Z notatnika letnika – sierpień

Chociaż podróżujemy po świecie by znaleźć piękno,
to musimy je nosić w sobie, w przeciwnym razie
nie znajdziemy go w świecie.
Ralph Waldo Emerson

Od czasu do czasu nachodzi mnie wewnętrzna potrzeba podzielenia się migawkami z mego prywatnego życia,  które latem koncentruje się na przyrodzie, wyjazdach, pobycie na swej daczy (w tym roku – jak dotąd-  łącznie prawie dwa miesiące), przeżyciach „artystycznych” itp.

Ponieważ prawdopodobnie niewiele osób to może zainteresować,  to tym razem tylko parę kolejnych ciekawostek z owego leśnego refugium plus trochę zdjęć.

Tak się złożyło, że przez inne zajęcia i wyjazdy minęła nas pora zbioru śliwek (głównie renklod). Jechaliśmy z nadzieją, że jednak coś się da uzbierać. Jakie było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy że ostatnimi owocami właśnie zajmowały się … wiewiórki. Nigdy bym tego nie podejrzewał, bo wiewiórki – owszem czasem bywały, ale później – by buszować w leszczynach. Na ziemi zaś leżało wiele śliwek nadgryzionych i niestety już gnijących. Inne były nadgryzione przez osy i inne owady.
Natomiast mirabelki, jakie mamy na części ogrodzenia, mimo trzebienia, znów zasypały nas taką obfitością, że przegniłe spady zbieraliśmy wiadrami, żeby oczyścić przynajmniej te rejony, gdzie się chodzi.
Tak to jest, to co dzikie – rodzi bez opamiętania, a to co hołubione, nie zawsze jest szczodre (renkloda przez ostatnie lata prawie nie rodziła). Podobnie było z czereśnią, w tym roku urodzaj, ale prawie wszystko zjadły ptaki, bo drzewa są już tak wysokie że nijak jest ochronić jakoś koronę.

Wszystko bardzo wyrosło od dawnych czasów, gdy zagospodarowywaliśmy plac. Stąd rada dla działkowiczów – planując bierzcie pod uwagę co może być za 20-30 lat i eliminujcie zawczasu niepożądane rozrosty. Coraz więcej cienia i … roboty aby to wszystko jakoś ogarnąć. Zacząłem wielkie cięcie, nie czekając nawet jesieni, czy wiosny. Wielki sterty gałęzi, bierwion na których nawet piła mechaniczna się zacina…

Wieczory sierpniowe są już często chłodne, więc palimy ogniska by spalić takie masy chrustu i szczap, ale także ku uciesze i … harcerskim wspominkom.

Kolejna ciekawostka. Ognisko zagaszone późnym wieczorem paroma kubełkami wody, popiół udeptany. Rano widzę znad paleniska unosi się jeszcze dymek. A niech się dotli. Po blisko 20 godzinach odkryłem, że w głębi wciąż jest bardzo gorąco i … upiekłem jeszcze kartofle!
To jednocześnie przestroga – dobrze zagaszajcie ogniska, bo gdyby był wiatr, to przy takiej suszy – pożar nie wykluczony.

W lesie jak na razie u nas brak grzybów. Mimo tej suszy, wokół nas – jeszcze dżungla. Parę zdjęć  pokazuje co zaczyna się już parę metrów od ogrodzenia.

Oczywiście, inaczej to wygląda od frontów działek  – cieszą oczy jeszcze liczne kwiaty i owoce.

A to nasza piękna aleja akacjowa prowadząca do siedlisk;  akacje zawsze zazieleniają się stosunkowo późno ale i późno tracą liście. To bardzo stare drzewa. Przed ponad 20 laty wyglądały podobnie.
Z tych czasów pamiętam wspaniały dąb, po którym dziś pozostała … oryginalna „donica” dla brzózki.

A kto z młodszego pokolenia pamięta, a nawet wie, co to były wieże triangulacyjne? Dziś pozostały z nich gdzieniegdzie takie resztki, w innych miejscach już nic nie pozostało.

Wieże stawiano na szczytach pagórków, w naszej okolicy to wysokie mazowieckie wydmy (ponad 100 m npm).

Niektóre drogi przekopano w poprzek tych wydm, które stopniowo obsypują się.

W lesie i na polanach zakwitły wrzosy.

Nadchodzi jesień i pora na ukochane góry, a potem jakieś ciepłe kraje – na przedłużenie lata…

Z pamiętnika letnika (3) i tutti frutti

Życie bez radości jest jak długa podróż bez gospody.
Demokryt

Dużo czasu spędzam na działce 80 km od stolicy. Tym bardziej, że w tym roku ‘sezon’ zaczął się wcześnie.

Chociaż jest tu wiele uroków (wrzucam parę nowszych zdjęć, niestety ze względu na wymogi tutejszego edytora o jakości pomniejszonej; najedź myszką na obrazek dla krótkiej informacji), to dziś będzie więcej o Warszawie. Otóż wiejskie noce są w tym roku bardzo chłodne, temperatura spada nawet do kilku stopni, a także sporo ostatnio padało. Zatem to nie zachęca do tkwienia tu na siłę, z drugiej strony Warszawa też kusi różnymi atrakcjami, zwłaszcza kulturalnymi. Często denerwuje mnie też słaby zasięg komórkowy w ‘mym’ lesie, a jest to jedyny kanał dostępu do Internetu. Coś się dzieje też z telewizją – zadziwiające zjawisko – rano i  w dzień wszystko ok., a wieczorem kolejne kanały padają (brak danych a nawet sygnału) – oprócz TVN, której to stacji akurat nie lubię…

Warszawa wzywa mnie też z powodu wizyt lekarskich. Niestety od początku roku dopadły mnie różne bóle – podobno na tle zwyrodnień kostnych, głównie kręgosłupa („starość nie radość”). Ostatni miesiąc +  to w ogóle udręka przy poruszaniu się.
By nie być na łasce ‘spychologii’  lekarskiej i kosmicznych terminów wizyt jakie zapewnia NFZ (a na rehabilitację trzeba jeszcze czekać z powodu nie podpisania umów na II półrocze), postanowiłem skorzystać z abonamentowych usług prywatnych. Szybko,  wygodnie i taniej. Polecam system S7 (współpraca z Polmedem), który oferuje taką możliwość także klientom indywidualnym.

Pisałem o tym parę razy na stronie https://www.facebook.com/Zdrowie.i.Fitness  i będę pisał dalej, bo zaangażowałem się w to także biznesowo.
Niestety ortopeda i chiropraktyk nic mi nie pomogli jak dotąd (może za krótki czas aby to przesądzać), natomiast odkryłem pewną nietypowa rewelację. Pomogła mi na TE bóle jak ‘ręką odjął’. Może nie tyle odkryłem, bo wiedziałem o tej metodzie sporo wcześniej, ale teraz doświadczyłem jej na sobie.

Napiszę o tym wkrótce (w czerwcu) na http://www.LepszeZdrowie.info . Warto sprawdzić, bo to niemal cud.


Ale wracam do przyjemniejszych spraw warszawskich. Tu ciągle się coś dzieje, zmienia.
Też sporo zieleni – szybko odwiedzam swoje ulubione kąty (> fotki, sporo więcej na mym profilu na facebooku).

Park Skaryszewski

Łazienki

(Przy okazji wspomnę swego kolegę Janusza Woldańskiego, który jeśli chodzi o zdjęcia Warszawy, jest dla mnie tytanem bieżącego kronikarstwa – polecam na Facebooku, Google i NK).
Ja robię niewiele zdjęć – głównie poluję na jakieś zaskoczenia – np. taki owadzi ‘hotel’.

Z jednej strony dba się o zwierzęta, z drugiej wprost przeciwnie. Na podzamczu często odbywają się bardzo głośne imprezy i fajerwerki (ostatnio ‘wianki’) – w bezpośredniej styczności (dźwiękowej) z ZOO. Wyobrażam sobie tamtejszy popłoch i stres…

Obserwuję przy okazji licznych imprez w Warszawie zjawisko stawiania doraźnych estrad i instalacji, co zajmuje czasem dobre parę dni pracy dla ekip monterskich. Po imprezie, już rano – nie ma śladu po estradzie. Sprawnie, ale w 2 dni później w tym samym miejscu buduje się kolejną podobną estradę i tak w kółko. Czy nie szkoda czasu, pieniędzy i wysiłku ludzi?

Rozumiem, że chodzi z jednej strony o kasę dla ekip monterskich, ale z drugiej – gdyby gestorzy imprez skoordynowali swe działania – mogliby sporo zaoszczędzić…

W najbliższym czasie szykują się przynajmniej poniższe imprezy, o które chciałbym tradycyjnie zahaczyć: Ogrody muzyczne (http://www.ogrodymuzyczne.pl/program/  ), Noc Pragi (http://www.twoja-praga.pl/info/informacje/3846.html  ).

A propos kultury. Pokazali ją ostatnio politycy. Abstrahując od merytorycznych skandali, poraża ujawniony w podsłuchach język i ogólny poziom tych ludzi.
No comments. Chociaż często nie daje mi spokoju wpływ ‘góry’ na kulturę mas – fatalny przykład. I nie chodzi tylko o wulgaryzmy. Na ile mogę, wracam do spraw elementarnych, chociażby do panoszącego się ‘ludzią’ zamiast ludziom, ale ‘niosom’, ‘robiom’ i innych analogicznych słów. Do niepoprawnego używania ‘mnie’ i ‘mi’, do ‘wziąść’, itd. O, Boże!

Podobnie wołam, gdy widzę co się wyczynia w polityce. Wygląda, że rząd nie robi sobie nic ze swej kompromitacji (nie pierwszej) i ‘zroluje’ i to na okres po wakacjach.

Chyba znów ucieknę od tego żałosnego spektaklu do swej leśnej głuszy, a wspomniany zanik sygnału telewizyjnego potraktuję jako jak błogosławieństwo …

Kondycja i sylwetka

Sport, ale jaki i po co?

Migawka z dzisiejszego (niedziela 6.01.2013) Biegu Noworocznego
w Parku Skaryszewskim  Warszawa.

Jestem za bieganiem po elastycznym gruncie, ze względu na stawy asfalt jest problematyczny.
Tutaj bieg był we względnie czystym środowisku, gorzej jeśli urządzany jest na ulicach miasta, gdzie często obok występuje ruch uliczny i spaliny.

Preferuję/polecam raczej  dla schudnięcia i budowania sylwetki trening siłowy:

http://www.menshealth.pl/fitness/Trening-Spartakusa-cwicz-krocej-zyskaj-wiecej,4073,1

(autorzy mylą się co prawda, że nie było odpowiednich badań potwierdzających ich metodę), a zwłaszcza w wygodnym, tanim i fachowym rozwiązaniu 7-minutowego treningu.

Oczywiście wszystko zależy od celu – wtedy można się spierać; zobacz porównanie:

http://www.menshealth.pl/fitness/Silownia-czy-bieganie,3425,1

Jak dla mnie – ćwiczenia bez specjalnych przyrządów W DOMU,  w dowolnym czasie I DO 30 MINUT (z wewnętrznymi przerwami) i co 2 dni, to sama wygoda, oszczędność czasu, zbędnego wysiłku i … przyjemność.

A zamiast biegów przeszedłem na nordic walking a zimą na biegówki ZA MIASTEM  – bardziej odpowiednie dla starszego pana 🙂

PS. zobacz moje wcześniejsze wpisy na temat „7 minut” .

Ach, Grecjo!

Wolność to dobro, które umożliwia korzystanie z innych dóbr.
Monteskiusz

Festos, Kreta (widok na Mesarę)

Ach, Grecjo!

Mam do ciebie słabość, mimo a może przez twoją niefrasobliwość.
Nie dzieje się dobrze, ale ponieważ nie dowierzam politykom, widzę ich obłudę, to podejrzewam, że rację mają ci zwykli Grecy, którzy swą gospodarczą kondycję przypisują przede wszystkim machinacjom bankierów i imperializmowi Unii.
Zaskakujące stwierdzenie? Główni gracze Unii mają na względzie swoje interesy i swój styl życia, bez względu na rezultaty dla rolnika czy rzemieślnika greckiego, bez wsłuchania się w jego głos. Nawet chętnie wykupili by ten piękny kraj (co już po części zrobiono).
Grecy zawsze byli dumni i kochali wolność. Głos Greka jest głosem wolności. Ich styl życia jest tego wyrazem, jest wartością o której zabiegani przedsiębiorcy Zachodu tylko marzą, jeśli w ogóle jeszcze potrafią. Bo dali się zwariować mamonie.

Kocham wracać do Grecji i poczuć tego ducha.
Dziś ta refleksja naszła mnie wraz z powrotem do przepięknej muzyki Vangelisa – jednego z mocarzy „greckiego ducha”. Konkretnie do Mythodei, która scala ukochane mity i ody greckie a jednocześnie uskrzydla nowe heroiczne przedsięwzięcia. Bo akurat ten utwór był dedykowany misji kosmicznej NASA  – Mars Odyssey.

Ta muzyka powala (pozytywnie), zwłaszcza gdy wykonanie z 2001 roku OGLĄDA się w monumentalnej inscenizacji ze świątyni Zeusa w Atenach.
Namiastkę (w stosunku do odbioru na żywo, a mimo to robiącą wrażenie) tego wydarzenia przedstawia nagranie dostępne np. tutaj 
http://www.youtube.com/watch?v=Rm0noyQpzEY

Na początku miałem obawy, że ten monumentalizm i maniera patosu mnie przytłoczy, ale wkrótce ukazało się bogactwo i różnorodność pięknych arii i cieniowań muzyki w kolejnych (10) bezimiennych „movements”. Yes, I was really moved!

Ktoś powiedział, że przy tej muzyce trzeba  dać się ponieść. Bogactwo skojarzeń i odniesień jest ogromne. Sam Vangelis powiedział o tym:

„Nauka i mitologia były tematami, które fascynowały mnie od wczesnego dzieciństwa. Słuchałem wielu takich opowieści od mojej rodziny i ludzi wokół. I to był moment gdy zacząłem pamiętać. Z biegiem czasu przekonałem się jak ważne jest pamiętać – pamiętać tak głęboko jak to możliwe. To pewne, że przez całą historię i teraz tkwią w nas wszystkie kody stworzenia i ewolucji. Uranos i Gaja, walki Tytanów i Gigantów, porwanie Europy, Argonauci i złote runo, Tezeusz i Minotaur, Herkules, Syreny i Nimfy, czerwona planeta Mars ze swymi dziećmi (księżycami) Deimos i Fobos, oliwne drzewo Ateny, dziewięć muz, które łączą to wszystko w harmonii, i coś jeszcze… To wszystko było i jest kawałkiem tych obszarów, którymi wędruję ja oraz muzyka którą tworzę. I każdym razem gdy zagłębiam się w pamięć… odkrywam coś nowego. Mythodea jest właśnie tą małą częścią tych przestrzeni, małą częścią mej łączności z pamięcią, która może być mocniejsza niż uczenie się, jeżeli pozwolimy temu działać.”

Gdy myśl i duch tak odrywa się od twardej rzeczywistości i podąża w inny własny świat, czuję się jak argonauta i jak kosmonauta, jak rozmarzony Grek. I rozumiem dodatkowy element jego buntu, gdy każą mu teraz spłacać wierzycieli, którzy chociaż mają swoje racje, ale nie mają tej bezcennej transcendencji…

Bieszczady

W górach jest wszystko, co kocham…
z piosenki Elżbiety Adamiak

Bieszczady

Przypomniał mi się mój wiersz o Bieszczadach, pisany bodajże w 1980 r.
Ciągnie mnie do gór…

Bieszczady wiosną

W Bieszczadach, po urokach jesieni

odkrywam piękno wiosny;

wczesnym rankiem w góry wyszedłem

jakby młodszy, radosny.

Pnę się szybko – dni mam tylko parę,

plecak wcale nie ciąży,

Połoniny błyskają w dali,

wszystko zobaczyć, dotknąć – zdążyć.

Mgły w dole zginęły,

cieplej się robi – jestem już wysoko,

w dal patrzę chciwie

– zieleń – jak sięga oko.

Jestem ptakiem i lecę!

ręce-skrzydła wyciągam ku szczytom,

widzę wszystko – daleko i blisko;

ślę pozdrowienia lasom, kwiatom,

                               strumykom.

Wiatr już zatyka i widok –

majestat to w słońcu, to w chmurze,

na dumnym gnieździe zasiadam

– oto jestem na górze.

I czuję się lepszy, bez grzechu:

Jestem tu, jestem! – krzyczę,

pieśń słyszę w echu:

„dalekie miasta są niczym”…

Dawne rajdy wspominam,

szczęście w zmęczonych nogach,

była kiedyś dziewczyna…

Wstaję. Dalsza czeka mnie droga.

Na drugą stronę szczytu przechodzę

i – nagle jestem w raju:

Kamieniami wśród starych traw brodzę

w dół, do doliny – białogaju.

——

Skoro tak poetycko, to posłuchaj:

Kocham góry i wiążę z nimi pewne plany

 

Dlaczego góry

Wszystkie nasze marzenia mogą stać się rzeczywistością
– jeśli mamy odwagę je realizować.
Walt Disney

Bieszczady

(z perspektywy Warszawiaka, pisane 3 lata temu – temat ożył po kolejnej wizycie w Bieszczadach).

Dlaczego marzą mi się góry na miejsce zamieszkania?

Kocham góry. Wiele razy tam bywałem, tam stawiałem swoje pierwsze kroki jako dziecko, tam poznałem żonę. Góry są piękne.

Niziny bywają piękne, ale trochę monotonne i widokowo nie mogą się równać z widokami górskimi.

Góry dają dalekie perspektywy nie tylko dosłownie – gdy stanie się na którymś ze szczytów, ale i w szerszym sensie.

Dają poczucie siły, spojrzenia na wiele spraw właśnie „z góry”. Tam najłatwiej znaleźć spokój i prywatność. Z drugiej strony – współcześnie dobre zaopatrzenie dociera prawie wszędzie, a gdy chcemy – przez TV, Internet, telefony – mamy natychmiastowy kontakt z całym światem.

Tam mamy dwa-trzy-cztery atrakcyjne sezony– dla siebie i dla gości (turystycznie – większa dochodowość w przypadku wynajmu pokoi lub innych usług).
Piękne lato, kolory jesieni i przepiękna zima. Słoneczna wiosna jeszcze z topniejącymi śniegami też urzeka. Przyroda zachwyca nie tylko widokami – to mnogość roślin, form skalnych, szmer strumieni i wodospadów, słońce na połoninach i orzeźwiający cień lasów i ich magiczny majestat.

Kto lubi górskie wędrówki, zdrowy wysiłek – ma pole do popisu.

Góry zapewniają więcej ruchu – dla zdrowia (kondycja, dobre powietrze). Tereny górskie na ogół ekologicznie są czystsze – tam nie ma przemysłu, w szczególności czysta woda górska, a bywa że wody są lecznicze/mineralne.

Las to nie tylko  rekreacja i zdrowie, to opał, budulec, wszelkie inne dary lasu.

Staje się realne uprawianie narciarstwa nie tylko akcyjnie raz w roku, w tym biegowego i snowboardu lub saneczek.

W pobliżu zalewów i jezior – rekreacja wodna, żeglarstwo, bojery, wędkarstwo, itp. – dodatkowy atut dla turystów, także widokowy. Wtedy także łatwiej o ryby (także pstrągi z hodowli – dla zdrowia!).

Popularna staje się turystyka konna – jest już sporo dostosowanych szlaków.

Morze jest OK., ale ogranicza cię z jednej strony; natomiast góry (nie za duże) dają punkt wypadowy na 4 strony świata. Ponieważ znajdują się na południu Polski, to jest bliżej Europy „cywilizowanej” – Czech, Niemiec, itd. Bliżej do ciepłych mórz i atrakcji turystycznych południa – granice przecież nie istnieją, a drogi są dobre! (np. z Kotliny Kłodzkiej do Chorwacji Płn. lub Triestu niecałe 600 km, a do Świnoujścia 400, z Bieszczad nad Adriatyk 750 km, a do Zalewu Wiślanego 600 km, a do Świnoujścia nawet 850 km –wszystkie odległości teoretyczne – w linii prostej).
Z kolei, do naszej kulturalnej stolicy – Krakowa też bliżej niż z Warszawy (lub do Wrocławia oraz wielu uroczych, zabytkowych miasteczek pogórza). Ew. bliskość granicy umożliwia(ła) dokonywanie zakupów niektórych produktów po niższych niż u nas cenach, a może nawet jakiś handel transgraniczny? Chociaż jest to trochę kłopotliwe, to niektórzy mieszkańcy Bieszczad zaopatrują się w benzynę i inne produkty na Ukrainie sporo zyskując.
A w ogóle życie w tych miejscowościach górskich, które poznałem, jest tańsze niż w Warszawie – porównując ceny produktów. Jeśli ktoś umie i chce – może mieć też większą samowystarczalność na bazie ogródka, sadu lub hodowli.
Marzy mi się np. sytuacja, gdy kiedyś Ukraina będzie w Unii E. lub złagodzi obostrzenia graniczne – wtedy dostęp z Bieszczad do pięknego Lwowa z jego bogatą ofertą kulturalną i tanim dla nas życiem byłby gratką i fajnym przerywnikiem dla wsiowego życia.

Drogi w Bieszczadach (i nie tylko) są dobre (miejscami b. dobre – zwłaszcza w porównaniu z ukraińskimi).

Dla mieszczucha możliwy jest i taki wariant: mieszkanko np. w uroczym Przemyślu z pełnym dostępem do walorów sporego miasta plus chata górska z dojazdem w godzinę lub mniej – na weekendowe wypady lub na dłuższy pobyt w przypadku emerytów lub wolnych zawodów.

Przy budowie domu w górach możliwe są dodatkowe oszczędności, bo naturalne materiały budowlane (kamień, drewno, żwir,…) są łatwiej dostępne, a siła robocza w przystępnej cenie (górale znani są z tego, wynajmuje się ich w całej Polsce).

To budowanie na skale – dosłownie i w przenośni (po sprawdzeniu usuwisk). Miejscami istnieje możliwość wykorzystania źródeł termalnych do ogrzewania domu lub kąpieli.

W górach realna jest także naturalna energetyka wodna i wiatrowa (na małą skalę – potrzeby domowe) oraz słoneczna – zwłaszcza w przypadku stoku południowego. W takim położeniu istnieje też możliwość uprawy winorośli. Widziałem niejednokrotnie  jak tam wszystko ładnie rośnie. Coraz modniejsze i opłacalne stają się uprawy ekologiczne.

Dla patrzących dalekowzrocznie – wobec przepowiedni zalania terenów nadmorskich w zw z przewidywanym ociepleniem klimatu – w górach będzie  bezpieczniej, bezpieczniej może być też wobec kataklizmów przez osłonięcie i w przypadkach ekstremalnych (sic!) – przez ew. bliskość jaskiń w niektórych rejonach. Mówiąc poważniej – może być bezpieczniej na co dzień – można w sposób naturalny utrudnić dostęp intruzom, mieć teren pod wzrokowym nadzorem. Ale – jak widzę w Bieszczadach – większość domostw jest nie ogrodzonych, bo właściciele czują się bezpiecznie. Bo i ludzie są życzliwsi – nie tylko w tym że mówią sobie „dzień dobry” na szlaku.

Tu żyje się spokojniej niż w mieście, czas jakby płynął wolniej.

Także aklimatyzacja społeczna w Bieszczadach (gdzie indziej sytuacja będzie inna) jest względnie łatwa – tutejsza ludność jest w większości napływowa, a ostatnio budujący się to dobrowolna, pasjonacka emigracja miejska. Myślę, że są to ludzie z którymi nadaję i odbieram na jednych, typowo górskich „falach”. 🙂 Góry kształtują charaktery, i mieszkańców i turystów – tu spotkałem zawarłem wartościowe znajomości, tu jest inna „publiczność” – nie leniwa (leżeć bykiem na plaży) i zabawowa (bary i dyskoteki) lecz szukająca piękna i refleksji…

Działki w górach nie są jeszcze relatywnie drogie. Nawet jeśli pomysł zamieszkania w górach nie ziści się, to warto rozważyć inwestycję właśnie tam – do odsprzedania za jakiś czas (a tymczasem można by tam dla siebie postawić jakiś wakacyjny baraczek?) lub/i na wynajem.

Także mieszkania w miasteczkach górskich są tańsze niż w Warszawie czy innych większych miastach.

Cytuję wypowiedzi agentów nieruchomości, na przykładzie Bieszczadów (sprzed 3 lat):

„…Ale Bieszczady i tak są skazane na sukces, analitycy wróżą im karierę w ciągu najbliższych kilku lat.

– Stygnie rynek nieruchomości w dużych miastach, a rozpoczyna się gorący czas dla miejscowości turystycznych. Czas na Bieszczady dopiero nadejdzie. Myślę, że w ciągu pięciu lat – prognozuje Jaromir Rajzer.”

„Już teraz Bieszczady odkryło wielu bogatych Polaków. Jak zdradzają podkarpaccy pośrednicy nieruchomości, coraz więcej rośnie w Bieszczadach ekskluzywnych letniskowych chat wartych po około miliona złotych każda. – Są całe enklawy oddalone od drogi, np. w okolicach Rajskiego, gdzie stoją takie chaty…. to osoby ze świata kultury – piosenkarze, aktorzy, są też biznesmeni, znani architekci.”

Oczywiście, trzeba znaleźć odpowiednie miejsce – spełniające szereg wymienionych warunków, w tym ze względnie dobrym dojazdem i mediami.

Dlaczego Góry?

Oto parę wypowiedzi pod którymi się podpisuję:

Nie tylko dla pięknych widoków ze szczytu – głównie dla/dzięki ludziom, z którymi się w górach spotkałem, ludziom – z którymi nadaję na jednych, typowo górskich falach.

—-

W górach gdy się potknę i wywrócę, nikt nie spojrzy podejrzliwie że może pijana jestem, za to wyciągną się do mnie życzliwe, pomocne dłonie, za to spotkam się z pełnym troski pytaniem czy nie potrzebuję pomocy. Nikogo nie obchodzi w co jestem ubrana. No, może czasem jaki bardziej doświadczony turysta (poznaję ich po znoszonych butach) łagodnie zasugeruje, że klapki to nienajlepsze obuwie na Giewont, a na Zawrat lepiej wziąć coś ciepłego…Byłam świadkiem scen gdy ludzie dzielili się z obcą , przygodnie poznaną osobą kanapką i piciem, gdy na trudniejszym przejściu podawali sobie rękę, lub cierpliwie czekali na wąskim przejściu na osobę słabszą. Góry uwalniają tolerancję.
… Na ogół – panuje powszechna życzliwość i tolerancja. Dlaczego jeszcze ? Dlatego, że by dostać nagrodę w postaci pięknego widoku, najpierw trzeba się zmęczyć, pokonać własną słabość, często lęk wysokości.

Dalekie miasta są niczym” – jak mówi rajdowa piosenka, ale przecież można dość szybko do nich się dostać, gdy trzeba.

Co o tym wszystkim sądzicie? Może ktoś ma jakieś doświadczenia i takie plany przeniesienia się z  interioru Polski w góry?

Ambiwalentnie o nowych przepisach rowerowych

Życie jest podobne do jazdy na rowerze.
Nie można utrzymać równowagi stojąc w miejscu.
Linda Brakeall

Weszła w życie nowelizacja przepisów ruchu drogowego w odniesieniu do rowerzystów.
Chwali się ją jako krok ku Europie.
Ja tylko częściowo podzielam ogólny entuzjazm. Dlaczego?

Najpierw zdeklaruję się jako entuzjasta rowerów w opozycji do samochodów, czemu wielokrotnie dawałem wyraz na mej (starej!) stroniczce http://www.BezSamochodu.pl.tl

Jestem jednocześnie też kierowcą (nie wszystko da się zrobić tylko przy pomocy roweru) i znam nasze realia drogowe.

Otóż sądzę, że daleko nam do Europy nie tyle z powodu przepisów, co za przyczyną infrastruktury i … kultury.

Mamy jeszcze stanowczo za mało ścieżek rowerowych (a ich jakość budzi często wątpliwości), stojaków na rowery, oznakowań.

Co do kultury, to ze strony rowerzystów mało kto używa kasków, wiele rowerów nie ma oświetlenia – zwłaszcza na prowincji, gdzie dodatkowo widzi się rowerzystów nietrzeźwych. Widzę też, że niektórzy, w poczuciu swojej wyższości (skądinąd słusznej jeśli się uwzględni przewagi roweru nad samochodem w mieście ) ostentacyjnie zajmują cały pas na jezdni, spowalniając ruch. Chociaż niektórzy rowerzyści mkną aż nadto szybko jak na swoje bezpieczeństwo, to i tak przecież nie mogą równać się z samochodami.
Ze strony kierowców – wiadomo – kultura jazdy jest u nas jeszcze niska, a w przypadku gdy przed kierowcą jedzie rowerzysta, prowokuje to dodatkową agresję.

W sumie – niepokoję się i nawet jestem pewien, że znacznie wzrośnie ilość wypadków.

Nie zawsze musi to być wina kierowcy – po prostu rower jest bardziej wywrotny, podatny nawet na nieduże nierówności naszych fatalnych dróg, nie ma przecież poduszek powietrznych ani żadnych osłon czy pasów bezpieczeństwa, mało kto używa lusterek wstecznych, …
I głównie ze względu na te poważne zagrożenia uważam wprowadzenie wspomnianej zmiany przepisów za przedwczesne.
Innym aspektem sprawy jest zdrowie rowerzystów. Osobiście nigdy nie pcham się rowerem pomiędzy samochody także ze względu na spaliny. Oddech rowerzysty jest przyspieszony i pochłanianie szkodliwych wyziewów jest wzmożone. Chociaż niektórzy dowodzą, że tak nie jest, to oceniam to zjawisko z autopsji (w mieście).

Praga

Przebywamy drogę na księżyc i z powrotem,
lecz mamy problem przekroczyć ulicę i poznać nowego sąsiada.
Dalai Lama

Mural „ziomek”

Kilkanaście lat temu z grupką znajomych wzięliśmy we własne ręce swoje sprawy i wybudowaliśmy własny dom wielomieszkaniowy.

Dłuższy czas szukaliśmy placu aż znaleźliśmy pewną okazję na warszawskiej Pradze. Dla mnie był to dość bolesny kompromis, ponieważ musiałem opuścić ukochany Żoliborz.

Za to uzyskałem ładne mieszkanie, teoretycznie prawie w centrum Warszawy. Miejsce nie było złe, bo stanowiło małą zieloną enklawę w ciele dość brzydkiej okolicy z wieloma starymi domami. Niewątpliwą zaletą jest pobliski Park Praski, ZOO, bliskość Starego Miasta i Wisły.

Natomiast sporym szokiem była miejscowa społeczność, tak różniąca się od tej żoliborskiej.

Ma ona swój folklor opisywany niegdyś np. przez Wiecha. Wywodzi się stąd wielu znanych i sławnych Polaków, co świadczy o tym, że tu była i jest „sól ziemi”, że niestosownym byłoby deprecjonować tę dzielnicę ze względu na ludzi. Jest w tym jakaś zasada: trudne warunki, marginalizacja społeczna potrafiły kształtować charaktery.
Z drugiej strony, codzienna rzeczywistość jest szara i nie dodająca skrzydeł.

Dopiero od paru lat dzielnica nabiera rozpędu, staje się nawet modna z powodu licznych klimatycznych miejsc, małych przybytków kultury i folkloru. Tworzy się nowa bohema, lokują się tu różne pracownie artystyczne, buduje lofty. Odremontowuje się stare kamieniczki. Niepokoi to, że jednak nie wszystkie zabytki zostały uszanowane, część burzy się pod potrzeby zachłannych deweloperów.
Przybyło sporo ładnych fasad, ale już od tyłu ciemne, zaniedbane podwórka, miejsca gdzie strach wejść.

Zżyłem się z tą dzielnicą, widzę postęp, ale wciąż uwierają mnie psychicznie różne obrazki.

Kłębowisko ludzi w okolicy skrzyżowania Targowej i Al. Solidarności. Potoki tłumów  w przejściach podziemnych. Spieszący do pociągów Dworca Wileńskiego, do Centrum Wileńska, do węzłów komunikacji. Jeszcze niedawno (póki istniał bazar na stadionie) mrowie Wietnamczyków i innych wschodnich nacji. W tych przejściach żebracy i babcie sprzedające przysłowiową pietruszkę. Pokątny handel papierosami. Straganiki.
W sumie – obraz biedy, jakby Polski B lub C – w stolicy. Nie mam nic przeciw bazarom, przeciwnie – dziwię się zapędom władz aby wszystkie polikwidować – jakby w jakimś wykoślawionym wstydzie, że to nie przystaje do Europy. A przecież we Francji i w innych krajach Unii jest pełno bazarów.

Ale tutaj kumulacja tej bazarowości jest jaskrawa. Jej tandetność jest pochodną rzeczywistej biedy.

Szarzyzna  domów, ubiorów. Patrzę w twarze ludzi. Szare, a jeśli zaczerwienione, to często za sprawą alkoholizmu. Gromadki starszych i młodszych zawianych przesiadujących na schodkach czy murkach, tacyż „parkingowi”, a inni zaczepiający przechodniów wprost na ulicy. Tu sklepów monopolowych nie brakuje.

W pobliżu dworca twarze i ubiory przyjezdnych z dość łatwo rozpoznawalną prowincjonalnością. Ciągną do pracy, do swej życiowej szansy. Często z tobołami jakiegoś towaru na sprzedaż, utrudzeni, z zaciśniętymi ustami.
Sporo ludzi o laskach, na kulach, chromających, zadyszanych, przystających by odpocząć.
Widać ich także w najtańszych barach, na stoiskach garmażeryjnych gdzie delektują się „trzecim życiem” kurczaka lub jakichś innych podejrzanych potrawek. Babcie kupujące niewielkie porcje podrobów, nóżek, kości itp. surogatów.
W twarzach i posturach (głównie otyłość) symptomy  niezdrowego odżywiania, zaniedbania.
Boli mnie wtedy serce, chciałbym tym ludziom coś powiedzieć na temat zdrowego życia, ale łapię się rychło na bezsensowności takiego impulsu. 

Język i zwyczaje tutejszej młodzieży to także inny świat. Muskam to tylko przelotnie. Spotykam ich w parku, gdzie nie krępują się siedzieć z piwem, popluwać na lewo i prawo. Grupki młodych, chociaż często już podstarzałych w swej młodości matek z wózkami – często ćmiących papierosy.
Ściany upstrzone tandetnym graffiti, wulgarne napisy, jakieś kibolskie hasła.

Obserwuję to w pokorze wobec losu ludzkiego a w buncie przeciw takiemu zróżnicowaniu losów, wobec tak wolnych przemian cywilizacyjnych i świadomościowych, wobec polityk, które do tego doprowadzają.

To przecież tutaj, na Pradze, mamy „pokazać się światu” podczas Euro 2012. Ale mniejsza z tym, wkrótce napiszę co myślę o tym głupim igrzysku, ale wciąż pozostaje w duszy ból – miną może pokolenia, gdy los ludzi z mej dzielnicy, z Polski B, stanie się lepszy, mimo że słońce świeci dla wszystkich.

PS. później stworzyłem ( i nadal tworzę) albumik zdjęć Praskie klimaty – zapraszam!

Z mojego refugium

Czasem z daleka widać lepiej…

Nie pracuję na etacie (ale na zlecenia),  co daje mi możliwość wygospodarowywania wolnych dni, a nawet w pewnej mierze realizować program „gdy pogoda, to za miasto”.

Drugim atutem jest posiadanie swego refugium, czyli po prostu działki z domkiem w lesie, na tyle nie dalekiego, że można tam pojechać spontanicznie, a na tyle dalekiego, że czuć tam prawdziwą przyrodę, ciszę, mistykę, gdzie nawet gdy pracuję – odpoczywam.

Właśnie wróciłem po trzydniowym pobycie, łapiąc taką pogodę jakiej nie bywało nawet często w lecie. Dość powiedzieć, że wygrzewałem się z książką w ręku w samych slipach i myślałem o kąpieli w rzece.

Jest to miejsce, które już nieraz opisywałem, także tutaj  pod patetycznym tytułem Moja miłość.

Gdy instalowaliśmy się tam  ponad 20 lat temu, była to okolica prawie dzika, z  urozmaiconymi lasami, oaza spokoju.

Niestety teraz sporą część lasu wycięto, powstaje coraz więcej siedzib, domów, dawne ścieżki są zaślepione parkanami (obserwuję wykup ziemi, w ślad za którym często  nie widać osiedlenia – prawdopodobnie jako lokaty, ale po co w takim razie grodzić?).

Powstają też nowe drogi samochodowe, np. właśnie oddano do użytku łącznik leśny między dwoma wsiami z super asfaltem. Z jednej strony fajnie, bo rowerem dawniej nie dawało się tam przejechać ze względu na głęboki piach. Tam gdzie przedtem ruchu praktycznie nie było – teraz co chwila samochód.

Z drugiej strony zaobserwowałem  parę skutków niepokojących. Otóż, korzystając z bezkarności i jakby upajając się jakością drogi, samochody pędzą tam 140 km/h. O mało nie kosztowało mnie to życia.

Natomiast bez szans jest okoliczna zwierzyna. Na asfalcie, w takie ciepłe dni wygrzewają się węże (głównie zaskrońce). To co widziałem, to masakra – co najmniej 30 sztuk rozjechanych na przestrzeni 2 km. Byłem też wieczorem świadkiem jak łoś w ostatniej chwili uskoczył przed przejeżdżającym samochodem.

Tak więc okolica straciła na swej atrakcyjności rozumianej jako oaza spokoju.
Rozumiem trend mieszkańców miast by z nich uciekać, ale też widzę degenerację tej oazy.

Coraz więcej przybyszów, ruchu, betonu, hałasu, …

Ostatnie dni to najazd amatorów grzybobrania. Jest to polska specyfika i to nasilająca się.

Jeśli i w tej mierze narzekam, to nie chodzi mi o konkurencję, bo po pierwsze nie zbieramy grzybów na ilość, jak to widzę u wielu (muszą być dwa duże kubły na osobę), po drugie znamy swoje miejsca i to nam daje dostateczną satysfakcję. Zbieramy raczej przy okazji spacerów rowerowych.
Widać wyraźnie na przestrzeni lat zmniejszanie się ilości gatunków szlachetniejszych. Prawdopodobnie wynika to z  tego intensywnego zbieractwa. Większość grzybów  jest zerwana przed wysianiem zarodników i tereny grzybne „wyjaławiają się”.

Mam zwyczaj na parę grzybów zerwanych zostawić i zamaskować kolejny grzyb. To może naiwne, ale gdyby więcej ludzi tak postępowało – myślę, że byłoby to z pożytkiem.

Dodatkowo, grzybiarze wjeżdżają gdzie się da samochodami. I śmiecą.  Co krok butelki lub puszki po piwie. Dziś widziałem taki obrazek: dwie kobiety – w jednej ręce koszyk, w drugiej puszka z piwem. Czy te puszki po opróżnieniu powędrują do koszy z grzybami? Nie sądzę.

A może te kobiety potem wrócą do samochodów?

Tutaj dygresja z mojej ulubionej działki zdrowia. Czy amatorzy piwa wiedzą, że jest to jeden z najgorszych zakwaszaczy? I że nie gasi pragnienia. Jest to napój kaloryczny, który dodatkowo stymuluje insulinę, pobudza apetyt i hamuje redukcje tłuszczu nawet przy wysiłku.

Nasze przeciętne rozumienie siebie i przyrody, sumienie ekologiczne, kultura, są niestety marne. Także nasza alienacja z przyrody jest czymś, co obraca się przeciw ludziom.

A edukacja ekologiczna? Ile mamy tego np. w telewizji? Żeby choćby parę procent na tle różnych bzdur…

Wracam jednak do pozytywów ostatnich dni.

A propos telewizji. Mieliśmy coś lepszego. Na wiosnę „nasza” dzika, ale oswojona już kotka powiła trzy urocze kotki. Gdy tylko przyjeżdżamy wkrótce pojawiają się i zaczyna się …zabawa. Psoty, harce, krążenie po kuchni w poszukiwaniu smakołyków, popisy zwinności na okolicznych drzewach. Mamy dużo śmiechu a nawet wzruszeń. Urocze zwierzaki.

Ostatnie noce były cudownie księżycowe. Czegoś takiego nie obserwuje się w mieście. Czyste niebo i blask księżyca rozświetlający romantycznie i  tajemniczo okolicę.

W ogóle lubię przyglądać się niebu w nocy, i tylko tam, z daleka od łuny miasta, przy czystym powietrzu uzyskuje się to przyprawiające o ciarki wrażenie…

Ale, wczoraj rano wstaję i patrzę w niebo, by ucieszyć oko błękitem i cóż widzę?

Poprzecinane kilkunastoma krzyżującymi się pasmami po horyzont.

Pierwsza reakcja – smugi kondensacyjne za samolotami. Jednak coś tu nie pasuje…

Nie rozwiewają się. Od rana nie słyszałem samolotów. I skąd ich taka ilość – nietypowa dla tego miejsca?

Czyżby chemitrails? Ta hipoteza wydawała mi się dawniej mało wiarygodna, zwłaszcza dla Polski. Może jednak trzeba się temu tematowi bliżej przyjrzeć? Oto  parę linków jakie od razu wynalazłem: http://www.chemtrails.blox.pl/ , http://www.newworldorder.com.pl/artykul.php?id=590 , http://www.otworz-oczy.org/index.php/523/,  http://www.globalnaswiadomosc.com/chemtrails.htm   i dziesiątki innych. Także na  Facebooku jest sporo informacji i akcji, a ostatnio widziałem akcję protestu via tzw. wlepki.

I tak znów krążę koło przyrody i jej zagrożeń…

Ciepło obudziło owady. Lubię je obserwować. Co chwilę jakaś ważka siada na mojej kolorowej czapce. Pająki (chociaż to nie owady) snują wytrwale swoje sieci pięknie błyszczące w słońcu.  Niestety sporo ich porwałem niechcący chodząc po lesie – przepraszam.
Lecą już nitki babiego lata…

Ale najbardziej lubię obserwować te najmniejsze owady. Biorę lupę i nawet przez nią z trudem widzę submilimetrowe muszki (?), które mimo tych mikroskopijnych rozmiarów wyraźnie pokazują swe inteligentne zachowania: coś badają, wybierają drogę, przeprawiają się sprytnie przez przeszkody, jakby chwilami zastanawiają się, poprawiają błędy, nawracają, odlatują … Gdzie u nich mieszczą się zmysły, mózg, mechanizmy ruchu – jak doskonała to konstrukcja w porównaniu z naszymi maszynami.

Gdy wyjeżdżam na dłużej, biorę zawsze laptop by także popracować. Niestety bez zasięgu internetowego, bo i komórka tu nie odbiera z racji przesłonięcia miejsca przez okoliczne górki. Ale to może i dobrze. Pewne prace mogę przecież robić off-line. Tym razem  byłem bez komputera, za to z książkami. To zdjęcie pokazuje jedno z moich działkowych miejsc pracy 🙂 –

hamak
Słodkie miejsce – do odpoczynku i słuchania audiobooków

Ponieważ przez  brak laptopa trochę ucierpiało moje bieżące doglądanie e-biznesów, to na zakończenie pozwolę sobie to nadrobić o tyle, że drogim czytelnikom zaproponuję udział w poniższym.

… [pominięte, było o projekcie którym zajmowałem się tylko przez pewien czas – chyba w końcu upadł przez ograniczenia biurokratyczne w UE, ślady oraz nowsze propozycje znajdziesz na E-Biznes 24×365 ]

 

 

 

 

Zimowa refleksja

Nie ma sprawiedliwości nawet nie z czyjejś winy – po prostu z geopołożenia.
L. Korolkiewicz

Lubię zimę dla widoków lub zimowych sportów, ale tegoroczna zima dopiekła (raczej: domroziła) nam mocno. Przywaleni śniegiem, zziębnięci, z niedosytem słońca, mniej mobilni – mamy na co narzekać.

Gminy narzekają na wydrenowanie budżetów przez wydatki na odśnieżanie.

Zima jest droga. Rozważmy to na bardziej indywidualnym poziomie. Mieszkanie w naszej strefie klimatycznej, w odróżnieniu od krajów z ciepłym klimatem, wymusza/powoduje/wymaga:

  • Posiadanie zimowych strojów i butów (co jest droższe niż stroje letnie), można powiedzieć, że dokładamy dużo więcej niż dwukrotnie wydatków
  • Przechowywanie tych zimowych rzeczy, co wymaga dodatkowych powierzchni
  • Konieczność przebierania się do wyjścia, co zabiera czas
  • Odżywiania się bardziej kalorycznego (droższego i często mniej zdrowego)
  • Mniejszą naturalną ruchliwość, co także nie sprzyja zdrowiu
  • Większą podatność na przeziębienia i niektóre inne choroby (koszty leczenia i absencji/nieaktywności)
  • Mniejszą ekspozycję na słońce, które wytwarza na skórze życiodajną witaminę D
  • Więcej depresji i gorszego humoru
  • Ogrzewania pomieszczeń – olbrzymie koszty!
  • Budowy domów o grubszych murach, szczelniejszych oknach
  • Odśnieżanie dróg, placów, chodników (koszty)
  • Uszkodzenia dróg, awarie wodociągów, trakcji elektrycznych (> tegoroczne doświadczenia)
    Zwiększenie kosztów komunikacji – większe wydatki paliwa, zimowe opony w samochodach, s także wyłączenia komunikacji
  • Większą wypadkowość na drogach
  • Krótszą wegetacja roślin – mniejsze plony, rzadsze owocowanie/dojrzewanie, koszty magazynowania płodów na okres zimowy
  • Itd..
    Do tego dochodzą mniejszy kontakt z przyrodą, mniejszy komfort życia.

Osobiście wiem, że ciepły klimat lepiej mi służy.

I dlatego marzy mi się Ameryka Południowa, a może południowa Francja?

W wielu ciepłych krajach, a zwłaszcza tych mniej zurbanizowanych, życie jest naprawdę znacznie tańsze i może być przyjemniejsze.

… Coraz częściej zaglądam na http://www.internationalliving.com i zastanawiam się: kiedy i gdzie 🙂