Stanisław Michalkiewicz, Witold Gadowski, Marcin Rola, Grzegorz Brown, Leszek Żmijewski, Zbigniew Kękuś i innych gości internetowych telewizji … odsłania się nam pozaoficjalną rzeczywistość. To, że TVP to w dużej mierze propaganda rządowa, a TVN i Polsat oraz inne zniemczone media to propaganda PO i UE – to wiemy. Ale to tylko najprostszy schemat. Ponieważ sceptycyzm i kontestacja – jak wspomniałem wcześniej – to mój charakter, to nie zdziw się, że za sprawą ww. głosów i z lektur wyciągam wniosek o podwójnej grze w naszej polityce – o zatrważającym dla patriotów uwikłaniu od dziesięcioleci władzy w ukryte plany groźne dla Polski. W każdym systemie działała piąta kolumna, a nawet parę – z różnych stron. Poraża naiwność niektórych, którzy myślą że teraz jest inaczej. Jest, i oprócz tego, co dość łatwe dla domysłów, pod płaszczykiem hipokryzji i dezinformacji toczy nas termit, że tak to nazwę. Powiem wprost – nie wierzę Amerykanom, nawet bardziej niż Rosji, a jeszcze bardziej nie ufam Żydom, chociaż w tym przypadku polskie społeczeństwo już się trochę przebudziło przez wypadki tego roku. Jesteśmy oszukiwani – nawet jak pozory i narracja oficjalna sprawiają inne wrażenie. Nikt nie lubi być oszukiwany a zwłaszcza gdy robi się to cynicznie i z uśmiechem głosząc frazesy, że to dla naszego dobra. Znasz powiedzenie o efekcie gotowanej żaby? Właśnie tak od dziesięcioleci jesteśmy „przerabiani”.
Nie wiem, czy Zbigniew hr. Potocki pomoże (to też wydaje się na dziś naiwne), ale to może jedyna nadzieja? Raczej w oddolnym przebudzeniu Narodu – takie ruchy i organizacje już powstają…

Na tym poprzestanę – wracając do leśnego spokoju, którego tak mi trzeba w obliczu wspomnianych spraw. Także dla swego zdrowia, które – niestety, z wiekiem – zaskakuje różnymi niespodziankami.

Kocham ptaki, ale…

Ptaki mogą latać, gdyż mają pełne zaufanie.
James Barrie

W lokalnym pisemku warszawskim ukazał się  artykuł http://ngp.pl/str/tekst5426.html pt. „Gapa?!”.
Traktuje o wronach. 

Autorka pisze „… Popularności nie przysparza im też zła sława krukowatych, do rodziny których należą, jako łupieżców gniazd drobnych ptaków. W tym względzie śpieszę je jednak wybielić”.

A oto moja krótka uwaga do artykułu  

Podobnie jak W. Młynarski, gdy śpiewał „… a ja je lubię” – generalnie lubię wrony.
Ale z nimi nie jest tak słodko, jak pisze autorka artykułu.

1) Autorka nieco sama sobie przeczy pisząc, że to najwięksi wegetarianie, podając dalej że żywią się także padliną, pędrakami itp. Z osobistej obserwacji – gawron zadziobał gołębia a potem zaczął go zjadać.
Widziałem też jak wrony zjadały zwłoki rozjechanych ptaków.
Stąd i moje podejrzenie że zmniejszenie populacji mniejszych ptaków może mieć i taką przyczynę.
Coraz mniej wróbli, sikorek… Może przyczyna jest inna, ale prawdopodobne jest, że są wypłaszane przez gawrony.

2) Mam to „nieszczęście” że mieszkam przy ulicy ze starymi drzewami, na których duże stado gawronów ma noclegowisko. Parę metrów od okien domu, ponadto nad parkingiem, gdzie stawiamy samochody. I codziennie samochody są „obrobione”. Niestety nie mamy raczej wyboru co do miejsca parkowania.
Wczesno-ranny jazgot odlatujących ptaków też nie należy do przyjemnych.

3) Znana jest degradacja lasu grądowego w Lasku Bielańskim ze względu na zanieczyszczenie podłoża przez wieloletnie nawarstwienie odchodów licznie nocujących tam gawronów.
(informują o tym tablice przyrodnicze)
Być może to nie jedyne miejsce z podobnym zjawiskiem.

4) Podziwiam inteligencję gawronów.
Autorka przytacza np. te filmy o ich zdolnościach – http://kopalniawiedzy.pl/gawron-narzedzia-przyrzady-wrona-brodata-zapadnia-metanarzedzie,7606, sam widziałem jeszcze inne.
Jednak w miastach obraca się ona przeciw nam.
Mam na myśli rozgrzebywanie przez ptaki w poszukiwaniu jedzenia koszy na śmieci i otwartych śmietników.
Tu znów przywołam swoją okolicę, gdzie ulice są usłane porwanymi przez gawrony papierami, torebkami foliowymi, wyrzuconymi z koszy opakowaniami itp.

Reasumując – jestem za znacznym ograniczeniem populacji gawronów w mieście lub za jakimś innym sposobem, by raczej omijały miasto.

PS. generalnie lubię ptaki i podziwiam…
Zobacz jeszcze wpis o dokarmianiu ptaków oraz Karkołomne porównanie?.

Co o tym myślisz?

Delfiny

Trzeba sobie wzajemnie pomagać: to naturalne prawo.
Jean de La Fontaine

Ostatnio zabrałem głos w dyskusji o delfinariach, jaka wywiązała się w związku z filmikiem jak niżej.

https://www.facebook.com/GLOBALinformersEUROPE/videos/1497923660304691/  

Jest to widowiskowe i dla publiczności dobra okazja przyjrzenia się tym wspaniałym zwierzętom  – orkom, zaliczanym potocznie do delfinów.

Na ogół opinie, zarówno w polskiej jak i oryginalnej dyskusji, wyrażały sprzeciw, łącznie z opisem cierpień jakich doświadczają zwierzęta w niewoli.

Oto co napisałem.
Wasze głosy  dotknęły ważnego tematu. Przychylam się do stanowiska że nie powinno się urządzać delfinariów.
Zwierzęta te cierpią fizycznie i psychicznie z powodu ograniczonej przestrzeni, ustawi
cznego hałasu muzyki i od urządzeń filtracyjnych.
Tym bardziej, że te inteligentne ssaki są wrażliwe, są istotami społecznymi, mają rozbudowane i złożone więzi rodzinne oraz w naturalnych grupach i mają potrzebę eksploracji przestrzeni wodnych.
Delfiny jako wyjątkowe ssaki budzą duże zainteresowanie naukowców. Dla badań dobrą praktyką jest przenoszenie ich do tzw. sanktuariów – wydzielonych zatok czy bardzo dużych zagród morskich, gdzie dalej mają swoich ludzkich opiekunów, ale żyją w naturalnym środowisku pozbawionym hałasu i publiczności, nie są tresowane, nie muszą pracować, aby zdobyć pokarm, a ingerencja człowieka ograniczona jest do absolutnie niezbędnego minimum wynikającego z działań pielęgnacyjno-weterynaryjnych itd.
Co do wspomnianej zabawy – to naturalna skłonność delfinów. Bawią się na wolności urządzając wyścigi, skacząc wysoko nad wodą – także ciesząc się wtedy akrobacjami (np. wykonując ‚śruby’), surfując na falach
(https://vimeo.com/97688148 ). Zdarza się że asystują dłuższy czas statkom i łodziom i demonstrują zbiorowe ‚tańce’ – jakby szukając kontaktu z ludźmi.
Potrafią bawić się swobodnie z trenerami w oceanariach – poza widownią i procedurami treningowymi.
Zaryzykuję twierdzenie: wiedzą że mogą sprawiać radość. Czasem pomagają nie tylko sobie (osobniki w grupie wykazują zachowania altruistyczne) ale i człowiekowi.
Myślę, że pomimo że nie są udomowiane (co oczywiście brzmi dość absurdalnie), to w warunkach niewoli można znaleźć pewne podobieństwo do nawiązywania kontaktów z człowiekiem jakie mają psy. Dają się tresować. Jednak przez swoją inteligencję – ta tresura jest dużo szybsza (parę dni) niż u psów, i być może dla nich nie jest tak męcząca.
Abstrahując od wcześniej wspomnianych negatywów trzymania delfinów w niewoli, gdy spojrzymy na sprawę z szerszej perspektywy – nie spotkałem się z głosami krytyki w sprawie układania psów (czasem nawet dość twardej tresury)
wśród tak licznych ich właścicieli i fanów.
Trudno to też porównać z tysięcznymi okrucieństwami jakie zadajemy zwierzętom w różnych okolicznościach.
Na szczęście, ta świadomość naszego złego postępowania jest coraz większa.
Szczególnie instrumentalnie z delfinami obchodzi się wojsko. Amerykanie trenują delfiny do lokalizowania podwodnych min oraz zaginionych nurków. W samym tylko 2007 roku na te delfinowe, militarne projekty wydano 14 milionów dolarów. Tymczasem w 2000 roku na jaw wyszły dokumenty świadczące o tym, że w czasach ZSRR Rosjanie sprzedali Iranowi sporą grupę morderczych „delfinów bojowych”.
Delfiny to szerokie, bardzo ciekawe zagadnienie. Może napiszę kiedyś o tym więcej – mam monografię na ten temat. 

Tymczasem tylko parę ciekawostek:
Naukowcy stwierdzili, że dźwięki wydawane przez te ssaki, układają się w… całe zdania. Zarejestrowano przeszło półtora tysiąca różnych odmian pojedynczych sygnałów wydawanych przez te zwierzęta.
Badanie zdolności interpretacyjnych delfinów wykazało, że zwierzęta te uczą się sztucznych języków, tzn. zapamiętują znaczenie słów, rozumieją całe zdania oraz interpretują kolejność słów w zdaniu, a nawet starają się sensownie zinterpretować nonsensowną komendę. Takie reakcje wykraczają poza efekty wynikające z samej tresury.
Naukowcy prowadzący badania uznali, że delfiny potrafią w sposób abstrakcyjny łączyć słowa sztucznego języka z przedmiotami i rozumieją gramatykę tego języka.
Krótko po narodzeniu małemu delfinowi nadawane jest dźwiękowe imię. Badacze wyodrębnili z dźwięków wydawanych przez delfiny krótkie (0,9 sekundy) piski, prawdopodobnie odpowiedzialne za imię każdego z 14 badanych osobników, a następnie odtwarzali poszczególne nagrania „wołając” konkretnego osobnika, który natychmiast po usłyszeniu swojego imienia podpływał do naukowców.
Delfiny to jedyne zwierzęta, które podobnie jak człowiek, uprawiają seks dla przyjemności 🙂

Delfiny były czczone od zamierzchłych czasów, niektórzy i współcześnie widzą w nich nie tylko istoty rozumne ale i … duchowe:
http://bafka.ovh/index.php/2014/01/15/zwierzeta-mocy-delfin/ 

http://accademiaanima.pl/2015/05/24/kwantowe_podroze_z_delfinami_rozdzialpierwszy/ 

Przemiany, zmiany …

Najbardziej niezmiennym elementem rzeczywistości jest jej zmiana.

żałoba po drzewie

 

Lubię przemiany, chociaż ta nagła z lata w późną jesień (sądząc po temperaturze i opadach) na pewno nie cieszy.

Byłem też zdziwiony, że pomimo deszczów i ciepłego końca sierpnia w ‚moich’ lasach prawie nie było grzybów. Dziwią się i sąsiedzi. Coś dziwnego się dzieje z pogodą, o czym kiedy indziej (patrz też starą notkę Po Kopenhadze).

Większość lata przesiedziałem na leśnej działce, ale parę dni temu własnie pogoda mnie stamtąd wypędziła.

Wokół zmiany i w drzewostanie. Namalowałem emotikonę jak na ilustracji na pniu wspaniałej, pomnikowej sosny, którą wycięto w pobliżu. Nie tylko ją – poszedł pod piły kolejny kawałek otuliny działek. Jesień będzie podwójnie smutna.
Nie piję do lex Szyszko, bo to inna sprawa – leśnicy od wielu lat tną na 
potęgę – wg mnie zbyt pazernie.

Na załamanie pogody i smutki dobra jest… dobra kawa.  Natrafiłem na ciekawy artykuł Jak zrobić dobrą kawę, który polecam jako kawosz (ale pilnuję się by nie pić więcej niż 1-2 kawy dziennie).

A więc – znów w Warszawie. Zresztą, takiego zasiedzenia w jednym miejscu też nie lubię – w ramach przemian trzeba się ruszyć gdzieś indziej – na przedłużenie lata. Albo Korfu albo Costa Brava? Macie jakieś fajne sugestie? (trochę plaży, więcej zwiedzania).

W tym kolejnym lapidarnym wpisie odnotuję parę innych przemian.

Na stronie LepszeZdrowie.info przemieszczam (stopniowo) akcenty z kontestacji obecnej kondycji medycyny i służby zdrowia ku bardziej pozytywnym myślom i nadziejom. Wiąże je z tworzeniem się nowego paradygmatu zdrowia (na razie dzieje się to niszowo) – dostrzeżeniem roli umysłu, psychiki i świadomości.
Przypomnę artykuł Galimatias w metodach uzdrawiania ze  wstępu do książki „Technika uwalniania” Davida R. Hawkinsa, gdzie autor nieco żartobliwie i kpiąco opisuje owo bogactwo środków oraz zagubienie pacjentów i wskazuje prostszą drogę.

Jako jeden z pierwszych przyczynków proponuję wpis Wstęp do uzdrawiania mocą świadomości
To może niejednego zaskoczyć (?)
Czy takie uzdrawianie unieważnia medycynę? Według niektórych tak, ale to nieliczna grupa, która wzniosła się na pułap niezachwianej wiary (nie chodzi o religijną, chociaż ona ma w tym udział). Pozostali mogą z tego brać, komplementarnie, wg swej świadomości i opanowania owej „sztuki”. Tak więc – medycyna też jest ważna 🙂

Treść nawiązuje mocno do dorobku dra D. R. Hawkinsa, który krótko omawiam w art. David R. Hawkins i jego dzieło.

Omówiłem też nieodłączne pojęcie i praktykę testu kinezjologicznego – rewelacyjnego narzędzia diagnostycznego i weryfikuącego … prawdę (uniwersalnie!), które przewija się we wspomnianych metodach uzdrawiania.

W sumie – spory ‚tryptyk’ informacji – zapraszam do zapoznania się. Zawarłem te materiały w ramach nowości sierpniowych mojego serwisu. 

Skoro o zdrowiu – od dawna śledzę i w dużym stopniu popieram działania Jerzego Zięby – „naczelnego znachora Polski”, jak żartobliwie sam siebie określa w odpowiedzi na różne uszczypliwości. Jego postulaty mają także zabarwienie polityczne.
Potrzebna jest nam przemiana mentalna ku lepszemu wzajemnemu zrozumieniu, oderwania się od schematów i niszczącej wrogości. Temat ten pan Jerzy porusza, nie bez uzasadnionych emocji, w swej nowej wypowiedzi na tematy ogólniejsze niż zdrowie.  To jego refleksje o mowie nienawiści, złej komunikacji, o demokracji w Polsce, możliwej lepszej przyszłości – https://youtu.be/3ZsqHyEqKtI
.

Dziś początek roku szkolnego. Czy obecne zmiany w szkolnictwie są dobre czy złe – nie będę się wypowiadał, bo nie jestem ‚w kursie’ (dzieci dawno po szkole, wnuki jeszcze przed). Ale myślę, że jeśli przyczyni się to zwiększenia szkolnictwa zawodowego, to dobrze. Natomiast obawiam się, że tendencja do większego wkuwania faktów (np. historia, biologia, geografia…) zamiast akcentu na umiejętność myślenia i kreatywność, to może być krok wstecz (chyba że nie znam dobrze rzeczywistych intencji reformatorów).

W ramach zmian kończę ten wpis, by przerzucić się dopisania długiego (!) artykułu o energetyce rozproszonej.
Będzie ona nadchodzącą zmianą o znaczeniu cywilizacyjnym.
Artykuł prawdopodobnie pojawi się przed 15.09 – chyba że  zmiany rzucą mnie wcześniej w jakiś egzotyczny zakątek…

 

Refleksje z wakacji

Marzenia to odpoczynek od słów.
Hugo Victor

slonce

Oddaję się wakacyjnemu lenistwu, także marzeniom, co jednak nie oznacza że czasem nie chciałbym coś napisać – wbrew tutejszemu mottu. Jest sporo przemyśleń, ale dziś wrzucę tylko parę tych gorętszych aktualnie – w formie krótkich, czasem kontrowersyjnych, inspiracji – niekoniecznie dla siebie, bo pewne tematy może zainspirują kogoś innego do pełniejszego zajęcia się daną sprawą lub komentarza – zanim się do nich (ewentualnie) zabiorę. Proszę bardzo… I uwaga – piszę przy słabym dostępie do sieci, co chwila mi się zrywa – nie wiem czy to wyjdzie i jak będzie z formatowaniem tekstu…

1) Głośno jest o nieuprawnionych reprywatyzacjach. Dużo ludzi zostało pokrzywdzonych i słusznie należy im się zadośćuczynienie. Na fali tych słusznych sytuacji widzę też jak doczepiają się do nich ludzie, którzy pozyskali nieruchomości za PRL prawem Kaduka. Bywały częste przypadki, że prawowity właściciel był rugowany z mieszkania  przez władze na rzecz kogoś, kto tej władzy sprzyjał. Niektórzy z nich są bardzo głośni. Jakaś pani: „Ja po wojnie tu sama wstawałam okna!” itp.
I co z tego? Wiele tak uwłaszczonych domów, a nawet zabytkowych dworów czy mieszkań kwaterunkowych  to obecnie ruina – „właściciele” nie dbali o nie. W takiej sytuacji skłaniam się do uznania, że lepsze od tej dewastacji jest przejmowanie zgodnie z prawem nieruchomości przez osoby, które chociaż nie są historycznie właścicielami, to gwarantują ich rewaloryzację i utrzymanie w dobrym stanie. W ten sposób – prywatnym sumptem – już wiele domów, kamienic i zabytków ocalało i obecnie jest ozdobą miast i wsi zamiast ostatecznie popaść w ruinę lub być nieustannym kosztem i kłopotem gminy.
Przy okazji – gdy to piszę, miały miejsce obchody rocznicy Powstania Warszawskiego. Ktoś na twitterze tak skwitował wystąpienie HGW:
Złodziejka która przyczyniła się do wyrzucenia z mieszkań 40 tys. mieszkańców Warszawy wzywa do „obrony wartości„.
Oczywiście nie o takie metody i wartości chodzi… W danym przypadku uderzała też konfrontacja słów HGW podczas wiecu z obecnością prawowitego spadkobiercy kamienicy na ul. Noakowskiego, który tego słuchał.
Co prawda, nie wiem czy rzeczywiście 40 000 i czy dosłownie wyrzuciła, ale wszyscy ci ludzie – mimo, że nie są/byli właścicielami (są różne przypadki prawne), powinni także mieć zadośćuczynienie – czy to od władz czy od nowych nabywców lokali.

2. A propos Powstania. Psychologicznie ten zryw był zrozumiały, politycznie w tamtych określonych warunkach był nieodpowiedzialny. Jak to nazwał w swej książce R. Ziemkiewicz – „Jakie piękne samobójstwo” . Żołnierze myśleli, że zakończą swą bitwę w parę dni, a przywódcy, znający realia podtrzymywali ich w tej wierze. Posłano do walki nawet dzieci, nie było uzbrojenia. Są i inne wątpliwości, ale tu nie miejsce na to.
Oprócz strasznej ceny w ludziach wielką cenę poniosło i miasto – po Powstaniu całe dzielnice zrównano z ziemią.
A Warszawa był pięknym miastem – gdyby nie Powstanie nie byłoby tak wielu późniejszych problemów infrastrukturalnych, mieszkaniowych, tak wielkich kosztów odbudowy  i rewaloryzacji miasta. Wiem, że to czynnik niewspółmierny z ofiarami w ludziach, ale tym bardziej porusza mnie fakt że przywódcy nie ponieśli konsekwencji za swoją lekkomyślność i posłanie na śmierć tak wielu młodych. Wielu z nich żyło sobie we względnym spokoju na emigracji do końca swych dni.
Przy okazji – bardzo porusza barbarzyństwo Niemców, gdy już wiedzieli, że wojnę przegrali – zarówno w ich zemście na mieszkańcach Warszawy jak i w jej systematycznym i gorliwym burzeniu – bez żadnej dla siebie korzyści, a nawet ze stratami.

3. Obecne władze oddają cześć bohaterom i postponowanym a także zapomnianym żołnierzom oraz niepodległościowcom.
To im się należy, to może już ostatni moment kiedy można to uczynić za życia tych niewielu, którzy dożyli. Mam wrażenie jednak, że w swej politycznej narracji tworzą też kolejne „mity założycielskie”. Chociażby właśnie takie eksponowanie roli Powstania.
Przy całym szacunku do ofiar i intencji upamiętniających, w niektórych działaniach ociera się to – PRZEPRASZAM że tak porównam, o … nekrofilię. To jest hołubienie wszelkich szczątków, powstrzymywanie różnych inwestycji z tego powodu, ciągłe celebracje. A przecież groby żołnierzy, a zwłaszcza powstańców, były niemal na każdym podwórku. Czy to oznacza że byli gorsi, bo ich tak nie wykopywano i nie mieli asysty honorowej jak robi się teraz? Zachowajmy miarę jaką daje czas. Powiedziałbym za poetą „z żywymi trzeba naprzód iść…”.

4. Oprócz afer sądowych i nieruchomościowej w Warszawie (głównie o tym głośno, a przecież podobne dzieją się w innych miastach) wielkim problemem jest mafia (użyję tego mocnego sformułowania, chociaż nie uogólniam) spółdzielcza – mam na myśli patologie w spółdzielniach mieszkaniowych i spółdzielniach „pracowniczych ogródków działkowych”. Oba te obszary rządzą się autorytarnie poprzez swych prezesów różnych szczebli na wzór PRL-u, skąd wzięły swój początek.
Nie wnikając w wiele przekrętów, dramatów i niesprawiedliwości (czubek góry lodowej był poruszony np. w programie telewizyjnym „Teraz Polska” , ale od tematu odstąpiono – czyżby przez uwikłanie nawet obecnej klasy politycznej?), zatrzymam się krótko znów przy sprawie działek w Warszawie. Ponieważ  obserwuję od lat rynek inwestycji mieszkaniowych, widzę, że buduje się domy w miejscach nawet zupełnie do tego się nie nadających – na terenach zalewowych, w miejscach bardzo uciążliwych komunikacyjnie, zaburzających układ urbanistyczny lub blokujących przewietrzanie, tam gdzie nie ma szans na parkowanie samochodów, wciskanie bloków na siłę w ciasne miejsca itp. Z drugiej strony jest szereg pięknych i obszernych terenów zajętych przez ogródki działkowe. Część działek to miejsce  „bida-domków’, albo miejsca zdziczałe i opuszczone. Marzy mi się miasto-ogród, w którym część tych terenów byłaby mądrze zagospodarowana na kameralne osiedla z ogrodami na bazie istniejącej i rewaloryzowanej zieleni.
Już dawno pokazano taką możliwość na „Sadach Żoliborskich”, ale dziś można by zrobić to znacznie lepiej. Może rozwiązało by to znaczną część problemów z gruntami pod budowę, jednocześnie satysfakcjonując cześć działkowiczów, którzy mogliby mieć preferencje w pozyskaniu mieszkania?

5. Jestem na wakacjach na swej „daczy”, o której parokrotnie tu pisałem. Kiedyś (wczesne lata 90.) napisałem też spory esej umieszczony w odcinkach w lokalnej gazecie na temat uroków działki kontra pewne niepokojące zjawiska. Po latach pojawiły się nowe – już nie tyle od strony sąsiadów, ale od strony władz gminy. Chodzi zwłaszcza o postępujący od lat wyrąb drzew w parku krajobrazowym, który odebrał nam piękne otoczenie i nasilający się fiskalizm.
Być może wyrąb też jest obliczem pogoni za zyskiem. Zatrzymam się chwilę przy postawie gminy: drenować działkowiczów gdzie się tylko da. Przykładowo – chociaż przebywamy tutaj okresowo, tylko latem i produkujemy mało śmieci (resztę kompostujemy), to obciążono nas obowiązkowym ryczałtem w wysokości takiej jak w Warszawie, gdzie śmieci wytwarzamy wielokrotnie więcej, a śmieciarka przyjeżdża 4-5 razy w tygodniu. Na działkach raz w tygodniu, poza sezonem 2 razy w miesiącu. Prąd tutaj też jest droższy. Mimo to wszystko lato „na wsi” to jednak coś, co daje „prąd życiowy” warty dużej ceny 🙂

Z lżejszych tematów wakacyjnych:

6. Obcujemy na co dzień z kotami.
Które to już pokolenie? W każdym razie liczone w dziesięciolecia, a każdy rok to nowy miot. Pewne koty pamiętamy, inne gdzieś przepadły, czasem pojawi się nieznany gość z innego rewiru. Widać różne hierarchie, animozje lub tolerancje. Są to koty półdzikie, przy czym nowe kotki dość szybko się oswajają. Potem część przetrwa zimę, chociaż wtedy już muszą liczyć tylko na siebie, bo w zimie nikt tu nie mieszka na stałe. Ciekawe zwierzęta. Rozkoszne w zabawie, okrutne w polowaniach, mające swoje charaktery, humory. Obecna matka kotków jest bardzo nieufna, syczy gdy się do niej zbliżyć – nawet z jedzeniem, a dostają go od nas sporo i wydawało by się, że to powinno ją obłaskawić. Jakieś złe doświadczenia z ludźmi? Jest, zwłaszcza w starszych kotach, jakieś dostojeństwo – chadzają powoli, z godnością. Oczywiście – swoimi drogami. Ale tyle o tym napisano, że nie będę się wysilał na coś nowego. Po powrocie do Warszawy może wrzucę jakiś filmik z kotami, bo stąd mam za słaby zasięg i transfer na takie próby.

7. Sporo czytam. Skwituję to na dziś tak: swoista chwała pewnym szalonym ludziom! To oni zmieniają świat, porywając się na to, co „niemożliwe”. Lub doświadczają na sobie rzeczy, na które nikt „normalny” by się nie odważył albo o nich nie pomyślał, a przez to odkrywają nowe tereny poznania, wrażeń lub nowe oblicza piękna. Wiadomo też, że wiele wynalazków (większość?) powstało nie z planowanych deliberacji, ale z przypadku niezwykłego doświadczenia, z ciekawości, z podszeptu intuicji, nawet iluminacji.
O tym kiedyś napiszę, bo to mnie fascynuje.

Chociaż niektóre moje wpisy mogą wydać się nieco szalone czy dziwne, to jeszcze mi daleko to owych przykładów. Szkoda…
W każdym razie – pozwól sobie na nieco szaleństwa – lato i wolny czas, to dobra pora.

PS. Jak co miesiąc – podsumowałem lipiec w zakresie spraw zdrowia widzianych z szerszej perspektywy,  tutaj: www.LepszeZdrowie.info/news7.17.htm