Błękit oceanu kontra morze krwi

Biznes bez „blood, sweat and tears”.

Na początek zacytuję moje ulubione powiedzenie Edwarda de Bono:

Na pokładzie, mostku i w maszynowni wszystko jest w najlepszym porządku.
Tylko statek płynie w niewłaściwym kierunku.

Ów porządek na pokładzie (firmy) jest często okupiony wielkim „blood, sweat and tears”, czyli krwią, potem i łzami, zwłaszcza w walce z konkurencją, ale i to nie gwarantuje sukcesu – wiele firm upada.
Przyczyną jest nie tylko wewnętrzne „wykrwawienie”, ale prawdopodobnie zła strategia, zły kierunek – przynajmniej na dany czas i miejsce.

Już w 1995 r. W. Ch. Kim oraz R. Mauborgne w swojej książce „Strategia Błękitnego Oceanu” (MT BIZNES, ISBN 83-88970-36-4) pokazali inną drogę, analizując 30 branż i 150 posunięć strategicznych z lat 1880-2000.
Na podstawie tej analizy stworzyli koncepcję Strategii Błękitnego Oceanu.

Rynek, na którym trwa zaciekła walka konkurencyjna to „czerwony ocean”. Zadaniem firmy jest uciec od tradycyjnej logiki konkurencyjnej i wypłynąć na „błękitny ocean” dynamicznego wzrostu.
To Strategia Błękitnego Oceanu (SBO) pozwala firmom na dynamiczny wzrost i oderwanie się od konkurencji.
Trzeba sięgnąć po „innowację wartości” (value innovation).
Nasza wartość musi uczynić konkurencję nieistotną – musi być inna od wartości oferowanej przez konkurencję.

Innowacja wartości to nie koniecznie pionierstwo. Ma niewiele wspólnego z proponowaniem zaawansowanych technologicznie produktów bądź usług, których mało kto potrzebuje. Koncepcja sprzeciwia się też częstemu wyobrażeniu, iż wysoka wartość dla klienta musi oznaczać wysokie koszty dla firmy. Innowacja wartości to zwiększenie użyteczności, przy jednoczesnym obniżeniu kosztów. Pozwala na dotarcie do osób, które dotychczas nie były klientami naszej branży, wykreowanie popytu i stworzenie wolnej przestrzeni rynkowej.
Tutaj warto zauważyć, że nie-klienci mogą dostarczyć znacznie więcej wskazówek, jak stworzyć błękitny ocean, niż obecni klienci!

Inne rozwiązanie, to dawanie ludziom nie tyle tego, czego chcą, ponieważ często ludzie nie wiedzą czego chcą, ale pokazanie im czegoś lepszego, czegoś czego nawet nie potrafili sobie na początku wyobrazić. Ta drogą poszła firma Apple.

Chociaż Strategia Błękitnego Oceanu może i powinna być stosowana przy tworzeniu nowych biznesów, tu odniosę się do jednego przykładu, w którym ta strategia już została zastosowana, chociaż prawdopodobnie nie całkiem świadomie. Ale ważny jest rezultat, który możemy wykorzystać.

Przede wszystkim jest to gotowy biznes, więc tutaj nie musimy przechodzić przez procedurę tworzenia SBO opisaną w książce.
Jest to rodzaj franszyzy. Przykładem franszyzy, która powstała wykorzystując SBO były kluby fitness dla kobiet (od ok. 1995r., 2500 klubów do 2004 roku).
Było to połączenie zalet klubu i ćwiczenia w domu z eliminacją wad obu: tanio (tanie lokalizacje blisko domu, małe powierzchnie, przyrządy dla kobiet, brak luster i mężczyzn, ćwiczenie w kole, przedziały czasowe, …) oraz relatywnie niskie nakłady ze strony franczyzanta (25 tys $).
Projekt 7 minute workout wymyślony i wdrożony przez Joela Theriena i Chrisa Reida – kanadyjskich sportowców a potem uznanych biznesmenów, poszedł znacznie dalej i zrobił już karierę, mimo że istnieje od połowy 2011 r.
Przyjęto koncepcję, że ćwiczenia można uprawiać całkowicie w domu (chociaż – jak ktoś chce i może także w siłowni), co znacznie redukuje koszt i oszczędza czas.

Program ćwiczeń opracowano w szczegółach w postaci zestawów dobranych do możliwości i celów ćwiczącego i udostępniono w postaci serii krótkich wideo do ściągania z Internetu. Czas ćwiczeń adept dostosowuje do swych dziennych preferencji – duża wygoda.
Mamy tu do czynienia z osobistym WIRTUALNYM trenerem; koszt takiego trenera jest co najmniej o rząd wielkości mniejszy niż koszt trenera w klubie/siłowni.
Te dwie zalety, aczkolwiek bardzo istotne, wpisują się jednak raczej w klasyczny schemat konkurowania ceną.

Istotna innowacyjność (innowacja wartości) polega na czymś, co w klasycznych metodach treningu było niezauważone: do uzyskania efektu przyrostu mięśni i trwałego efektu odchudzania wystarczy ćwiczyć co drugi dzień TYLKO po 7 minut! (a nawet nie powinny trwać dłużej).
Ta rewelacja wynika z pewnej obserwacji fizjologicznej (potwierdzonej naukowo) i sposobu wykonywania ćwiczenia. Nie wchodzę tutaj w tę kwestię, którą można poznać z materiałów programu oraz na webinarach zarówno polskich jak i angielskich).
Rewelacją jest zatem wielka oszczędność czasu i wysiłku. Są i inne zalety, które krótko opisałem w artykuliku http://befirst.co/gvo/dobra-kondycja-biznesu-i-twoja/ .

Z punktu widzenia biznesu zaś, produkt, tj. wirtualny trener, otwiera drogę do poprawy kondycji, sylwetki i zdrowia milionom ludzi, którym dotąd ta poprawa nie była dostępna drogą ćwiczeń – przez ich koszt i uciążliwość.
Konkurencja na TAKIM rynku jest znikoma (przynajmniej w Polsce), a zapotrzebowanie – jedno z większych, jakie można sobie pomyśleć.
Wreszcie, sam model biznesu – prowizje afiliacyjne (wielopoziomowy program partnerski) wpisuje się w przyszłościowy i coraz bardziej uznawany sposób na dochód (dodatkowy lub podstawowy) dla KAŻDEGO. Może być zastosowany globalnie dzięki Internetowi, ponieważ ma rynek anglojęzyczny i w przygotowaniu wersje narodowe.

Obecnie wszedł do Polski, co stwarza nam dodatkowe wyjątkowe możliwości w stylu Niebieskiego Oceanu.

Manipulacja ceną złota

Złoto – obiektywny i wieczny miernik wartości.

złoto

Istnieje dużo źródeł pokazujących wzrost ceny złota na przestrzeni dziesięcioleci. Właściwie powinno się mówić nie tyle o wzrastającej cenie złota, co o maleniu wartości środków płatniczych, w których mierzy się wartość złota. Jest to tendencyjne odwrócenie porządków oceny, ponieważ to złoto jest odwiecznym miernikiem wartości, natomiast pieniądz papierowy dewaluuje się. Można dodrukowywać dolary, złota nie.

Szereg inwestorów, o dziwo, jakby tego nie rozumie, a niektórzy doradcy rozumieją ale o tym nie mówią, bo mają w tym swój interes … Z punktu widzenia inwestora giełdowego lub inwestującego w fundusze ważna jest wartość akcji lub jednostek uczestnictwa wyrażona np. w dolarach czy euro.
Tak patrząc, także złoto ma swoje wahnięcia rynkowe. W trendzie jednak stale rośnie. Bazują na tym ci inwestorzy lub oszczędzający, którzy nie działają spekulacyjnie lecz w długim horyzoncie.
Akurat w przypadku złota jest dużo przesłanek, że w długim horyzoncie złoto będzie ciągle pięło się do góry.
Dlatego dalekowzroczni inwestorzy nie przejmują się aktualnymi notowaniami tego kruszcu. Dodatkowo motywują się przewidywaniem krachu obecnego systemu finansowego, w którym bez granic emituje się pusty pieniądz, co doprowadzi do katastrofy. Tę katastrofę przeżyje złoto i inne podobne aktywa – tak bywało w historii pieniądza już wiele razy.

Od paru miesięcy cena złota wyrażona w dolarach jednak raczej spadała. Wzbudziło to nieufność tych, którzy i wcześniej nie rozumieli potencjału złota, a teraz wołają „a nie mówiliśmy że to była bańka na złocie? Nie warto w to wchodzić. Złoto jest przeszacowane” .
Zupełnie innego zdania są jednak ci, którzy akurat temat złota znają nieco głębiej i od lat na tym wygrywają. Z bardziej znanych mówi o tym Mike Maloney (książka „Jak inwestować w złoto i srebro”), Ferdynand Lips („Złoty spisek”), Robert Kiyosaki, Ron Paul, i wielu innych. Wszyscy mówią: złoto (i srebro) jest znacznie NIE-niedoszacowane.
Skąd więc właśnie taka a nie inna cena złota, skąd jej spadki?

Otóż cena złota jest i wielokrotnie była manipulowana.
Pominę w tej notatce dawne manipulacje i nierynkowe ustalanie ceny. Zwróćmy uwagę na ostatnie wydarzenia. Oto jak komentuje to serwis Elevation Group, USA (mój skrót).

Ben Bernanke, prezes Rezerwy Federalnej USA (FED), stwierdził publicznie, że stopy procentowe pozostaną na niskim poziomie w najbliższej przyszłości.
Innymi słowy, planuje drukowanie pieniędzy tak długo, jak długo może uciekać od kłopotów tą drogą. To sprawia, że na wartość pieniędzy kruszcowych – złota i srebra będzie rosła.
Gdy tylko Ben tak mówi powoduje to wzrost ceny metali szlachetnych. Tak było od lat.
O ile … rząd nie zadbałby tak nie było …
Nie tak dawno (29 lutego) Ben Bernanke został wezwany przed Kongres gdy złoto doszło do 1.800 dolarów za uncję. Taki poziom osiągnęło tylko kilka razy, ale nigdy przed sierpniem 2011 roku.
Więc, jeśli tendencje byłyby kontynuowane, złoto przełamałoby gwałtownie psychologiczną barierę 1888 USD.
I oto – po chwili – wystrzeliwuje tajemnicze i gigantyczne zlecenie sprzedaży – 1,5 mln uncji złota – coś, czego niemal nigdy nie widział rynek.
Oczywiście natychmiast złoto i srebro zaczęły nurkować. Minęło zaledwie 2 minuty, gdy złoto spadnie z 1.767 dolarów do 1.727 dolarów.
Ogólnie złoto spadło 100 dolarów w ciągu nocy, a srebro o 4 dolary. Było to dokładne przeciwieństwo tego, co powinno się zdarzyć po wystapieniu Bena.
Powstaje pytanie: kto przytrzymał niską cenę złota dla rządu?
Wydaje się, że to JP Morgan, który dał 15.000 zleceń sprzedaży złota zaledwie kilka chwil po tym jak Ben Bernanke zaczął mówić …
Wydaje się też oczywistym, że była to próba zbicia ceny złota w dół. Ale dlaczego?
Ponieważ cena złota odkrywa, że … król jest nagi.
[jak powiedział u nas Robert Gwiazdowski „Kto kupuje złoto – nie ufa rządowi” Ogólnie, ale między innymi, politycy nie chcą wrócić do złota jako środka płatniczego, ponieważ jeżeli pieniądz zyskuje na wartości, zyskują na wartości również długi państw. Ponieważ rządy są największymi na świecie dłużnikami, nagły wzrost wartości ich zobowiązań i kosztów ich obsługi mógłby doprowadzić je do bankructwa, nie tylko finansowego].
Złoto szybuje, kiedy waluta zawodzi – i wydaje się że pewni bardzo silni ludzie chcą położyć złoto. Nawet, jeśli tylko na chwilę.
Nie byłoby to pierwszy raz gdy JP Morgan pracował w zmowie z rządem. I nie chodzi tylko o firmę, mamy na myśli JP Morgana – człowieka. W 1895 roku Morgan pomagał rządowi USA kupić 3,5 mln uncji złota, aby uratować Skarb Państwa.
W 1907 Morgan wydał miliony podpierając upadające akcje na Wall Street by zapobiec kryzysowi finansowemu. Ta interwencja doprowadziła do utworzenia Rezerwy Federalnej w 1913.
I teraz, niecałe 100 lat później, firma JP Morgan pracuje ręka w rękę z rządem.
Czy ich plany zatrzymają naturalną siłę złota?
Na dłuższą metę nikt nie oszuka rynku. Wszystko sprowadza się do fundamentalnych praw …

Mam nadzieję.

PS. Chcesz wiedzieć więcej? Poznaj Tajemnice złota.

Doradca finansowy?

Pieniądz jest dobry, ale w przemyśle, w portfelu, w banku, w handlu, w ruchu,
nie w środku mózgu i serca.
Janusz St. Pasierb

Przykładowy wgląd w historię finansjery

Śledząc od około roku oferty rynku finansowego dla przeciętnego obywatela dojrzałem do wypowiedzenia i upublicznienia paru cierpkich zdań.

Nie będę nikogo wskazywał konkretnie.
Nie będę udawał też wielkiego specjalisty – większość tego co powiem, to fakty znane (czasem zacytuję wprost wypowiedź finansisty) – tyle że stosunkowo nielicznym i na tym polega hipokryzja banków i wielu doradców na ich usługach.

Można by powiedzieć dużo więcej rozszerzając o tło naszych finansów państwowych, wzrastający dług i deficyt budżetowy, spychanie problemów na “kiedyś”, fiskalizm, brnięcie w niekorzystne rozwiązania itd.

Finansjera ma się dobrze. Zyski banków w Polsce rosną – z różnych tytułów.

Przykładowo Europejski Bank Centralny oferuje 1 000 000 000 000 euro trzyletniej pożyczki oprocentowanej na 1% – przeznaczonej tylko dla banków. Na taki kredyt nie mogłyby liczyć przedsiębiorstwa produkcyjne, zaś banki dostają gratis pięć procent różnicy między absurdalnie wysokim oprocentowaniem obligacji włoskich i jednym procentem EBC. Czym zasłużyła się finansjera, by uzyskać tak dobre traktowanie?

Gdyby to jeszcze były banki polskie… ale takich w Polsce już bodajże nie ma.
Zagraniczne banki mają tutaj raj, bo politycy są „spolegliwi”, a inteligencja finansowa Polaków jest jeszcze niska, można nam wcisnąć cokolwiek np. przez agresywną reklamę. Im gorszy produkt tym większa reklama.

System edukacji finansowej w Polsce prawie nie istnieje, więc zadanie jest łatwiejsze.
Są co prawda liczni „doradcy”, ale o tym za chwilę…

Miliony ludzi trzyma oszczędności na RORach z tak nikłym oprocentowaniem, że jest on ledwie ponad inflację albo nawet przynosi stratę.

Nie zawsze pokazuje się ludziom prawdę, że fundusze, polisy inwestycyjne to długoletnie zamrożenie aktywów a składki 2 pierwszych lat (przeważnie) to duży koszt nie do odebrania. Na ile realna jest obietnica, że fundusz za 10 lat da konkretny zysk?

Można powiedzieć, że ci klienci zostali sprzedani w niewolę banku razem z polisą. Biorą, bo nie oferuje się im innej możliwości.

Jeszcze gorsza sytuacja jest z kredytami. Jedna nieprzemyślana decyzja o kredycie np. na 30 lat może delikwenta zniewolić albo i zniszczyć na całe życie. Stąd też takie wielkie zadłużenie Polaków.
Mało kto z klientów wie, że udzielenie kredytu daje bankowi (i systemowi bankowemu) placet na wygenerowanie kolejnego pustego pieniądza co najmniej w skali 10 do 1. Gdyby ludzie powszechnie o tym wiedzieli, to pewnie takie rozruchy uliczne jakie mają miejsce na Wall Street pojawiłyby się i u nas. Dodać do tego informacje o bajońskich zarobkach i premiach dla dyrektorów banków plus informację o tym że te 4-6% na lokacie, to ledwie jedna czwarta tego co bank zarabia na naszych depozytach i mamy gotowe wrzenie.
Jasne, że banki tego nie chcą.

Czy bank oraz agent ma interes by dobrze poinformować klienta o wszystkich uwarunkowaniach produktu? Liczy się złapany klient oraz prowizja.
Oczywiście występuje spory ogólny brak wiedzy czym jest i jak działa polisa inwestycyjna. Jednak wielu klientów polis nie wie jaki produkt naprawdę posiada, co pokazuje także i winę sprzedawcy.

Wykorzystuje on także podejście życzeniowe klientów – wiele osób chce uwierzyć, że wystarczy wpłacać w polisę pieniądze i ktoś w magiczny sposób będzie nimi poprawnie zarządzał. Tak niestety nie jest…
Np. producenci produktów polisowych – umieszczając w tabeli opłat pozycję pod nazwą”opłata za zarządzanie” nie każdemu klientowi tłumaczą, że jest to opłata za możliwość samodzielnego zarządzania w celu wykorzystania braku podatku Belki przy konwersjach (co pozwala np. na zysk większy niż kupowania tych samych funduszy poza polisą).
Wiele produktów jest jednak obciążonych podatkiem od zysków kapitałowych i klient kupując taki produkt od razu podpisuje cyrograf na 19% lub większy podatek, chociaż odroczony (np. IKZE).

Sztuczka z lokatami jednodniowymi została już ukrócona, bo wszystko co omija fiskusa (polisy też są szyte „grubymi nićmi”) jest zagrożone prędzej czy później.

Wykorzystują też wiarę w „mity inwestowania”: giełda w długim okresie zarabia, uśrednianie, dywersyfikacja. Kowalski na ogól się na tym nie zna i wierzy w realne zyski 12%-18% w funduszach – nic nie robiąc.

Istnieje już niezliczona ilość doradców finansowych (od dużych firm do małych d.g.).

Niektórzy mienią się brokerami, ale biorą prowizje od konkretnych banków.
Powstaje też (nie tanie) różne szkoły inwestowania, kursy giełdowe itp.

Klient jest epatowany skomplikowanymi terminami, strategiami algorytmicznymi, analizami technicznymi …

Może to było i dobre przy względnie stabilnym rynku, ale wszyscy ci guru finansowi raczej ukrywają, że ich strategie nie uwzględniają faktu, że już niedługo grozi nam totalny kolaps wszystkich instrumentów opartych na pieniądzu fiducjarnym. Wkrótce okaże się, że król jest nagi – w USA drukuje się ostatnimi laty tak astronomiczne ilości dolarów bez żadnego pokrycia, że to nie może prowadzić do rozsądnego rozwiązania. Efekt domina będzie globalny. Podobnie euro też nie ma jasnej przyszłości.

Tylko statystyki są pompowanych wirtualną „wartością” wirtualnych instrumentów finansowych…
Wiara w papier, w certyfikaty – puste obietnice przybrała formę jakieś religii.
Nawet wiele obligacji państwowych (klasyczny przykład bezpieczeństwa) nazywa się już śmieciowymi.

Nie wiem, czy to oportunizm czy niedouczenie czy po prostu głupota – wierzyć bezgranicznie w papiery bez pokrycia i wciskać tę wiarę innym w imię doraźnych zysków (zwłaszcza spekulacyjnych) lub dla obrony polityki finansowej.

Czy zatem nie ma innych rozwiązań?

Idea oszczędzania i inwestowania jest jak najbardziej słuszna, ale nie na takich warunkach.

W przypadku krachu pieniądza, który de facto nie jest pieniądzem, a – jak się to oficjalnie pisze na banknotach – jedynie środkiem płatniczym, wartość zachowują tylko dobra materialne jak ziemia, budynki, rezerwy żywności a zwłaszcza surowce.

Większość (wszystkie?) wojen toczy się o surowce.

Zastanówmy się, w co inwestują banki i niektóre rządy. Same siebie raczej nie oszukują.

Głównie w metale szlachetne, prym wiedzie złoto i srebro.
Nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który jest symbolem „pieniądza” jest trzecim co do wielkości na świecie depozytariuszem złota.

Złoto zawsze, przez wieki, było ostoją wartości – jej odnośnikiem i ratunkiem dla tych, którzy przewidywali kolejne kryzysy.
Bo historia kołem się toczy – opisuje to dokładnie Michael Maloney w swej książce „Jak inwestować w złoto i srebro – zabezpiecz swoją finansowa przyszłość”. Ale nie tylko on – wypowiadał się na ten temat nie raz Robert Kiyosaki, Donald Trump, Mike Dillard i inni inwestorzy oraz wpływowi finansiści.

Prawdziwa edukacja finansowa i tzw. inteligencja finansowa powinna uwzględniać to zjawisko cykli kryzysów i ratunkową rolę prawdziwego pieniądza jakim są metale szlachetne. I nie chodzi o certyfikaty na złoto, ale o złoto fizyczne (certyfikat zresztą łatwiej podrobić – w szerokim sensie – niż złotą monetę).

Mimo że nie jestem doradcą finansowym – widzę to jasno i … doradzam inwestowanie w złoto – póki nie jest jeszcze za późno (przed wielką inflacją).

Złoto jest najlepszą inwestycją długoterminową o małych wahaniach, i czymś namacalnym a nie jakimś „papierkiem” na udziały w firmie X. Jego cena stale rośnie i to ostro (chociaż słuszniej byłoby powiedzieć, że to środki płatnicze tracą na wartości względem probierca złota).

Nawet nie chodzi o inwestowanie, które kojarzy się z posiadaniem dużych zasobów, chodzi w pierwszym rzędzie o zabezpieczenie tego, co się już ma na kontach oszczędnościowych i lokatach.

Powstają programy systematycznego oszczędzania nawet niedużych kwot – zamiast na lokatach pieniężnych – w gramy złota inwestycyjnego (czystego: sztabki, monety bulionowe).
Dodatkowym plusem jest brak podatku od zysków kapitałowych (Belki, dotyczy w Polsce tylko złota).

To łatwiejsze i bezpieczniejsze niż inwestycje w nieruchomości (kogo stać powinien pomyśleć i o tym).

Kto będzie w ten sposób przezorny – ma szansę za złoto kupić w przyszłości wszystko (i wszędzie) a nawet znacznie się wzbogacić, gdy inni by przeżyć będą pozbywać się za bezcen tego, co mają.
Mówi się nawet o największym transferze majątku w historii jaki nastąpi między uświadomionymi i nieświadomymi tych zmian.

Ciekaw jestem ilu doradców finansowych o tym wie, a jeśli wie, to jak szczerzy są ze swymi klientami…

Zajrzyj jeszcze na https://www.facebook.com/TajemniceZlota/ – będą różne aktualizacje i ciekawostki.

Dwa modele e-biznesu

Jeśli czegoś nie lubisz – zmień to. Jeśli nie możesz tego
zmienić – zmień swoje nastawienie. Nie narzekaj.
Maya Angelou

kwadranty biznesu

Samo słowo biznes wg pierwotnego znaczenia oznacza zajęcie, ale raczej myślimy o działalności (gospodarczej), która ma przynosić zysk.

Tuzy biznesu wskazują za starodawnym powiedzeniem „Rób, co kochasz a ani jednego dnia nie spędzisz w pracy”,  że idealny biznes to ZAJĘCIE, które lubimy wykonywać, a dochody są jego pochodną.

Podejdźmy do tematu strategicznie.

Co jest największą wartością w życiu przedsiębiorcy, a właściwie każdego?

Zarabia się w jakimś celu, samo zarabianie nie powinno być celem.

Jedni zarabiają na życie, inni by żyć FAJNIE.

Teoretycznie pieniędzy można mieć nieograniczenie dużo, można je stracić i zarobić na nowo. To dobro odnawialne.

Natomiast życie ma się jedno (no, powiedzmy w danym wcieleniu), czas nieubłaganie biegnie.

Bywa, że przedsiębiorca, po 40 latach harówki bez wakacji, przechodząc na emeryturę nie ma już siły ani chęci cieszyć się z tego co zdobył (jeśli nie stracił).

Największą wartością jest czas. Nasze udane życie w nim. Czas na własny rozwój, na spełnianie marzeń, na szczęście.

Oczywiście – bezrobotny ma dużo czasu, ale chodzi o to by mieć czas na zasadzie niezależności finansowej, cieszyć się WOLNOŚCIĄ – także materialną.
Chodzi o to by nie sprzedawać swego czasu za pieniądze (robione w dużej mierze dla kogoś innego), ale raczej go kupować – dla siebie.

To już dawno pokazał Robert Kiyosaki – poczynając od swej słynnej książki „Bogaty, biedny ojciec”.

Tu wchodzimy w filozofię ustawienia swych działań w odpowiednim kwadrancie, jak to nazwał Kiyosaki,  wskazując na ryzyka związane z pracą etatową i samozatrudnieniem.

Dla przypomnienia jego wywód można krótko streścić nawiązując do tych kwadrantów:

Kwadrant I ( P  – Pracownik)    – praca na etacie

Największy błąd i ryzyko to …  praca na etacie.

Pracujesz nie dla siebie ale dla kogoś, jesteś wyzyskiwany a często i pomiatany, zarabiasz tyle ile Ci wydzielą lub dyktuje konkurencja danego rynku pracy. Prawdopodobnie nie rozwijasz swojej pasji, a we współczesnym świecie nie możesz być pewny swej posady.

Kwadrant II (  S  – Samozatrudniony)

Mała, osobista działalność gospodarcza jest krokiem naprzód, ale angażuje Cię właśnie osobiście na 100%, często dużo bardziej niż na etacie. Pracujesz dla biznesu a nie biznes dla Ciebie. Zaharowujesz się, bo jesteś jednocześnie pracownikiem i szefem odpowiedzialnym za wszystko. Chyba że – dzięki e-biznesowi, w którym wiele spraw zautomatyzujesz, uda się przejść do …

Kwadrantu III (  B  – właściciel Biznesu)

Masz armię pracowników – w klasycznym ujęciu, albo system w którym możesz ich częściowo zastąpić procesami sprzedaży, np. w Internecie. Biznes pracuje dla Ciebie, odwrotnie tylko wtedy gdy coś ulepszasz i nadzorujesz. Możesz jednak tylko pozostać nieobecnym w firmie właścicielem, a biznesem będzie zarządzać kto inny. Możesz też sprzedać biznes, a pieniądze zainwestować i żyć z dywidend.

W tym układzie e-biznes to dobry przepis na wolność finansową.

Kwadrant IV ( I  – Inwestor)

Inwestorzy zarabiają pieniądze poprzez inwestycje w systemy biznesów, nieruchomości (czynsze, wzrost wartości), przez udziały, obligacje i akcje, prawa autorskie, itp. –  czerpią z nagromadzonego kapitału, czyli zainwestowane pieniądze generują pieniądze.

Dochód pasywny – nic nie musisz robić a zarabiasz.

Podsumowując – dzięki e-biznesowi możesz stopniowo stawać się B, a nawet I.

Te zależności są akceptowane przez świadomych przedsiębiorców, natomiast obserwuję zgoła odmienne zachowania praktyczne.
O ile nie zawsze jest możliwe przejście do kwadrantu B i I przez np. osoby/firmy od dawna świadczące osobiście jakieś (drobne) usługi, to zastanawia mnie zachowanie niektórych przedsiębiorców w e-biznesie, który obserwuję i który dalej potraktuję jako przykład do dalszego rozważenia. Bo e-biznes ma możliwości wyjść poza klasyczne schematy, może tworzyć nowoczesne modele sprzedaży systemowej.

Generalnie widzę dwa modele biznesowe wg kryterium potencjału rozwoju.

Nazwę je: nie skalowalny (NSk) i skalowalny (Sk).

NSk dotyczy zwłaszcza świadczenia usług, w które przedsiębiorca angażuje się osobiście.

To typowy kwadrant S, chyba że właściciel biznesu angażuje zespół do świadczenia takiej usługi (kwadrant B).

W e-biznesie (i nie tylko) taką usługą jest prowadzenie szkoleń, podejmowanie się zleceń marketingowych, programistycznych, finansowych, doradztwo, coaching, projektowanie, serwisowanie, wszelka administracja, …

Oczywiście usługi są bardzo potrzebne a nawet ich znaczenie wciąż wzrasta w stosunku do klasycznej produkcji. Trudno tu jednak mówić o jakimś systemie z punktu widzenia samozatrudnionego.
Każde zadanie jest tutaj jednostkowe, prawie niepowtarzalne (chociaż może wykorzystywać repertuar schematów), wymaga na ogół kontaktu z klientem, angażuje czasowo wykonawcę.

W porównaniu do np. korepetycji i szkolenia świadczonego jednej osobie, możliwa jest tu pewna skalowalność na zasadzie korepetycji grupowych lub szkolenia większego gremium (konferencja). Nie mniej osobista obecność trenera jest konieczna.

Istnieje spora grupa ludzi, którzy uwielbiają to robić i mają do tego szczególne predyspozycje – spotkania z klientami w cztery oczy lub przed wielkim audytorium. Mają (mieli) do tego talent i zyskali nawet światową sławę – Tony Robbins, Brian Tracy, ZigZiglar, itp.
Jest to wtedy podtrzymywanie swej sławy, a w przypadku wielkich mówców i motywatorów – ich misja. Chociaż taksują dużo, to mogli by tego nawet nie robić – są bogaci.

Mam jednak na myśli bardziej zwykłe przypadki.
Wtedy biznesowa zasada: maksimum zysku przy minimum środków/kosztów bywa zagubiona.

By pokazać efektywniejsze  rozwiązanie przejdźmy chwilowo do schematu skalowalnego (S).

Gdy chcesz komuś coś oferować (sprzedać) – lepiej gdy jest to „zamknięty” PRODUKT, który możesz zrobić raz i sprzedawać teoretycznie „bez końca”, zwłaszcza „automatycznie”, niż usługa, którą każdorazowo musisz świadczyć osobiście.
Odmianą jest produkt, który można lekko modyfikować pod specyficzne potrzeby klienta. Najlepiej gdy jest to z góry przygotowane i kompletowane na zasadzie modułów i sprzedawane jako up-selling.

Można mieć w ten sposób cały zestaw produktów do tzw. lejka sprzedażowego – droższe dla bardziej wymagających i/lub zasobniejszych klientów.
Bywa że końcowym takim „produktem” jest osobisty coaching autora dla wybranej grupy osób.
Tu już czysta zasada skalowalności jest złamana – znów następuje osobista i często mocno angażująca czasowo interakcja z klientem, wracamy do NSk.
Bywa, że trener jest postrzegany jako guru tematu lub osobisty mentor. Aplikant po znalezieniu potencjalnego mentora zaczyna się z nim intensywnie kontaktować.

Problem polega na tym, że w większości przypadków osoby te będą po prostu tracić czas mentora i zachwycać się nawiązaniem samego kontaktu zamiast robić cokolwiek konstruktywnego. Dochodzi i do tego, że nie mają umiaru w dobijaniu się i przeszkadzaniu.

Prawdziwy mentor chce pomagać, ale tylko najlepszym (bo to jest najlepsza inwestycja jego czasu, a dla każdego i tak go nie ma). Pomoże tym, którzy sami chcą sobie pomóc i  potrafią pokazać, co już sami osiągnęli. W ogóle – pomaganie jest częstą cechą ludzi, którzy coś osiągnęli.

Niewątpliwie, w wielu przypadkach i dla mentora kontakt z problemem klienta jest jakąś inspiracją i doskonaleniem swego warsztatu.
Ale możliwe jest pomaganie przez kolejne kursy – nagrane lub w postaci e-booków itp., czyli produkty.
Myślę, że mistrz (guru/mentor) zyskałby przez to więcej czasu na doskonalenie własnych produktów, wymyślanie nowych, na tworzeniu strategii i wizji, a przy okazji lepiej by zmonetyzował to, co robi.
Nie pretenduję do tego by być mentorem mentorów, ale – jak łatwo zauważyć – jest to znana zasada odnosząca się do każdego wyższego rangą szefa, który powinien być liderem, a nie zarządcą a tym bardziej wykonawcą.

Wracając znów do modelu skalowalnego.

Jest on dodatkowo korzystny przez to, że daje się w dużym stopniu automatyzować.

Można zorganizować prawie automatyczny marketing, sprzedaż i obsługę – zwłaszcza dotyczy to produktów informacyjnych i sprzedawanych w systemach partnerskich (afiliacyjnych).

Tutaj istnieje parę podmodeli, ale zwrócę uwagę na systemy „liniowe” i wielopoziomowe.

Przez model liniowy rozumiem taki, który wymaga bezpośredniego dotarcia przez firmę do każdego klienta, nawet jeśli odbywa się to przez reklamę.


Jeśli produkt byłby nasz i byłby przewidziany jakiś procent zysku z dalszych sprzedaży dla nas, to przychody byłyby lawinowe, jednak akurat w tym przykładzie – ponieważ prawa do 100% zysku przechodzą dalej, to zarobimy tylko tyle, ile kupią klienci znalezieni przez nas.

Model wielopoziomowy będący udoskonaleniem modelu liniowego polega albo na nieformalnym pozyskiwanie klientów przez polecenia innych zadowolonych klientów – marketing szeptany, który był pierwowzorem marketingu wirusowego, albo takiż model  ubrany w formalne zasady.

System afiliacyjny formalny – z punktu widzenia producenta/organizatora sprzedaży pozwala zwiększać liczbę klientów w zamian za dzielenie się zyskiem przez prowizje dla partnerów.

Jeśli przewidziane są poziomy hierarchicznie ustawionych partnerów, to mamy do czynienia z Multilevel Marketingiem (MLM). Wtedy – z punktu widzenia afilianta – może on uzyskiwać przychody nie tylko ze swej „liniowej” działalności, ale z obrotów swej struktury poniżej.

W MLM pracuje się zespołowo, dokonuje się  „outsourcingu” swych działań poprzez partnerów.

MLM zasadza się więc na dźwigni multiplikacji i skalowalności.

Dzięki Internetowi klasyczne MLM zmieniły swoje oblicze a rewolucja sieci wykreowała nowe systemy, które łączą w sobie MLM i automatyzację.

MLM jawi się jako ten model e-biznesu, który w pewnych schematach (bo są różne) spełnia postulat stosunkowo łatwej drogi do niezależności finansowej. Z jednej strony,  od pewnego etapu przychody mogą być pasywne (automatyczne), z drugiej, gdy dodamy do tego ideę prosumpcji – uczestnik oszczędza na tańszych zakupach własnych, a jak wiadomo, oszczędzanie jest jednym z filarów bogactwa.

Powstają jeszcze inne modele, z których wymienię jeden konkretny, by zdyskontować praktycznie ten artykuł, ale i pokazać pewne nowum.

Najbardziej poszukiwanym produktem przez  każdego są … pieniądze.

Niestety wartość nabywcza pieniądza spada przez dewaluację a w czasach kryzysów w ogóle pieniądz papierowy i zbudowane na nim fundusze i inne instrumenty finansowe są coraz bardziej niepewne.
Miernikiem wartości przez tysiąclecia było i dotąd jest złoto, a odejście od jego parytetu jest ważną przyczyną obecnych zawirowań finansowych.
Istnieje system oszczędzania nie w pieniądzu ale w złocie inwestycyjnym – dla każdego, w tym sensie, że wystarczą małe okresowe (ale praktycznie dowolne co do wartości i czasu) wpłaty od razu zamieniane na złoto. Ponieważ jest to towar coraz bardziej poszukiwany, to zapewniona jest całkowita płynność (łatwa odsprzedaż). Ponieważ złoto nieustannie jest coraz droższe (w odniesieniu do walut), to taka alokacja daje ponadprzeciętne zyski, nie mówiąc o pewności. Dodatkowo złoto jako jedyny produkt nie jest obciążone przez VAT i podatek Belki. Proponowany system jest atrakcyjny także przez to, że daje niską cenę zakupu dzięki zakupowi grupowemu. Dodajmy do tego opcjonalny (ale atrakcyjny) MLM (tylko polecenia) i otrzymujemy nową jakość biznesową. Niczego się nie sprzedaje – każdy chętnie kupi dla siebie … lepszy pieniądz.
Czyli: specyficzna prosumpcja + MLM z dobrym planem kompensacyjnym i obsługą internetową + plan oszczędnościowy + zyskowna inwestycja + zakupy grupowe = Bombowe połączenie!

Zainteresowanych zapraszam na http://www.205.ZlotoDlaKazdego.pl, [skończył się po latach w tej formie, ale znajdziesz coś na https://www.facebook.com/groups/zlnazloto/ ] a potem ew. na cykl webinarów i innych szkoleń.

Podsumowanie:

W e-biznesie lepiej mieć produkt sprzedawany „bez ograniczeń”, a najlepiej w systemie MLM, niż świadczyć osobiście usługi.

Powstają nowe modele biznesowe dające możliwość osiągnięcia wolności finansowej i odzyskania czasu na wznioślejsze sprawy niż zarabianie pieniędzy.

O wolnościach w 2012

Biedni koncentrują się na przeszkodach,
Bogaci koncentrują się na szansach
.
T. Harv Eker

Nowy Rok - życzenia

Dziś Nowy Rok, więc składamy sobie życzenia zdrowia, szczęścia, pomyślności,…

Pisałem kiedyś o istocie i sensie  życzeń a w dzisiaj ogarnęła mnie refleksja na temat wartości bodajże największej, jaką jest wolność – i jej chcę Ci życzyć.

Nie mam nastroju by pisać jakiś elaborat, bo temat jest rozległy i dość trudny.

Skupię się krótko na jednym aspekcie – wybaczcie, że bardzo praktycznym i dla wielu przyziemnym.
Sam większość życia poświęciłem idealistycznie na sprawy, które niewiele mi przysporzyły i nie stworzyły poczucia osobistej wolności.

Chcę Ci  życzyć dostatku, czyli … pieniędzy .

Nie dają ponoć szczęścia, ale przyznasz – pomagają, gdy umiemy nimi mądrze gospodarować.

Dość późno zająłem się tą sprawą i widzę jak inaczej potoczyłoby się życie, gdybym np. systematycznie oszczędzał od młodych lat.

Niby się o tym wie, ale książka Andrzeja Fesnaka „Jakie decyzje finansowe podejmują bogaci i dlaczego biedni robią błędy, działając inaczej
( http://bit.ly/rIuvv5 )  nie tyle otworzyła mi oczy (to zrobił dawno temu R. Kiyosaki), co przypomniała boleśnie ów fakt na szeregu przykładach liczbowych.

Hm, czy w ten sposób daleko odszedłem od postawy idealistycznej?

Każdy (choćby po cichu) marzy albo o bogactwie, albo przynajmniej o takim stanie by móc godnie żyć. Gdy słyszę co innego, to mam odczucie albo czyjejś hipokryzji, albo niedojrzałości albo … głupoty (może to być też postawa narzucona przez wychowanie i środowisko).

Dlaczego tak sądzę? Zastanówmy się na chłodno dlaczego … lepiej być bogatym niż biednym  (zbiór dość nieuporządkowanych myśli – możesz je pogrupować wg własnych priorytetów).

  • WOLNOŚĆ – dla siebie  (czasem „od siebie” – zatroskanego, złego,…)
  • Dawanie innym, wspomaganie innych, ratowanie z opresji
  • Wspomaganie wartościowych/słusznych celów, inicjatyw
  • Możliwość pomnażania bogactwa (łatwiejsza, gdy już się coś ma)
  • Realizacja projektów biznesowych, kulturalnych, społecznych,…
  • Lepsza możliwość rozwijania własnych talentów i zamiłowań
  • Jakaś siła/władza, która pomaga realizować ambitne cele
  • Możliwość zatrudniania ludzi – jako pomoc dla nich i dla siebie, większa skuteczność, praca zespołowa, outsourcing
  • Satysfakcja z bycia hojnym
  • Podnoszenie swojej samooceny i pewności siebie
  • Odciążając się od rutynowej pracy, niepotrzebnych obowiązków – zyskujemy CZAS a więc ŻYCIE

Możemy mieć:

  • co potrzebne
  • co pożyteczne
  • co przyjemne
  • co nas wspomaga
  • o czym marzyliśmy

Pod te punkty możemy podłożyć wiele spraw jak:

  • fascynujące podróże, dobre i zdrowe jedzenie, ładny dom, dobre wykształcenie, ubiory, sporty, otaczanie się pięknem, itd. itd.)
  • Możliwy (chociaż nie zagwarantowany) wyższy status społeczny (dla tych którzy go poszukują)
  • Bezpieczeństwo faktyczne i psychiczne, spokój o przyszłość, mniej stresów
  • Zadbanie o zdrowie i kondycję (swoją i rodziny)
  • Dobry start dla dzieci
  • Większa i bardziej odpowiedzialna możliwość adaptowania dzieci
  • Szerszy dostęp do wiedzy (kursy, książki, docieranie do ludzi)
  • Doznania, radości ze wszystkich wymienionych stanów
  • Zostawienie czegoś (nie tylko pieniędzy) po sobie dzięki temu, co mając zasoby, stworzyliśmy.

Jeśli ktoś myśli jeszcze o sławie lub zasługach społecznych, to ma możliwość  ufundowania np. szpitala, jakiegoś ośrodka kultury, itp. na wzór dawnych mecenasów sztuki lub lokalnych społeczności.

Jeśli ma serce, to zrobi to nie dla sławy lecz z wewnętrznej potrzeby – wierzę, że zrobi więcej, gdy będzie więcej mógł materialnie .

Jeśli ktoś  marzy np. o tym by być pisarzem i w tym chce się realizować, ale jego prace nie przebijają się przez kordon recenzentów czy nawet cenzury, to może sam sfinansować swe przedsięwzięcia.

W sumie – przy rozsądku – nie musi to oznaczać materializmu, ponieważ możemy rozwijać jednocześnie swoją duchowość i być altruistycznym.

Jeśli ktoś przedkłada wartości czysto duchowe, to uznaję to, ale pamiętajmy że i w Ewangelii mówi się o dobrym gospodarowaniu i pomnażaniu talentów.  Oczywiście zawsze należy pamiętać o postawie nie krzywdzenia i zasadzie wygrana-wygrana.

Niektóre wschodnie postawy pełnego odcięcia od świata jednak mi nie odpowiadają, ponieważ uważam że jesteśmy (zwłaszcza teraz) coś winni innym, światu, rodzinie, co zakłada aktywność.

Chyba jest to przekonywujące, że dzięki środkom materialnym uzyskujemy więcej wolności.

Skoro jednak wziąłem na warsztat temat pragmatyczny, to pójdę dziś dalej w pragmatyczności.

Otóż zająłem się generowaniem dodatkowych dochodów na różne sposoby – jedne się wiodą, inne próbuję i odrzucam, poznaję nowe.

Zwłaszcza w obliczu kryzysu opanowującego świat warto zastanowić się nad czymś, co da nam nadzieję na stabilność.

Jako synonim stabilności finansowej – tak jak w historii tak i obecnie – coraz bardziej postrzegane jest posiadanie złota i inwestowanie w rzadkie kruszce.

Pieniądz papierowy i wirtualny (ten pierwszy w dużym stopniu już nim jest) wkrótce prawdopodobnie się załamie.

Jak ZAPEWNIĆ sobie emeryturę, a nawet (wcześniejszą) wolność finansową?
W co inwestować z ponadprzeciętnym zyskiem? Jak zacząć sensownie oszczędzać? W co inwestują „wtajemniczeni”?

O ile dawniej inwestowanie w złoto było zastrzeżone dla bogatych i w ogóle trudne, to sytuacja się zmieniła.

Odkryłem w 2010 firmę Noricum (reprezentant światowej firmy Four Gates), która stworzyła unikalny produkt finansowy – oszczędzanie/inwestowanie nie w pieniądze ale właśnie w złoto „dla każdego”- z opcjonalnymi elementami mlm.

Rzecz w tym, że można lokować miesięcznie (ale bez rygorów) nieduże kwoty, które są zamieniane na złoto po cenach hurtowych. Cena złota w ostatnich latach pnie się w górę od ok. 30 do 40%, a dodatkowo – gdy kupujemy zespołowo w ramach systemu po cenie hurtowej – zyskujemy dalsze procenty. No i złoto depozytowe nie jest objęte podatkami VAT i Belki!

Do tego dochodzą liczne inne atuty jak ochrona na zasadach prawa depozytowego a nie bankowego, płynność (szybie odkupywanie), dowolność wpłat, …

Długo by o tym pisać – wszystkie te kwestie – strategiczne i taktyczne są ładnie przekazane w serii prezentacji on-line, które odbywają się w poniedziałki i w środy o 20:30 (chyba że nastąpią okazjonalne zmiany).

[Dalsze szczegóły później wyciąłem, bo  ten konkretny projekt został zawieszony, ale temat złota żyje – np. tutaj: Tajemnice Złota]

To jest rozsądna propozycja dywersyfikacji portfela inwestycyjnego.

Jest to też rozsądna obietnica wolności finansowej  – zwłaszcza dla młodszych inwestorów, którzy mają czas na zobaczenie efektu wzrostu w dłuższej perspektywie. Ale rocznie do 30% to też ewenement na tle niepewnych spekulacji na akcjach i innych papierach.

To nie tylko perspektywa wolności ale i perspektywa jej utrzymania, ponieważ nie było w historii tak uniwersalnego i stabilnego wzorca wartości.

Tyle pragmatycznie.

Kusi mnie zabranie głosu o wolności, jaką tracimy w państwie dryfującym w kierunku swoistej dyktatury, jaką stracimy w Unii Europejskiej jeśli będziemy zbyt podlegli zakusom potęg polityczno-finansowych, jaką tracimy z braku wiedzy, przez uleganiu propagandzie, nałogom itd., itd.

Ale to może innym razem i w porcjach, a dziś – w święto i dla otuchy, dołączam jeszcze starą piosenkę Marka Grechuty –

SZCZĘŚLIWEGO 2012 roku!

Spiski?

Kto nie umie daleko spoglądać, ten blisko ma kłopoty.
Konfucjusz

zlotyspisek

Jeden z setek spisków na przykładzie złota (książka)

Wielu śmieje się z „teorii spiskowych”. Ja raczej śmiałbym się z tych, którzy zupełnie nie widzą takich zjawisk i zaprzeczają ewidentnym spiskom, bynajmniej nie teoretycznym. Chociaż trudno dyskutować ze ślepym o kolorach – spróbuję.
A raczej – ponieważ nie kieruję poniższych słów do nikogo konkretnego, dam parę przesłanek mojego stanowiska.

Zacznę może od powołania swej tutejszej niedawnej notatki „Tajemnica?„, w której wskazuję na zależność stanowiska w tej sprawie od „poziomu wtajemniczenia”, co nie zawsze jest zbieżne z wiedzą w sensie naukowym.
Bo spisek wiąże się z tajemnicą.

Na początek próba zdefiniowania pojęć.

W słowniku języka polskiego PWN czytamy, że spisek to „Tajne porozumienie grupy osób dla wspólnego osiągnięcia jakiegoś celu; sprzysiężenie; zmowa”.

Jest to definicja szeroka, bo w ten sposób każde działanie np. rady nadzorczej dowolnego przedsiębiorstwa, ba… wspólników spółki, kierownictwa itd.  można nazwać spiskiem.

Chodzi mi raczej o działania negatywne o dużej skali, o dużym negatywnym skutku społecznym. Np. zamach na człowieka stanu jest natury spiskowej (o ile nie popełniony przez pojedynczego szaleńca).
Tak więc raczej powiedziałbym:

Teoria spiskowa – twierdzenie, według którego w utajnieniu ktoś działa na szkodę innych osób lub na własną korzyść ze szkodą dla innych.

Jest to bliższe pojęciom knucie, intryga,…

Dlaczego w ogóle poruszam ten temat?

Otóż świat pogrąża się w kolejnych kryzysach: gospodarczo-finansowym, ekologicznym, moralno-duchowym, w konfliktach politycznych i zbrojnych.
Ludzie pytają: dlaczego i nie znajdują odpowiedzi – bo są manipulowani okrągłymi tłumaczeniami polityków i władz.
Nie ma dymu bez ognia, ale wiele prawdziwych przyczyn tego fatalnego stanu rzeczy jest przed społeczeństwem ukrywanych. Można to właśnie nazwać teorią spiskową.
Oczywiście potrzebne jest odróżnienie prawdziwych spisków od plotek, sensacji z tabloidów i paronoidalnych  czy innych urojeń. Z drugiej strony ci sami, którzy nie znajdują odpowiedzi na przyczyny zła, nie chcą przyjąć do wiadomości że takie spiskowe działania istnieją.

To jest naiwne.

Właściwie tyle już napisano na tytułowy temat, że nie muszę się zbytnio trudzić – wystarczy sięgnąć po jakiś podzbiór tych wypowiedzi, czym się dalej parę razy się posłużę.

Zaprzeczający teoriom spiskowym widzą świat tak jak w tym prześmiewczym  wpisie z  http://www.paranormalne.pl/topic/22559-definicja-spisku/ ,

„Jedynym elementem kojarzącym się nam ze słowem „spisek” jest zazwyczaj słowo „teoria”. Praktyczny spisek nie istnieje. Na całym świecie nigdzie nie zawiera się tajnych porozumień dla wspólnego osiągnięcia jakiegoś celu (definicja ze słownika języka polskiego PWN), wszystko jest jawne i na dodatek upublicznione. Myśl zabroniona jaką jest „spisek” może istnieć tylko w teorii – najlepiej gdyby była nią „spiskowa teoria dziejów”. Świat składa się z ludzi, którzy jeśli chodzi o wymianę informacji, są wzajemnie bardzo otwarci. Nikt w historii tego świata nigdy nie spiskował – każda wojna była wojną fairplay. Każdy wywiad każdego państwa na świecie zawsze kieruje się dobrymi zasadami współżycia społecznego, zaś podsłuchy, nasi tajni agenci na wysokich stanowiskach u naszego przeciwnika są tylko czystą teorią, grą przypadku wynikającą z losowości rzeczywistości. Tak zbudowany jest świat – czy tak wygląda Twój świat?”

Tamże:

„Pomimo faktu, że spisek towarzyszy ludzkości chyba od jej zarania, czyli od czasów skrytych przewrotów we wspólnotach pierwotnych, zwolennicy teorii spiskowych są wyśmiewani. Zawsze w historii ludzkości istniały tajne i najczęściej nielegalne zmowy grup ludzi mające wspólny cel.

Dlaczego więc ludzie mający tego świadomość są wyśmiewani?

Najpierw należało by zadać pytanie przez kogo są wyśmiewani i dlaczego?

Czemu to wyśmiewanie ma służyć?

Wyśmiewanie służy zdyskredytowaniu rozmówcy i przybiera bardzo różne formy. Najczęściej wiąże się z podważeniem wiarygodności. Formy bywają bardzo różne. Od prostackiego sugerowania choroby psychicznej, poprzez różnorodne formy sugestii, że mamy do czynienia z mało wiarygodnym rozmówcą, lub źródła na które się powołuje rozmówca są mało wiarygodne (czyli zdyskredytowanie źródeł).

Odpowiedź na pytanie kto wyśmiewa i dlaczego, jest o wiele bardziej skomplikowana.

Natura spisku ma to do siebie, że informacje na jego temat muszą być tajne przed, w trakcie i długo po samym spisku. Dlatego w interesie spiskujących jest ukrywanie spisku wszelkimi dostępnymi metodami.

Nie wyobrażam sobie mocarstwa, które po fakcie przyznaje – Tak to prawda, w kraju Xyz były niesprzyjające nam rządy, dlatego musieliśmy sfinansować tamtejszy ruch oporu. Kraj Xyz ma strategiczne położenie z naszej perspektywy interesów. Kiedy były tam rządy pana Zxy kraj nie był stabilny z naszej perspektywy. Mieliśmy do wyboru, albo prowadzić otwartą wojnę, albo za pomocą tajnych służb dokonać tam przewrotu. Dokonanie przewrotu i wprowadzenie „demokracji” w marionetkowym rządzie jest o wiele tańsze niż prowadzenie otwartej wojny. Poza tym do wojny trzeba by przekonać obywateli, a to komplikuje sprawę, wymusza prowokacje i powoduje konieczność uśmiercenia jakiejś liczby, w końcu naszych obywateli. Więc prostszym rozwiązaniem było przeprowadzenie spisku”.

„Spiskowa teoria dziejów” – tym stwierdzeniem-hasłem jakim posługują się „racjonaliści”, sceptycy z obozu oficjalnych mediów, można zabić poglądy prawie każdego. Generalizacja towarzysząca temu określeniu zabija każdą myśl odbiegającą chociaż trochę w bok od wersji oficjalnej.

Parę przykładów.

Polityka.

Każde planowanie, które ma podłoże polityczne o charakterze zbrodni jest spiskiem, chociaż czasem nie musi być aż tak tajne.

Spiski znane każdemu z  programu szkolnego:  spisek związany z zamordowaniem Cara Mikołaja II, spiski mające na celu mordowanie cesarzy rzymskich (Juliusz Cezar), spisek związany z aresztowaniem Templariuszy, spalenie Reichstagu, próba zabójstwa Papieża,  zabicie J.F.K., itp.

Istnieje mnóstwo przykładów, wspomnę o ostatnio przeczytanym.  Chociaż wiadomo o tym z różnych źródeł, to spektakularnie o spiskach mówi Z. Brzeziński w jednej ze swoich książek.
W szczególności o  Al-Kaidzie i talibach – jawnie przyznaje, że USA wykreowała podwaliny obydwu aby wzmacniając radykalizm islamski zdestabilizować ZSRR i jego sfery wpływów, co się zresztą udało, głównie przez wciągnięcie Sowietów w wojnę afganistańską.

Skłaniam się by przyznać rację wypowiedzi na pewnym blogu: „… wierzę w ŚWIADOME i wyrachowane działanie określonych grup, które nie liczą się z nikim i z niczym, sięgających po wszystkie możliwe środki, żeby osiągnąć taką czy inną korzyść. Ponieważ dysponują środkami nieosiągalnymi dla większości ludzi, czasem nawet niewyobrażalnymi, nie muszą w tym celu spiskować. Po prostu stawiają sobie cel i go osiągają. Choćby po trupach. Nie mają dla nich znaczenia ani środki, ani koszty, ani skutki (uboczne), tylko cel.”

Istnieje teza, że aby przeprowadzić tego typu działanie, robi się je w sposób tak bezwzględny, nieludzki i bezczelny, że normalnie nie mieści się on w głowie, ale właśnie o to chodzi – zakłada się że nikt nie uwierzy, że było to działanie z premedytacją.

Pod tę kategorię niektórzy podpisują zamach WTC 11/09 2001 (gdy podejrzenie kieruje się na czynniki w samych USA) lub domniemany zamach na samolot prezydencki pod Smoleńskiem.
Ale to tylko  przykład możliwości takiej kategorii spisków – nie twierdzę, że tak było.

Dodajmy jeszcze do tej kategorii mafie, tajne koneksje, nepotyzm, ukryty lobbing…

Historia – ściśle powiązana z polityką.

Jak powiedział Napoleon Bonaparte: „Historia to uzgodniony zestaw kłamstw„.
Mieliśmy za komuny dobry przykład takiego przekłamywania, ale zjawisko jest stare jak świat, po dzień dzisiejszy. Władza chwali siebie, państwa tworzą swoje legendy.

Jeszcze nie znamy wielu faktów nawet z nowszej historii, szereg akt jest utajnionych, bo … są rzeczy do ukrycia. To są sprawy znane i oczywiste, więc nie trzeba się nad tym rozwodzić. Ale przy okazji warto przeczytać Douglasa J. Kenyona „Zakazana historia”  (tu i dalej odsyłam do literatury popularnej, w której nie ze wszystkim można się zgodzić, ale ten rodzaj lektury na początek jest łatwiejszy od pozycji bardziej naukowych).

Gospodarka

Obecnie podłoże wielu spisków jest bardziej komercyjne niż polityczne. Światem rządzi kasa, a polityka jest tylko środkiem. Najpotężniejsi nie są politykami i są w cieniu, najczęściej albo nieznani, albo mało znani opinii publicznej.

To jest wpis na blogu a nie długi referat, więc przelecę tylko po paru hasłach:

zmowy cenowe np. w ramach „big oil”, zmowy bankowe, wstrzymywanie wynalazków zagrażających status quo, zwłaszcza w zakresie energetyki, motoryzacji, leków.

Nauka

Nawet tutaj spiskuje się przeciw prawdzie. Pewne odkrycia są niewygodne dla establishmentów, dla władzy, dla karier namaszczonych naukowców. Mogłyby zburzyć spokój społeczny lub interes sponsorujących daną dziedzinę korporacji, nie są zgodne z paradygmatem…

Odsyłam do klasycznej  pozycji „Zakazana nauka” (J. Douglas Kenyon) i „Zakazana archeologia” (Michael A. Cremo i Richard L. Thompson) oraz wspomnianej „Zakazanej historii„.

Naukowcy śmieją się z dywagacji o UFO, trywializują sprawę żartując o zielonych ludzikach i mówią że nie ma dowodów (sic!). A faktem jest, że mało która dziedzina jest tak dobrze udokumentowana jak właśnie obserwacje UFO (w szerokim sensie). Być może sytuacja w zakresie ujawnienia pewnych informacji polepszy się za sprawa programu  „Ujawnienie” i nacisku wielu innych organizacji, aczkolwiek niektóre z nich stanowią przykrywkę do wprowadzania celowego zamętu wokół UFO.

Albo geoinżynieria, tajne bronie, chemtrails itp. Mało o tym wiemy – prawda?

Czy świadome kłamstwo wymierzone w interesy/dobro ludzi nie jest spiskiem?

Czy zatajanie jakiegoś remedium na istotną chorobę/brak  nie jest spiskiem?

Jeśli poruszony tu temat jest dla kogoś nowy, to wspomnę że istnieje wiele portali o niewyjaśnionych sprawach naszego świata i  spiskach, więc nie będę się dalej wymądrzał. Także na facebooku są skoncentrowane na tym strony i grupy, np. Fanklub Wiedzy i Historii Wszechświata – http://www.facebook.com/groups/fanklubwiedzy/?ref=notif&notif_t=group_activity, …

Istnieją też czasopisma o podobnej tematyce, zwłaszcza „Nexus” (także wersja polska), „Atlantis Rising”, „Nieznany Świat”,…

No i niezliczona ilość książek!

To ciekawa lektura, nawet jeśli traktuje od czasu do czasu o fantazjach.

Tajemnica?

Niechęć i nienawiść ograniczają obserwatora i czynią
go powierzchownym; miłość i życzliwość umożliwiają
mu przeniknąć tajemnice świata i człowieka.
Johann Wolfgang Goethe

tajemnica

„Najprzeciętniejszy” obywatel ma przeważnie takie wyobrażenie o świecie i o tym co się dzieje – jakie usłyszy z głównego nurtu propagandy w TV lub tabloidów.
Trochę bardziej dociekliwy czasem kupi jakąś „inną” gazetę lub przeczyta książkę (chociaż to coraz rzadsze).
Tzw. inteligencja zawodowa ma szansę widzieć szerzej, chociaż jej świadomość może być zdeformowana przez własną specjalność lub swoje środowisko.
Dziennikarz zawodowo szuka informacji ale bywa na usługach politycznych, co też potrafi zaślepić.

Mówimy o poziomach wtajemniczenia, bo świat jest tajemnicą.
Mówi się nawet, że nic nie jest takie jakim się zdaje.

Fizyk kwantowy sprowadzi świat do gry energii. Intelektualiści wiedzą coś o tym, czy to z poletka nauki czy ze strefy ducha. Czasem dziennikarz epatuje hermetyczną wiedzą. Ale i on nie będzie dopuszczony do wiedzy i możliwości niektórych polityków. Tych, co rządzą w państwie lub w swoim regionie. Wydawałoby się, że prezydenci i premierzy to już pełna wiedza i kompetencja. Ale także  oni – zdarza się – są marionetkami szarych eminencji finansjery, międzynarodowych grup przemysłowych i mafii. Tajemnice mają kolejne dna.

Możemy tylko spekulować o następnych poziomach, że to na przykład „Bilderberg„, M12, masoni, tajne służby i inne tajne związki i organizacje.
Kto się interesuje hierarchią wtajemniczeń, słyszał że ww. podmioty mogą być bardziej  przedmiotami-marionetkami Reptilian i innych obcych lub sił duchowych, gdy inni także i pod dobrą kuratelą „dobrych duchów”, przy czym – paradoksalnie (?) via religie zwykli ludzie wiedzą o tym od tysiącleci.
Ale … ten zwykły człowiek – nawet bez wykształcenia i dostępu do jakiegokolwiek formalnego wtajemniczenia jest w stanie odkryć w sobie, w swojej duchowości, że to ostatecznie nie ma większego znaczenia, bo wszystko kiedyś (indywidualnie – zaraz po śmierci?) stanie się jawne i zmierza do jednego celu przygody Wszechświata – wtopienia w wyższą boską oktawę Nieznanego…

Musiało zabrzmieć tajemniczo. Skąd to wiem? To też tajemnica – moja, ale nie tylko…

Demokracja?

rzucanie kości czy wybór

A to czysta wariacja ta demokracja!
~Tadeusz Boy-Żeleński

Demokracja, to rządy i wola ludu (przynajmniej w teorii lub wg definicji). To zgoda na wolę lub  racje większości.

Ale od kiedy i jakim cudem większość ma rację i powinna decydować?
Pytanie prowokacyjne, ale … zastanówmy się.

Nigdy tak nie było i chyba nie będzie.

Wystarczy chwila prostej refleksji.

  • To mniejszość ma wystarczające wykształcenie by znać się na danej sprawie (po prostu: mądrych jest znacznie mniej, niż głupich),
  • to mniejszość ma ambicję dociekać prawdy i przyczyn zjawisk (demokracja ma tendencję do dekretowania co jest prawdą przez głosowanie – patrz dowcipny ale mądry artykuł J. Korwin-Mikkego „Nauka – to bzdura” w „Dobry znak” 18 sierpnia 2011),
  • to mniejszość podąża za rozwojem wiedzy, ustawicznie się uczy,
  • to mniejszość zawsze dokonywała wielkich dzieł, odkryć, wynalazków, tworzyła nieprzemijające wartości,
  • to mniejszość potrafiła dzięki niezależnemu myśleniu obalać stare dogmaty i nieskuteczne schematy i przewodzić zmianom,
  • to mniejszość ma postawę służenia innym i wsłuchiwania się w potrzeby, by wiedzieć co jest dla innych dobre i faktycznie pomagać,
  • to mniejszość ma kwalifikacje moralne by ocenić co jest dobre,
  • to mniejszość udziela się społecznie by zyskiwać doświadczenie życiowe,
  • to mniejszość ma takie zasoby materialne, by nie ulegać pokusie korupcji i pogoni za pieniądzem, a widzieć dobro wspólne,
  • to elity (prawdziwe) powinny sprawować władzę, a nie przypadkowi karierowicze, populiści schlebiający najniższym standardom, łańcuszek nepotyzmu oraz cwaniacy nie liczący się z niczym oprócz swego interesu i żądzy władzy,
  • to światła mniejszość może rozpoznać takich ludzi i odsuwać ich z życia publicznego.

Klasycznym przykładem czym jest demokracja  jest (znane ale trafne powiedzenie) -możliwość przegłosowania przez dwóch meneli spod budki z piwem profesora uniwersytetu lub jakiegoś światłego i skutecznego przywódcy – bo mają większość.

Zresztą to, co widzimy, to i tak pozór demokracji. Raczej zabawka propagandy.
Partie przypominają sobie o demokracji gdy nadchodzą wybory – by zyskać głosy. Później konsultacje społeczne są rzadkie i pozorowane, spełnianie obietnic mizerne. W izbach parlamentarnych (mimo, że liczne) brak jest  dostatecznej „krytycznej masy intelektualnej”. Dominuje tam często myślenie dogmatyczne w kategoriach wąskiego interesu partyjnego i zupełny brak podejścia dalekowzrocznego.

Osądzając dzisiejszą demokrację zastrzegę się, że może w dalekiej idyllicznej przyszłości, gdy każdy będzie szczerze kierował się wartościami, dobrem ogółu na równi ze swoim, gdy będzie miał pełny dostęp do informacji oraz gdy będzie technicznie możliwa demokracja bezpośrednia, to może ten system zacznie się sprawdzać.

Profesor Michał Kleiber (aktualny prezes PAN) w koordynowanym przez siebie programie „Foresight-Polska 2020” wysuwa postulat by przy podejmowaniu ważnych decyzji państwowych odwoływać się do opinii parotysięcznych ciał konsultacyjnych, którym zapewnia się dostęp do pełnej informacji dotyczącej danego problemu. Byłby to ważny krok naprzód. Tyle, że wciąż nie realizowany. Sprawdza się raczej schemat: kto ma informację i wiedzę, ten ma władzę. Jestem pewien, że rządy niektóre informacje wręcz utajniają i działają niekiedy niekonstytucyjnie.

Nie ma w tym nic odkrywczego, np. już kilkadziesiąt lat temu Stefan Garczyński
( http://SteganGarczynski.pl ) w swojej książce „Z informacją na bakier” pisał:

„Obłudne są deklaracje o współgospodarowaniu, współodpowiedzialności i władzy ludu, gdy ten lud nie zna podstaw i treści podejmowanych w jego imieniu decyzji i zobowiązań. Fałszywie brzmi słowo „demokracja” w uszach posłów, którzy nie otrzymują informacji o stanie państwa. I w uszach radnych, którzy nie wiedzą, co się dzieje na terenie ich rady, nie dysponują nawet informacjami koniecznymi dla rozważenia żądanych od nich decyzji. Wreszcie fałszywie brzmi ono w uszach pracowników przedsiębiorstw, których zapewnia się o liczeniu się z ich zdaniem, nie przedstawiając informacji pozwalających to zdanie sobie wyrobić. Nie ma i nie może być rzeczywistej wspólnej decyzji bez równego dostępu do informacji. Nie ma i nie może być poprawnego opiniowania i efektywnej kontroli bez informacji rzetelnych, dostępnych i docierających do świadomości opiniodawców, decydentów i działaczy. Nie może być demokracji bez jawności życia publicznego, bez systematycznej i otwartej informacji o stanie państwa i gospodarki narodowej. Prawem wolnego obywatela żyjącego w wolnym państwie jest sądzić tych, którzy państwem tym rządzą, by jednak mógł to prawo wykonywać, musi mieć dostęp do pełnej i rzetelnej informacji o ich poczynaniach. Podobnie jak kontakt między bliskimi sobie jednostkami, tak kontakt między społeczeństwem i władzą jest, oględnie mówiąc, niezadowalający, gdy brak między nimi nieskrępowanego przepływu informacji. …

Zatem przygotowanie do życia w demokratycznym państwie powinno obejmować naukę znajdowania i oceniania informacji istotnych dla kształtowania poglądów  i efektywnego działania.”

Dziś, na szczęście, coraz więcej informacji możemy pozyskiwać dzięki wolnym mediom, reprezentowanym zwłaszcza w Internecie, co stwarza pewną nadzieję na przyszłość.
Niestety, chociaż rządzący (zwłaszcza u nas) nie grzeszą mądrością, to i większość społeczeństwa (przepraszam ogół i każdego z osobna), to – jak na razie – także przeciętność  pod względem intelektualnym i w zakresie doceniania autentycznych wartości.

Mamy smutną historię elit, były tępione przez stulecia, ale coś niecoś zostało lub się tworzy.

Z jednej strony – jak dać tej mniejszości szansę, z drugiej, czym zastąpić starą demokrację?

Jedną z odpowiedzi, jakkolwiek zaskakującą i dziś mało realną, jest oświecona monarchia (konstytucyjna). DUŻO niższe koszty społeczne, wdzięk i skuteczność. Poczytajcie coś z felietonów rodem z UPR (np. „Najwyższy czas”) no i publikacje samych monarchistów – jest tego sporo.

Oprócz monarchistów podobny pogląd mają niektórzy konserwatywni liberałowie, którzy sprzeciwiają się demokracji, ponieważ uważają, że ten ustrój wyklucza wolny rynek, jest niestabilny i pozwala rządzić osobom niewykształconym oraz nie znającym się na rządzeniu.

Monarchia nie wyklucza szerokich ciał konsultacyjnych, o jakich wspomina M. Kleiber, ale decyzje byłyby podejmowane jednoosobowo lub w wąskim gronie biorącym za nie pełną odpowiedzialność.

A gdyby tak praktykowana od tysiącleci rada starszych?

Wobec szybkiego postępu, za którym starsze pokolenia mogą nie nadążać, była by to raczej rada mędrców, nie koniecznie starych.

Zatem, na koniec przykład pewnej semidemokracji podobno praktykowanej w większości rozwiniętych cywilizacji kosmicznych (oczywiście nie musicie mi wierzyć na słowo, sam nie wiem czy to prawda).

Otóż osady, „gminy” czy inne najniższe jednostki organizacyjne wyłaniają najlepszego przedstawiciela ze swej rady mędrców, który zasiada w radzie następnego wyższego szczebla geograficznego. Ta, z kolei, wybiera najmądrzejszego do rady kolejnego poziomu i tak tyle razy, ile jest tych poziomów. Rady dysponują pełną informacją o wszystkich potrzebach każdego poziomu.
Trochę to przypomina sowiety, ale gdyby były one rzeczywiście rzetelne, to może system by się sprawdzał.

Nowoczesna technika umożliwia tzw. demokrację bezpośrednią, ale to znów – przy niskiej świadomości społeczeństwa i jego niekompetencji w wielu sprawach – niebezpieczne. Wg mnie to może się sprawdzić w małych społecznościach (gminach), gdzie mieszkańcy dobrze znają lokalne potrzeby i uwarunkowania.

Lepsze byłyby obligatoryjne referenda?

Jakieś inne pomysły?

Tego nie ucza w szkole!

Paradoksem jest że szkoła, liceum ogólnokształcące a nawet uczelnie wyższe w ramach swych kierunków  nie uczą wielu rzeczy, które można uważać za bardzo ważne w życiu.
Nie szeregując wg jakiegoś kryterium wymieniłbym:

  • Inteligencja finansowa (to termin może wydumany), czyli o istocie i roli pieniądza, jak nim gospodarować, jak inwestować, itp. – to czego uczy np. Robert Kiyosaki, w tym nowe możliwości jakie daje era informacyjna
  • Planowanie swego życia, wytyczanie celów długofalowych i cząstkowych,
  • Sprawdzone metody planowania i motywowania się do realizacji planów.
  • Efektywność, prakseologia, organizacja pracy
  • Rozwój osobisty uwzględniający powyższe oraz rolę pozytywnego i kreatywnego myślenia
  • Zasady poprawnego myślenia, wnioskowania i kreatywności
  • Wiedza o zdrowiu, profilaktyce i zagrożeniach obecnej doby, powiązanie z ekologią i metodami naturalnymi
  • Poszerzanie horyzontów uwzględniające inne kultury, systemy wartości i religie

W sumie – szkoła nie uczy życia, spraw praktycznych.
Przydałoby się gdyby kierowała uczniów w kierunku mądrości, czyli wiedzy właśnie stosowanej w praktyce.

Kiedyś wziąłem się za te tematy na swoich stronach internetowych, co spowodowało że także swoje życie wziąłem bardziej w swoje ręce.

PS. komunikat: „za dużo tagów przypisanych do bloga”  nie pozwolił mi otagować tego wpisu i … spowodował, że dodam jeszcze jeden temat, którego szkoła chyba nie uczy „nie stwarzajmy sobie głupich ograniczeń”.

Innowacje

Nie ma nic bardziej nieużytecznego od efektywnego wykonywania tego,
co w ogóle nie powinno być robione.
Peter F. Drucker

Motto przewrotne, ale dotąd wydawało mi się, że u nas tylko gada się o innowacjach, zamiast je wdrażać. Jednak chyba coś się zmienia…
Bodajże nigdy tutaj nie odnosiłem się do swego życia zawodowo-inżynierskiego – uważam, że to nie jest odpowiednie miejsce,  a ponadto to temat dość hermetyczny i stosunkowo mało interesujący dla większości.

Dziś zrobię nieduże odstępstwo ponieważ zajmę się innowacjami inżynierskimi, które mają cechę ogólniejszą – pokazują kreatywność i wykraczanie poza schematy, czyli dotykają tematu jaki dość często pojawiał się w serwisie http://www.L-earn.net [już nieczynnym].

Impulsem było uczestnictwo w konferencji „E-narzędzia i technologie generatywne – szybka ścieżka innowacji” jaka była zorganizowana niedawno przez Agencję Rozwoju Przemysłu w Warszawie.

Było bardzo ciekawie i mógłbym napisać długi o tym raport, ale z wymienionych wyżej względów rzucę tylko parę haseł.

Sporo słyszy się w ujęciu popularnym o nanotechnologiach, o nowych materiałach jak np. grafen.
Natomiast ostatnio mniej dokładnie śledziłem postępy technologii produkcyjnych, zwłaszcza mechanicznych, jako że dość dawno przeszedłem na inne pola zainteresowań. Dlatego sporym zaskoczeniem było dla mnie jak duży postęp nastąpił w projektowaniu i wytwarzaniu prototypów urządzeń. Obecnie wyzwaniem jest znaczne przyspieszenie całego procesu. Oczywiście klasyczne programy CAD już dawno w tym pomagają, ale nastąpiła znaczna integracja z procesem produkcji.
Mówi się teraz o Rapid Prototyping (RP), Rapid Tooling (RT) i Rapid Manufacturing
Pozwalają one także zmniejszyć koszty i poprawić jakość produktu.
Stało się możliwe tworzenie bardzo złożonych konstrukcji dzięki różnym technikom warstwowym (przyrostowym).
Wyobraź sobie na przykład skrzynię biegów. I że  możesz ją prześwietlić tomografem przemysłowym plasterek po plasterku uzyskując plan skomplikowanego zamkniętego urządzenia („odwrotna inżynieria”).
A teraz możliwy jest proces odwrotny w sensie fizycznym – tworzy się całą skrzynię biegów w jednym procesie i w jednym nierozbieralnym kawałku – nakładając i scalając plasterek po  plasterku materiału [ później przyjęło się określenie druk 3D ].
Oczywiście uprościłem, ale pokazuję jak dalece różni się to od rozciągniętego w czasie procesu tworzenia osobno kilkudziesięciu części i ich montażu.
Obróbka skrawaniem, nawet odlewanie staje się coraz mniej stosowaną technologią. (RM), w których to pojęciach mieści się wiele tzw. technologii generatywnych.

Dużą rolę odgrywają tutaj nowe materiały i inżynieria materiałowa – dobry przykład innowacji.

Nowe możliwości, które zawdzięczamy zwłaszcza komputerom, nie są jeszcze w pełni wykorzystane ponieważ potrzebne jest oderwanie się od ugruntowanych schematów projektowania a nawet myślenia – innowacje mają też wymiar ludzki. Innym aspektem jest coraz większe dostosowanie „design thinking” do rzeczywistych potrzeb ludzi i sprzężenie zwrotne w procesach projektowo-produkcyjnych z odbiorcą/klientem.

Koresponduje to z drugim głównym tematem konferencji – Oszczędnego Wytwarzania (Lean Manufacturing – od głośniej książki „Lean Thinking” J. P. Womacka).
Chociaż optymalizacja procesu organizacji produkcji (i nie tylko) to stary temat, to wciąż następuje postęp, który ma źródło np. właśnie w rewizji utartych schematów.
Sercem koncepcji jest eliminowanie czynności marnotrawnych (w wielu aspektach), takich które nie dodają wartości. Spektakularnym przykładem jest stwierdzone badaniami zjawisko zalegania materiałów (od zakupu do wyjścia z fabryki), gdzie okazało się że udział czasu gdy materiał jest jakkolwiek używany w produkcji to często poniżej 1%.

Skojarzone pojęcia to timing i logistyka operacji, strumień wartości, przepływy ciągłe (sztukowe), system ssący (interakcja z odbiorcą), japoński kaizen …

Kolejnym tematem było wzornictwo przemysłowe, które obficie korzysta z e-narzędzi i jest coraz bardziej innowacyjne  oraz wymusza innowacje technologiczne.

Powyższe dziedziny mogą być dobrą inspiracją dla młodzieży, która myśli o wyborze kierunku studiów wyższych – coraz większe szanse na pracę mają inżynierowie (co już widać w trendzie zainteresowań).

Dość szeroko omawiana była ogólna sytuacja innowacyjności w Polsce. Jest ona wciąż zła i dlatego tego rodzaju konferencje i powiązane inicjatywy są ważne.
Jest to pochodna naszego 5 od końca w Europie miejsca pod względem PKB. Wśród 1,7 miliona podmiotów gospodarczych prawie 95% to firmy mikro, a 4,2% to firmy małe, które finansują się głównie same. Niski jest udział nakładów na B+R. Liczba patentów na milion mieszkańców w Polsce wynosi poniżej 4 gdy średnia w Unii – prawie 112! Nie posiadamy sformalizowanej polityki licencyjnej.
Istniejące placówki B+R mają jeszcze mały kontakt z przedsiębiorcami.

Zapowiedziano akcje ARP w kierunku poprawy tej sytuacji oraz szereg imprez popularyzujących i wdrażających innowacje jak np.:

  • 7 Międzynarodowa Konferencja INŻYNIERIA PRODUKCJI 201, INNOWACJE I TECHNOLOGIE PRZYSZŁOŚCI 30.06-1.07.2011 Wrocław
  • XI Międzynarodowa Konferencja Lean Management, Wrocław 14-16 czerwca 2011.

Więcej szczegółów można uzyskać z ARP SA  http://www.arp.com.pl

A w ogóle – oceniając rozwój technologiczny na świecie – jest on może mniej zauważalny z dnia na dzień, ale jednak wielki gdy porównujemy go dziesięcioleciami.
Mam nadzieję, że – gdy nie utracimy równowagi między człowiekiem a techniką, przyczyni się to ogólnego rozwoju. Co nas czeka?