Pajdokracja?

Jeżeli sądzisz, że wszystko jest w porządku
to znaczy, że o czymś nie wiesz.
/?/

piłka

Nie wiem czy się pocieszać tym,  że nie tylko polskie rządy sprawiają wrażenie jakiejś dziecinady.
Przykładowo, nagminne zadłużanie państw i przerzucanie idącego za tym obciążenia na przyszłe pokolenie(a) oraz na najuboższych to krzycząca niedojrzałość/nieudolność/nieodpowiedzialność. Zresztą, spora część społeczeństw postępuje podobnie – z braku podstawowej świadomości ekonomicznej daje się wciągać w spiralę kredytową, nie oszczędza, żyje z dnia na dzień (> wątki np. na https://www.facebook.com/groups/zlnazloto/ ).

Jak dla mnie, także dawanie prymatu zabawie zamiast „pracy u podstaw” i myśleniu o przyszłości to też jakaś infantylność. Chyba że rządy wiedzą że i tak wszystko się zawali a  po nich „choćby potop”.

Mam na myśli zwłaszcza szaleństwo piłki nożnej (szerzej o tym w starym wpisie Skopana piłka ).
Co prawda styl „chleba i igrzysk” ma bardzo dużą tradycję, ale obecnie coraz mniej myśli się o chlebie. Przykładowo, koszt Stadionu Narodowego dochodzi do ok. 2 miliardów zł, a wiadomo że nigdy ten wydatek się nie zwróci nawet w części. Mówiąc ekstremalnie – tyle kosztuje rozegranie na nim raptem 5 meczów Euro2012. Ewentualne dalsze zyski i tak nie pójdą do państwa ale do UEFA i firm prywatnych.

Na marginesie wspomnę o coraz częstszych ostrzeżeniach, że Euro2012 może być sceną prowokacji i aktów terrorystycznych o niespotykanej dotąd skali. W sumie – więcej kłopotów i kosztów niż to wszystko jest warte…

Doradca finansowy?

Pieniądz jest dobry, ale w przemyśle, w portfelu, w banku, w handlu, w ruchu,
nie w środku mózgu i serca.
Janusz St. Pasierb

Przykładowy wgląd w historię finansjery

Śledząc od około roku oferty rynku finansowego dla przeciętnego obywatela dojrzałem do wypowiedzenia i upublicznienia paru cierpkich zdań.

Nie będę nikogo wskazywał konkretnie.
Nie będę udawał też wielkiego specjalisty – większość tego co powiem, to fakty znane (czasem zacytuję wprost wypowiedź finansisty) – tyle że stosunkowo nielicznym i na tym polega hipokryzja banków i wielu doradców na ich usługach.

Można by powiedzieć dużo więcej rozszerzając o tło naszych finansów państwowych, wzrastający dług i deficyt budżetowy, spychanie problemów na “kiedyś”, fiskalizm, brnięcie w niekorzystne rozwiązania itd.

Finansjera ma się dobrze. Zyski banków w Polsce rosną – z różnych tytułów.

Przykładowo Europejski Bank Centralny oferuje 1 000 000 000 000 euro trzyletniej pożyczki oprocentowanej na 1% – przeznaczonej tylko dla banków. Na taki kredyt nie mogłyby liczyć przedsiębiorstwa produkcyjne, zaś banki dostają gratis pięć procent różnicy między absurdalnie wysokim oprocentowaniem obligacji włoskich i jednym procentem EBC. Czym zasłużyła się finansjera, by uzyskać tak dobre traktowanie?

Gdyby to jeszcze były banki polskie… ale takich w Polsce już bodajże nie ma.
Zagraniczne banki mają tutaj raj, bo politycy są „spolegliwi”, a inteligencja finansowa Polaków jest jeszcze niska, można nam wcisnąć cokolwiek np. przez agresywną reklamę. Im gorszy produkt tym większa reklama.

System edukacji finansowej w Polsce prawie nie istnieje, więc zadanie jest łatwiejsze.
Są co prawda liczni „doradcy”, ale o tym za chwilę…

Miliony ludzi trzyma oszczędności na RORach z tak nikłym oprocentowaniem, że jest on ledwie ponad inflację albo nawet przynosi stratę.

Nie zawsze pokazuje się ludziom prawdę, że fundusze, polisy inwestycyjne to długoletnie zamrożenie aktywów a składki 2 pierwszych lat (przeważnie) to duży koszt nie do odebrania. Na ile realna jest obietnica, że fundusz za 10 lat da konkretny zysk?

Można powiedzieć, że ci klienci zostali sprzedani w niewolę banku razem z polisą. Biorą, bo nie oferuje się im innej możliwości.

Jeszcze gorsza sytuacja jest z kredytami. Jedna nieprzemyślana decyzja o kredycie np. na 30 lat może delikwenta zniewolić albo i zniszczyć na całe życie. Stąd też takie wielkie zadłużenie Polaków.
Mało kto z klientów wie, że udzielenie kredytu daje bankowi (i systemowi bankowemu) placet na wygenerowanie kolejnego pustego pieniądza co najmniej w skali 10 do 1. Gdyby ludzie powszechnie o tym wiedzieli, to pewnie takie rozruchy uliczne jakie mają miejsce na Wall Street pojawiłyby się i u nas. Dodać do tego informacje o bajońskich zarobkach i premiach dla dyrektorów banków plus informację o tym że te 4-6% na lokacie, to ledwie jedna czwarta tego co bank zarabia na naszych depozytach i mamy gotowe wrzenie.
Jasne, że banki tego nie chcą.

Czy bank oraz agent ma interes by dobrze poinformować klienta o wszystkich uwarunkowaniach produktu? Liczy się złapany klient oraz prowizja.
Oczywiście występuje spory ogólny brak wiedzy czym jest i jak działa polisa inwestycyjna. Jednak wielu klientów polis nie wie jaki produkt naprawdę posiada, co pokazuje także i winę sprzedawcy.

Wykorzystuje on także podejście życzeniowe klientów – wiele osób chce uwierzyć, że wystarczy wpłacać w polisę pieniądze i ktoś w magiczny sposób będzie nimi poprawnie zarządzał. Tak niestety nie jest…
Np. producenci produktów polisowych – umieszczając w tabeli opłat pozycję pod nazwą”opłata za zarządzanie” nie każdemu klientowi tłumaczą, że jest to opłata za możliwość samodzielnego zarządzania w celu wykorzystania braku podatku Belki przy konwersjach (co pozwala np. na zysk większy niż kupowania tych samych funduszy poza polisą).
Wiele produktów jest jednak obciążonych podatkiem od zysków kapitałowych i klient kupując taki produkt od razu podpisuje cyrograf na 19% lub większy podatek, chociaż odroczony (np. IKZE).

Sztuczka z lokatami jednodniowymi została już ukrócona, bo wszystko co omija fiskusa (polisy też są szyte „grubymi nićmi”) jest zagrożone prędzej czy później.

Wykorzystują też wiarę w „mity inwestowania”: giełda w długim okresie zarabia, uśrednianie, dywersyfikacja. Kowalski na ogól się na tym nie zna i wierzy w realne zyski 12%-18% w funduszach – nic nie robiąc.

Istnieje już niezliczona ilość doradców finansowych (od dużych firm do małych d.g.).

Niektórzy mienią się brokerami, ale biorą prowizje od konkretnych banków.
Powstaje też (nie tanie) różne szkoły inwestowania, kursy giełdowe itp.

Klient jest epatowany skomplikowanymi terminami, strategiami algorytmicznymi, analizami technicznymi …

Może to było i dobre przy względnie stabilnym rynku, ale wszyscy ci guru finansowi raczej ukrywają, że ich strategie nie uwzględniają faktu, że już niedługo grozi nam totalny kolaps wszystkich instrumentów opartych na pieniądzu fiducjarnym. Wkrótce okaże się, że król jest nagi – w USA drukuje się ostatnimi laty tak astronomiczne ilości dolarów bez żadnego pokrycia, że to nie może prowadzić do rozsądnego rozwiązania. Efekt domina będzie globalny. Podobnie euro też nie ma jasnej przyszłości.

Tylko statystyki są pompowanych wirtualną „wartością” wirtualnych instrumentów finansowych…
Wiara w papier, w certyfikaty – puste obietnice przybrała formę jakieś religii.
Nawet wiele obligacji państwowych (klasyczny przykład bezpieczeństwa) nazywa się już śmieciowymi.

Nie wiem, czy to oportunizm czy niedouczenie czy po prostu głupota – wierzyć bezgranicznie w papiery bez pokrycia i wciskać tę wiarę innym w imię doraźnych zysków (zwłaszcza spekulacyjnych) lub dla obrony polityki finansowej.

Czy zatem nie ma innych rozwiązań?

Idea oszczędzania i inwestowania jest jak najbardziej słuszna, ale nie na takich warunkach.

W przypadku krachu pieniądza, który de facto nie jest pieniądzem, a – jak się to oficjalnie pisze na banknotach – jedynie środkiem płatniczym, wartość zachowują tylko dobra materialne jak ziemia, budynki, rezerwy żywności a zwłaszcza surowce.

Większość (wszystkie?) wojen toczy się o surowce.

Zastanówmy się, w co inwestują banki i niektóre rządy. Same siebie raczej nie oszukują.

Głównie w metale szlachetne, prym wiedzie złoto i srebro.
Nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który jest symbolem „pieniądza” jest trzecim co do wielkości na świecie depozytariuszem złota.

Złoto zawsze, przez wieki, było ostoją wartości – jej odnośnikiem i ratunkiem dla tych, którzy przewidywali kolejne kryzysy.
Bo historia kołem się toczy – opisuje to dokładnie Michael Maloney w swej książce „Jak inwestować w złoto i srebro – zabezpiecz swoją finansowa przyszłość”. Ale nie tylko on – wypowiadał się na ten temat nie raz Robert Kiyosaki, Donald Trump, Mike Dillard i inni inwestorzy oraz wpływowi finansiści.

Prawdziwa edukacja finansowa i tzw. inteligencja finansowa powinna uwzględniać to zjawisko cykli kryzysów i ratunkową rolę prawdziwego pieniądza jakim są metale szlachetne. I nie chodzi o certyfikaty na złoto, ale o złoto fizyczne (certyfikat zresztą łatwiej podrobić – w szerokim sensie – niż złotą monetę).

Mimo że nie jestem doradcą finansowym – widzę to jasno i … doradzam inwestowanie w złoto – póki nie jest jeszcze za późno (przed wielką inflacją).

Złoto jest najlepszą inwestycją długoterminową o małych wahaniach, i czymś namacalnym a nie jakimś „papierkiem” na udziały w firmie X. Jego cena stale rośnie i to ostro (chociaż słuszniej byłoby powiedzieć, że to środki płatnicze tracą na wartości względem probierca złota).

Nawet nie chodzi o inwestowanie, które kojarzy się z posiadaniem dużych zasobów, chodzi w pierwszym rzędzie o zabezpieczenie tego, co się już ma na kontach oszczędnościowych i lokatach.

Powstają programy systematycznego oszczędzania nawet niedużych kwot – zamiast na lokatach pieniężnych – w gramy złota inwestycyjnego (czystego: sztabki, monety bulionowe).
Dodatkowym plusem jest brak podatku od zysków kapitałowych (Belki, dotyczy w Polsce tylko złota).

To łatwiejsze i bezpieczniejsze niż inwestycje w nieruchomości (kogo stać powinien pomyśleć i o tym).

Kto będzie w ten sposób przezorny – ma szansę za złoto kupić w przyszłości wszystko (i wszędzie) a nawet znacznie się wzbogacić, gdy inni by przeżyć będą pozbywać się za bezcen tego, co mają.
Mówi się nawet o największym transferze majątku w historii jaki nastąpi między uświadomionymi i nieświadomymi tych zmian.

Ciekaw jestem ilu doradców finansowych o tym wie, a jeśli wie, to jak szczerzy są ze swymi klientami…

Zajrzyj jeszcze na https://www.facebook.com/TajemniceZlota/ – będą różne aktualizacje i ciekawostki.

Traktat o złocie :)

Gdy złoto mówi, tam wszystko milczy i słucha.
Publiusz Syrus

sekrety złota

Chociaż NIE WSZYSTKO ZŁOTO, CO SIĘ ŚWIECI, to niewątpliwie ZŁOTO świeci,
i jest ponadczasowe, przynajmniej tak długo jak alchemicy nie dopną swego i nie zamienią weń ołowiu czy czegoś innego.

W czasie GORĄCZKI ZŁOTA poszukiwacze mieli bardziej praktyczne podejście, ale tylko niektórym spełnił się ZŁOTY SEN i nastały dla nich ZŁOTE CZASY. Nie wszyscy jednak zostali właścicielami przysłowiowej czy dosłownej KOPALNI ZŁOTA.

Bo ZŁOTE GÓRY nie były dla wszystkich, jak i ZŁOTE INTERESY nie wszystkim wychodzą.

Bo było to raczej ZŁOTO DLA ZUCHWAŁYCH i wytrwałych, którzy z wielkim samozaparciem przepłukiwali ZŁOTY PIASEK lub którym ZŁOTA RYBKA podpowiedziała gdzie szukać ŻYŁY ZŁOTA.
ZŁOTY CIELEC nie wsławił się dobrze, ponieważ ŻĄDZA ZŁOTA uczyniła wiele złego – chociażby w okrutnej konkwiście dla ZŁOTA INKÓW. GÓRY ZŁOTA zmieniły właściciela napełniając TRZOSY ZŁOTA nie tyle jego zdobywcom, co ich mocodawcom.

ZŁOTE DUKATY szły do możnych tego świata, którzy przy okazji pysznili się swym wizerunkiem na płótnach oprawionych w ZŁOTE RAMY lub na monetach – ze ZŁOTYM JABŁKIEM w ręku. Porastali w ZŁOTE PIÓRA doczesnej sławy, a swe imiona i dokonania kazali ryć ZŁOTYMI LITERAMI  w kamieniu, chociaż na ogół daleko było tym inskrypcjom do ZŁOTYCH MYŚLI.
W ZŁOTEJ KSIĘDZE historii bardziej zapisali się szlachetni posiadacze ZŁOTYCH OSTRÓG  – rycerze czynu oraz prawdziwie ZŁOCI LUDZIE, którzy znaleźli ZŁOTY KLUCZ do serc ludzi.
Jak np. dobroczyńcy SYPIĄCY ZŁOTEM na cele publiczne, wielcy sportowcy zdobywający ZŁOTE MEDALE (nie koniecznie ZŁOTO OLIMPIJSKIE), architekci, którzy zachwycili wpleceniem w swe dzieła zasady ZŁOTEGO PODZIAŁU, twórcy, którzy przysporzyli nam ZŁOTYCH CHWIL wzruszeń lub rozmarzyli wspomnieniem legendarnej ZŁOTEJ ERY. Pokazywali  wartość wolności, w kontraście do zamknięcia w ZŁOTEJ KLATCE materializmu.
Współcześnie jednak wolność osobista jest silnie uwarunkowana zasobem nie tyle ZŁOTÓWEK, czy innego pieniądza, co czymś tak trwałym jak ZŁOTO INWESTYCYJNE. Jego posiadanie jest mocną przesłanką dostatniej ZŁOTEJ JESIENI życia, a nawet POGODY JAK ZŁOTO dużo wcześniej .

Jest ono jakby ZŁOTĄ GĘSIĄ znoszącą ZŁOTE JAJA przez sam fakt rosnącej wartości.

Niestety są też ludzie ZAŚLEPIENI ZŁOTEM, którzy na BRZĘK ZŁOTA potrafią dopuścić się wielu nieprawości. Są nowobogaccy lubujący się w ZŁOTYM BLICHTRZE, KAPIĄCYM OD ZŁOTA otoczeniu,  jadający NA ZŁOCIE i  chełpiący się ZŁOTYMI KLAMKAMI.
Są i sprzedajni politycy OZŁACANI łapówkami. Czy ci ludzie nie nałożyli sobie jednak ZŁOTYCH KAJDAN?

Oczywiście jest wiele innych dóbr podobnie CENNYCH JAK ZŁOTO. Na przykład mówiło się, że posiadamy CZARNE ZŁOTO w postaci zasobów węgla.
Ale osobiście cenniejsze jest posiadać ZŁOTE RĘCE, które zapewnią większą samowystarczalność i posiadać ZŁOTYCH PRZYJACIÓŁ, którzy pomogą w biedzie.

Gdy mamy ZŁOTE SERCE, to o to nie trudno. Dobro zasiewane wokół przyniesie ZŁOTE ŻNIWO.
Ważne są w życiu ZŁOTE MARZENIA i uczucia, jakie np. żywi dziewczyna mówiąca o swym ZŁOTYM CHŁOPAKU, zachwyt chłopaka ZŁOTYMI WŁOSAMI dziewczyny, szczęście małżeństwa cieszącego się swym ZŁOTYM WESELEM, zadowolenie męża ze ZŁOTEJ ŻONY, o której mówi – to SZCZERE ZŁOTO.
Takie szczęście BŁYSZCZY JAK ZŁOTO i jest NA WAGĘ ZŁOTA.
Ważne jest znaleźć w życiu ZŁOTY ŚRODEK, szczęście nie POZŁACANE ale prawdziwe, nie płytkie – często jawiące się ZŁOTEJ MŁODZIEŻY jako użycie i mamona.
Ale – bez morałów, bo sam nie przepadam za ZŁOTOUSTYMI  wypowiedziami i już zamilczę, bo  MILCZENIE JEST ZŁOTEM …

(zestawienie własne)

Ale to jeszcze nie wszystkie Tajemnice Złota …

O wolnościach w 2012

Biedni koncentrują się na przeszkodach,
Bogaci koncentrują się na szansach
.
T. Harv Eker

Nowy Rok - życzenia

Dziś Nowy Rok, więc składamy sobie życzenia zdrowia, szczęścia, pomyślności,…

Pisałem kiedyś o istocie i sensie  życzeń a w dzisiaj ogarnęła mnie refleksja na temat wartości bodajże największej, jaką jest wolność – i jej chcę Ci życzyć.

Nie mam nastroju by pisać jakiś elaborat, bo temat jest rozległy i dość trudny.

Skupię się krótko na jednym aspekcie – wybaczcie, że bardzo praktycznym i dla wielu przyziemnym.
Sam większość życia poświęciłem idealistycznie na sprawy, które niewiele mi przysporzyły i nie stworzyły poczucia osobistej wolności.

Chcę Ci  życzyć dostatku, czyli … pieniędzy .

Nie dają ponoć szczęścia, ale przyznasz – pomagają, gdy umiemy nimi mądrze gospodarować.

Dość późno zająłem się tą sprawą i widzę jak inaczej potoczyłoby się życie, gdybym np. systematycznie oszczędzał od młodych lat.

Niby się o tym wie, ale książka Andrzeja Fesnaka „Jakie decyzje finansowe podejmują bogaci i dlaczego biedni robią błędy, działając inaczej
( http://bit.ly/rIuvv5 )  nie tyle otworzyła mi oczy (to zrobił dawno temu R. Kiyosaki), co przypomniała boleśnie ów fakt na szeregu przykładach liczbowych.

Hm, czy w ten sposób daleko odszedłem od postawy idealistycznej?

Każdy (choćby po cichu) marzy albo o bogactwie, albo przynajmniej o takim stanie by móc godnie żyć. Gdy słyszę co innego, to mam odczucie albo czyjejś hipokryzji, albo niedojrzałości albo … głupoty (może to być też postawa narzucona przez wychowanie i środowisko).

Dlaczego tak sądzę? Zastanówmy się na chłodno dlaczego … lepiej być bogatym niż biednym  (zbiór dość nieuporządkowanych myśli – możesz je pogrupować wg własnych priorytetów).

  • WOLNOŚĆ – dla siebie  (czasem „od siebie” – zatroskanego, złego,…)
  • Dawanie innym, wspomaganie innych, ratowanie z opresji
  • Wspomaganie wartościowych/słusznych celów, inicjatyw
  • Możliwość pomnażania bogactwa (łatwiejsza, gdy już się coś ma)
  • Realizacja projektów biznesowych, kulturalnych, społecznych,…
  • Lepsza możliwość rozwijania własnych talentów i zamiłowań
  • Jakaś siła/władza, która pomaga realizować ambitne cele
  • Możliwość zatrudniania ludzi – jako pomoc dla nich i dla siebie, większa skuteczność, praca zespołowa, outsourcing
  • Satysfakcja z bycia hojnym
  • Podnoszenie swojej samooceny i pewności siebie
  • Odciążając się od rutynowej pracy, niepotrzebnych obowiązków – zyskujemy CZAS a więc ŻYCIE

Możemy mieć:

  • co potrzebne
  • co pożyteczne
  • co przyjemne
  • co nas wspomaga
  • o czym marzyliśmy

Pod te punkty możemy podłożyć wiele spraw jak:

  • fascynujące podróże, dobre i zdrowe jedzenie, ładny dom, dobre wykształcenie, ubiory, sporty, otaczanie się pięknem, itd. itd.)
  • Możliwy (chociaż nie zagwarantowany) wyższy status społeczny (dla tych którzy go poszukują)
  • Bezpieczeństwo faktyczne i psychiczne, spokój o przyszłość, mniej stresów
  • Zadbanie o zdrowie i kondycję (swoją i rodziny)
  • Dobry start dla dzieci
  • Większa i bardziej odpowiedzialna możliwość adaptowania dzieci
  • Szerszy dostęp do wiedzy (kursy, książki, docieranie do ludzi)
  • Doznania, radości ze wszystkich wymienionych stanów
  • Zostawienie czegoś (nie tylko pieniędzy) po sobie dzięki temu, co mając zasoby, stworzyliśmy.

Jeśli ktoś myśli jeszcze o sławie lub zasługach społecznych, to ma możliwość  ufundowania np. szpitala, jakiegoś ośrodka kultury, itp. na wzór dawnych mecenasów sztuki lub lokalnych społeczności.

Jeśli ma serce, to zrobi to nie dla sławy lecz z wewnętrznej potrzeby – wierzę, że zrobi więcej, gdy będzie więcej mógł materialnie .

Jeśli ktoś  marzy np. o tym by być pisarzem i w tym chce się realizować, ale jego prace nie przebijają się przez kordon recenzentów czy nawet cenzury, to może sam sfinansować swe przedsięwzięcia.

W sumie – przy rozsądku – nie musi to oznaczać materializmu, ponieważ możemy rozwijać jednocześnie swoją duchowość i być altruistycznym.

Jeśli ktoś przedkłada wartości czysto duchowe, to uznaję to, ale pamiętajmy że i w Ewangelii mówi się o dobrym gospodarowaniu i pomnażaniu talentów.  Oczywiście zawsze należy pamiętać o postawie nie krzywdzenia i zasadzie wygrana-wygrana.

Niektóre wschodnie postawy pełnego odcięcia od świata jednak mi nie odpowiadają, ponieważ uważam że jesteśmy (zwłaszcza teraz) coś winni innym, światu, rodzinie, co zakłada aktywność.

Chyba jest to przekonywujące, że dzięki środkom materialnym uzyskujemy więcej wolności.

Skoro jednak wziąłem na warsztat temat pragmatyczny, to pójdę dziś dalej w pragmatyczności.

Otóż zająłem się generowaniem dodatkowych dochodów na różne sposoby – jedne się wiodą, inne próbuję i odrzucam, poznaję nowe.

Zwłaszcza w obliczu kryzysu opanowującego świat warto zastanowić się nad czymś, co da nam nadzieję na stabilność.

Jako synonim stabilności finansowej – tak jak w historii tak i obecnie – coraz bardziej postrzegane jest posiadanie złota i inwestowanie w rzadkie kruszce.

Pieniądz papierowy i wirtualny (ten pierwszy w dużym stopniu już nim jest) wkrótce prawdopodobnie się załamie.

Jak ZAPEWNIĆ sobie emeryturę, a nawet (wcześniejszą) wolność finansową?
W co inwestować z ponadprzeciętnym zyskiem? Jak zacząć sensownie oszczędzać? W co inwestują „wtajemniczeni”?

O ile dawniej inwestowanie w złoto było zastrzeżone dla bogatych i w ogóle trudne, to sytuacja się zmieniła.

Odkryłem w 2010 firmę Noricum (reprezentant światowej firmy Four Gates), która stworzyła unikalny produkt finansowy – oszczędzanie/inwestowanie nie w pieniądze ale właśnie w złoto „dla każdego”- z opcjonalnymi elementami mlm.

Rzecz w tym, że można lokować miesięcznie (ale bez rygorów) nieduże kwoty, które są zamieniane na złoto po cenach hurtowych. Cena złota w ostatnich latach pnie się w górę od ok. 30 do 40%, a dodatkowo – gdy kupujemy zespołowo w ramach systemu po cenie hurtowej – zyskujemy dalsze procenty. No i złoto depozytowe nie jest objęte podatkami VAT i Belki!

Do tego dochodzą liczne inne atuty jak ochrona na zasadach prawa depozytowego a nie bankowego, płynność (szybie odkupywanie), dowolność wpłat, …

Długo by o tym pisać – wszystkie te kwestie – strategiczne i taktyczne są ładnie przekazane w serii prezentacji on-line, które odbywają się w poniedziałki i w środy o 20:30 (chyba że nastąpią okazjonalne zmiany).

[Dalsze szczegóły później wyciąłem, bo  ten konkretny projekt został zawieszony, ale temat złota żyje – np. tutaj: Tajemnice Złota]

To jest rozsądna propozycja dywersyfikacji portfela inwestycyjnego.

Jest to też rozsądna obietnica wolności finansowej  – zwłaszcza dla młodszych inwestorów, którzy mają czas na zobaczenie efektu wzrostu w dłuższej perspektywie. Ale rocznie do 30% to też ewenement na tle niepewnych spekulacji na akcjach i innych papierach.

To nie tylko perspektywa wolności ale i perspektywa jej utrzymania, ponieważ nie było w historii tak uniwersalnego i stabilnego wzorca wartości.

Tyle pragmatycznie.

Kusi mnie zabranie głosu o wolności, jaką tracimy w państwie dryfującym w kierunku swoistej dyktatury, jaką stracimy w Unii Europejskiej jeśli będziemy zbyt podlegli zakusom potęg polityczno-finansowych, jaką tracimy z braku wiedzy, przez uleganiu propagandzie, nałogom itd., itd.

Ale to może innym razem i w porcjach, a dziś – w święto i dla otuchy, dołączam jeszcze starą piosenkę Marka Grechuty –

SZCZĘŚLIWEGO 2012 roku!

Spiski?

Kto nie umie daleko spoglądać, ten blisko ma kłopoty.
Konfucjusz

zlotyspisek

Jeden z setek spisków na przykładzie złota (książka)

Wielu śmieje się z „teorii spiskowych”. Ja raczej śmiałbym się z tych, którzy zupełnie nie widzą takich zjawisk i zaprzeczają ewidentnym spiskom, bynajmniej nie teoretycznym. Chociaż trudno dyskutować ze ślepym o kolorach – spróbuję.
A raczej – ponieważ nie kieruję poniższych słów do nikogo konkretnego, dam parę przesłanek mojego stanowiska.

Zacznę może od powołania swej tutejszej niedawnej notatki „Tajemnica?„, w której wskazuję na zależność stanowiska w tej sprawie od „poziomu wtajemniczenia”, co nie zawsze jest zbieżne z wiedzą w sensie naukowym.
Bo spisek wiąże się z tajemnicą.

Na początek próba zdefiniowania pojęć.

W słowniku języka polskiego PWN czytamy, że spisek to „Tajne porozumienie grupy osób dla wspólnego osiągnięcia jakiegoś celu; sprzysiężenie; zmowa”.

Jest to definicja szeroka, bo w ten sposób każde działanie np. rady nadzorczej dowolnego przedsiębiorstwa, ba… wspólników spółki, kierownictwa itd.  można nazwać spiskiem.

Chodzi mi raczej o działania negatywne o dużej skali, o dużym negatywnym skutku społecznym. Np. zamach na człowieka stanu jest natury spiskowej (o ile nie popełniony przez pojedynczego szaleńca).
Tak więc raczej powiedziałbym:

Teoria spiskowa – twierdzenie, według którego w utajnieniu ktoś działa na szkodę innych osób lub na własną korzyść ze szkodą dla innych.

Jest to bliższe pojęciom knucie, intryga,…

Dlaczego w ogóle poruszam ten temat?

Otóż świat pogrąża się w kolejnych kryzysach: gospodarczo-finansowym, ekologicznym, moralno-duchowym, w konfliktach politycznych i zbrojnych.
Ludzie pytają: dlaczego i nie znajdują odpowiedzi – bo są manipulowani okrągłymi tłumaczeniami polityków i władz.
Nie ma dymu bez ognia, ale wiele prawdziwych przyczyn tego fatalnego stanu rzeczy jest przed społeczeństwem ukrywanych. Można to właśnie nazwać teorią spiskową.
Oczywiście potrzebne jest odróżnienie prawdziwych spisków od plotek, sensacji z tabloidów i paronoidalnych  czy innych urojeń. Z drugiej strony ci sami, którzy nie znajdują odpowiedzi na przyczyny zła, nie chcą przyjąć do wiadomości że takie spiskowe działania istnieją.

To jest naiwne.

Właściwie tyle już napisano na tytułowy temat, że nie muszę się zbytnio trudzić – wystarczy sięgnąć po jakiś podzbiór tych wypowiedzi, czym się dalej parę razy się posłużę.

Zaprzeczający teoriom spiskowym widzą świat tak jak w tym prześmiewczym  wpisie z  http://www.paranormalne.pl/topic/22559-definicja-spisku/ ,

„Jedynym elementem kojarzącym się nam ze słowem „spisek” jest zazwyczaj słowo „teoria”. Praktyczny spisek nie istnieje. Na całym świecie nigdzie nie zawiera się tajnych porozumień dla wspólnego osiągnięcia jakiegoś celu (definicja ze słownika języka polskiego PWN), wszystko jest jawne i na dodatek upublicznione. Myśl zabroniona jaką jest „spisek” może istnieć tylko w teorii – najlepiej gdyby była nią „spiskowa teoria dziejów”. Świat składa się z ludzi, którzy jeśli chodzi o wymianę informacji, są wzajemnie bardzo otwarci. Nikt w historii tego świata nigdy nie spiskował – każda wojna była wojną fairplay. Każdy wywiad każdego państwa na świecie zawsze kieruje się dobrymi zasadami współżycia społecznego, zaś podsłuchy, nasi tajni agenci na wysokich stanowiskach u naszego przeciwnika są tylko czystą teorią, grą przypadku wynikającą z losowości rzeczywistości. Tak zbudowany jest świat – czy tak wygląda Twój świat?”

Tamże:

„Pomimo faktu, że spisek towarzyszy ludzkości chyba od jej zarania, czyli od czasów skrytych przewrotów we wspólnotach pierwotnych, zwolennicy teorii spiskowych są wyśmiewani. Zawsze w historii ludzkości istniały tajne i najczęściej nielegalne zmowy grup ludzi mające wspólny cel.

Dlaczego więc ludzie mający tego świadomość są wyśmiewani?

Najpierw należało by zadać pytanie przez kogo są wyśmiewani i dlaczego?

Czemu to wyśmiewanie ma służyć?

Wyśmiewanie służy zdyskredytowaniu rozmówcy i przybiera bardzo różne formy. Najczęściej wiąże się z podważeniem wiarygodności. Formy bywają bardzo różne. Od prostackiego sugerowania choroby psychicznej, poprzez różnorodne formy sugestii, że mamy do czynienia z mało wiarygodnym rozmówcą, lub źródła na które się powołuje rozmówca są mało wiarygodne (czyli zdyskredytowanie źródeł).

Odpowiedź na pytanie kto wyśmiewa i dlaczego, jest o wiele bardziej skomplikowana.

Natura spisku ma to do siebie, że informacje na jego temat muszą być tajne przed, w trakcie i długo po samym spisku. Dlatego w interesie spiskujących jest ukrywanie spisku wszelkimi dostępnymi metodami.

Nie wyobrażam sobie mocarstwa, które po fakcie przyznaje – Tak to prawda, w kraju Xyz były niesprzyjające nam rządy, dlatego musieliśmy sfinansować tamtejszy ruch oporu. Kraj Xyz ma strategiczne położenie z naszej perspektywy interesów. Kiedy były tam rządy pana Zxy kraj nie był stabilny z naszej perspektywy. Mieliśmy do wyboru, albo prowadzić otwartą wojnę, albo za pomocą tajnych służb dokonać tam przewrotu. Dokonanie przewrotu i wprowadzenie „demokracji” w marionetkowym rządzie jest o wiele tańsze niż prowadzenie otwartej wojny. Poza tym do wojny trzeba by przekonać obywateli, a to komplikuje sprawę, wymusza prowokacje i powoduje konieczność uśmiercenia jakiejś liczby, w końcu naszych obywateli. Więc prostszym rozwiązaniem było przeprowadzenie spisku”.

„Spiskowa teoria dziejów” – tym stwierdzeniem-hasłem jakim posługują się „racjonaliści”, sceptycy z obozu oficjalnych mediów, można zabić poglądy prawie każdego. Generalizacja towarzysząca temu określeniu zabija każdą myśl odbiegającą chociaż trochę w bok od wersji oficjalnej.

Parę przykładów.

Polityka.

Każde planowanie, które ma podłoże polityczne o charakterze zbrodni jest spiskiem, chociaż czasem nie musi być aż tak tajne.

Spiski znane każdemu z  programu szkolnego:  spisek związany z zamordowaniem Cara Mikołaja II, spiski mające na celu mordowanie cesarzy rzymskich (Juliusz Cezar), spisek związany z aresztowaniem Templariuszy, spalenie Reichstagu, próba zabójstwa Papieża,  zabicie J.F.K., itp.

Istnieje mnóstwo przykładów, wspomnę o ostatnio przeczytanym.  Chociaż wiadomo o tym z różnych źródeł, to spektakularnie o spiskach mówi Z. Brzeziński w jednej ze swoich książek.
W szczególności o  Al-Kaidzie i talibach – jawnie przyznaje, że USA wykreowała podwaliny obydwu aby wzmacniając radykalizm islamski zdestabilizować ZSRR i jego sfery wpływów, co się zresztą udało, głównie przez wciągnięcie Sowietów w wojnę afganistańską.

Skłaniam się by przyznać rację wypowiedzi na pewnym blogu: „… wierzę w ŚWIADOME i wyrachowane działanie określonych grup, które nie liczą się z nikim i z niczym, sięgających po wszystkie możliwe środki, żeby osiągnąć taką czy inną korzyść. Ponieważ dysponują środkami nieosiągalnymi dla większości ludzi, czasem nawet niewyobrażalnymi, nie muszą w tym celu spiskować. Po prostu stawiają sobie cel i go osiągają. Choćby po trupach. Nie mają dla nich znaczenia ani środki, ani koszty, ani skutki (uboczne), tylko cel.”

Istnieje teza, że aby przeprowadzić tego typu działanie, robi się je w sposób tak bezwzględny, nieludzki i bezczelny, że normalnie nie mieści się on w głowie, ale właśnie o to chodzi – zakłada się że nikt nie uwierzy, że było to działanie z premedytacją.

Pod tę kategorię niektórzy podpisują zamach WTC 11/09 2001 (gdy podejrzenie kieruje się na czynniki w samych USA) lub domniemany zamach na samolot prezydencki pod Smoleńskiem.
Ale to tylko  przykład możliwości takiej kategorii spisków – nie twierdzę, że tak było.

Dodajmy jeszcze do tej kategorii mafie, tajne koneksje, nepotyzm, ukryty lobbing…

Historia – ściśle powiązana z polityką.

Jak powiedział Napoleon Bonaparte: „Historia to uzgodniony zestaw kłamstw„.
Mieliśmy za komuny dobry przykład takiego przekłamywania, ale zjawisko jest stare jak świat, po dzień dzisiejszy. Władza chwali siebie, państwa tworzą swoje legendy.

Jeszcze nie znamy wielu faktów nawet z nowszej historii, szereg akt jest utajnionych, bo … są rzeczy do ukrycia. To są sprawy znane i oczywiste, więc nie trzeba się nad tym rozwodzić. Ale przy okazji warto przeczytać Douglasa J. Kenyona „Zakazana historia”  (tu i dalej odsyłam do literatury popularnej, w której nie ze wszystkim można się zgodzić, ale ten rodzaj lektury na początek jest łatwiejszy od pozycji bardziej naukowych).

Gospodarka

Obecnie podłoże wielu spisków jest bardziej komercyjne niż polityczne. Światem rządzi kasa, a polityka jest tylko środkiem. Najpotężniejsi nie są politykami i są w cieniu, najczęściej albo nieznani, albo mało znani opinii publicznej.

To jest wpis na blogu a nie długi referat, więc przelecę tylko po paru hasłach:

zmowy cenowe np. w ramach „big oil”, zmowy bankowe, wstrzymywanie wynalazków zagrażających status quo, zwłaszcza w zakresie energetyki, motoryzacji, leków.

Nauka

Nawet tutaj spiskuje się przeciw prawdzie. Pewne odkrycia są niewygodne dla establishmentów, dla władzy, dla karier namaszczonych naukowców. Mogłyby zburzyć spokój społeczny lub interes sponsorujących daną dziedzinę korporacji, nie są zgodne z paradygmatem…

Odsyłam do klasycznej  pozycji „Zakazana nauka” (J. Douglas Kenyon) i „Zakazana archeologia” (Michael A. Cremo i Richard L. Thompson) oraz wspomnianej „Zakazanej historii„.

Naukowcy śmieją się z dywagacji o UFO, trywializują sprawę żartując o zielonych ludzikach i mówią że nie ma dowodów (sic!). A faktem jest, że mało która dziedzina jest tak dobrze udokumentowana jak właśnie obserwacje UFO (w szerokim sensie). Być może sytuacja w zakresie ujawnienia pewnych informacji polepszy się za sprawa programu  „Ujawnienie” i nacisku wielu innych organizacji, aczkolwiek niektóre z nich stanowią przykrywkę do wprowadzania celowego zamętu wokół UFO.

Albo geoinżynieria, tajne bronie, chemtrails itp. Mało o tym wiemy – prawda?

Czy świadome kłamstwo wymierzone w interesy/dobro ludzi nie jest spiskiem?

Czy zatajanie jakiegoś remedium na istotną chorobę/brak  nie jest spiskiem?

Jeśli poruszony tu temat jest dla kogoś nowy, to wspomnę że istnieje wiele portali o niewyjaśnionych sprawach naszego świata i  spiskach, więc nie będę się dalej wymądrzał. Także na facebooku są skoncentrowane na tym strony i grupy, np. Fanklub Wiedzy i Historii Wszechświata – http://www.facebook.com/groups/fanklubwiedzy/?ref=notif&notif_t=group_activity, …

Istnieją też czasopisma o podobnej tematyce, zwłaszcza „Nexus” (także wersja polska), „Atlantis Rising”, „Nieznany Świat”,…

No i niezliczona ilość książek!

To ciekawa lektura, nawet jeśli traktuje od czasu do czasu o fantazjach.

Jak marnować pieniądze?

Nie próbuj posługiwać się autorytetem tam, gdzie wystarczy rozsądek.
William Szekspir
Sposobów jest mnóstwo, ale większe możliwości mają ci, którzy robią to z pieniędzmi publicznymi lub w rękach dużych organizacji.
Dwa przykładowe obrazki z ostatnich dni w Warszawie.

Nowe przystanki ZTM w Al. Solidarności – przy srebrzystym wieżowcu i koło ZOO. Prawie miesiąc kosztownych prac, zmiany w organizacji ruchu, przystanki zastępcze. Ciężkie (materiałochłonne) konstrukcje o wątpliwej stabilności i nie dające cienia. A to wszystko w niecały rok po podobnych długotrwałych pracach przy całkiem ładnych przystankach w tych samych miejscach….

Impreza charytatywna w formie koncertu. Prawie tydzień kosztownych przygotowań, w tym postawienie na jeden dzień dużej hali koncertowej. Po imprezie natychmiast rozebranej, co zapewne też kosztowało. A gdyby TE pieniądze przeznaczyć właśnie na cel charytatywny albo halę wykorzystać jeszcze do innych celów?
Podobne działania obserwowałem i przy innych imprezach.
Nie dziwmy się więc, że przy takim gospodarowaniu finanse kuleją a skarbonki/skarbce są chude…

Dlaczego góry

Wszystkie nasze marzenia mogą stać się rzeczywistością
– jeśli mamy odwagę je realizować.
Walt Disney

Bieszczady

(z perspektywy Warszawiaka, pisane 3 lata temu – temat ożył po kolejnej wizycie w Bieszczadach).

Dlaczego marzą mi się góry na miejsce zamieszkania?

Kocham góry. Wiele razy tam bywałem, tam stawiałem swoje pierwsze kroki jako dziecko, tam poznałem żonę. Góry są piękne.

Niziny bywają piękne, ale trochę monotonne i widokowo nie mogą się równać z widokami górskimi.

Góry dają dalekie perspektywy nie tylko dosłownie – gdy stanie się na którymś ze szczytów, ale i w szerszym sensie.

Dają poczucie siły, spojrzenia na wiele spraw właśnie „z góry”. Tam najłatwiej znaleźć spokój i prywatność. Z drugiej strony – współcześnie dobre zaopatrzenie dociera prawie wszędzie, a gdy chcemy – przez TV, Internet, telefony – mamy natychmiastowy kontakt z całym światem.

Tam mamy dwa-trzy-cztery atrakcyjne sezony– dla siebie i dla gości (turystycznie – większa dochodowość w przypadku wynajmu pokoi lub innych usług).
Piękne lato, kolory jesieni i przepiękna zima. Słoneczna wiosna jeszcze z topniejącymi śniegami też urzeka. Przyroda zachwyca nie tylko widokami – to mnogość roślin, form skalnych, szmer strumieni i wodospadów, słońce na połoninach i orzeźwiający cień lasów i ich magiczny majestat.

Kto lubi górskie wędrówki, zdrowy wysiłek – ma pole do popisu.

Góry zapewniają więcej ruchu – dla zdrowia (kondycja, dobre powietrze). Tereny górskie na ogół ekologicznie są czystsze – tam nie ma przemysłu, w szczególności czysta woda górska, a bywa że wody są lecznicze/mineralne.

Las to nie tylko  rekreacja i zdrowie, to opał, budulec, wszelkie inne dary lasu.

Staje się realne uprawianie narciarstwa nie tylko akcyjnie raz w roku, w tym biegowego i snowboardu lub saneczek.

W pobliżu zalewów i jezior – rekreacja wodna, żeglarstwo, bojery, wędkarstwo, itp. – dodatkowy atut dla turystów, także widokowy. Wtedy także łatwiej o ryby (także pstrągi z hodowli – dla zdrowia!).

Popularna staje się turystyka konna – jest już sporo dostosowanych szlaków.

Morze jest OK., ale ogranicza cię z jednej strony; natomiast góry (nie za duże) dają punkt wypadowy na 4 strony świata. Ponieważ znajdują się na południu Polski, to jest bliżej Europy „cywilizowanej” – Czech, Niemiec, itd. Bliżej do ciepłych mórz i atrakcji turystycznych południa – granice przecież nie istnieją, a drogi są dobre! (np. z Kotliny Kłodzkiej do Chorwacji Płn. lub Triestu niecałe 600 km, a do Świnoujścia 400, z Bieszczad nad Adriatyk 750 km, a do Zalewu Wiślanego 600 km, a do Świnoujścia nawet 850 km –wszystkie odległości teoretyczne – w linii prostej).
Z kolei, do naszej kulturalnej stolicy – Krakowa też bliżej niż z Warszawy (lub do Wrocławia oraz wielu uroczych, zabytkowych miasteczek pogórza). Ew. bliskość granicy umożliwia(ła) dokonywanie zakupów niektórych produktów po niższych niż u nas cenach, a może nawet jakiś handel transgraniczny? Chociaż jest to trochę kłopotliwe, to niektórzy mieszkańcy Bieszczad zaopatrują się w benzynę i inne produkty na Ukrainie sporo zyskując.
A w ogóle życie w tych miejscowościach górskich, które poznałem, jest tańsze niż w Warszawie – porównując ceny produktów. Jeśli ktoś umie i chce – może mieć też większą samowystarczalność na bazie ogródka, sadu lub hodowli.
Marzy mi się np. sytuacja, gdy kiedyś Ukraina będzie w Unii E. lub złagodzi obostrzenia graniczne – wtedy dostęp z Bieszczad do pięknego Lwowa z jego bogatą ofertą kulturalną i tanim dla nas życiem byłby gratką i fajnym przerywnikiem dla wsiowego życia.

Drogi w Bieszczadach (i nie tylko) są dobre (miejscami b. dobre – zwłaszcza w porównaniu z ukraińskimi).

Dla mieszczucha możliwy jest i taki wariant: mieszkanko np. w uroczym Przemyślu z pełnym dostępem do walorów sporego miasta plus chata górska z dojazdem w godzinę lub mniej – na weekendowe wypady lub na dłuższy pobyt w przypadku emerytów lub wolnych zawodów.

Przy budowie domu w górach możliwe są dodatkowe oszczędności, bo naturalne materiały budowlane (kamień, drewno, żwir,…) są łatwiej dostępne, a siła robocza w przystępnej cenie (górale znani są z tego, wynajmuje się ich w całej Polsce).

To budowanie na skale – dosłownie i w przenośni (po sprawdzeniu usuwisk). Miejscami istnieje możliwość wykorzystania źródeł termalnych do ogrzewania domu lub kąpieli.

W górach realna jest także naturalna energetyka wodna i wiatrowa (na małą skalę – potrzeby domowe) oraz słoneczna – zwłaszcza w przypadku stoku południowego. W takim położeniu istnieje też możliwość uprawy winorośli. Widziałem niejednokrotnie  jak tam wszystko ładnie rośnie. Coraz modniejsze i opłacalne stają się uprawy ekologiczne.

Dla patrzących dalekowzrocznie – wobec przepowiedni zalania terenów nadmorskich w zw z przewidywanym ociepleniem klimatu – w górach będzie  bezpieczniej, bezpieczniej może być też wobec kataklizmów przez osłonięcie i w przypadkach ekstremalnych (sic!) – przez ew. bliskość jaskiń w niektórych rejonach. Mówiąc poważniej – może być bezpieczniej na co dzień – można w sposób naturalny utrudnić dostęp intruzom, mieć teren pod wzrokowym nadzorem. Ale – jak widzę w Bieszczadach – większość domostw jest nie ogrodzonych, bo właściciele czują się bezpiecznie. Bo i ludzie są życzliwsi – nie tylko w tym że mówią sobie „dzień dobry” na szlaku.

Tu żyje się spokojniej niż w mieście, czas jakby płynął wolniej.

Także aklimatyzacja społeczna w Bieszczadach (gdzie indziej sytuacja będzie inna) jest względnie łatwa – tutejsza ludność jest w większości napływowa, a ostatnio budujący się to dobrowolna, pasjonacka emigracja miejska. Myślę, że są to ludzie z którymi nadaję i odbieram na jednych, typowo górskich „falach”. 🙂 Góry kształtują charaktery, i mieszkańców i turystów – tu spotkałem zawarłem wartościowe znajomości, tu jest inna „publiczność” – nie leniwa (leżeć bykiem na plaży) i zabawowa (bary i dyskoteki) lecz szukająca piękna i refleksji…

Działki w górach nie są jeszcze relatywnie drogie. Nawet jeśli pomysł zamieszkania w górach nie ziści się, to warto rozważyć inwestycję właśnie tam – do odsprzedania za jakiś czas (a tymczasem można by tam dla siebie postawić jakiś wakacyjny baraczek?) lub/i na wynajem.

Także mieszkania w miasteczkach górskich są tańsze niż w Warszawie czy innych większych miastach.

Cytuję wypowiedzi agentów nieruchomości, na przykładzie Bieszczadów (sprzed 3 lat):

„…Ale Bieszczady i tak są skazane na sukces, analitycy wróżą im karierę w ciągu najbliższych kilku lat.

– Stygnie rynek nieruchomości w dużych miastach, a rozpoczyna się gorący czas dla miejscowości turystycznych. Czas na Bieszczady dopiero nadejdzie. Myślę, że w ciągu pięciu lat – prognozuje Jaromir Rajzer.”

„Już teraz Bieszczady odkryło wielu bogatych Polaków. Jak zdradzają podkarpaccy pośrednicy nieruchomości, coraz więcej rośnie w Bieszczadach ekskluzywnych letniskowych chat wartych po około miliona złotych każda. – Są całe enklawy oddalone od drogi, np. w okolicach Rajskiego, gdzie stoją takie chaty…. to osoby ze świata kultury – piosenkarze, aktorzy, są też biznesmeni, znani architekci.”

Oczywiście, trzeba znaleźć odpowiednie miejsce – spełniające szereg wymienionych warunków, w tym ze względnie dobrym dojazdem i mediami.

Dlaczego Góry?

Oto parę wypowiedzi pod którymi się podpisuję:

Nie tylko dla pięknych widoków ze szczytu – głównie dla/dzięki ludziom, z którymi się w górach spotkałem, ludziom – z którymi nadaję na jednych, typowo górskich falach.

—-

W górach gdy się potknę i wywrócę, nikt nie spojrzy podejrzliwie że może pijana jestem, za to wyciągną się do mnie życzliwe, pomocne dłonie, za to spotkam się z pełnym troski pytaniem czy nie potrzebuję pomocy. Nikogo nie obchodzi w co jestem ubrana. No, może czasem jaki bardziej doświadczony turysta (poznaję ich po znoszonych butach) łagodnie zasugeruje, że klapki to nienajlepsze obuwie na Giewont, a na Zawrat lepiej wziąć coś ciepłego…Byłam świadkiem scen gdy ludzie dzielili się z obcą , przygodnie poznaną osobą kanapką i piciem, gdy na trudniejszym przejściu podawali sobie rękę, lub cierpliwie czekali na wąskim przejściu na osobę słabszą. Góry uwalniają tolerancję.
… Na ogół – panuje powszechna życzliwość i tolerancja. Dlaczego jeszcze ? Dlatego, że by dostać nagrodę w postaci pięknego widoku, najpierw trzeba się zmęczyć, pokonać własną słabość, często lęk wysokości.

Dalekie miasta są niczym” – jak mówi rajdowa piosenka, ale przecież można dość szybko do nich się dostać, gdy trzeba.

Co o tym wszystkim sądzicie? Może ktoś ma jakieś doświadczenia i takie plany przeniesienia się z  interioru Polski w góry?

Skopana piłka

Na pytanie po zakończeniu meczu piłki nożnej:
– tato, jaki jest wynik?
– 0:0
– to po co grali…?

il. za http://www.polskapilkakobiet.pl/

Nie jestem fanem ani znawcą piłki nożnej (więcej: nie lubię futbolu), więc może nie powinienem się o niej wypowiadać.

Ale widzę, że podobna sytuacja nie powstrzymuje innych od krytycznych ocen, do których chcę się przyłączyć – z trochę ogólniejszej perspektywy.

Sprowokowały mnie ostatnie zadymy stadionowe oraz skandal jaki się szykuje w związku z Euro 2012.

To co zdarzyło się np. kiedyś na meczu w Wilnie, a potem w całej serii burd stadionowych tylko potwierdza n-ty raz, to, co myślę o piłce nożnej. Może nie ogólnie, ale o naszej, może nie w 100%, ale w większości aspektów.

Skandale we władzach polskiej piłki, korupcje sędziowskie, ustawianie meczy – to wizytówka środowiska.

Nie wiem czy to przekłada się na poziom kibiców, ale wieloletnia pobłażliwość władz klubowych i wyższego szczebla względem chuliganów, na pewno nie poprawia sytuacji.

Pseudokibic piłkarski jawi mi się więc przede wszystkim jako półgłówek, który nie rozumie, że rozróbami podcina gałąź na której siedzi”, tj. sport który (podobno) lubi. Chyba że nie o to chodzi…

Jeśli nawet rzeczywiście lubi ten sport, to półgłówek daje się podniecić myślą, że jego klub jest najlepszy (choćby ewidentnie był słaby) do tego stopnia, że zabiłby kibica innego klubu.

Oczywiście nie ma to nic wspólnego z autentycznym sportem, w którym zdarza się przegrywać i trzeba umieć przegrywać. Szowinizm klubowy, nawet narodowy, ostracyzm i inne plagi typowe dla Polaków (sorry, kibic tego nie zrozumie, zapędziłem się…) – tu dochodzą do absurdu wyzwalając przy okazji najniższe instynkty.

Mój absmak podziela np. Daniel Passent. Zacytuję (za zgodą autora) fragmenty z jego felietonu „Na złość kibicom” (w książce „Pod napięciem”, a pierwotne w tygodniku Polityka 27/2006).

„… Chamstwo na boiskach jest już powszechnie akceptowane. Sprawozdawcy i komentatorzy telewizyjni, wśród nich zawodnicy i trenerzy zaproszeni do studia, mówią o „faulu taktycznym”, to jest popełnionym nie w wirze walki, ale z zimną krwią, celowo, żeby powstrzymać przeciwnika. Doradzają nawet, żeby takie faule popełniać zaraz po przechwyceniu piłki przez drużynę przeciwną, na jej połowie boiska, bo wówczas ewentualne konsekwencje w postaci rzutu wolnego będą mniej dotkliwe. „O, tak trzeba grać!” – mówią z uznaniem na widok piłkarza, który podstawił nogę rywalowi odpowiednio wcześnie. Sprawozdawcy telewizyjni mają nawet czasami za złe sędziom nadmierną, ich zdaniem, surowość: „No, ja bym nie powiedział, że to był faul na żółtą kartkę. Wystarczyłby rzut wolny”. Oczywiście, obowiązuje etyka Kalego: jeżeli pokrzywdzony jest nasz, to faul był brutalny, jeżeli faulował jeden z naszych, to nic nie było – gramy dalej. Jeżeli to nasz piłkarz kopał w kostkę, to mówimy, że sędzia „dopatrzył się przewinienia”, zamiast „pozwolić grać”. Jeżeli natomiast kopnięto naszego, to sędzia „zezwala na zbyt wiele”, już dawno powinien był sięgnąć po kartkę. ….

Piłka nożna łączy narody bardziej niż ONZ – dzięki niej dowiadujemy się o istnieniu Ghany czy Ekwadoru. Ale zarazem jaka to szkoła szowinizmu! Kibice gwiżdżą na boiskach, biją się, a nawet zabijają na ulicach, media piszą o „upokorzeniu przeciwników”, komentatorzy mówią o „hańbie” przegranych. Kiedy grają nasi – śpiewamy hymn (spełnia się postulat wicepremiera Romana Giertycha – więcej hymnu!). Kiedy grają przeciwnicy – nasi gwiżdżą, chociaż podobno futbol wychowuje i jest szkołą fair play. Kiedy nasi bombardują – to my krzewimy demokrację. Kiedy nas bombardują, to uprawiają terroryzm. Więc może to nie piłka nożna jest winna? Może winni są ludzie, którzy na stadionie pokazują swoją inną twarz? W tłumie tysięcy kibiców gwiżdżą i czują się równie bezkarni i anonimowi jak bezimienni internauci, którzy mogą napisać, co chcą i na kogo chcą, tak jak na ścianie kloaki. Może to i mniejszość, ale znacząca i mająca swój udział w psuciu obyczajów.


(więcej w źródle).

Wracając do Euro 2012. Ta wielka impreza rozpaliła wyobraźnię prawie jak hasło „druga Japonia” – „skok cywilizacyjny”, wielka promocja Polski itd.

Ale zanosi się na antypromocję. Bo Polska w ogóle nie spełnia wymagań tak wielkiej imprezy, z tak wielką ilością przyjezdnych kibiców. Zacytuję czyjś sarkastyczny wpis w Internecie:
„Teraz dopiero Europa zobaczy Polskę ze swoimi obskurnymi dworcami, tunelami, brakiem toalet, albo z zaszcz….i toaletami, niegrzecznymi kasjerkami, nie znającymi języka obcego policjantami, wąskimi drogami, korkami w miastach, brakiem obwodnic itd itd. To będzie niestety pokaz prawdziwej Polski”.

Może nie będzie tak źle, ale … ciemno widzę taki stan jako „promocję Polski” z okazji Euro 2012.

Wysiłek budowy stadionów, to nie wszystko.

Autostrady? Dla pijanych chuliganów? Zresztą zaczną się sypać, bo zabierzemy się za nie na hura…

Ale miało być o piłce. Cóż, powiedzenie o wychowawczej roli sportu wydaje się dziś kpiną, może ma zastosowanie do szkółek piłkarskich dla sześciolatków, ale nie dużo dalej.

Sami piłkarze przecież nie tyle uprawiają sport, co zawodowstwo piłkarskie. Gdzie nie popatrzeć, wszystko zostało zepsute przez komercję. To psuje i samych piłkarzy – woda sodowa potrafi uderzyć do głowy, gdy się ma świadomość swej ceny idącej w miliony dolarów.

Podsumowując to wszystko zwięźle – to żałosny przykład do tezy o upadku szeroko pojętej kultury, przejawiający się nie tylko w „kultowym” pluciu piłkarzy na murawę. A to są przecież idole, milionerzy, wzory osobowe dla milionów chłopców…

Stadiony? Dla kogo – dla band wyrostków, którzy wszystko mają za nic?
Czyżbyśmy nie mieli większych potrzeb? Euro przeminie, a ponieważ u nas bardzo mało dba się o kulturę fizyczną (ładne słowo tu się utarło: k u l t u r ę…) , to później te stadiony będą świeciły pustkami, lub/i zostaną zdewastowane a nawet może trzeba będzie je zburzyć, bo nie będzie środków na ich utrzymanie. Chyba że wróci tam „Jarmark Europa”…

Warszawie dużo bardziej potrzebne są inne, podstawowe inwestycje, np. w drogi, bo brak obwodnicy, nie ma dojścia ani jednej autostrady, obiecanej linii metra, ale także miejska woda nie nadaje się do picia, …

Po Euro tak duży stadion piłkarski faktycznie nie będzie potrzebny skoro na mecz ligowy przychodzi jakieś ok. 8 tys. widzów, a niedawno ukończono całkiem przyzwoicie stadion Legii. Czy stać nas na taką rozrzutność?

Stadion narodowy w Warszawie powinien być maksymalnie wielofunkcyjny (lekkoatletyka, żużel, koncerty,…) a wokół powinien być zapowiadany cały kompleks obiektów sportowych (Narodowe Centrum Sportu) z m.in. halą sportową. Okazuje się, że nie przewidziano bieżni lekkoatletycznej i że nie cały oczyszczony z targowisk teren na północ od stadionu będzie zagospodarowany a nawet estetycznie uporządkowany.

Wszystko to ma barwy afer.

Jak ujawnił niedawno architekt Michał Borowski, były szef spółki Narodowe Centrum Sportu, odpowiedzialnej za budowę Stadionu Narodowego, fakt groźnego błędu w konstrukcji schodów stadionowych był znany od kilkunastu miesięcy, ale sprawę zamiatano pod dywan. A teraz grozi nam wielomiesięczne opóźnienie w oddaniu stadionu i znaczne koszty dodatkowe.

Winni są decydenci (na ogół umocowani politycznie), ale i nasze przepisy – mamy najbardziej restrykcyjny w Europie system zamówień publicznych, a z drugiej strony absurdalny obowiązek wyboru najtańszej (czytaj: często najgorszej) oferty przetargowej i sztywnego trzymania się jej ustaleń, nawet gdyby zmieniły się ceny lub pojawiły lepsze rozwiązania.

Nie wspomnę o aferach z innym stadionami w Polsce – tego nie śledziłem, ale dało się słyszeć…

Ale nie tylko o Stadion Narodowy i stadiony chodzi.

D. Tusk chciał zdobyć polityczny poklask budową „orlików” i tym się chlubi.

Ale, po bulwersujących informacjach dotyczących budowy boisk w ramach programu „Orlik 2012”, które ujawnili dziennikarze programu „Superwizjer”, okazało się że korupcja w piłce zdarza się nie tylko na boisku.

Według informacji ze śledztwa dziennikarskiego zamówiony przez Ministerstwo Sportu projekt miał w założeniu preferować wybrane firmy dostarczające materiały do budowy boisk.

Dziennikarze „Superwizjera” wykazali ponadto, że przy zamawianiu projektu architektonicznego przez Ministerstwo Sportu mogło dojść do złamania ustawy o zamówieniach publicznych – urzędnicy resortu tak podzielili zamówienie, że wykonanie jego części mogło odbyć się z pominięciem przetargu, czyli z tzw. „wolnej ręki”. „Takie działanie jest sprzeczne z ustawą” – podkreślił Mariusz Błaszczak – przewodniczący Klubu PiS, który zgłosił sprawę do  prokuratury. „Skala inwestycji w programie „Orlik 2012” to około 2,5 mld złotych, dlatego nie wolno lekceważyć sygnałów wskazujących na nieprawidłowe wydawanie tych funduszy bądź sprzyjanie wybranym oferentom” – podsumował Błaszczak.
A czy orliki spełniają oczekiwania i standardy techniczne? I ekologiczne – plastikowa „murawa” pyląca i śmierdząca.

Skoro o polityce i PO, to należy wspomnieć o kolejnej aferze – ostatniej nagonce na kibiców.

Oczywiście należy zwalczać łamanie prawa, burdy stadionowe, natomiast robienie z pseudokibiców jednego z głównych problemów kraju przez rząd Tuska i część mediów wygląda na celową taktykę, aby przykryć nieudolność rządu PO-PSL.

Tak wyolbrzymiony problem będzie stosunkowo łatwo rozwiązać (przy współczesnej technice), co zostanie okrzyczane ogromnym sukcesem rządu.

W dodatku kibice są jednym z niewielu licznych zorganizowanych środowisk krytycznych wobec rządu. Mogą oddziaływać na społeczeństwo chociażby poprzez wywieszanie niewygodnych dla rządzących transparentów – co prawda telewizje starannie cenzurują antyrządowe napisy (czy tak są szkoleni operatorzy kamer i realizatorzy transmisji, czy to ci sami, którzy pracowali w telewizji za komunistycznej PRL?), ale dziesiątki tysięcy ludzi na stadionie są w stanie przekazać informację o tym setkom tysięcy, a nawet milionom obywateli.
Ktoś zgrabnie to wszystko podsumował (z transparentów stadionowych):

STADIONY – PRZEPŁACONE

AUTOSTRADY – NIE BĘDZIE

DWORCE – PRZYPUDROWANE

LOTNISKA – PROWINCJONALNE

ZAWODNICY – SŁABI

TEMAT ZASTĘPCZY KIBICE!

RZĄD – ZADOWOLONY!

Niespełnione rządu obietnice – temat zastępczy kibice.

Jak pisał Ryszard Czarnecki (http://ryszardczarnecki.salon24.pl/303871,kibol-tusk-z-bejsbolem )

„Za co Donald Tusk nienawidzi kibiców piłkarskich? Przecież jest jednym z nich. Był szefem szalikowców Lechii Gdańsk, brał udział w zadymach po meczach wyjazdowych tego klubu w Bydgoszczy i Olsztynie. Przed niemal 4 laty jesienią 2007 roku była o tym mowa najpierw w audycji radia „TOK FM”, a następnie w programie „Teraz my” Sekielskiego i Morozowskiego w „TVN 24”.  W „TOK FM” niezastąpiony Tomasz Wołek wychwalał odwagę kibola- Tuska za to, że dzielnie poczynał sobie w starciu z kibicami Zawiszy Bydgoszcz używając w tym celu… jakiegoś węża ogrodowego! W audycji tej skomentował to prof. Wiesław Władyka, mówiąc o Tusku „żulja” (miało być śmiesznie) zaś Jacek Żakowski, jak zwykle bardzo dowcipnie, krzyczał wtedy „Donald, bierz bejsbola i do roboty!”. Na koniec złotousty Wołek chwaląc odwagę kibola Tuska powiedział, że takie sytuacje miały miejsce nie tylko w Bydgoszczy… Jak widać, jak mówi stare polskie przysłowie: zapomniał wół, że cielęciem był.

Ale dziś Tusk nienawidzi tak naprawdę kibiców za transparenty, które wywieszają na meczach…

I to jest właśnie powód, dla którego premier Tusk udaje teraz szeryfa, tupie nogą i surowo marszczy brwi. Udaje, że zapomniał, że to jego własny klub parlamentarny (PO) był za odrzuceniem w pierwszym czytaniu (!) projektu ustawy zgłoszonego przez PiS (sprawozdawca poseł Arkadiusz Mularczyk), który dotyczył zakazu wnoszenia niebezpiecznych przedmiotów (np. maczet) na stadion. Sam Tusk i jego rząd nic w tej sprawie nie zrobili, a dziś urządzają szopkę odwracając uwagę Polaków od swoich porażek w polityce gospodarczej, drożyzny i budżetowej dziury Tuska.”

Dla mnie dzisiejsza piłka nożna (nie tylko w Polsce, nie mówię też o sporcie amatorskim) ociera się o jakiś obłęd, to nie tylko szkoła niskich instynktów, ale zjawisko głęboko zanurzone w brudną politykę. Futbol to sprawa wagi państwowej, a nawet – państwo w państwie, ponadpaństwowa organizacja o symptomach mafijnych.

A politycy przypochlebiają się via futbol masom, jak w powiedzeniu „chleba i igrzysk”, ale w wielu krajach igrzyska przebijają troskę o chleb – istotne potrzeby ludzi.
Bo to świat wielkich interesów, reszta to narzędzia….

 

 

Ambiwalentnie o nowych przepisach rowerowych

Życie jest podobne do jazdy na rowerze.
Nie można utrzymać równowagi stojąc w miejscu.
Linda Brakeall

Weszła w życie nowelizacja przepisów ruchu drogowego w odniesieniu do rowerzystów.
Chwali się ją jako krok ku Europie.
Ja tylko częściowo podzielam ogólny entuzjazm. Dlaczego?

Najpierw zdeklaruję się jako entuzjasta rowerów w opozycji do samochodów, czemu wielokrotnie dawałem wyraz na mej (starej!) stroniczce http://www.BezSamochodu.pl.tl

Jestem jednocześnie też kierowcą (nie wszystko da się zrobić tylko przy pomocy roweru) i znam nasze realia drogowe.

Otóż sądzę, że daleko nam do Europy nie tyle z powodu przepisów, co za przyczyną infrastruktury i … kultury.

Mamy jeszcze stanowczo za mało ścieżek rowerowych (a ich jakość budzi często wątpliwości), stojaków na rowery, oznakowań.

Co do kultury, to ze strony rowerzystów mało kto używa kasków, wiele rowerów nie ma oświetlenia – zwłaszcza na prowincji, gdzie dodatkowo widzi się rowerzystów nietrzeźwych. Widzę też, że niektórzy, w poczuciu swojej wyższości (skądinąd słusznej jeśli się uwzględni przewagi roweru nad samochodem w mieście ) ostentacyjnie zajmują cały pas na jezdni, spowalniając ruch. Chociaż niektórzy rowerzyści mkną aż nadto szybko jak na swoje bezpieczeństwo, to i tak przecież nie mogą równać się z samochodami.
Ze strony kierowców – wiadomo – kultura jazdy jest u nas jeszcze niska, a w przypadku gdy przed kierowcą jedzie rowerzysta, prowokuje to dodatkową agresję.

W sumie – niepokoję się i nawet jestem pewien, że znacznie wzrośnie ilość wypadków.

Nie zawsze musi to być wina kierowcy – po prostu rower jest bardziej wywrotny, podatny nawet na nieduże nierówności naszych fatalnych dróg, nie ma przecież poduszek powietrznych ani żadnych osłon czy pasów bezpieczeństwa, mało kto używa lusterek wstecznych, …
I głównie ze względu na te poważne zagrożenia uważam wprowadzenie wspomnianej zmiany przepisów za przedwczesne.
Innym aspektem sprawy jest zdrowie rowerzystów. Osobiście nigdy nie pcham się rowerem pomiędzy samochody także ze względu na spaliny. Oddech rowerzysty jest przyspieszony i pochłanianie szkodliwych wyziewów jest wzmożone. Chociaż niektórzy dowodzą, że tak nie jest, to oceniam to zjawisko z autopsji (w mieście).

Innowacje

Nie ma nic bardziej nieużytecznego od efektywnego wykonywania tego,
co w ogóle nie powinno być robione.
Peter F. Drucker

Motto przewrotne, ale dotąd wydawało mi się, że u nas tylko gada się o innowacjach, zamiast je wdrażać. Jednak chyba coś się zmienia…
Bodajże nigdy tutaj nie odnosiłem się do swego życia zawodowo-inżynierskiego – uważam, że to nie jest odpowiednie miejsce,  a ponadto to temat dość hermetyczny i stosunkowo mało interesujący dla większości.

Dziś zrobię nieduże odstępstwo ponieważ zajmę się innowacjami inżynierskimi, które mają cechę ogólniejszą – pokazują kreatywność i wykraczanie poza schematy, czyli dotykają tematu jaki dość często pojawiał się w serwisie http://www.L-earn.net [już nieczynnym].

Impulsem było uczestnictwo w konferencji „E-narzędzia i technologie generatywne – szybka ścieżka innowacji” jaka była zorganizowana niedawno przez Agencję Rozwoju Przemysłu w Warszawie.

Było bardzo ciekawie i mógłbym napisać długi o tym raport, ale z wymienionych wyżej względów rzucę tylko parę haseł.

Sporo słyszy się w ujęciu popularnym o nanotechnologiach, o nowych materiałach jak np. grafen.
Natomiast ostatnio mniej dokładnie śledziłem postępy technologii produkcyjnych, zwłaszcza mechanicznych, jako że dość dawno przeszedłem na inne pola zainteresowań. Dlatego sporym zaskoczeniem było dla mnie jak duży postęp nastąpił w projektowaniu i wytwarzaniu prototypów urządzeń. Obecnie wyzwaniem jest znaczne przyspieszenie całego procesu. Oczywiście klasyczne programy CAD już dawno w tym pomagają, ale nastąpiła znaczna integracja z procesem produkcji.
Mówi się teraz o Rapid Prototyping (RP), Rapid Tooling (RT) i Rapid Manufacturing
Pozwalają one także zmniejszyć koszty i poprawić jakość produktu.
Stało się możliwe tworzenie bardzo złożonych konstrukcji dzięki różnym technikom warstwowym (przyrostowym).
Wyobraź sobie na przykład skrzynię biegów. I że  możesz ją prześwietlić tomografem przemysłowym plasterek po plasterku uzyskując plan skomplikowanego zamkniętego urządzenia („odwrotna inżynieria”).
A teraz możliwy jest proces odwrotny w sensie fizycznym – tworzy się całą skrzynię biegów w jednym procesie i w jednym nierozbieralnym kawałku – nakładając i scalając plasterek po  plasterku materiału [ później przyjęło się określenie druk 3D ].
Oczywiście uprościłem, ale pokazuję jak dalece różni się to od rozciągniętego w czasie procesu tworzenia osobno kilkudziesięciu części i ich montażu.
Obróbka skrawaniem, nawet odlewanie staje się coraz mniej stosowaną technologią. (RM), w których to pojęciach mieści się wiele tzw. technologii generatywnych.

Dużą rolę odgrywają tutaj nowe materiały i inżynieria materiałowa – dobry przykład innowacji.

Nowe możliwości, które zawdzięczamy zwłaszcza komputerom, nie są jeszcze w pełni wykorzystane ponieważ potrzebne jest oderwanie się od ugruntowanych schematów projektowania a nawet myślenia – innowacje mają też wymiar ludzki. Innym aspektem jest coraz większe dostosowanie „design thinking” do rzeczywistych potrzeb ludzi i sprzężenie zwrotne w procesach projektowo-produkcyjnych z odbiorcą/klientem.

Koresponduje to z drugim głównym tematem konferencji – Oszczędnego Wytwarzania (Lean Manufacturing – od głośniej książki „Lean Thinking” J. P. Womacka).
Chociaż optymalizacja procesu organizacji produkcji (i nie tylko) to stary temat, to wciąż następuje postęp, który ma źródło np. właśnie w rewizji utartych schematów.
Sercem koncepcji jest eliminowanie czynności marnotrawnych (w wielu aspektach), takich które nie dodają wartości. Spektakularnym przykładem jest stwierdzone badaniami zjawisko zalegania materiałów (od zakupu do wyjścia z fabryki), gdzie okazało się że udział czasu gdy materiał jest jakkolwiek używany w produkcji to często poniżej 1%.

Skojarzone pojęcia to timing i logistyka operacji, strumień wartości, przepływy ciągłe (sztukowe), system ssący (interakcja z odbiorcą), japoński kaizen …

Kolejnym tematem było wzornictwo przemysłowe, które obficie korzysta z e-narzędzi i jest coraz bardziej innowacyjne  oraz wymusza innowacje technologiczne.

Powyższe dziedziny mogą być dobrą inspiracją dla młodzieży, która myśli o wyborze kierunku studiów wyższych – coraz większe szanse na pracę mają inżynierowie (co już widać w trendzie zainteresowań).

Dość szeroko omawiana była ogólna sytuacja innowacyjności w Polsce. Jest ona wciąż zła i dlatego tego rodzaju konferencje i powiązane inicjatywy są ważne.
Jest to pochodna naszego 5 od końca w Europie miejsca pod względem PKB. Wśród 1,7 miliona podmiotów gospodarczych prawie 95% to firmy mikro, a 4,2% to firmy małe, które finansują się głównie same. Niski jest udział nakładów na B+R. Liczba patentów na milion mieszkańców w Polsce wynosi poniżej 4 gdy średnia w Unii – prawie 112! Nie posiadamy sformalizowanej polityki licencyjnej.
Istniejące placówki B+R mają jeszcze mały kontakt z przedsiębiorcami.

Zapowiedziano akcje ARP w kierunku poprawy tej sytuacji oraz szereg imprez popularyzujących i wdrażających innowacje jak np.:

  • 7 Międzynarodowa Konferencja INŻYNIERIA PRODUKCJI 201, INNOWACJE I TECHNOLOGIE PRZYSZŁOŚCI 30.06-1.07.2011 Wrocław
  • XI Międzynarodowa Konferencja Lean Management, Wrocław 14-16 czerwca 2011.

Więcej szczegółów można uzyskać z ARP SA  http://www.arp.com.pl

A w ogóle – oceniając rozwój technologiczny na świecie – jest on może mniej zauważalny z dnia na dzień, ale jednak wielki gdy porównujemy go dziesięcioleciami.
Mam nadzieję, że – gdy nie utracimy równowagi między człowiekiem a techniką, przyczyni się to ogólnego rozwoju. Co nas czeka?