Sprawniej w mediach społecznościowych

Le­piej bez ce­lu iść nap­rzód niż bez ce­lu stać w miej­scu,
a z pew­nością o niebo le­piej, niż bez ce­lu się cofać.
Andrzej Sapkowski

Będzie o lepszych narzędziach i sposobach działania.
Jestem w sieci w wielu miejscach. Z punktu widzenia ekspozycji moich wpisów celowe jest umieszczanie niektórych z nich jednocześnie właśnie „i tu i tam”. Wymaga to dodatkowego zachodu. Już dawno (ze 3 lata temu?) korzystałem z serwisu ping.fm, który pozwalał umieszczać za jednym zamachem wpis na twitterze, facebooku, linkedin. a później w tumblr i na WP. Były i inne podobne serwisy. Pinger.fm przekształcił się w seesmic a potem stał się częścią Hootsuite, z którego też czasem korzystam.
Jednak wszystkie serwisy społecznościowe mają to do siebie, że wpisy na nich są bardzo ulotne – szybko znikają z linii czasu, przynajmniej dla czytelników, którzy śledzą raczej ogólny strumień bieżących wiadomości a nie grzebią w historii czyichś indywidualnych postów.
Ponadto, konta na tych portalach nie do końca są nasze – mogą być zbanowane lub nawet zniknąć przez techniczny przypadek. Najlepiej publikować na własnym blogu i dopiero z niego udostępniać treści dalej. Mam parę blogów, z których najstarszy http://etsaman.blox.pl jest tym, w którym piszę tę wiadomość (chociaż nie do końca – o tym za chwilę). Wybór tej platformy (przed laty) nie był najszczęśliwszy, ale skoro już tak się stało – nie będę się przerzucał… Natomiast, trzeba przyznać, blox ma parę rozwiązań technicznych, które są niezłe. Otóż można pisać posty jako maile (właśnie tak teraz piszę), także z urządzeń mobilnych oraz w postaci smsów i mmsów. To wygodne – nie muszę się logować, mogę dokonywać wpisów przy okazji obsługi codziennej poczty oraz forwardować pewne treści. Wystarczy że wpis pójdzie na pewien prywatny, tajny adres email 🙂
Dodatkowo, w folderze Wysłane poczty tworzy mi się backup wpisów na blogu 🙂

Mam też włączoną opcję, że post z bloga idzie dalej do profilu na facebooku (z pewnym opóźnieniem).
Dla szerszej propagacji wolałbym układ: mail > blog > twitter > facebook + jeszcze jakaś platforma. To jeszcze do przećwiczenia, bo na razie nie widzę opcji blog > twitter, chociaż na niektórych stronach na FB mam dalsze przekierowanie na twittera.
Oczywiście, nie wszystko nadaje się do tak szerokiej publikacji. Np. mój blox miał dotąd charakter bardziej osobisty niż biznesowy, zatem każdorazowo warto zastanowić się jaką drogą pójść. Co do samego etsaman.blox to deklarowałem kiedyś, że będą to krótkie codzienne wpisy, ale przeważnie wychodziło odwrotnie – wpisy rzadkie i szersze (jak ten, lol). Postaram się to zmienić i dziś zamierzam jeszcze coś krótkiego napisać.

Może znacie jeszcze lepsze rozwiązanie?

Manipulacja ceną złota

Złoto – obiektywny i wieczny miernik wartości.

złoto

Istnieje dużo źródeł pokazujących wzrost ceny złota na przestrzeni dziesięcioleci. Właściwie powinno się mówić nie tyle o wzrastającej cenie złota, co o maleniu wartości środków płatniczych, w których mierzy się wartość złota. Jest to tendencyjne odwrócenie porządków oceny, ponieważ to złoto jest odwiecznym miernikiem wartości, natomiast pieniądz papierowy dewaluuje się. Można dodrukowywać dolary, złota nie.

Szereg inwestorów, o dziwo, jakby tego nie rozumie, a niektórzy doradcy rozumieją ale o tym nie mówią, bo mają w tym swój interes … Z punktu widzenia inwestora giełdowego lub inwestującego w fundusze ważna jest wartość akcji lub jednostek uczestnictwa wyrażona np. w dolarach czy euro.
Tak patrząc, także złoto ma swoje wahnięcia rynkowe. W trendzie jednak stale rośnie. Bazują na tym ci inwestorzy lub oszczędzający, którzy nie działają spekulacyjnie lecz w długim horyzoncie.
Akurat w przypadku złota jest dużo przesłanek, że w długim horyzoncie złoto będzie ciągle pięło się do góry.
Dlatego dalekowzroczni inwestorzy nie przejmują się aktualnymi notowaniami tego kruszcu. Dodatkowo motywują się przewidywaniem krachu obecnego systemu finansowego, w którym bez granic emituje się pusty pieniądz, co doprowadzi do katastrofy. Tę katastrofę przeżyje złoto i inne podobne aktywa – tak bywało w historii pieniądza już wiele razy.

Od paru miesięcy cena złota wyrażona w dolarach jednak raczej spadała. Wzbudziło to nieufność tych, którzy i wcześniej nie rozumieli potencjału złota, a teraz wołają „a nie mówiliśmy że to była bańka na złocie? Nie warto w to wchodzić. Złoto jest przeszacowane” .
Zupełnie innego zdania są jednak ci, którzy akurat temat złota znają nieco głębiej i od lat na tym wygrywają. Z bardziej znanych mówi o tym Mike Maloney (książka „Jak inwestować w złoto i srebro”), Ferdynand Lips („Złoty spisek”), Robert Kiyosaki, Ron Paul, i wielu innych. Wszyscy mówią: złoto (i srebro) jest znacznie NIE-niedoszacowane.
Skąd więc właśnie taka a nie inna cena złota, skąd jej spadki?

Otóż cena złota jest i wielokrotnie była manipulowana.
Pominę w tej notatce dawne manipulacje i nierynkowe ustalanie ceny. Zwróćmy uwagę na ostatnie wydarzenia. Oto jak komentuje to serwis Elevation Group, USA (mój skrót).

Ben Bernanke, prezes Rezerwy Federalnej USA (FED), stwierdził publicznie, że stopy procentowe pozostaną na niskim poziomie w najbliższej przyszłości.
Innymi słowy, planuje drukowanie pieniędzy tak długo, jak długo może uciekać od kłopotów tą drogą. To sprawia, że na wartość pieniędzy kruszcowych – złota i srebra będzie rosła.
Gdy tylko Ben tak mówi powoduje to wzrost ceny metali szlachetnych. Tak było od lat.
O ile … rząd nie zadbałby tak nie było …
Nie tak dawno (29 lutego) Ben Bernanke został wezwany przed Kongres gdy złoto doszło do 1.800 dolarów za uncję. Taki poziom osiągnęło tylko kilka razy, ale nigdy przed sierpniem 2011 roku.
Więc, jeśli tendencje byłyby kontynuowane, złoto przełamałoby gwałtownie psychologiczną barierę 1888 USD.
I oto – po chwili – wystrzeliwuje tajemnicze i gigantyczne zlecenie sprzedaży – 1,5 mln uncji złota – coś, czego niemal nigdy nie widział rynek.
Oczywiście natychmiast złoto i srebro zaczęły nurkować. Minęło zaledwie 2 minuty, gdy złoto spadnie z 1.767 dolarów do 1.727 dolarów.
Ogólnie złoto spadło 100 dolarów w ciągu nocy, a srebro o 4 dolary. Było to dokładne przeciwieństwo tego, co powinno się zdarzyć po wystapieniu Bena.
Powstaje pytanie: kto przytrzymał niską cenę złota dla rządu?
Wydaje się, że to JP Morgan, który dał 15.000 zleceń sprzedaży złota zaledwie kilka chwil po tym jak Ben Bernanke zaczął mówić …
Wydaje się też oczywistym, że była to próba zbicia ceny złota w dół. Ale dlaczego?
Ponieważ cena złota odkrywa, że … król jest nagi.
[jak powiedział u nas Robert Gwiazdowski „Kto kupuje złoto – nie ufa rządowi” Ogólnie, ale między innymi, politycy nie chcą wrócić do złota jako środka płatniczego, ponieważ jeżeli pieniądz zyskuje na wartości, zyskują na wartości również długi państw. Ponieważ rządy są największymi na świecie dłużnikami, nagły wzrost wartości ich zobowiązań i kosztów ich obsługi mógłby doprowadzić je do bankructwa, nie tylko finansowego].
Złoto szybuje, kiedy waluta zawodzi – i wydaje się że pewni bardzo silni ludzie chcą położyć złoto. Nawet, jeśli tylko na chwilę.
Nie byłoby to pierwszy raz gdy JP Morgan pracował w zmowie z rządem. I nie chodzi tylko o firmę, mamy na myśli JP Morgana – człowieka. W 1895 roku Morgan pomagał rządowi USA kupić 3,5 mln uncji złota, aby uratować Skarb Państwa.
W 1907 Morgan wydał miliony podpierając upadające akcje na Wall Street by zapobiec kryzysowi finansowemu. Ta interwencja doprowadziła do utworzenia Rezerwy Federalnej w 1913.
I teraz, niecałe 100 lat później, firma JP Morgan pracuje ręka w rękę z rządem.
Czy ich plany zatrzymają naturalną siłę złota?
Na dłuższą metę nikt nie oszuka rynku. Wszystko sprowadza się do fundamentalnych praw …

Mam nadzieję.

PS. Chcesz wiedzieć więcej? Poznaj Tajemnice złota.

Pajdokracja?

Jeżeli sądzisz, że wszystko jest w porządku
to znaczy, że o czymś nie wiesz.
/?/

piłka

Nie wiem czy się pocieszać tym,  że nie tylko polskie rządy sprawiają wrażenie jakiejś dziecinady.
Przykładowo, nagminne zadłużanie państw i przerzucanie idącego za tym obciążenia na przyszłe pokolenie(a) oraz na najuboższych to krzycząca niedojrzałość/nieudolność/nieodpowiedzialność. Zresztą, spora część społeczeństw postępuje podobnie – z braku podstawowej świadomości ekonomicznej daje się wciągać w spiralę kredytową, nie oszczędza, żyje z dnia na dzień (> wątki np. na https://www.facebook.com/groups/zlnazloto/ ).

Jak dla mnie, także dawanie prymatu zabawie zamiast „pracy u podstaw” i myśleniu o przyszłości to też jakaś infantylność. Chyba że rządy wiedzą że i tak wszystko się zawali a  po nich „choćby potop”.

Mam na myśli zwłaszcza szaleństwo piłki nożnej (szerzej o tym w starym wpisie Skopana piłka ).
Co prawda styl „chleba i igrzysk” ma bardzo dużą tradycję, ale obecnie coraz mniej myśli się o chlebie. Przykładowo, koszt Stadionu Narodowego dochodzi do ok. 2 miliardów zł, a wiadomo że nigdy ten wydatek się nie zwróci nawet w części. Mówiąc ekstremalnie – tyle kosztuje rozegranie na nim raptem 5 meczów Euro2012. Ewentualne dalsze zyski i tak nie pójdą do państwa ale do UEFA i firm prywatnych.

Na marginesie wspomnę o coraz częstszych ostrzeżeniach, że Euro2012 może być sceną prowokacji i aktów terrorystycznych o niespotykanej dotąd skali. W sumie – więcej kłopotów i kosztów niż to wszystko jest warte…

Doradca finansowy?

Pieniądz jest dobry, ale w przemyśle, w portfelu, w banku, w handlu, w ruchu,
nie w środku mózgu i serca.
Janusz St. Pasierb

Przykładowy wgląd w historię finansjery

Śledząc od około roku oferty rynku finansowego dla przeciętnego obywatela dojrzałem do wypowiedzenia i upublicznienia paru cierpkich zdań.

Nie będę nikogo wskazywał konkretnie.
Nie będę udawał też wielkiego specjalisty – większość tego co powiem, to fakty znane (czasem zacytuję wprost wypowiedź finansisty) – tyle że stosunkowo nielicznym i na tym polega hipokryzja banków i wielu doradców na ich usługach.

Można by powiedzieć dużo więcej rozszerzając o tło naszych finansów państwowych, wzrastający dług i deficyt budżetowy, spychanie problemów na “kiedyś”, fiskalizm, brnięcie w niekorzystne rozwiązania itd.

Finansjera ma się dobrze. Zyski banków w Polsce rosną – z różnych tytułów.

Przykładowo Europejski Bank Centralny oferuje 1 000 000 000 000 euro trzyletniej pożyczki oprocentowanej na 1% – przeznaczonej tylko dla banków. Na taki kredyt nie mogłyby liczyć przedsiębiorstwa produkcyjne, zaś banki dostają gratis pięć procent różnicy między absurdalnie wysokim oprocentowaniem obligacji włoskich i jednym procentem EBC. Czym zasłużyła się finansjera, by uzyskać tak dobre traktowanie?

Gdyby to jeszcze były banki polskie… ale takich w Polsce już bodajże nie ma.
Zagraniczne banki mają tutaj raj, bo politycy są „spolegliwi”, a inteligencja finansowa Polaków jest jeszcze niska, można nam wcisnąć cokolwiek np. przez agresywną reklamę. Im gorszy produkt tym większa reklama.

System edukacji finansowej w Polsce prawie nie istnieje, więc zadanie jest łatwiejsze.
Są co prawda liczni „doradcy”, ale o tym za chwilę…

Miliony ludzi trzyma oszczędności na RORach z tak nikłym oprocentowaniem, że jest on ledwie ponad inflację albo nawet przynosi stratę.

Nie zawsze pokazuje się ludziom prawdę, że fundusze, polisy inwestycyjne to długoletnie zamrożenie aktywów a składki 2 pierwszych lat (przeważnie) to duży koszt nie do odebrania. Na ile realna jest obietnica, że fundusz za 10 lat da konkretny zysk?

Można powiedzieć, że ci klienci zostali sprzedani w niewolę banku razem z polisą. Biorą, bo nie oferuje się im innej możliwości.

Jeszcze gorsza sytuacja jest z kredytami. Jedna nieprzemyślana decyzja o kredycie np. na 30 lat może delikwenta zniewolić albo i zniszczyć na całe życie. Stąd też takie wielkie zadłużenie Polaków.
Mało kto z klientów wie, że udzielenie kredytu daje bankowi (i systemowi bankowemu) placet na wygenerowanie kolejnego pustego pieniądza co najmniej w skali 10 do 1. Gdyby ludzie powszechnie o tym wiedzieli, to pewnie takie rozruchy uliczne jakie mają miejsce na Wall Street pojawiłyby się i u nas. Dodać do tego informacje o bajońskich zarobkach i premiach dla dyrektorów banków plus informację o tym że te 4-6% na lokacie, to ledwie jedna czwarta tego co bank zarabia na naszych depozytach i mamy gotowe wrzenie.
Jasne, że banki tego nie chcą.

Czy bank oraz agent ma interes by dobrze poinformować klienta o wszystkich uwarunkowaniach produktu? Liczy się złapany klient oraz prowizja.
Oczywiście występuje spory ogólny brak wiedzy czym jest i jak działa polisa inwestycyjna. Jednak wielu klientów polis nie wie jaki produkt naprawdę posiada, co pokazuje także i winę sprzedawcy.

Wykorzystuje on także podejście życzeniowe klientów – wiele osób chce uwierzyć, że wystarczy wpłacać w polisę pieniądze i ktoś w magiczny sposób będzie nimi poprawnie zarządzał. Tak niestety nie jest…
Np. producenci produktów polisowych – umieszczając w tabeli opłat pozycję pod nazwą”opłata za zarządzanie” nie każdemu klientowi tłumaczą, że jest to opłata za możliwość samodzielnego zarządzania w celu wykorzystania braku podatku Belki przy konwersjach (co pozwala np. na zysk większy niż kupowania tych samych funduszy poza polisą).
Wiele produktów jest jednak obciążonych podatkiem od zysków kapitałowych i klient kupując taki produkt od razu podpisuje cyrograf na 19% lub większy podatek, chociaż odroczony (np. IKZE).

Sztuczka z lokatami jednodniowymi została już ukrócona, bo wszystko co omija fiskusa (polisy też są szyte „grubymi nićmi”) jest zagrożone prędzej czy później.

Wykorzystują też wiarę w „mity inwestowania”: giełda w długim okresie zarabia, uśrednianie, dywersyfikacja. Kowalski na ogól się na tym nie zna i wierzy w realne zyski 12%-18% w funduszach – nic nie robiąc.

Istnieje już niezliczona ilość doradców finansowych (od dużych firm do małych d.g.).

Niektórzy mienią się brokerami, ale biorą prowizje od konkretnych banków.
Powstaje też (nie tanie) różne szkoły inwestowania, kursy giełdowe itp.

Klient jest epatowany skomplikowanymi terminami, strategiami algorytmicznymi, analizami technicznymi …

Może to było i dobre przy względnie stabilnym rynku, ale wszyscy ci guru finansowi raczej ukrywają, że ich strategie nie uwzględniają faktu, że już niedługo grozi nam totalny kolaps wszystkich instrumentów opartych na pieniądzu fiducjarnym. Wkrótce okaże się, że król jest nagi – w USA drukuje się ostatnimi laty tak astronomiczne ilości dolarów bez żadnego pokrycia, że to nie może prowadzić do rozsądnego rozwiązania. Efekt domina będzie globalny. Podobnie euro też nie ma jasnej przyszłości.

Tylko statystyki są pompowanych wirtualną „wartością” wirtualnych instrumentów finansowych…
Wiara w papier, w certyfikaty – puste obietnice przybrała formę jakieś religii.
Nawet wiele obligacji państwowych (klasyczny przykład bezpieczeństwa) nazywa się już śmieciowymi.

Nie wiem, czy to oportunizm czy niedouczenie czy po prostu głupota – wierzyć bezgranicznie w papiery bez pokrycia i wciskać tę wiarę innym w imię doraźnych zysków (zwłaszcza spekulacyjnych) lub dla obrony polityki finansowej.

Czy zatem nie ma innych rozwiązań?

Idea oszczędzania i inwestowania jest jak najbardziej słuszna, ale nie na takich warunkach.

W przypadku krachu pieniądza, który de facto nie jest pieniądzem, a – jak się to oficjalnie pisze na banknotach – jedynie środkiem płatniczym, wartość zachowują tylko dobra materialne jak ziemia, budynki, rezerwy żywności a zwłaszcza surowce.

Większość (wszystkie?) wojen toczy się o surowce.

Zastanówmy się, w co inwestują banki i niektóre rządy. Same siebie raczej nie oszukują.

Głównie w metale szlachetne, prym wiedzie złoto i srebro.
Nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który jest symbolem „pieniądza” jest trzecim co do wielkości na świecie depozytariuszem złota.

Złoto zawsze, przez wieki, było ostoją wartości – jej odnośnikiem i ratunkiem dla tych, którzy przewidywali kolejne kryzysy.
Bo historia kołem się toczy – opisuje to dokładnie Michael Maloney w swej książce „Jak inwestować w złoto i srebro – zabezpiecz swoją finansowa przyszłość”. Ale nie tylko on – wypowiadał się na ten temat nie raz Robert Kiyosaki, Donald Trump, Mike Dillard i inni inwestorzy oraz wpływowi finansiści.

Prawdziwa edukacja finansowa i tzw. inteligencja finansowa powinna uwzględniać to zjawisko cykli kryzysów i ratunkową rolę prawdziwego pieniądza jakim są metale szlachetne. I nie chodzi o certyfikaty na złoto, ale o złoto fizyczne (certyfikat zresztą łatwiej podrobić – w szerokim sensie – niż złotą monetę).

Mimo że nie jestem doradcą finansowym – widzę to jasno i … doradzam inwestowanie w złoto – póki nie jest jeszcze za późno (przed wielką inflacją).

Złoto jest najlepszą inwestycją długoterminową o małych wahaniach, i czymś namacalnym a nie jakimś „papierkiem” na udziały w firmie X. Jego cena stale rośnie i to ostro (chociaż słuszniej byłoby powiedzieć, że to środki płatnicze tracą na wartości względem probierca złota).

Nawet nie chodzi o inwestowanie, które kojarzy się z posiadaniem dużych zasobów, chodzi w pierwszym rzędzie o zabezpieczenie tego, co się już ma na kontach oszczędnościowych i lokatach.

Powstają programy systematycznego oszczędzania nawet niedużych kwot – zamiast na lokatach pieniężnych – w gramy złota inwestycyjnego (czystego: sztabki, monety bulionowe).
Dodatkowym plusem jest brak podatku od zysków kapitałowych (Belki, dotyczy w Polsce tylko złota).

To łatwiejsze i bezpieczniejsze niż inwestycje w nieruchomości (kogo stać powinien pomyśleć i o tym).

Kto będzie w ten sposób przezorny – ma szansę za złoto kupić w przyszłości wszystko (i wszędzie) a nawet znacznie się wzbogacić, gdy inni by przeżyć będą pozbywać się za bezcen tego, co mają.
Mówi się nawet o największym transferze majątku w historii jaki nastąpi między uświadomionymi i nieświadomymi tych zmian.

Ciekaw jestem ilu doradców finansowych o tym wie, a jeśli wie, to jak szczerzy są ze swymi klientami…

Zajrzyj jeszcze na https://www.facebook.com/TajemniceZlota/ – będą różne aktualizacje i ciekawostki.

Dwa modele e-biznesu

Jeśli czegoś nie lubisz – zmień to. Jeśli nie możesz tego
zmienić – zmień swoje nastawienie. Nie narzekaj.
Maya Angelou

kwadranty biznesu

Samo słowo biznes wg pierwotnego znaczenia oznacza zajęcie, ale raczej myślimy o działalności (gospodarczej), która ma przynosić zysk.

Tuzy biznesu wskazują za starodawnym powiedzeniem „Rób, co kochasz a ani jednego dnia nie spędzisz w pracy”,  że idealny biznes to ZAJĘCIE, które lubimy wykonywać, a dochody są jego pochodną.

Podejdźmy do tematu strategicznie.

Co jest największą wartością w życiu przedsiębiorcy, a właściwie każdego?

Zarabia się w jakimś celu, samo zarabianie nie powinno być celem.

Jedni zarabiają na życie, inni by żyć FAJNIE.

Teoretycznie pieniędzy można mieć nieograniczenie dużo, można je stracić i zarobić na nowo. To dobro odnawialne.

Natomiast życie ma się jedno (no, powiedzmy w danym wcieleniu), czas nieubłaganie biegnie.

Bywa, że przedsiębiorca, po 40 latach harówki bez wakacji, przechodząc na emeryturę nie ma już siły ani chęci cieszyć się z tego co zdobył (jeśli nie stracił).

Największą wartością jest czas. Nasze udane życie w nim. Czas na własny rozwój, na spełnianie marzeń, na szczęście.

Oczywiście – bezrobotny ma dużo czasu, ale chodzi o to by mieć czas na zasadzie niezależności finansowej, cieszyć się WOLNOŚCIĄ – także materialną.
Chodzi o to by nie sprzedawać swego czasu za pieniądze (robione w dużej mierze dla kogoś innego), ale raczej go kupować – dla siebie.

To już dawno pokazał Robert Kiyosaki – poczynając od swej słynnej książki „Bogaty, biedny ojciec”.

Tu wchodzimy w filozofię ustawienia swych działań w odpowiednim kwadrancie, jak to nazwał Kiyosaki,  wskazując na ryzyka związane z pracą etatową i samozatrudnieniem.

Dla przypomnienia jego wywód można krótko streścić nawiązując do tych kwadrantów:

Kwadrant I ( P  – Pracownik)    – praca na etacie

Największy błąd i ryzyko to …  praca na etacie.

Pracujesz nie dla siebie ale dla kogoś, jesteś wyzyskiwany a często i pomiatany, zarabiasz tyle ile Ci wydzielą lub dyktuje konkurencja danego rynku pracy. Prawdopodobnie nie rozwijasz swojej pasji, a we współczesnym świecie nie możesz być pewny swej posady.

Kwadrant II (  S  – Samozatrudniony)

Mała, osobista działalność gospodarcza jest krokiem naprzód, ale angażuje Cię właśnie osobiście na 100%, często dużo bardziej niż na etacie. Pracujesz dla biznesu a nie biznes dla Ciebie. Zaharowujesz się, bo jesteś jednocześnie pracownikiem i szefem odpowiedzialnym za wszystko. Chyba że – dzięki e-biznesowi, w którym wiele spraw zautomatyzujesz, uda się przejść do …

Kwadrantu III (  B  – właściciel Biznesu)

Masz armię pracowników – w klasycznym ujęciu, albo system w którym możesz ich częściowo zastąpić procesami sprzedaży, np. w Internecie. Biznes pracuje dla Ciebie, odwrotnie tylko wtedy gdy coś ulepszasz i nadzorujesz. Możesz jednak tylko pozostać nieobecnym w firmie właścicielem, a biznesem będzie zarządzać kto inny. Możesz też sprzedać biznes, a pieniądze zainwestować i żyć z dywidend.

W tym układzie e-biznes to dobry przepis na wolność finansową.

Kwadrant IV ( I  – Inwestor)

Inwestorzy zarabiają pieniądze poprzez inwestycje w systemy biznesów, nieruchomości (czynsze, wzrost wartości), przez udziały, obligacje i akcje, prawa autorskie, itp. –  czerpią z nagromadzonego kapitału, czyli zainwestowane pieniądze generują pieniądze.

Dochód pasywny – nic nie musisz robić a zarabiasz.

Podsumowując – dzięki e-biznesowi możesz stopniowo stawać się B, a nawet I.

Te zależności są akceptowane przez świadomych przedsiębiorców, natomiast obserwuję zgoła odmienne zachowania praktyczne.
O ile nie zawsze jest możliwe przejście do kwadrantu B i I przez np. osoby/firmy od dawna świadczące osobiście jakieś (drobne) usługi, to zastanawia mnie zachowanie niektórych przedsiębiorców w e-biznesie, który obserwuję i który dalej potraktuję jako przykład do dalszego rozważenia. Bo e-biznes ma możliwości wyjść poza klasyczne schematy, może tworzyć nowoczesne modele sprzedaży systemowej.

Generalnie widzę dwa modele biznesowe wg kryterium potencjału rozwoju.

Nazwę je: nie skalowalny (NSk) i skalowalny (Sk).

NSk dotyczy zwłaszcza świadczenia usług, w które przedsiębiorca angażuje się osobiście.

To typowy kwadrant S, chyba że właściciel biznesu angażuje zespół do świadczenia takiej usługi (kwadrant B).

W e-biznesie (i nie tylko) taką usługą jest prowadzenie szkoleń, podejmowanie się zleceń marketingowych, programistycznych, finansowych, doradztwo, coaching, projektowanie, serwisowanie, wszelka administracja, …

Oczywiście usługi są bardzo potrzebne a nawet ich znaczenie wciąż wzrasta w stosunku do klasycznej produkcji. Trudno tu jednak mówić o jakimś systemie z punktu widzenia samozatrudnionego.
Każde zadanie jest tutaj jednostkowe, prawie niepowtarzalne (chociaż może wykorzystywać repertuar schematów), wymaga na ogół kontaktu z klientem, angażuje czasowo wykonawcę.

W porównaniu do np. korepetycji i szkolenia świadczonego jednej osobie, możliwa jest tu pewna skalowalność na zasadzie korepetycji grupowych lub szkolenia większego gremium (konferencja). Nie mniej osobista obecność trenera jest konieczna.

Istnieje spora grupa ludzi, którzy uwielbiają to robić i mają do tego szczególne predyspozycje – spotkania z klientami w cztery oczy lub przed wielkim audytorium. Mają (mieli) do tego talent i zyskali nawet światową sławę – Tony Robbins, Brian Tracy, ZigZiglar, itp.
Jest to wtedy podtrzymywanie swej sławy, a w przypadku wielkich mówców i motywatorów – ich misja. Chociaż taksują dużo, to mogli by tego nawet nie robić – są bogaci.

Mam jednak na myśli bardziej zwykłe przypadki.
Wtedy biznesowa zasada: maksimum zysku przy minimum środków/kosztów bywa zagubiona.

By pokazać efektywniejsze  rozwiązanie przejdźmy chwilowo do schematu skalowalnego (S).

Gdy chcesz komuś coś oferować (sprzedać) – lepiej gdy jest to „zamknięty” PRODUKT, który możesz zrobić raz i sprzedawać teoretycznie „bez końca”, zwłaszcza „automatycznie”, niż usługa, którą każdorazowo musisz świadczyć osobiście.
Odmianą jest produkt, który można lekko modyfikować pod specyficzne potrzeby klienta. Najlepiej gdy jest to z góry przygotowane i kompletowane na zasadzie modułów i sprzedawane jako up-selling.

Można mieć w ten sposób cały zestaw produktów do tzw. lejka sprzedażowego – droższe dla bardziej wymagających i/lub zasobniejszych klientów.
Bywa że końcowym takim „produktem” jest osobisty coaching autora dla wybranej grupy osób.
Tu już czysta zasada skalowalności jest złamana – znów następuje osobista i często mocno angażująca czasowo interakcja z klientem, wracamy do NSk.
Bywa, że trener jest postrzegany jako guru tematu lub osobisty mentor. Aplikant po znalezieniu potencjalnego mentora zaczyna się z nim intensywnie kontaktować.

Problem polega na tym, że w większości przypadków osoby te będą po prostu tracić czas mentora i zachwycać się nawiązaniem samego kontaktu zamiast robić cokolwiek konstruktywnego. Dochodzi i do tego, że nie mają umiaru w dobijaniu się i przeszkadzaniu.

Prawdziwy mentor chce pomagać, ale tylko najlepszym (bo to jest najlepsza inwestycja jego czasu, a dla każdego i tak go nie ma). Pomoże tym, którzy sami chcą sobie pomóc i  potrafią pokazać, co już sami osiągnęli. W ogóle – pomaganie jest częstą cechą ludzi, którzy coś osiągnęli.

Niewątpliwie, w wielu przypadkach i dla mentora kontakt z problemem klienta jest jakąś inspiracją i doskonaleniem swego warsztatu.
Ale możliwe jest pomaganie przez kolejne kursy – nagrane lub w postaci e-booków itp., czyli produkty.
Myślę, że mistrz (guru/mentor) zyskałby przez to więcej czasu na doskonalenie własnych produktów, wymyślanie nowych, na tworzeniu strategii i wizji, a przy okazji lepiej by zmonetyzował to, co robi.
Nie pretenduję do tego by być mentorem mentorów, ale – jak łatwo zauważyć – jest to znana zasada odnosząca się do każdego wyższego rangą szefa, który powinien być liderem, a nie zarządcą a tym bardziej wykonawcą.

Wracając znów do modelu skalowalnego.

Jest on dodatkowo korzystny przez to, że daje się w dużym stopniu automatyzować.

Można zorganizować prawie automatyczny marketing, sprzedaż i obsługę – zwłaszcza dotyczy to produktów informacyjnych i sprzedawanych w systemach partnerskich (afiliacyjnych).

Tutaj istnieje parę podmodeli, ale zwrócę uwagę na systemy „liniowe” i wielopoziomowe.

Przez model liniowy rozumiem taki, który wymaga bezpośredniego dotarcia przez firmę do każdego klienta, nawet jeśli odbywa się to przez reklamę.


Jeśli produkt byłby nasz i byłby przewidziany jakiś procent zysku z dalszych sprzedaży dla nas, to przychody byłyby lawinowe, jednak akurat w tym przykładzie – ponieważ prawa do 100% zysku przechodzą dalej, to zarobimy tylko tyle, ile kupią klienci znalezieni przez nas.

Model wielopoziomowy będący udoskonaleniem modelu liniowego polega albo na nieformalnym pozyskiwanie klientów przez polecenia innych zadowolonych klientów – marketing szeptany, który był pierwowzorem marketingu wirusowego, albo takiż model  ubrany w formalne zasady.

System afiliacyjny formalny – z punktu widzenia producenta/organizatora sprzedaży pozwala zwiększać liczbę klientów w zamian za dzielenie się zyskiem przez prowizje dla partnerów.

Jeśli przewidziane są poziomy hierarchicznie ustawionych partnerów, to mamy do czynienia z Multilevel Marketingiem (MLM). Wtedy – z punktu widzenia afilianta – może on uzyskiwać przychody nie tylko ze swej „liniowej” działalności, ale z obrotów swej struktury poniżej.

W MLM pracuje się zespołowo, dokonuje się  „outsourcingu” swych działań poprzez partnerów.

MLM zasadza się więc na dźwigni multiplikacji i skalowalności.

Dzięki Internetowi klasyczne MLM zmieniły swoje oblicze a rewolucja sieci wykreowała nowe systemy, które łączą w sobie MLM i automatyzację.

MLM jawi się jako ten model e-biznesu, który w pewnych schematach (bo są różne) spełnia postulat stosunkowo łatwej drogi do niezależności finansowej. Z jednej strony,  od pewnego etapu przychody mogą być pasywne (automatyczne), z drugiej, gdy dodamy do tego ideę prosumpcji – uczestnik oszczędza na tańszych zakupach własnych, a jak wiadomo, oszczędzanie jest jednym z filarów bogactwa.

Powstają jeszcze inne modele, z których wymienię jeden konkretny, by zdyskontować praktycznie ten artykuł, ale i pokazać pewne nowum.

Najbardziej poszukiwanym produktem przez  każdego są … pieniądze.

Niestety wartość nabywcza pieniądza spada przez dewaluację a w czasach kryzysów w ogóle pieniądz papierowy i zbudowane na nim fundusze i inne instrumenty finansowe są coraz bardziej niepewne.
Miernikiem wartości przez tysiąclecia było i dotąd jest złoto, a odejście od jego parytetu jest ważną przyczyną obecnych zawirowań finansowych.
Istnieje system oszczędzania nie w pieniądzu ale w złocie inwestycyjnym – dla każdego, w tym sensie, że wystarczą małe okresowe (ale praktycznie dowolne co do wartości i czasu) wpłaty od razu zamieniane na złoto. Ponieważ jest to towar coraz bardziej poszukiwany, to zapewniona jest całkowita płynność (łatwa odsprzedaż). Ponieważ złoto nieustannie jest coraz droższe (w odniesieniu do walut), to taka alokacja daje ponadprzeciętne zyski, nie mówiąc o pewności. Dodatkowo złoto jako jedyny produkt nie jest obciążone przez VAT i podatek Belki. Proponowany system jest atrakcyjny także przez to, że daje niską cenę zakupu dzięki zakupowi grupowemu. Dodajmy do tego opcjonalny (ale atrakcyjny) MLM (tylko polecenia) i otrzymujemy nową jakość biznesową. Niczego się nie sprzedaje – każdy chętnie kupi dla siebie … lepszy pieniądz.
Czyli: specyficzna prosumpcja + MLM z dobrym planem kompensacyjnym i obsługą internetową + plan oszczędnościowy + zyskowna inwestycja + zakupy grupowe = Bombowe połączenie!

Zainteresowanych zapraszam na http://www.205.ZlotoDlaKazdego.pl, [skończył się po latach w tej formie, ale znajdziesz coś na https://www.facebook.com/groups/zlnazloto/ ] a potem ew. na cykl webinarów i innych szkoleń.

Podsumowanie:

W e-biznesie lepiej mieć produkt sprzedawany „bez ograniczeń”, a najlepiej w systemie MLM, niż świadczyć osobiście usługi.

Powstają nowe modele biznesowe dające możliwość osiągnięcia wolności finansowej i odzyskania czasu na wznioślejsze sprawy niż zarabianie pieniędzy.

O wolnościach w 2012

Biedni koncentrują się na przeszkodach,
Bogaci koncentrują się na szansach
.
T. Harv Eker

Nowy Rok - życzenia

Dziś Nowy Rok, więc składamy sobie życzenia zdrowia, szczęścia, pomyślności,…

Pisałem kiedyś o istocie i sensie  życzeń a w dzisiaj ogarnęła mnie refleksja na temat wartości bodajże największej, jaką jest wolność – i jej chcę Ci życzyć.

Nie mam nastroju by pisać jakiś elaborat, bo temat jest rozległy i dość trudny.

Skupię się krótko na jednym aspekcie – wybaczcie, że bardzo praktycznym i dla wielu przyziemnym.
Sam większość życia poświęciłem idealistycznie na sprawy, które niewiele mi przysporzyły i nie stworzyły poczucia osobistej wolności.

Chcę Ci  życzyć dostatku, czyli … pieniędzy .

Nie dają ponoć szczęścia, ale przyznasz – pomagają, gdy umiemy nimi mądrze gospodarować.

Dość późno zająłem się tą sprawą i widzę jak inaczej potoczyłoby się życie, gdybym np. systematycznie oszczędzał od młodych lat.

Niby się o tym wie, ale książka Andrzeja Fesnaka „Jakie decyzje finansowe podejmują bogaci i dlaczego biedni robią błędy, działając inaczej
( http://bit.ly/rIuvv5 )  nie tyle otworzyła mi oczy (to zrobił dawno temu R. Kiyosaki), co przypomniała boleśnie ów fakt na szeregu przykładach liczbowych.

Hm, czy w ten sposób daleko odszedłem od postawy idealistycznej?

Każdy (choćby po cichu) marzy albo o bogactwie, albo przynajmniej o takim stanie by móc godnie żyć. Gdy słyszę co innego, to mam odczucie albo czyjejś hipokryzji, albo niedojrzałości albo … głupoty (może to być też postawa narzucona przez wychowanie i środowisko).

Dlaczego tak sądzę? Zastanówmy się na chłodno dlaczego … lepiej być bogatym niż biednym  (zbiór dość nieuporządkowanych myśli – możesz je pogrupować wg własnych priorytetów).

  • WOLNOŚĆ – dla siebie  (czasem „od siebie” – zatroskanego, złego,…)
  • Dawanie innym, wspomaganie innych, ratowanie z opresji
  • Wspomaganie wartościowych/słusznych celów, inicjatyw
  • Możliwość pomnażania bogactwa (łatwiejsza, gdy już się coś ma)
  • Realizacja projektów biznesowych, kulturalnych, społecznych,…
  • Lepsza możliwość rozwijania własnych talentów i zamiłowań
  • Jakaś siła/władza, która pomaga realizować ambitne cele
  • Możliwość zatrudniania ludzi – jako pomoc dla nich i dla siebie, większa skuteczność, praca zespołowa, outsourcing
  • Satysfakcja z bycia hojnym
  • Podnoszenie swojej samooceny i pewności siebie
  • Odciążając się od rutynowej pracy, niepotrzebnych obowiązków – zyskujemy CZAS a więc ŻYCIE

Możemy mieć:

  • co potrzebne
  • co pożyteczne
  • co przyjemne
  • co nas wspomaga
  • o czym marzyliśmy

Pod te punkty możemy podłożyć wiele spraw jak:

  • fascynujące podróże, dobre i zdrowe jedzenie, ładny dom, dobre wykształcenie, ubiory, sporty, otaczanie się pięknem, itd. itd.)
  • Możliwy (chociaż nie zagwarantowany) wyższy status społeczny (dla tych którzy go poszukują)
  • Bezpieczeństwo faktyczne i psychiczne, spokój o przyszłość, mniej stresów
  • Zadbanie o zdrowie i kondycję (swoją i rodziny)
  • Dobry start dla dzieci
  • Większa i bardziej odpowiedzialna możliwość adaptowania dzieci
  • Szerszy dostęp do wiedzy (kursy, książki, docieranie do ludzi)
  • Doznania, radości ze wszystkich wymienionych stanów
  • Zostawienie czegoś (nie tylko pieniędzy) po sobie dzięki temu, co mając zasoby, stworzyliśmy.

Jeśli ktoś myśli jeszcze o sławie lub zasługach społecznych, to ma możliwość  ufundowania np. szpitala, jakiegoś ośrodka kultury, itp. na wzór dawnych mecenasów sztuki lub lokalnych społeczności.

Jeśli ma serce, to zrobi to nie dla sławy lecz z wewnętrznej potrzeby – wierzę, że zrobi więcej, gdy będzie więcej mógł materialnie .

Jeśli ktoś  marzy np. o tym by być pisarzem i w tym chce się realizować, ale jego prace nie przebijają się przez kordon recenzentów czy nawet cenzury, to może sam sfinansować swe przedsięwzięcia.

W sumie – przy rozsądku – nie musi to oznaczać materializmu, ponieważ możemy rozwijać jednocześnie swoją duchowość i być altruistycznym.

Jeśli ktoś przedkłada wartości czysto duchowe, to uznaję to, ale pamiętajmy że i w Ewangelii mówi się o dobrym gospodarowaniu i pomnażaniu talentów.  Oczywiście zawsze należy pamiętać o postawie nie krzywdzenia i zasadzie wygrana-wygrana.

Niektóre wschodnie postawy pełnego odcięcia od świata jednak mi nie odpowiadają, ponieważ uważam że jesteśmy (zwłaszcza teraz) coś winni innym, światu, rodzinie, co zakłada aktywność.

Chyba jest to przekonywujące, że dzięki środkom materialnym uzyskujemy więcej wolności.

Skoro jednak wziąłem na warsztat temat pragmatyczny, to pójdę dziś dalej w pragmatyczności.

Otóż zająłem się generowaniem dodatkowych dochodów na różne sposoby – jedne się wiodą, inne próbuję i odrzucam, poznaję nowe.

Zwłaszcza w obliczu kryzysu opanowującego świat warto zastanowić się nad czymś, co da nam nadzieję na stabilność.

Jako synonim stabilności finansowej – tak jak w historii tak i obecnie – coraz bardziej postrzegane jest posiadanie złota i inwestowanie w rzadkie kruszce.

Pieniądz papierowy i wirtualny (ten pierwszy w dużym stopniu już nim jest) wkrótce prawdopodobnie się załamie.

Jak ZAPEWNIĆ sobie emeryturę, a nawet (wcześniejszą) wolność finansową?
W co inwestować z ponadprzeciętnym zyskiem? Jak zacząć sensownie oszczędzać? W co inwestują „wtajemniczeni”?

O ile dawniej inwestowanie w złoto było zastrzeżone dla bogatych i w ogóle trudne, to sytuacja się zmieniła.

Odkryłem w 2010 firmę Noricum (reprezentant światowej firmy Four Gates), która stworzyła unikalny produkt finansowy – oszczędzanie/inwestowanie nie w pieniądze ale właśnie w złoto „dla każdego”- z opcjonalnymi elementami mlm.

Rzecz w tym, że można lokować miesięcznie (ale bez rygorów) nieduże kwoty, które są zamieniane na złoto po cenach hurtowych. Cena złota w ostatnich latach pnie się w górę od ok. 30 do 40%, a dodatkowo – gdy kupujemy zespołowo w ramach systemu po cenie hurtowej – zyskujemy dalsze procenty. No i złoto depozytowe nie jest objęte podatkami VAT i Belki!

Do tego dochodzą liczne inne atuty jak ochrona na zasadach prawa depozytowego a nie bankowego, płynność (szybie odkupywanie), dowolność wpłat, …

Długo by o tym pisać – wszystkie te kwestie – strategiczne i taktyczne są ładnie przekazane w serii prezentacji on-line, które odbywają się w poniedziałki i w środy o 20:30 (chyba że nastąpią okazjonalne zmiany).

[Dalsze szczegóły później wyciąłem, bo  ten konkretny projekt został zawieszony, ale temat złota żyje – np. tutaj: Tajemnice Złota]

To jest rozsądna propozycja dywersyfikacji portfela inwestycyjnego.

Jest to też rozsądna obietnica wolności finansowej  – zwłaszcza dla młodszych inwestorów, którzy mają czas na zobaczenie efektu wzrostu w dłuższej perspektywie. Ale rocznie do 30% to też ewenement na tle niepewnych spekulacji na akcjach i innych papierach.

To nie tylko perspektywa wolności ale i perspektywa jej utrzymania, ponieważ nie było w historii tak uniwersalnego i stabilnego wzorca wartości.

Tyle pragmatycznie.

Kusi mnie zabranie głosu o wolności, jaką tracimy w państwie dryfującym w kierunku swoistej dyktatury, jaką stracimy w Unii Europejskiej jeśli będziemy zbyt podlegli zakusom potęg polityczno-finansowych, jaką tracimy z braku wiedzy, przez uleganiu propagandzie, nałogom itd., itd.

Ale to może innym razem i w porcjach, a dziś – w święto i dla otuchy, dołączam jeszcze starą piosenkę Marka Grechuty –

SZCZĘŚLIWEGO 2012 roku!

Spiski?

Kto nie umie daleko spoglądać, ten blisko ma kłopoty.
Konfucjusz

zlotyspisek

Jeden z setek spisków na przykładzie złota (książka)

Wielu śmieje się z „teorii spiskowych”. Ja raczej śmiałbym się z tych, którzy zupełnie nie widzą takich zjawisk i zaprzeczają ewidentnym spiskom, bynajmniej nie teoretycznym. Chociaż trudno dyskutować ze ślepym o kolorach – spróbuję.
A raczej – ponieważ nie kieruję poniższych słów do nikogo konkretnego, dam parę przesłanek mojego stanowiska.

Zacznę może od powołania swej tutejszej niedawnej notatki „Tajemnica?„, w której wskazuję na zależność stanowiska w tej sprawie od „poziomu wtajemniczenia”, co nie zawsze jest zbieżne z wiedzą w sensie naukowym.
Bo spisek wiąże się z tajemnicą.

Na początek próba zdefiniowania pojęć.

W słowniku języka polskiego PWN czytamy, że spisek to „Tajne porozumienie grupy osób dla wspólnego osiągnięcia jakiegoś celu; sprzysiężenie; zmowa”.

Jest to definicja szeroka, bo w ten sposób każde działanie np. rady nadzorczej dowolnego przedsiębiorstwa, ba… wspólników spółki, kierownictwa itd.  można nazwać spiskiem.

Chodzi mi raczej o działania negatywne o dużej skali, o dużym negatywnym skutku społecznym. Np. zamach na człowieka stanu jest natury spiskowej (o ile nie popełniony przez pojedynczego szaleńca).
Tak więc raczej powiedziałbym:

Teoria spiskowa – twierdzenie, według którego w utajnieniu ktoś działa na szkodę innych osób lub na własną korzyść ze szkodą dla innych.

Jest to bliższe pojęciom knucie, intryga,…

Dlaczego w ogóle poruszam ten temat?

Otóż świat pogrąża się w kolejnych kryzysach: gospodarczo-finansowym, ekologicznym, moralno-duchowym, w konfliktach politycznych i zbrojnych.
Ludzie pytają: dlaczego i nie znajdują odpowiedzi – bo są manipulowani okrągłymi tłumaczeniami polityków i władz.
Nie ma dymu bez ognia, ale wiele prawdziwych przyczyn tego fatalnego stanu rzeczy jest przed społeczeństwem ukrywanych. Można to właśnie nazwać teorią spiskową.
Oczywiście potrzebne jest odróżnienie prawdziwych spisków od plotek, sensacji z tabloidów i paronoidalnych  czy innych urojeń. Z drugiej strony ci sami, którzy nie znajdują odpowiedzi na przyczyny zła, nie chcą przyjąć do wiadomości że takie spiskowe działania istnieją.

To jest naiwne.

Właściwie tyle już napisano na tytułowy temat, że nie muszę się zbytnio trudzić – wystarczy sięgnąć po jakiś podzbiór tych wypowiedzi, czym się dalej parę razy się posłużę.

Zaprzeczający teoriom spiskowym widzą świat tak jak w tym prześmiewczym  wpisie z  http://www.paranormalne.pl/topic/22559-definicja-spisku/ ,

„Jedynym elementem kojarzącym się nam ze słowem „spisek” jest zazwyczaj słowo „teoria”. Praktyczny spisek nie istnieje. Na całym świecie nigdzie nie zawiera się tajnych porozumień dla wspólnego osiągnięcia jakiegoś celu (definicja ze słownika języka polskiego PWN), wszystko jest jawne i na dodatek upublicznione. Myśl zabroniona jaką jest „spisek” może istnieć tylko w teorii – najlepiej gdyby była nią „spiskowa teoria dziejów”. Świat składa się z ludzi, którzy jeśli chodzi o wymianę informacji, są wzajemnie bardzo otwarci. Nikt w historii tego świata nigdy nie spiskował – każda wojna była wojną fairplay. Każdy wywiad każdego państwa na świecie zawsze kieruje się dobrymi zasadami współżycia społecznego, zaś podsłuchy, nasi tajni agenci na wysokich stanowiskach u naszego przeciwnika są tylko czystą teorią, grą przypadku wynikającą z losowości rzeczywistości. Tak zbudowany jest świat – czy tak wygląda Twój świat?”

Tamże:

„Pomimo faktu, że spisek towarzyszy ludzkości chyba od jej zarania, czyli od czasów skrytych przewrotów we wspólnotach pierwotnych, zwolennicy teorii spiskowych są wyśmiewani. Zawsze w historii ludzkości istniały tajne i najczęściej nielegalne zmowy grup ludzi mające wspólny cel.

Dlaczego więc ludzie mający tego świadomość są wyśmiewani?

Najpierw należało by zadać pytanie przez kogo są wyśmiewani i dlaczego?

Czemu to wyśmiewanie ma służyć?

Wyśmiewanie służy zdyskredytowaniu rozmówcy i przybiera bardzo różne formy. Najczęściej wiąże się z podważeniem wiarygodności. Formy bywają bardzo różne. Od prostackiego sugerowania choroby psychicznej, poprzez różnorodne formy sugestii, że mamy do czynienia z mało wiarygodnym rozmówcą, lub źródła na które się powołuje rozmówca są mało wiarygodne (czyli zdyskredytowanie źródeł).

Odpowiedź na pytanie kto wyśmiewa i dlaczego, jest o wiele bardziej skomplikowana.

Natura spisku ma to do siebie, że informacje na jego temat muszą być tajne przed, w trakcie i długo po samym spisku. Dlatego w interesie spiskujących jest ukrywanie spisku wszelkimi dostępnymi metodami.

Nie wyobrażam sobie mocarstwa, które po fakcie przyznaje – Tak to prawda, w kraju Xyz były niesprzyjające nam rządy, dlatego musieliśmy sfinansować tamtejszy ruch oporu. Kraj Xyz ma strategiczne położenie z naszej perspektywy interesów. Kiedy były tam rządy pana Zxy kraj nie był stabilny z naszej perspektywy. Mieliśmy do wyboru, albo prowadzić otwartą wojnę, albo za pomocą tajnych służb dokonać tam przewrotu. Dokonanie przewrotu i wprowadzenie „demokracji” w marionetkowym rządzie jest o wiele tańsze niż prowadzenie otwartej wojny. Poza tym do wojny trzeba by przekonać obywateli, a to komplikuje sprawę, wymusza prowokacje i powoduje konieczność uśmiercenia jakiejś liczby, w końcu naszych obywateli. Więc prostszym rozwiązaniem było przeprowadzenie spisku”.

„Spiskowa teoria dziejów” – tym stwierdzeniem-hasłem jakim posługują się „racjonaliści”, sceptycy z obozu oficjalnych mediów, można zabić poglądy prawie każdego. Generalizacja towarzysząca temu określeniu zabija każdą myśl odbiegającą chociaż trochę w bok od wersji oficjalnej.

Parę przykładów.

Polityka.

Każde planowanie, które ma podłoże polityczne o charakterze zbrodni jest spiskiem, chociaż czasem nie musi być aż tak tajne.

Spiski znane każdemu z  programu szkolnego:  spisek związany z zamordowaniem Cara Mikołaja II, spiski mające na celu mordowanie cesarzy rzymskich (Juliusz Cezar), spisek związany z aresztowaniem Templariuszy, spalenie Reichstagu, próba zabójstwa Papieża,  zabicie J.F.K., itp.

Istnieje mnóstwo przykładów, wspomnę o ostatnio przeczytanym.  Chociaż wiadomo o tym z różnych źródeł, to spektakularnie o spiskach mówi Z. Brzeziński w jednej ze swoich książek.
W szczególności o  Al-Kaidzie i talibach – jawnie przyznaje, że USA wykreowała podwaliny obydwu aby wzmacniając radykalizm islamski zdestabilizować ZSRR i jego sfery wpływów, co się zresztą udało, głównie przez wciągnięcie Sowietów w wojnę afganistańską.

Skłaniam się by przyznać rację wypowiedzi na pewnym blogu: „… wierzę w ŚWIADOME i wyrachowane działanie określonych grup, które nie liczą się z nikim i z niczym, sięgających po wszystkie możliwe środki, żeby osiągnąć taką czy inną korzyść. Ponieważ dysponują środkami nieosiągalnymi dla większości ludzi, czasem nawet niewyobrażalnymi, nie muszą w tym celu spiskować. Po prostu stawiają sobie cel i go osiągają. Choćby po trupach. Nie mają dla nich znaczenia ani środki, ani koszty, ani skutki (uboczne), tylko cel.”

Istnieje teza, że aby przeprowadzić tego typu działanie, robi się je w sposób tak bezwzględny, nieludzki i bezczelny, że normalnie nie mieści się on w głowie, ale właśnie o to chodzi – zakłada się że nikt nie uwierzy, że było to działanie z premedytacją.

Pod tę kategorię niektórzy podpisują zamach WTC 11/09 2001 (gdy podejrzenie kieruje się na czynniki w samych USA) lub domniemany zamach na samolot prezydencki pod Smoleńskiem.
Ale to tylko  przykład możliwości takiej kategorii spisków – nie twierdzę, że tak było.

Dodajmy jeszcze do tej kategorii mafie, tajne koneksje, nepotyzm, ukryty lobbing…

Historia – ściśle powiązana z polityką.

Jak powiedział Napoleon Bonaparte: „Historia to uzgodniony zestaw kłamstw„.
Mieliśmy za komuny dobry przykład takiego przekłamywania, ale zjawisko jest stare jak świat, po dzień dzisiejszy. Władza chwali siebie, państwa tworzą swoje legendy.

Jeszcze nie znamy wielu faktów nawet z nowszej historii, szereg akt jest utajnionych, bo … są rzeczy do ukrycia. To są sprawy znane i oczywiste, więc nie trzeba się nad tym rozwodzić. Ale przy okazji warto przeczytać Douglasa J. Kenyona „Zakazana historia”  (tu i dalej odsyłam do literatury popularnej, w której nie ze wszystkim można się zgodzić, ale ten rodzaj lektury na początek jest łatwiejszy od pozycji bardziej naukowych).

Gospodarka

Obecnie podłoże wielu spisków jest bardziej komercyjne niż polityczne. Światem rządzi kasa, a polityka jest tylko środkiem. Najpotężniejsi nie są politykami i są w cieniu, najczęściej albo nieznani, albo mało znani opinii publicznej.

To jest wpis na blogu a nie długi referat, więc przelecę tylko po paru hasłach:

zmowy cenowe np. w ramach „big oil”, zmowy bankowe, wstrzymywanie wynalazków zagrażających status quo, zwłaszcza w zakresie energetyki, motoryzacji, leków.

Nauka

Nawet tutaj spiskuje się przeciw prawdzie. Pewne odkrycia są niewygodne dla establishmentów, dla władzy, dla karier namaszczonych naukowców. Mogłyby zburzyć spokój społeczny lub interes sponsorujących daną dziedzinę korporacji, nie są zgodne z paradygmatem…

Odsyłam do klasycznej  pozycji „Zakazana nauka” (J. Douglas Kenyon) i „Zakazana archeologia” (Michael A. Cremo i Richard L. Thompson) oraz wspomnianej „Zakazanej historii„.

Naukowcy śmieją się z dywagacji o UFO, trywializują sprawę żartując o zielonych ludzikach i mówią że nie ma dowodów (sic!). A faktem jest, że mało która dziedzina jest tak dobrze udokumentowana jak właśnie obserwacje UFO (w szerokim sensie). Być może sytuacja w zakresie ujawnienia pewnych informacji polepszy się za sprawa programu  „Ujawnienie” i nacisku wielu innych organizacji, aczkolwiek niektóre z nich stanowią przykrywkę do wprowadzania celowego zamętu wokół UFO.

Albo geoinżynieria, tajne bronie, chemtrails itp. Mało o tym wiemy – prawda?

Czy świadome kłamstwo wymierzone w interesy/dobro ludzi nie jest spiskiem?

Czy zatajanie jakiegoś remedium na istotną chorobę/brak  nie jest spiskiem?

Jeśli poruszony tu temat jest dla kogoś nowy, to wspomnę że istnieje wiele portali o niewyjaśnionych sprawach naszego świata i  spiskach, więc nie będę się dalej wymądrzał. Także na facebooku są skoncentrowane na tym strony i grupy, np. Fanklub Wiedzy i Historii Wszechświata – http://www.facebook.com/groups/fanklubwiedzy/?ref=notif&notif_t=group_activity, …

Istnieją też czasopisma o podobnej tematyce, zwłaszcza „Nexus” (także wersja polska), „Atlantis Rising”, „Nieznany Świat”,…

No i niezliczona ilość książek!

To ciekawa lektura, nawet jeśli traktuje od czasu do czasu o fantazjach.

Skopana piłka

Na pytanie po zakończeniu meczu piłki nożnej:
– tato, jaki jest wynik?
– 0:0
– to po co grali…?

il. za http://www.polskapilkakobiet.pl/

Nie jestem fanem ani znawcą piłki nożnej (więcej: nie lubię futbolu), więc może nie powinienem się o niej wypowiadać.

Ale widzę, że podobna sytuacja nie powstrzymuje innych od krytycznych ocen, do których chcę się przyłączyć – z trochę ogólniejszej perspektywy.

Sprowokowały mnie ostatnie zadymy stadionowe oraz skandal jaki się szykuje w związku z Euro 2012.

To co zdarzyło się np. kiedyś na meczu w Wilnie, a potem w całej serii burd stadionowych tylko potwierdza n-ty raz, to, co myślę o piłce nożnej. Może nie ogólnie, ale o naszej, może nie w 100%, ale w większości aspektów.

Skandale we władzach polskiej piłki, korupcje sędziowskie, ustawianie meczy – to wizytówka środowiska.

Nie wiem czy to przekłada się na poziom kibiców, ale wieloletnia pobłażliwość władz klubowych i wyższego szczebla względem chuliganów, na pewno nie poprawia sytuacji.

Pseudokibic piłkarski jawi mi się więc przede wszystkim jako półgłówek, który nie rozumie, że rozróbami podcina gałąź na której siedzi”, tj. sport który (podobno) lubi. Chyba że nie o to chodzi…

Jeśli nawet rzeczywiście lubi ten sport, to półgłówek daje się podniecić myślą, że jego klub jest najlepszy (choćby ewidentnie był słaby) do tego stopnia, że zabiłby kibica innego klubu.

Oczywiście nie ma to nic wspólnego z autentycznym sportem, w którym zdarza się przegrywać i trzeba umieć przegrywać. Szowinizm klubowy, nawet narodowy, ostracyzm i inne plagi typowe dla Polaków (sorry, kibic tego nie zrozumie, zapędziłem się…) – tu dochodzą do absurdu wyzwalając przy okazji najniższe instynkty.

Mój absmak podziela np. Daniel Passent. Zacytuję (za zgodą autora) fragmenty z jego felietonu „Na złość kibicom” (w książce „Pod napięciem”, a pierwotne w tygodniku Polityka 27/2006).

„… Chamstwo na boiskach jest już powszechnie akceptowane. Sprawozdawcy i komentatorzy telewizyjni, wśród nich zawodnicy i trenerzy zaproszeni do studia, mówią o „faulu taktycznym”, to jest popełnionym nie w wirze walki, ale z zimną krwią, celowo, żeby powstrzymać przeciwnika. Doradzają nawet, żeby takie faule popełniać zaraz po przechwyceniu piłki przez drużynę przeciwną, na jej połowie boiska, bo wówczas ewentualne konsekwencje w postaci rzutu wolnego będą mniej dotkliwe. „O, tak trzeba grać!” – mówią z uznaniem na widok piłkarza, który podstawił nogę rywalowi odpowiednio wcześnie. Sprawozdawcy telewizyjni mają nawet czasami za złe sędziom nadmierną, ich zdaniem, surowość: „No, ja bym nie powiedział, że to był faul na żółtą kartkę. Wystarczyłby rzut wolny”. Oczywiście, obowiązuje etyka Kalego: jeżeli pokrzywdzony jest nasz, to faul był brutalny, jeżeli faulował jeden z naszych, to nic nie było – gramy dalej. Jeżeli to nasz piłkarz kopał w kostkę, to mówimy, że sędzia „dopatrzył się przewinienia”, zamiast „pozwolić grać”. Jeżeli natomiast kopnięto naszego, to sędzia „zezwala na zbyt wiele”, już dawno powinien był sięgnąć po kartkę. ….

Piłka nożna łączy narody bardziej niż ONZ – dzięki niej dowiadujemy się o istnieniu Ghany czy Ekwadoru. Ale zarazem jaka to szkoła szowinizmu! Kibice gwiżdżą na boiskach, biją się, a nawet zabijają na ulicach, media piszą o „upokorzeniu przeciwników”, komentatorzy mówią o „hańbie” przegranych. Kiedy grają nasi – śpiewamy hymn (spełnia się postulat wicepremiera Romana Giertycha – więcej hymnu!). Kiedy grają przeciwnicy – nasi gwiżdżą, chociaż podobno futbol wychowuje i jest szkołą fair play. Kiedy nasi bombardują – to my krzewimy demokrację. Kiedy nas bombardują, to uprawiają terroryzm. Więc może to nie piłka nożna jest winna? Może winni są ludzie, którzy na stadionie pokazują swoją inną twarz? W tłumie tysięcy kibiców gwiżdżą i czują się równie bezkarni i anonimowi jak bezimienni internauci, którzy mogą napisać, co chcą i na kogo chcą, tak jak na ścianie kloaki. Może to i mniejszość, ale znacząca i mająca swój udział w psuciu obyczajów.


(więcej w źródle).

Wracając do Euro 2012. Ta wielka impreza rozpaliła wyobraźnię prawie jak hasło „druga Japonia” – „skok cywilizacyjny”, wielka promocja Polski itd.

Ale zanosi się na antypromocję. Bo Polska w ogóle nie spełnia wymagań tak wielkiej imprezy, z tak wielką ilością przyjezdnych kibiców. Zacytuję czyjś sarkastyczny wpis w Internecie:
„Teraz dopiero Europa zobaczy Polskę ze swoimi obskurnymi dworcami, tunelami, brakiem toalet, albo z zaszcz….i toaletami, niegrzecznymi kasjerkami, nie znającymi języka obcego policjantami, wąskimi drogami, korkami w miastach, brakiem obwodnic itd itd. To będzie niestety pokaz prawdziwej Polski”.

Może nie będzie tak źle, ale … ciemno widzę taki stan jako „promocję Polski” z okazji Euro 2012.

Wysiłek budowy stadionów, to nie wszystko.

Autostrady? Dla pijanych chuliganów? Zresztą zaczną się sypać, bo zabierzemy się za nie na hura…

Ale miało być o piłce. Cóż, powiedzenie o wychowawczej roli sportu wydaje się dziś kpiną, może ma zastosowanie do szkółek piłkarskich dla sześciolatków, ale nie dużo dalej.

Sami piłkarze przecież nie tyle uprawiają sport, co zawodowstwo piłkarskie. Gdzie nie popatrzeć, wszystko zostało zepsute przez komercję. To psuje i samych piłkarzy – woda sodowa potrafi uderzyć do głowy, gdy się ma świadomość swej ceny idącej w miliony dolarów.

Podsumowując to wszystko zwięźle – to żałosny przykład do tezy o upadku szeroko pojętej kultury, przejawiający się nie tylko w „kultowym” pluciu piłkarzy na murawę. A to są przecież idole, milionerzy, wzory osobowe dla milionów chłopców…

Stadiony? Dla kogo – dla band wyrostków, którzy wszystko mają za nic?
Czyżbyśmy nie mieli większych potrzeb? Euro przeminie, a ponieważ u nas bardzo mało dba się o kulturę fizyczną (ładne słowo tu się utarło: k u l t u r ę…) , to później te stadiony będą świeciły pustkami, lub/i zostaną zdewastowane a nawet może trzeba będzie je zburzyć, bo nie będzie środków na ich utrzymanie. Chyba że wróci tam „Jarmark Europa”…

Warszawie dużo bardziej potrzebne są inne, podstawowe inwestycje, np. w drogi, bo brak obwodnicy, nie ma dojścia ani jednej autostrady, obiecanej linii metra, ale także miejska woda nie nadaje się do picia, …

Po Euro tak duży stadion piłkarski faktycznie nie będzie potrzebny skoro na mecz ligowy przychodzi jakieś ok. 8 tys. widzów, a niedawno ukończono całkiem przyzwoicie stadion Legii. Czy stać nas na taką rozrzutność?

Stadion narodowy w Warszawie powinien być maksymalnie wielofunkcyjny (lekkoatletyka, żużel, koncerty,…) a wokół powinien być zapowiadany cały kompleks obiektów sportowych (Narodowe Centrum Sportu) z m.in. halą sportową. Okazuje się, że nie przewidziano bieżni lekkoatletycznej i że nie cały oczyszczony z targowisk teren na północ od stadionu będzie zagospodarowany a nawet estetycznie uporządkowany.

Wszystko to ma barwy afer.

Jak ujawnił niedawno architekt Michał Borowski, były szef spółki Narodowe Centrum Sportu, odpowiedzialnej za budowę Stadionu Narodowego, fakt groźnego błędu w konstrukcji schodów stadionowych był znany od kilkunastu miesięcy, ale sprawę zamiatano pod dywan. A teraz grozi nam wielomiesięczne opóźnienie w oddaniu stadionu i znaczne koszty dodatkowe.

Winni są decydenci (na ogół umocowani politycznie), ale i nasze przepisy – mamy najbardziej restrykcyjny w Europie system zamówień publicznych, a z drugiej strony absurdalny obowiązek wyboru najtańszej (czytaj: często najgorszej) oferty przetargowej i sztywnego trzymania się jej ustaleń, nawet gdyby zmieniły się ceny lub pojawiły lepsze rozwiązania.

Nie wspomnę o aferach z innym stadionami w Polsce – tego nie śledziłem, ale dało się słyszeć…

Ale nie tylko o Stadion Narodowy i stadiony chodzi.

D. Tusk chciał zdobyć polityczny poklask budową „orlików” i tym się chlubi.

Ale, po bulwersujących informacjach dotyczących budowy boisk w ramach programu „Orlik 2012”, które ujawnili dziennikarze programu „Superwizjer”, okazało się że korupcja w piłce zdarza się nie tylko na boisku.

Według informacji ze śledztwa dziennikarskiego zamówiony przez Ministerstwo Sportu projekt miał w założeniu preferować wybrane firmy dostarczające materiały do budowy boisk.

Dziennikarze „Superwizjera” wykazali ponadto, że przy zamawianiu projektu architektonicznego przez Ministerstwo Sportu mogło dojść do złamania ustawy o zamówieniach publicznych – urzędnicy resortu tak podzielili zamówienie, że wykonanie jego części mogło odbyć się z pominięciem przetargu, czyli z tzw. „wolnej ręki”. „Takie działanie jest sprzeczne z ustawą” – podkreślił Mariusz Błaszczak – przewodniczący Klubu PiS, który zgłosił sprawę do  prokuratury. „Skala inwestycji w programie „Orlik 2012” to około 2,5 mld złotych, dlatego nie wolno lekceważyć sygnałów wskazujących na nieprawidłowe wydawanie tych funduszy bądź sprzyjanie wybranym oferentom” – podsumował Błaszczak.
A czy orliki spełniają oczekiwania i standardy techniczne? I ekologiczne – plastikowa „murawa” pyląca i śmierdząca.

Skoro o polityce i PO, to należy wspomnieć o kolejnej aferze – ostatniej nagonce na kibiców.

Oczywiście należy zwalczać łamanie prawa, burdy stadionowe, natomiast robienie z pseudokibiców jednego z głównych problemów kraju przez rząd Tuska i część mediów wygląda na celową taktykę, aby przykryć nieudolność rządu PO-PSL.

Tak wyolbrzymiony problem będzie stosunkowo łatwo rozwiązać (przy współczesnej technice), co zostanie okrzyczane ogromnym sukcesem rządu.

W dodatku kibice są jednym z niewielu licznych zorganizowanych środowisk krytycznych wobec rządu. Mogą oddziaływać na społeczeństwo chociażby poprzez wywieszanie niewygodnych dla rządzących transparentów – co prawda telewizje starannie cenzurują antyrządowe napisy (czy tak są szkoleni operatorzy kamer i realizatorzy transmisji, czy to ci sami, którzy pracowali w telewizji za komunistycznej PRL?), ale dziesiątki tysięcy ludzi na stadionie są w stanie przekazać informację o tym setkom tysięcy, a nawet milionom obywateli.
Ktoś zgrabnie to wszystko podsumował (z transparentów stadionowych):

STADIONY – PRZEPŁACONE

AUTOSTRADY – NIE BĘDZIE

DWORCE – PRZYPUDROWANE

LOTNISKA – PROWINCJONALNE

ZAWODNICY – SŁABI

TEMAT ZASTĘPCZY KIBICE!

RZĄD – ZADOWOLONY!

Niespełnione rządu obietnice – temat zastępczy kibice.

Jak pisał Ryszard Czarnecki (http://ryszardczarnecki.salon24.pl/303871,kibol-tusk-z-bejsbolem )

„Za co Donald Tusk nienawidzi kibiców piłkarskich? Przecież jest jednym z nich. Był szefem szalikowców Lechii Gdańsk, brał udział w zadymach po meczach wyjazdowych tego klubu w Bydgoszczy i Olsztynie. Przed niemal 4 laty jesienią 2007 roku była o tym mowa najpierw w audycji radia „TOK FM”, a następnie w programie „Teraz my” Sekielskiego i Morozowskiego w „TVN 24”.  W „TOK FM” niezastąpiony Tomasz Wołek wychwalał odwagę kibola- Tuska za to, że dzielnie poczynał sobie w starciu z kibicami Zawiszy Bydgoszcz używając w tym celu… jakiegoś węża ogrodowego! W audycji tej skomentował to prof. Wiesław Władyka, mówiąc o Tusku „żulja” (miało być śmiesznie) zaś Jacek Żakowski, jak zwykle bardzo dowcipnie, krzyczał wtedy „Donald, bierz bejsbola i do roboty!”. Na koniec złotousty Wołek chwaląc odwagę kibola Tuska powiedział, że takie sytuacje miały miejsce nie tylko w Bydgoszczy… Jak widać, jak mówi stare polskie przysłowie: zapomniał wół, że cielęciem był.

Ale dziś Tusk nienawidzi tak naprawdę kibiców za transparenty, które wywieszają na meczach…

I to jest właśnie powód, dla którego premier Tusk udaje teraz szeryfa, tupie nogą i surowo marszczy brwi. Udaje, że zapomniał, że to jego własny klub parlamentarny (PO) był za odrzuceniem w pierwszym czytaniu (!) projektu ustawy zgłoszonego przez PiS (sprawozdawca poseł Arkadiusz Mularczyk), który dotyczył zakazu wnoszenia niebezpiecznych przedmiotów (np. maczet) na stadion. Sam Tusk i jego rząd nic w tej sprawie nie zrobili, a dziś urządzają szopkę odwracając uwagę Polaków od swoich porażek w polityce gospodarczej, drożyzny i budżetowej dziury Tuska.”

Dla mnie dzisiejsza piłka nożna (nie tylko w Polsce, nie mówię też o sporcie amatorskim) ociera się o jakiś obłęd, to nie tylko szkoła niskich instynktów, ale zjawisko głęboko zanurzone w brudną politykę. Futbol to sprawa wagi państwowej, a nawet – państwo w państwie, ponadpaństwowa organizacja o symptomach mafijnych.

A politycy przypochlebiają się via futbol masom, jak w powiedzeniu „chleba i igrzysk”, ale w wielu krajach igrzyska przebijają troskę o chleb – istotne potrzeby ludzi.
Bo to świat wielkich interesów, reszta to narzędzia….

 

 

Delegowanie trochę inaczej

Ciągle zapominamy, że człowiek nieustannie musi korzystać z pomocy innych ludzi. Mikołaj Gogol

delegowanie
Human resources and self-development. Modern business – vector illustration – z OKTI.pl

Podstawową konkluzją notatki Czas – jak go mieć (cz. II) byłoby starać się delegować zadania.

Pojawiły się pytania, jak sobie z tym radzić, skoro nikt nie robi nic za darmo.

Otóż, nie jest to prawdą. Wspomniałem o wymianie usług. Często jeszcze prościej jest zdekomponować (rozbić) zadanie na podzadania i wg nich po prostu poprosić o drobną przysługę, np. odpowiedź na jakieś pytanie.
Z własnego doświadczenia wiem  jak wiele czasu zabierało mi znalezienie jakiejś specyficznej informacji. Nawet dobrodziejstwa Google itp. nie eliminowały dłuższego grzebania w sieci i nie zawsze dawały pożądany rezultat.

Receptą jest zadanie pytania fachowcom w danej dziedzinie. Można otrzymać nie tylko odpowiedź, ale i szersze naświetlenie lub informację, że nasze pytanie nie było dobrze postawione.

Jeśli sprawa nie jest pilna (działanie wg planu), to zapuszczam serię pytań i w jakimś okresie czasu zbieram odpowiedzi, które razem dają albo rozwiązanie albo pogląd na sprawę.

Często jednak lepiej zapłacić za poradę niż błąkać się i uczyć na własnych błędach.

Działanie strategiczne w outsourcingu polega nie na szukaniu doraźnej najtańszej usługi, ale na znalezieniu fachowca/firmy, która będzie nas obsługiwała długofalowo na dobrym poziomie, na zbudowaniu relacji partnerskiej.

Może to mieć charakter mniej formalny – tworzenie swojego „mastermind„, tj. grupy swoich doradców.

Zauważmy, że materiały edukacyjne w sieci, ebooki, webinary czy kursy mailowe itp. mają też coś z naszego mastermind,  tym bardziej że część autorów wspiera swych czytelników dodatkowymi konsultacjami, także bezpłatnymi.

[… usunięte ]
Uruchomiłem właśnie na facebooku stronę poświęconą różnym kursom w Internecie – https://www.facebook.com/KursyInternetowe/
, w szczególności wyżej wymienionym. 

Zapraszam (i proszę o „polubienie” na stronie Powitania).

Cele, nie tylko na nowy rok

Celem naszego życia nie powinno być posiadanie bogactw, lecz bogactwo bycia.
Erich Fromm

Przełom roku jest okazją do planowania, zwyczajowym okresem podejmowania zobowiązań. Co prawda, każdy moment jest dobry do zmian i dobrych postanowień, ale niech to będzie taka psychologiczna „kotwica”…

Jest bardzo dużo poradników, artykułów i kursów o planowaniu, bo by było skuteczne, powinno spełniać pewne zalecenia metodyczne.

Tutaj dokonam kolejnego podsumowania materiałów jakie na ten temat ukazywały się na przestrzeni lat na www.L-earn.net , ale – bardziej z naciskiem na artykuły nie tyle techniczne, co … filozoficzne 🙂
Nie obawiaj się  – tylko trochę i na wstępie.

[To jest wpis archiwalnywiele wymienionych wpisów nie jest aktualnie dostępnych, ze względu na zawieszenie L-earn.net; mam nadzieję kiedyś to odtworzyć, a tymczasem niektóre linki w charakterze protezy odsyłają do roboczego tekstowego archiwum, sorry ...]

Myślę, że refleksyjny czas świąt pomoże ci spojrzeć na temat z szerszej perspektywy, powiedziałbym – strategicznie. Jeszcze lepiej by było gdybyś znalazł/a jakieś refugium, aby te tematy spokojnie przetrawić i poukładać.

Zacznijmy zatem od Planowanie – wstęp. Cele planowania i w planowaniu, a potem Cele życiowe – właściwa perspektywa,

Ważne są pewne fundamentalne rozróżnienia, wyczucie sensu – przeczytaj np.

SENS I CEL oraz Cel i sens życia (wg T. Kotarbińskiego).

To już spora porcja materiału. Zatrzymaj się i oceń, czy dobrze wybrałeś kierunek (Dokąd płynie Twój statek kapitanie?). Czy jest podyktowany presją otoczenia czy raczej odpowiada twoim potrzebom i marzeniom (> marzenia ), co jest jedynie właściwe.

Przyda ci się wizja a nawet misja życiowa.  (Więcej o tworzeniu misji osobistej znajdziesz np. w książce: Iwona Majewska-Opiełka – Droga do siebie).

Jeśli masz więcej czasu sięgnij po liczne lektury – zarówno te wymienione w pierwszym artykule, jak i szereg darmowych w postaci e-booków.

Przykładowo:

Zaplanuj swoje życie (plik pdf, 651 kB), to lekko napisana książeczka o planowaniu i wyznaczaniu celów autorstwa Wandy Łoskot – znanego doradcy biznesowego z USA, właścicielki Akademii Sukcesu (bliższe dane wewnątrz e-booka).

To nie tylko książka do poczytania – miejsca na notatki i ćwiczenia zaangażują Cię trochę aktywniej by (wreszcie) lepiej zaplanować swoje życie lub jakieś przedsięwzięcie. To, przy okazji, podręcznik pozytywnego myślenia.

Właśnie przed chwilą 🙂  – dla przypomnienia – wysłuchałem webcastu Wandy pt. Planowanie Życia na rok 2011. 29 grudnia o 21.00 druga część – zainteresuj się – szczegóły na  SukcesTwojejFirmy.com .

Dużo nowszą pozycją jest Sztuka wyznaczania i osiągania celów. Marcina Kijaka (też darmowy e-book).

Ja i cele (pdf, 1120 kB) – obszerny fragment e-booka o celach osobistych i ich planowaniu.
Z kolei, już w 2001 r. doceniany głównie na polu e-biznesu Piotr Majewski napisał ciekawy artykuł Sztuka osiągania celów i realizacji marzeń.

By w tym artykuliku był jakiś konkret  „pod ręką” – przypomnę:

Dobre cechy celów

Cele, które stawiamy sobie w planowaniu, powinny mieć parę uznanych cech popularnie nazywanych akronimem SMART, pochodzącym od angielskich słów:

    • Specific – dokładny, konkretny (najlepiej zapisany! – wtedy jest czymś stałym, a nie tylko myślą)
    • Measurable – mierzalny, tj. taki który można ocenić co do stopnia realizacji. Na ogół, gdy cel jest mierzalny, to jednocześnie jest już i konkretny.
    • Active – aktywny, wyzwalający działanie będące w kręgu naszego wpływu
    • Realistic – realny (ale uwaga! – mierz wyżej niż dyktuje ci niska samoocena lub dzisiejsze okoliczności). Realność wiąże się z podziałem dużych celów na mniejsze.
  • Time oriented – określony w czasie, to jest z datą realizacji (to ważne, aby nie używać ogólników typu „w przyszłości będę bogaty”, bo przyszłość będzie zawsze przed nami i nie doczekamy się spełnienia swego planu).

Od siebie dodam ważną cechę: cele powinny być pozytywne i etyczne (no comments) oraz wewnętrznie nie konfliktowe.

Więcej (dużo!) spraw technicznych znajdziesz w wymienionych materiałach.

Na zakończenie przypomniał mi się artykuł Jak szybciej osiągać cele?

Pamiętaj też, że aby wytrwać w swych postanowieniach i planach – potrzebujesz podtrzymywania motywacji. Ale to już temat na osobne podsumowanie…